1966.10.18 – Jasna Góra – Przemówienie do wyższych przełożonych zakonów męskich w Polsce

Drodzy Ojcowie Generałowie, Prowincjałowie, Wyżsi Przełożeni zakonów Męskich w Polsce.

Pragnę przede wszystkim podziękować Przewodniczącemu Konsulty Męskiej Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich – Ojcu Kazimierzowi Hołdzie, za tak gorące, wypowiedziane przed chwilą słowa, będące wyrazem jego uczuć i postawy Zakonów w Polsce.

Dużo z tych rzeczy, które są mi przypisywane, muszę sprawiedliwie umieścić na innym poziomie. Ja sam niekiedy staję w pewnym zdziwieniu wobec najrozmaitszych aktów i objawów, które mają miejsce w naszym życiu polskim. I to tak dziwnych, że im bardziej jesteśmy dotykani, tym bardziej Kościół w Polsce zwycięża. Aż się pragnie tego wskutek tych doświadczeń – żeby tych ugodzeń było jeszcze więcej, w przekonaniu, że zwycięstwo będzie jeszcze wspanialsze. Możemy mówić: „est Deus in Israel”… dzieją się dziwne sprawy Boże. Do nas należy tylko postawa ludzi nieudolnych i pokornych sług Boga, Bo o ile Bóg pysznym się sprzeciwia, to pokornym łaskę daje. I gwarancją dla wzrostu chwały Bożej w Ojczyźnie naszej, jest postawa pokorna Jego sług. …

W tej walce, która jest obecnie toczona, mam wrażenie, że odsłonione jest to, co widział Kardynał Prymas August Hlond, gdy przed osiemnastu laty umierał w Warszawie. On wtedy mówił bardzo wyraźnie o walce, która się toczy w Polsce, owszem, w świecie całym, ale szczególnie w Polsce. I to o walce mocarzy ciemności.

Gdy my na to patrzymy z bliska i codziennego doświadczenia, to wydaje nam się, że to już nie są tylko siły ludzkie, i ta walka nie ma charakteru społecznego czy politycznego; to ma charakter mistyczny. I to obydwu stron. Jest mistyka szatańska, jest mistyka Boża i właśnie one się ścierają. A Bóg zwycięża.

Wydaje się, że w tej walce można widzieć trzy tematy, ale jedną walkę. Tematem było „Orędzie Biskupów polskich do Biskupów niemieckich”, tematem było Sacrum Poloniae Millennium, obecnie tematem jest Matka Najświętsza. Tematy się zmieniają, ale walka trwa. Gdy idzie o pierwszy temat, bardzo bolesny, bo był wyrazem niezrozumienia chrześcijańskiej postawy Episkopatu, godnej Narodu o wysokiej kulturze moralnej i politycznej. Bo bez przesady można powiedzieć, że Orędzie Episkopatu Polski można postawić w szeregu wielkich dokumentów (nie mówię od siebie, mówię od innych) a między innymi można postawić to „Orędzie” w rzędzie chociażby wystąpienia przedstawiciela Polski na Soborze w Konstancji, Pawła Włodkowica. I wtedy trudno było światu zrozumieć sens tego wystąpienia. Może dopiero dzisiaj, gdy ukazują się za granicą publikacje o tym wielkim mężu stanu, rozumie się głęboki sens i jeszcze do wykonania we współczesnym świecie, jeszcze nie zrealizowany. Jeszcze świat nie był zdolny zrozumieć znaczenia Ewangelii i ducha Chrystusowego w świecie politycznym. To wtedy było ukazane, a my jesteśmy tylko spadkobiercami tego wielkiego ducha i nie mogliśmy zaniżyć owej postawy, ale musieliśmy ją podtrzymać. I musieliśmy ją ujawnić. Jeżeli nie było to zrozumiane, to dowód, że widocznie trzeba poczekać w tym rozwojowym wysiłku ludzkości na nowy niejako etap, gdy moralność nie będzie obowiązywała li tylko osobę ludzką, czy rodzinę, czy naród, ale gdy będzie obowiązywała całą rodzinę narodów w organizacji ich życia i współżycia.

Gdy idzie o obraz drugi w tym „tryptyku” – Wielka Nowenna, która już jest za nami, a zarazem Rok Tysiąclecia, Rok Milenijny, również wydało nam się, że podstaw do ataków nie ma, bo przecież teren był właściwie wolny. Według uchwał Frontu Jedności Narodowej – wszystkie uroczystości milenijne Państwa Polskiego miały być ukończone w roku ubiegłym. Natomiast na rok obecny miała przypaść tylko jedna Sesja Polskiej Akademii Nauk. I to wszystko. Mając przed oczyma teren wolny, mogliśmy programować. Mieliśmy prawo i obowiązek programować i to czyniliśmy. Stąd powstał ten program na tysiącletnim szlaku historycznym Polski chrześcijańskiej, który wykonujemy. Wracamy właśnie z dwudziestej z kolei, diecezjalnej uroczystości milenijnej, z Wrocławia, Pozostało nam jeszcze cztery: Lubaczów, Gorzów, Płock i Białystok.

O tym programie powiadomiliśmy zwierzchnie władze państwowe i Przewodniczącego Rady Państwa i Premiera – w marcu br. Nie byliśmy zrozumiani, chociaż wyraziliśmy tam przekonanie, że społeczeństwo polskie dobrze by przyjęło udział władz państwowych w uroczystościach milenijnych Kościoła. W pierwszym wypadku list mój, który zarazem mówił o programowanym przyjeździe Ojca Św. do Polski został oceniony, jako zaadresowany niezgodnie z kompetencją. Na to odpowiedziałem, że studiując Konstytucję Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w takim wyjątkowym wypadku, jak przyjazd tak niezwykłego gościa, zwracam się raczej do Głowy Państwa, a nie do Rządu. Bo mówiłem o Głowie Kościoła. Niemniej jednakże i w tym wypadku nie byłem zrozumiany, wobec czego zwróciłem się do Premiera, przedstawiając mu zarazem spór kompentencyjny, bo przypisywano kompetencje raczej Premierowi, niż Przewodniczącemu Rady Państwa, chociaż o kompetencjach dotyczących stosunków międzynarodowych – Przewodniczącego Rady Państwa mówi się w kilku punktach, a o kompetencjach Premiera zaledwie w jednym punkcie. Sam Premier na to nie odpowiedział, chociaż zostało dołączone do listu kalendarium naszych uroczystości na szlaku milenijnym. Brak odpowiedzi uważaliśmy za zielone światło. Uważaliśmy, że wszystko co do nas należy, jest uczynione, Ale ciekawa rzecz, że właśnie wtedy, po dacie tego listu – koniec marca – zaczęły się nasilać inicjatywy, które miały charakter kontrakcji. Stąd powstały te bolesne kontrakcje, szczególnie Gniezno i Poznań, na które odpowiedział Kraków swoją manifestacją, zamieniając niemalże na narodową manifestację uroczystość religijną, I tak to już poszło dalszym szlakiem z tym, że wszystkie niemal nasze uroczystości, związane albo z datami historycznymi, albo też ze świętami tradycyjnymi, spotkały się z nasilającym się po prostu narastaniem tych inicjatyw, które zmierzały do mnożenia trudności a jednocześnie do odciągania ludzi od uroczystości kościelnych. Czego nie robiono – najlepiej Confratres wiecie. Może najbardziej pogodnym było ujawnienie jeszcze jednej, „specjalnej” uroczystości – właśnie w Skalmierzycach, gdzie rozrzucano z helikopterów ulotki tej mniej więcej treści: „dwudziesta siódma rocznica najazdu hitleryzmu na Polskę, program uroczystości”. No, jeszcze takich uroczystości żeśmy nie obchodzili, a jednak i taką uroczystość zaprogramowano. Chowamy to jako curiosum.

Więc tam, gdzie dochodzi do głosu namiętność, tam się zatraca rozeznanie, równowagę, spokój i wtedy mnożą się czyny niegodne ludzi odpowiedzialnych. Tak też jest do ostatniej chwili, do ostatniego momentu, bo i Sierpce i Drohiczyn nie były wolne od tego rodzaju kontrakcyjnych manifestacji. Zazwyczaj one się nie udawały, ale kół kierowniczych to niczego nie uczyło. Pozostawiamy tę sprawę na boku, pełni wyrozumiałości, co zresztą każdy widzi.

Najważniejszą dla nas w tym „tryptyku”. była sprawa obrazu Matki Bożej Nawiedzenia. Sprawa dobrze nam wszystkim znana, najbardziej dla nas bolesna. Ona to skłoniła nas do nowego listu, który skierowaliśmy do Premiera, wykazując te wszystkie formy prowokacji, które usiłowano montować, by nas wyprowadzić z równowagi.

Może szczytową formą tej próby była sprawa Millennium w Warszawie, Nie daliśmy się i wtedy sprowokować. Wyczuliśmy, o co idzie, do czego się zmierza. A było tam bardzo niebezpiecznie i było to bardzo bliskie nawet następstw nieobliczalnych. Nasza postawa, dojrzałość społeczeństwa katolickiego, orientowanie się w sytuacji sprawiło, że zachowaliśmy charakter religijny i modlitewny tej uroczystości.

List wysłany do p. Premiera pod koniec sierpnia br. został mi zwrócony przez Urząd d/s Wyznań z uwagą, którą p. Premier polecił przekazać, że list jest arogancki. Więc bez rozpatrzenia, się go zwraca. Ponieważ takie załatwienie sprawy jest niezgodne z Konstytucją, która zobowiązuje władze państwowe do rozpatrzenia zażaleń obywateli, wystosowałem nowy list do Premiera wskazując mu na to, że zwrócenie naszego listu bez rozpatrzenia jest naruszeniem Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, Kodeksu Postępowania Administracyjnego i własnego listu p. Premiera w tej sprawie. No, na ten list, który poszedł bodaj 7 września, dotychczas odpowiedzi nie otrzymałem i nie zwrócono mi tego listu, co już by świadczyło o jakimś postępie. Może Kongres Kultury miał tutaj swoje błogosławione wpływy.

Jeżeli o tym mówię w tym gronie, które przecież obraduje nad konkretnymi sprawami, to tylko dlatego, że my wszyscy, cały Kościół święty, ze wszystkimi swoimi członami i hierarchia i katolicy świeccy i zakony – siedzimy w tej rzeczywistości polskiej, która jest rzeczywistością złożoną, a w której dominuje postawa kultury religijno-narodowej.

I ona to dochodzi do głosu. Nie jesteśmy wyobcowani z tej wspólnoty – jesteśmy w niej, jesteśmy z niej, ona nas żywo interesuje i jesteśmy dla niej i dlatego też wszystko, co się dzieje w tej chwili z Kościołem, nie może być nam obce. Jeżeli przy tej sposobności wszyscyśmy – i biskupi i kapłani i zakony – ucierpieli, to wiemy jak należy się zachować: tak jak Apostołowie, którzy wracali od Rady – mniejsza z tym czy Rady Państwa, czy wojewódzkiej czy powiatowej Rady Narodowej – radując się, że zasłużyli sobie dla imienia Chrystusowego zniewagę ucierpieć. I zdaje się, że gdy tak krótko a zwięźle załatwimy nasze sprawy, gdy nie będziemy się smęcić i gdy nie będziemy naśladować tej, co to noluit consolari, to wtedy wyjdziemy na tym najlepiej.

Drodzy moi, nie widzieliśmy się w tym gronie od roku, a chyba i dłużej, a przynajmniej nie widzieliśmy się od momentu, gdy w roku ubiegłym, właśnie w miesiącu październiku, Kościół soborowy ogłosił swój Dekret o odnowie życia zakonnego, co wchodzi zresztą w całokształt programu odnowy Kościoła Chrystusowego. I dlatego też nie mieliśmy sposobności powiedzieć sobie pewnych rzeczy i wypowiedzieć pewnych nadziei.

Wydaje mi się, że jakkolwiek wszystkie dokumenty – Konstytucje, Dekrety i Deklaracje Soboru Watykańskiego II są dla nas wszystkich – dla hierarchii, dla zakonów, dla świeckich, dla całego Mistycznego Ciała Chrystusowego, to szczególniej dwa dokumenty dotyczą życia zakonnego. I to zarówno Konstytucja dogmatyczna o Kościele, jak i ten wspomniany już Dekret o odnowie życia zakonnego. Chciałbym przy tym spotkaniu określić to w jednym zdaniu: wydaje mi się, że szczególniej włączenie do Konstytucji Dogmatycznej o Kościele rozdziału o Zakonach jest jakimś awansem, jest nie powiem rehabilitacją, ale jakimś dźwignięciem życia zakonnego na wyższy poziom w społeczności kościelnej. Jest uwydatnieniem, że życie zakonne nie jest jakimś folwarkiem, który się uprawia na peryferiach życia katolickiego, ale że to życie zakonne jest włączone w organizm Kościoła Chrystusowego. Że nie tak, jak dotychczas, chociaż merytorycznie wiemy, że to życie zakonne zawsze jest związane z Kościołem, jego rozwojem, jego pracą, jego potrzebami – ale myśmy troszkę, w ostatnich szczególnie czasach, myśląc i mówiąc o życiu zakonnym, za bardzo żyliśmy księgą drugą „De personie” i tą częścią „De Religiosis” i byliśmy skłonni niemal wszyscy – regulować życie zakonne, oceniać je za bardzo pod katem Kodeksu Prawa Kanonicznego. Natomiast Sobór uczy nas rozważać życie zakonne pod kątem nowoczesnej teologii fundamentalnej jak niektórzy mówią – eklezjologii. Broń Boże – apologetyki. I to jest znamienne, bo właśnie w tym wyraża się ten awans zakonów, rodzin zakonnych we współczesnym Kościele, który mówi o swoim nowym rozpoznaniu, o swoim aggiornamento.

Jeżeli tak z lotu ptaka, najbardziej syntetycznie spojrzymy na fen dokument, to Kościół każe nam przede wszystkim widzieć ten Lud Boży, którego teologię będziemy musiki wypracować, bo na razie istnieją fragmenty tej teologii, pewne jej elementy, bo na razie nie wyciągnęliśmy wszystkich konsekwencji z Listów Apostolskich, zwłaszcza św. Pawła, św. Piotra de populo Dei. Gdzieś się nam to po drodze zagubiło i niedostatecznie zostało rozwinięte.

Pamiętam, w czasie wojny dostała mi się do ręki rozprawa jakiegoś teologa niemieckiego (dziś nazwiska nie przypomnę sobie), który zajął się właśnie analizą tekstów skrypturystycznych, poświęconych terminowi „Populus Dei”. Może do tego zachęciła go encyklika Piusa XII Corporis Christi Mistici – bo to było po tym, ale wydało mi się wtedy, człowiekowi troszkę zaskoczonemu, że się jakieś wielkie okno na świat otwiera i że trzeba w tym oknie zobaczyć te turbam magnam, quam numerare nemo potest. Ten Lud Boży. I właśnie Sobór takie wielkie okno przed nami otworzył. I każe nam widzieć tę wielką rzeszę i jak Duch Święty w niej pracuje, wyprowadzając z niej hierarchię, a więc papieża, biskupów i ustanawianych przez nich kapłanów; jak z tej wielkiej rzeszy wyprowadza tych t.zw, świeckich katolików, powiedziałbym ludzi uświęconych i jak wyprowadza również rodziny zakonne. Te człony, chociaż każdy z nich ma swoje określone zadanie w Ludzie Bożym, w tym Mistycznym Ciele Chrystusa, to jednak wszystkie one są skierowane ku jednemu głównemu celowi tj. świętość życia i realizacja eschatologicznych celów Kościoła, co należy w różnym stopniu do nas wszystkich: do hierarchii, do świeckich, do zakonów.

Właśnie w ten sposób – niejako na nowo, już teologicznie – Sobór inkorporował zakony w strukturę Kościoła i niejako wyprowadził je z tego schematu tylko kodeksowego, by nas uczyć myśleć o zakonach teologicznie, konstruktywnie, eklezjologicznie i żebyśmy odtąd pod tym kątem usiłowali widzieć, rozumieć i opisywać Kościół Boży i życie zakonne w tym Kościele, jako element konstruktywny, niezbędny dla Kościoła. Wydaje mi się, że to jest punktem wyjścia dla wszystkich naszych rozważań i całej pracy naszego życia zakonnego. Kościół nas nie tylko niejako wprowadził, ale raczej orzekł o naszej obecności w tej strukturze Kościoła i każe nam widzieć siebie w Kościele, każe nam się włączać, jako te organizmy nadprzyrodzone, obudzane przez Ducha Świętego – jak mówimy w Dekrecie o Przystosowanej odnowie życia zakonnego – do specjalnych zadań w Kościele. I Kościół nam ciągle przypomina jak musimy – żeby dobrze rozumieć życie zakonne i jego miejsce w społeczności kościelnej – coraz bardziej żyć dla Chrystusa i dla Jego Ciała, którym jest Kościół. A to dlatego, między innymi, że od tego zależy coraz bujniejsze życie zakonne i coraz obfitsze życie Kościoła. Apostolat nasz przyczynowo jest związany z tą świadomością naszej obecności w organizmie Kościoła.

Tak bym usilnie chciał to uwydatnić, Wystarczy, że przytoczę takie zdanie: żeby wielka wartość życia poświęconego przez profesję rad ewangelicznych i jego nieodzowne zadania w czasach obecnych wychodziły na większe dobro Kościoła, obecny Sobór podaje następujące zarządzenia…”. Zważmy, motywem tych zarządzeń jest oczywista – dobro osób zakonnych, ale większe dobro Kościoła. I tutaj będzie już mowa o tym, co w specjalny sposób podkreślone jest zwłaszcza w punktach 5 i 6 tego dokumentu: „członkowie wszystkich instytutów powinni to sobie uświadomić, że przez profesję rad ewangelicznych odpowiedzieli na wezwanie Boże w tym znaczeniu, iż nie tylko umarli dla grzechu, lecz także wyrzekli się świata, żyjąc dla samego Boga. Całe bowiem życie oddali na Jego służbę, co stanowi jakąś szczególną konsekrację, która korzeniami sięga głęboko w konsekrację Chrztu i pełniej ją wyraża. A ponieważ to oddanie siebie zostało przyjęte przez Kościół, niech zakonnicy wiedzą, że są poświeceni również służbie Kościoła”.

I jasna rzecz – nie zacieramy tych granic, które są wskazane i podyktowane przez Zakonodawców, przez specjalną duchowość danej rodziny zakonnej, przez konkretne dalsze cele, które usprawiedliwiają odrębność danej rodziny zakonnej, niemniej musimy sobie coraz bardziej uświadamiać, że skoro Kościół umieścił zakony w tej strukturze organicznej Kościoła – w Konstytucji dogmatycznej – to to wszystko, co jest powiedziane w Dekrecie o odnowie życia zakonnego jest tylko następstwem, jest tylko wnioskiem tego, co tam było powiedziane.

I dlatego wysiłek wszystkich zakonów, a szczególnie zakonów w Polsce musi iść po tej linii, żeby tę teologię fundamentalna życia zakonnego jak najbardziej rozpracować, opisać i uczynić ją elementem zasadniczym pedagogiki i ascetyki, ascezy całego wychowania życia zakonnego. Tu musi nastąpić jakaś umiejętna korelacja między duchowością danej rodziny zakonnej, jej specyfiką zakonną, by jej nie zagubić. Tym bardziej, że i Sobór i Dekret ciągle nam o tym mówią, żeby wracać do duchowości swoich Założycieli, żeby ich lepiej rozumieć. Żeby ich zrozumieć w tej perspektywie dziejowej, która jest przed istniejącymi nadal rodzinami zakonnymi, chociaż liczą sobie niektóre więcej wieków, aniżeli chrześcijaństwo w Polsce.

Niekiedy może się wydawać, że trzeba raczej od tej przeszłości odskoczyć, że są to już anachronizmy, a jednak jeżeli weźmiemy czy ducha augustiańskiego, benedyktyńskiego, franciszkańskiego, czy dominikańskiego, to stosując pewne odnowione formy życia tych starych Instytutów, trzeba jednak pamiętać o duchowości, która zrodziła samo istnienie tych Instytutów. One na przestrzeni wieków przystosowywały się – tak jak się Kościół przystosowuje, nic nie tracąc ze swej duchowości – do współczesnego życia, by więc i te instytuty przystosowywały się do współczesnego życia, nie tracąc nic z właściwego sobie ducha, bo na pewno tak mądrze poprowadziliby reformę zakonodawcy. I tylko życzyć by sobie nalegało, aby ta dziedzina myśli teologicznej jak najbardziej owładnęła duchowością współczesnych rodzin zakonnych. Należy się wyzwalać z indywidualizmu, co jest nalotem pewnego jurydyzmu i indywidualizmu filozoficznego może nawet moralnego, który się zrodził znacznie później, w ostatnich czasach i doprowadził do tego, że całe wielkie rodziny zakonne upodabniały się do jakiegoś getta, wyizolowanego z całokształtu nadprzyrodzonego organizmu Kościoła. Oczywiście – mówię to bardzo „grubymi” wyrazami, bo przecież cała duchowość, cała nadprzyrodzoność, cała energia życiowa, zawsze były brane z Kościoła. Jednak ta praktyczna postawa na co dzień, ten pewien separatyzm szedł niekiedy za daleko. Dlatego Sobór i Ojciec Święty chce i domaga się jak największej więzi i współdziałania z biskupami i duchowieństwem diecezjalnym. I to pod każdym względem, a zwłaszcza w pracy duszpasterskiej. To jest postulat na czasy dzisiejsze.

Pomyślmy – Drodzy moi – ile musieliśmy i my przezwyciężyć niechęci i oporów, zwłaszcza w szeregach duchowieństwa diecezjalnego, które niechętnie widziało w pracy duszpasterskiej, zwłaszcza na parafiach, członków rodzin zakonnych. Tam też nieco tego separatyzmu zaznaczyło się.

Były też rodziny zakonne i są do dziś dnia, które powołując się na swoje specjalne zadania, zwłaszcza gdy idzie o zakony kontemplacyjne – nadal uważają, że praca duszpasterska nie da się pogodzić z ich zadaniami własnymi i duchowością ich życia zakonnego. Może tak niekiedy być. A jednak sądzę, że dzisiaj już by trzeba przezwyciężać te opory, bo tego wymaga dobro Kościoła i tego wymaga aggiornamento – ta odnowa zakonna, zwłaszcza w Polsce, gdzie rodzinom zakonnym odebrano własne zadania, określone przez drugorzędne cele życia zakonnego, tym bardziej są one jak gdyby do wzięcia i tym bardziej trzeba dla nich szukać terenu pracy.

Może to jest opatrznościowe – skierowywanie Was, Najmilsi, ku tej ściślejszej jeszcze współpracy, na terenie diecezji, z biskupem i duchowieństwem diecezjalnym. Ale jasna rzecz, że wchodząc w życie duszpasterskie, w organizmie diecezjalnym, trzeba zawsze zabezpieczać normalny rozwój i obserwancję w życiu zakonnym. Podporządkowuje to życie zakonne Stolicy Apostolskiej wyłącznie, a przełożonym wyższym udziela specjalnych uprawnień. Tu jest właśnie delikatny punkt tego kontaktu, bo podnosząc teologiczny awans życia zakonnego w Kościele, a jednocześnie powołując zakony do współpracy duszpasterskiej z hierarchią, Dekret o Odnowie mocno podkreśla samą obserwancję w życiu zakonnym. Zaangażowanie w pracę duszpasterską i apostolską w terenie, poza wspólnotą zakonną, nie może tej wspólnoty rozbijać i nie może jej osłabiać. Mamy na ten temat troszkę doświadczeń w Polsce. Są rodziny zakonne, które pośpieszyły hierarchii z pomocą, zwłaszcza w diecezjach na Ziemiach Odzyskanych i były stosowane różne metody. W niektórych diecezjach udało się stworzyć, że rodzinie zakonnej powierzano dekanat i w tym dekanacie dana rodzina obsadzała wszystkie placówki parafialne.

W innych znowu wypadkach, przyjęci do współpracy członkowie innego instytutu zakonnego byli porozrzucani po całej niemal diecezji na odosobnionych placówkach parafialnych. Nie zawsze dało się to tak ułożyć, żeby ich można było zgromadzić na terenie jednego dekanatu, pod zwierzchnictwem dziekana, który należy do rodziny zakonnej. W jednym z takich wypadków, po przeprowadzeniu wizytacji prymasowskiej danej rodziny zakonnej, postawiliśmy postulat, żeby wszystkich jej członków rozsypanych po rozległej diecezji sprowadzić do jednego dekanatu i niech tam pracują, podtrzymując w ten sposób więź i wspólnotę zakonną. Jest to dzisiaj rzecz niesłychanie trudna i łatwiej to było zrobić na początku niż dzisiaj.

Wydaje mi się, że będziemy się jeszcze musieli bardzo trudzić nad tym, ażeby przezwyciężyć przeszkody, zwłaszcza że nie zawsze zależą one od dobrej woli biskupów, bo wtrąca się wszędzie administracja wyznaniowa państwowa, im bardziej głosi rozdział Kościoła od Państwa. Wydaje mi się też, że te właśnie problemy musimy rozwiązywać w naszym środowisku polskim niekiedy odmiennie, aniżeli na terenie innych społeczności chrześcijańskich.

Mając nieco kontaktu z zagranicą dostrzegamy tam może inne jakieś formy tego kontaktu hierarchii, diecezji i rodzin zakonnych. Może nawet tam, za granicą bardziej można kłaść nacisk na postulaty prestiżowe, żeby podkreślać pozycję i znaczenie przełożonego zakonnego, można tam niekiedy pozwolić sobie i na formalistyczne traktowanie tego stosunku, strzegąc granic własnej kompetencji, ale wydaje mi się, że nie może to być wzorem dla nas. My żyjemy w zupełnie innych warunkach pracy, zupełnie niezrozumiałych dla tamtych ludzi, Przekonywaliśmy się o tym bardzo często na Soborze, zarówno wysłuchując wypowiedzi wyższych przełożonych zakonnych na auli soborowej, jak też i w rozmowach. Brak jakiejś wyobraźni dla rozeznania naszej sytuacji. Zresztą nikt z tego powodu nie może się gorszyć, że tej wyobraźni brak; trzeba to dobrze przeżyć, tak jak my to przeżyliśmy na własnej skórze.

Kiedyś, ktoś mi powiedział – przyjechawszy na parę tygodni do Polski, gdy go zapytałem: – no, jak tam się ojciec zorientował w sytuacji? A ten powiada: – ależ świetnie, wszystko rozeznałem. Ja mówię: winszuję, bo ja tu pracuję dwadzieścia lat i jeszcze wszystkiego pojąć nie mogę i jeszcze niejedna skrytość jest przed oczyma moimi zamknięta. Pojąć wielu rzeczy zupełnie nie mogę. I stąd bardziej może w Polsce, w naszych warunkach trzeba tej koordynacji pracy, tego współdziałania hierarchii, konsulty i poszczególnych przełożonych zakonnych wyższych i całych rodzin zakonnych, bo niekiedy od tej koordynacji, od tego zwartego frontu zależy ułatwiona obrona stanu zakonnego.

Przecież przeszliście niemal wszyscy przez tę próbę, gdy zapraszano Was do Urzędu d/s Wyznań i usiłowano podbijać ten bębenek: – przecież ksiądz jest ordynariuszem, po co ksiądz ma słuchać biskupa itd. No, każdy się łatwo orientował w charakterze tej pokusy. Zresztą z podobnymi pokusami spotykają się niekiedy i biskupi w takich rozmowach, tylko te pokusy tym razem idą w innym kierunku. Spotykają się z tymi pokusami i wyższe przełożone żeńskich rodzin zakonnych. Ale przecież szło nie o obronę kompetencji tego właśnie przełożonego zakonnego, tylko szło o to, żeby go przeciwstawić biskupowi, prymasowi, w ogóle hierarchii, bo „divide et impera” – stara metternichowska zasada odnawia się.

Możemy pod wieloma względami podziwiać diabła, ale że jest mało pomysłowy, to też jest pewne. Jakoś ta inteligencja została tutaj zamącona. Na tym polega mistyka szatańska tej właśnie walki. W swojej pracy, na tym trudnym stanowisku Prymasa, człowieka pełniącego zlecenia Stolicy Świętej de facultatum specialissimarum, niekiedy musiałem prowadzić mnóstwo rozmów, z których odnosiłem wrażenie, że się absolutnie nie rozumie tej sytuacji jaka u nas jest. Exemplum – przykład niesłychanie delikatny, o którym trzeba oględnie mówić, żeby go zrozumieć – to jest zagadnienie porozumienia między Kościołem i Państwem. Jest to przedmiot ogromnego sporu. I zdawało by się, że czegóż bardziej wszyscy pragniemy, jak jakiegoś porozumienia. Wprawdzie raz i drugi to porozumienie zawierając, byliśmy bici ze wszech stron, gdzie tylko się dało: bito nas w Rzymie, bito nas w prasie zagranicznej, bito nas w kraju, bo tzw. „nieprzejednani” nie mogli nam tego darować, no i wreszcie dziś nasz Rząd – może żeby nas skutecznie przekonać, po co zawieracie porozumienie z nami. I teraz znowu ten temat jest aktualny. Przytacza się trzy przykłady: Czechy, Węgry i Jugosławię i wskutek tego na gwałt – porozumienie, bo tam było, bo tu było.

I oczywista – po objęciu obowiązków w 1948 roku, już w 1949 zacząłem rozmowy z Rządem na temat porozumienia – ciągnęło się to fantastycznie długo, świadkiem Ks. Bp Choromański i Ks. Bp Klepacz. Ostatecznie gdyśmy do tego doprowadzili, zrozumieliśmy, że Rząd jest zaskoczony tym, że myśmy na to porozumienie poszli. Im się wydawało, że my na to porozumienie nie pójdziemy i będzie wygodniejsza pozycja do tłuczenia nas bez końca. Na jakiś moment sparaliżowało to akcję wręcz, dopóki nie wyszukano sobie sposobów walki ubocznej. I ona jest toczona do dziś dnia, Może nie wszystkim wiadomo: rok 1956, rozmowa w Komańczy z dzisiejszym wicemarszałkiem Kliszko i ministrem Bieńkowskim. Żadnych wtedy trudności, absolutnie żadnych, idzie tylko o to, żeby Ks. Prymas jak najrychlej przyjechał do Warszawy, bo towarzysz Gomułka jest zdania, że Ks. Prymas jak najprędzej powinien być w Warszawie. Na to odpowiadam: – tego zdania jestem od trzech lat, więc cieszę się, że zdania się pokrywają. Ale jednak tylu biskupów usuniętych, tylu księży siedzi, tyle szkół zamkniętych, pomimo porozumienia i co z tego? I wtedy humanista Bieńkowski: – ależ to wszystko natychmiast bez trudności załatwione. Drugi – jurydysta – ale tak, owak, no może, zobaczymy, zastanowimy się …  Wtedy wyczułem, że idzie o efekt doraźny, nie o szczere zobowiązania. Zresztą przekonaliśmy się o tym wkrótce. I dzisiaj, gdy jest jak gdyby nowy etap tego nacisku na porozumienie, gdy podejmują się tej sprawy niekiedy ludzie nie znający zaplecza, wtedy trzeba być niesłychanie ostrożnym i trzeba po prostu pytać o co idzie? Czy o jeden jeszcze dokument, który się propagandowo wykorzysta za granicą, czy też o rzeczywiste, szczere zagwarantowanie praw Kościoła do jego bytu i pracy. W ten sposób sprawa była ustawiana wiele razy.

W licznych rozmowach z ambasadorem Willmannem w Rzymie – mieliśmy na to czas, w czasie Soboru – a przedtem otrzymałem z Sekretariatu Stanu specjalne, ramowe „pro memoria”, które zazwyczaj Sekretariat Stanu daje, gdy tylko zaczynają się negocjacje o ewentualne porozumienie, czy ewentualny konkordat. To dostałem, przywiozłem i wręczyłem. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że nie wręczyłem. No, więc odpis posłałem drugi raz. Powiedziano: celowo Prymas postawił takie warunki, żeby uniemożliwić negocjacje. Tymczasem nie ode mnie one pochodziły, tylko z Sekretariatu Stanu.

I to się urwało na całe lata, bo uważano, że wysuwanie maksymalnych postulatów jest właściwie jakimś znakiem, że się nie chce porozumienia, Później raz po raz te rzeczy wracały i w rozmowach z panem Kliszko w Rzymie – bo i takie były – i przedtem w rozmowach z p. Gomułką i Cyrankiewiczem – bo i takie były, jedna trwała jedenaście godzin bez przerwy, od piątej po południu do wpół do czwartej rano. Wszystko to było. Jakie tylko możliwości się otwierały, wychodziliśmy naprzeciw, każde upokorzenie przyjmowaliśmy, I teraz myślę sobie – za grzechy ludzkie dobrze jest to wszystko przyjąć, może krócej się będzie w czyśćcu siedziało. No więc do wszystkiego człowiek jest gotów, co ma rozumny wymiar i sens, byle tylko przez prestiżowe ustawianie spraw, nie szkodzić Kościołowi.

A teraz ciągle pytamy: co zyskały Węgry na porozumieniu, co zyskały Czechy, co zyskało duchowieństwo? Co mi po takim porozumieniu; jeżeli nadal pozostały obozy przymusowej pracy, w których siedzą zakonnice, jak to na pograniczu polsko-czeskim nasi Polacy widują, Ja będę podpisywał porozumienie po to, żeby mieć świadomość, że sprzedałem te biedne kobiety i że godzę się na to? Absurd – żadną miarą.

Inny przykład – Jugosławia, Jakieś porozumienie. Ale studiując bardzo wnikliwie teksty, jakie tylko mogliśmy dostać a zwłaszcza studiując artykuły prasy i oceny stąd powstające doszliśmy do wniosku, że to Kościołowi nic nie dało. Może najwyżej to, że ten wysłannik Kościoła postawił nogę w półuchylonych drzwiach, a co dalej? Może nadzieja, że te drzwi będą się coraz szerzej otwierały, ale na razie na to się nie zanosi. Wiemy od księży stamtąd przybywających, że sytuacja właściwie dotychczas się nie poprawiła. Więc czekamy. Mieliśmy zbyt wiele doświadczać, żebyśmy ryzykowali na niepewne i tworzyli tylko materiał dla propagandy zagranicznej. Dlaczego o tym wszystkim mówię? – Właśnie dlatego, żebyśmy tym bardziej wzajemnie sobie uświadomili, że pomimo najlepszej woli musimy stawiać sprawę na poziomie wysokiej godności człowieka i Kościoła w naszej Ojczyźnie. Zwłaszcza teraz, w roku Tysiąclecia, my mówimy z pozycji Tysiąclecia, mówimy z pozycji obecności Kościoła od tysiąca lat w narodzie, z pozycji jego wielkich zasług dla tego narodu – niedocenionych oczywiście, zafałszowanych niekiedy, ale o tym trzeba ciągle pamiętać. I wskutek tego musimy się na tym poziomie utrzymać – w świadomości naszej godności, naszych zasług, naszego miejsca, bo to niejako wtórnie uzasadnia nasze prawa (bo uzasadnia zasadniczo od strony, że tak powiem, konstytucyjnej) ale poprzez trwanie, poprzez obecność, poprzez zasługi, poprzez wkład kulturalny, dodaje niejako wtórne argumenty, które każą nam przemawiać z pozycji ludzi tu obecnych. Nie jesteśmy alienigenae, nie jesteśmy przybyszami, jesteśmy narodem, jesteśmy z narodu i w narodzie i mamy tu swoje zasługi i musimy z tej pozycji mówić.

Pewnie, że gdy trzeba będzie, będziemy umieli być Kościołem ubogich, jak nam to bardzo często doradzano, zwłaszcza na Soborze. Widziałem na Soborze biskupów, którzy ubrali się w drewniany krzyż. Ja byłem na Soborze z krzyżem kard. Ledóchowskiego, który on dostał po wyjściu z więzienia ostrowskiego. Gdy rozmawiałem z takim biskupem o drewnianym krzyżu, mówię mu; bracie, nie wiadomo, który jest bogatszy. Bo to są bagatelne rzeczy, a ludzie lubią się uczepić bagatelnych rzeczy, drobiazgów, i wydaje im się, że przez to dokonują wielkiej sprawy – jak krzyż biskupi, który i tak nie jest jego własnością, zamieni na drewniany. Nie tędy droga i nie o to idzie, tak jak nie o to idzie byśmy wpierw czy później śpiewali po polsku czy po łacinie „ite misa est”. Można ulegać mistyfikacji zmian, może się komuś wydawać, że sama zmiana form czegoś wielkiego dokonuje. Nie. Idzie o tę przemianę ducha, o czym tak nieustannie mówi właśnie Dekret o przystosowanej odnowie życia zakonnego.

Pewnie, że podejmowaliśmy się niekiedy niepopularnych postaw na Soborze; taką niepopularną postawą była obrona przez Episkopat polski łaciny dla liturgii. Pytano nas – cóż wy tak bronicie tej łaciny. A dzisiaj się przekonano jakie ona miała znaczenie i zrozumiano, że nasza ostrożność jest wyrazem jakiejś mądrości, jakiejś dojrzałości. Bo nie idzie o zmianę, idzie o tę reedukację wewnętrzną samej naszej duchowości. Ta gorączka zmienności może być niekiedy symptomem schorzenia, a może i niekiedy zasłaniać rzeczywistość. I rzeczywiście tak jest. Gdy się projektuje jakiekolwiek zmiany, jakiekolwiek rozważania problemowe nad Soborem i tę recepcję – jak się mówi – Soboru, przez nasze codzienne życie, to niekiedy trzeba zacząć, jak mi się wydaje, od zwykłego elementarza. Cóż z tego, że będę miał w liturgii słowa tekst polski a nie łaciński, kiedy on podle przeczytany tyle właściwie daje co i przedtem, bo lud nie rozumiał tego, co ksiądz mówił po łacinie, a teraz nie rozumie tego, co ksiądz mówi po polsku. I trzeba naprzód właściwie nauczyć się mówić i czytać po polsku, bo rzadko się zdarza usłyszeć dobrze przeczytaną perykopę ewangeliczną w liturgii.

To samo, co z takim entuzjazmem było lansowane, to jest celebrowanie Mszy świętej faciae ad populum. No pięknie. Staliśmy plecami do ludu i ten lud mógł mieć pretensję, że nie widzi twarzy swego duszpasterza, bo ksiądz był skierowany do ściany ołtarza, ludu nie widział. Z tego wytworzyła się postawa społeczna, cała psychologia społeczna „nie widzenia ludu”. Teraz zwróciliśmy się twarzą do ludu i patrzymy na ludzi. Ale to niekiedy bywa bardziej prze­rażające, aniżeli nasze plecy, bo dotychczas widziano – że tak powiem – fizjologię pleców, a teraz widzą, psychologię oblicza… i co wtedy zrobić. Jakiej trzeba wewnętrznej przebudowy.

Słusznie Sobór mówił o tym, że zanim się zacznie wprowadzać reformę liturgiczną, trzeba dużo czasu poświęcić na naszą reedukację osobistą, na jakąś kulturę osobistą, kulturę postawy publicznej. Staliśmy twarzą na ambonie, to prawda. Dzisiaj stoimy twarzą podczas liturgii słowa, ale chyba nie wystarczy ustawić sam ołtarz faciae ad populum, ale siebie ustawić tak, żeby ten lud nie czuł – zamiast zjednoczenia, raczej jakiegoś resentymentu i niechęci. I mniej więcej to samo można by powiedzieć o pewnych skłonnościach do mnożenia koncelebry. To oczywiście jest zagadnienie szersze. Można tylko przykładowo je tutaj postawić, ale ja już widziałem kilka takich koncelebr. W jednej brał udział biskup i zdaje się dwunastu księży, którzy właśnie świętowali swój jubileusz kapłański i koniecznie chcieli tej koncelebry z biskupem. Jak to wyglądało – stałem jako widz – ile tam było wzajemnego denerwowania się, niecierpliwości, gestów, które szły jak w teatrze, aż do samych drzwi, ile było braku koordynacji. To ilustruje jak ważną sprawą jest ażeby, zanim dojdziemy do zmian form, zmienić ducha, naszą wewnętrzną postawę. Jakąś wewnętrzną przebudowę naszego życia w życiu diecezjalnym i w życiu zakonnym. Słuszną jest rzeczą, że po wyjściu tej Instrukcji o wychowaniu liturgicznym, taki mocny nacisk kładzie się na to, ile czasu trzeba poświęcić na wychowanie liturgiczne w Seminarium. Ale my to samo musimy zrobić z naszymi wiernymi. Też to jakieś przepracowanie.

Stąd pewna ostrożność nawet gdy idzie o zmiany w życiu liturgiczno-duszpasterskim. Może niekiedy księża biskupi skarżą się na to, że niektórzy księża prowincjałowie chcieli by tę sprawę załatwiać we własnym zakresie, jak gdyby poza biskupem i kierować życiem liturgicznie-duszpasterskim na własny rachunek.

Nie wchodzi tu w grę zagadnienie, kompetencji takiej czy innej, tylko jednolitej, uzgodnionej akcji. Nie może bowiem być tak, że Konferencja Episkopatu określa na tym etapie w umiarkowanym zakresie polonizację liturgii – tak, jak my mamy dotychczas, dwa teksty z liturgii słowa i Komunia – to nie może tak być, że ilu jest prowincjałów, tyle jest zarządzeń i każdy w swoim kościele czy zakonnym czy nawet parafialnym, zaprowadza swoje zarządzenia. Mamy przykład takiej kakofonii szczególnie we Francji. I nie chcielibyśmy czegoś podobnego mieć. Jest cierpliwość. Nasza cierpliwość idzie po tej linii, że gdy otrzymamy Mszał Ołtarzo­wy, który się drukuje w tej chwili w Paryżu dla Polski, wtedy będzie pora, gdy już wszyscy będziemy mieli tekst opracowany i jednolity, na to włączenie się w szerszym zakresie, w polonizację naszej liturgii mszalnej. Zresztą w tej sprawie wczoraj, we Wrocławiu, Episkopat Polski powziął nowe uchwały, tworząc niejako nowy etap, o którym w swoim czasie dowie się duchowieństwo diecezjalne i zakonne.

Drodzy moi – to co nas raduje, co podkreślamy, zwłaszcza z okazji uroczystości millenijnych, to jest to, że świadomość konieczności współdziałania wyższych przełożonych zakonnych i rodzin zakonnych z Kościołem i Hierarchią, z Episkopatem – pogłębiła się, że jednolitość akcji całego duchowieństwa diecezjalnego i zakonnego bardzo wzrosła. Zwłaszcza z okazji uroczystości millenijnych diecezjalnych, to współdziałanie wydało błogosławione owoce. Z doświadczenia osobistego na terenie obydwu Archidiecezji mi powierzonych również widzę, że współdziałanie i współpraca duchowieństwa diecezjalnego i zakonnego bardzo się zacieśniła ku obustronnemu dobru, ku dobru rodzin zakonnych i Ludu Bożego. Zdaje się, że ilość konfliktów, które przedtem istniały, zwłaszcza między Kuriami a przełożonymi zakonnymi wybitnie się zmniejszyła. Jeden postulat byśmy radzi wysunąć na marginesie tych właśnie przeżyć millenijnych. Postanowiliśmy aby diecezje zainteresowały się Kościołem, zwłaszcza jego przeszłością i kulturą religijną.

I to było uczynione przez wystawy diecezjalne w mniejszym lub większym zakresie. Byłoby rzeczą zupełnie dobrą i korzystną, zwłaszcza dla budzenia powołań, aby poszczególne rodziny zakonne w granicach uroczystości millenijnych – nawet jeszcze w przyszłym roku, jeżeli dotąd tego nie uczyniły – organizowały takie wystawy, ilustrujące wkład danej rodziny zakonnej w życie polskie. To jest rzecz o wielkiej doniosłości. Na przykładzie Warszawy przekonaliśmy się, chociaż wystawa diecezjalna w podziemiach kościoła Św. Krzyża była raczej skromna; przeszło tamtędy 150 tysięcy ludzi i zapisano swoimi uwagami całe góry ksiąg. Są bardzo pouczające.

Zważcie drodzy moi – gdyby każda rodzina zakonna upatrzyła sobie jeden lub kilka punktów, w których by zorganizowała wystawę poświęconą dziejom tej rodziny zakonnej, można by zresztą przewieźć taką wystawę z jednego miasta do drugiego, mam wrażenie, że miałoby to doniosłe znaczenie dla budzenia powołań. A kto wie, czy nie należało by pomyśleć o tym, jeszcze w przyszłym roku, żeby rodziny zakonne, zwłaszcza bardziej zasobne w jakąś przeszłość dziejową, zorganizowały zakonne millennium danej rodziny zakonnej. Niektóre zakony i w Polsce mają olbrzymi dorobek, który można by umiejętnie pokazać.

Gdy idzie o inne postulaty, chciałbym wrócić do sprawy dotkniętej już, mianowicie idzie o koncelebrę. Koncelebry, gdy idzie o mnie, stosuję z ogromną rezerwą, z ogromną ostrożnością, czekając na odpowiednie przygotowanie danych zespołów, biorących udział w koncelebrze.

Pamiętam, że gdy byliśmy zaproszeni, min. i ja do koncelebry z Ojcem Świętym, w charakterze diakona, to zebrano nas przedtem na experimentum u Św. Piotra i tam nas porządnie wymęczono. Otóż mnie się wydaje, że są dwa problemy, gdy idzie o koncelebrę: Raz – sama jakaś wyjątkowa uroczystość, którą by należało dobrze przygotować i uczestników koncelebry dobrze przygotować. A po drugie – motyw wygody danej rodziny zakonnej, bo powiedzmy jest dużo celebransów, mało ołtarzy, śpieszą na misje czy gdzie indziej do pracy – chyba ten motyw nie jest wystarczający i nie jest istotny. Bo koncelebra jest podyktowana raczej postulatem unitatis – jedności całego kapłaństwa z Ludem Bożym, niż jakimiś użytkowymi, administracyjnymi racjami.

Gdy jest dom zakonny, jest w nim kilkunastu młodych księży; zamiast, żeby każdy z nich odprawił Mszę św. mają koncelebrę, odmachnęli i sprawa skończona. Jeżeli będą do tego dobrze przygotowani, może to od czasu do czasu być wskazane. Ale odzwyczajać od początku młodych kapłanów od odprawiania Mszy św. tzn. od akcji własnej i pełnej, uważam za rzecz ryzykowną.

Jeżeliśmy dotychczas w ascetyce kapłańskiej uczyli, że najważniejszą czynnością kapłańską jest Msza Św., to chociaż byśmy najlepiej to ujęli i wyjaśnili przez udział w akcji koncelebry, to jeszcze nie jest to samo. Zwłaszcza, że ten kapłan nie zawsze będzie w takich warunkach, żeby mógł koncelebrować. Jeżeli się nie przyzwyczai do tego umiejętnego przeprowadzenia całej akcji liturgicznej, jak on tę Mszę będzie później odprawiał. Tym bardziej, że dobrze prowadzona koncelebra łatwą nie jest, Z wielu doświadczeń, zwłaszcza w czasie Soboru, tośmy się o tym przekonali. I dlatego ostrożnie, zwłaszcza, że duchowieństwa u nas jest mało. Mszy św. dla obsłużenia ludzi trzeba bardzo dużo. Przecież u nas brak kościołów. Weźmy Warszawę, gdzie niemal w każdej świątyni w niedzielę trzeba mieć osiem i dziesięć nabożeństw, bo ten lud się po prostu wymienia. A przecież muszą siedzieć jeszcze w konfesjonale. Jest to sprawa bardzo delikatna i może zaciążyć poważnie na duchowości nawet kapłana, na jego osobistym związaniu się z tą akcja liturgiczną, którą on od początku do końca przeprowadza i to samo, gdy idzie o motyw duszpasterski. Więc chociaż wasze facultates tę sprawę określają jednak sądzę że wolno wysunąć ten postulat ut quomodo caute ambuletis i w tej sprawie.

Druga sprawa, która nam bardzo na sercu leży, to jest sprawa stroju zakonnego. Niedawno taki artykuł ukazał się w Tygodniku Powszechnym, który zdaje się staje w obronie stroju duchownego, ale o co autorowi tam idzie, to ja nie wiem. Niby broni, a w rezultacie sprowadza to wszystko do jakiegoś znaczka itd. Można na ten temat sprawy ustawiać za granicą, ale u nas w Polsce trzeba je ustawiać inaczej. U nas w Polsce sutanna czy habit, zwłaszcza na ulicy, jest wyznaniem wiary, jest świadectwem obecności Kościoła w Polsce, jest niejako budzeniem sumienia, jest postulatem oporu przeciwko laicyzacji życia publicznego. Przekonujemy się o tym w podróżach. Bardzo byłbym ostrożny w podejmowaniu decyzji rozluźniających tę sprawę. A już bardzo bym się lękał, żeby wyżsi przełożeni zakonni, bez dostatecznej racji, sami się po prostu rozstawali z habitem i paradowali w stroju na pół duchownym. Przecież pamiętajmy, chociaż nie habit czyni mnicha, jednakże ten habit ma na sobie stygmat wieków dla niejednej rodziny zakonnej. To jest wymowa, to jest zarazem i chwała. Są niektóre habity, których potrzebę my sami widzimy w naszym życiu – habit franciszkański, habit dominikański. Czujemy potrzebę tego habitu w naszym życiu religijnym, społecznym, publicznymi My się za nim oglądamy, i nie tylko my, przyzwyczajeni do tego, ale i świeccy ludzie. Rozstawać się z tym zbyt łatwo, dawać jakieś dyspensy generalne czy też podejmować uchwały, dlatego, że we Francji czy gdzie indziej to zrobiono, uważam, że jest rzeczą b. ryzykowną.

Zapewne są okoliczności, które by to usprawiedliwiały – o nich nieraz się mówiło na zebraniach przełożonych wyższych, ale wtedy ten postulat nie wyglądał tak drastycznie jak dzisiaj. Jest jakaś przedziwna mania, na nas ten habit parzy skórę, jak gdyby człowiek już w czyśćcu siedział. Tyle pokoleń umiało w nim chodzić, umiało go nosić, a naraz nasze młode pokolenie zakonne tak się w tym czuje źle. Czy to nie jest problem głębszy, czy nie należało by może nie traktować tego zbyt formalnie ale pogłębić bardziej psychologicznie. Przykład mogę przytoczyć. Pamiętam na Soborze, gdyśmy wystąpili w obronie brewiarza, przy tej tendencji do skrócenia i wtedy użyłem takiego argumentu: – mówicie, że brewiarz jest za długi, trzeba go skrócić; nie jest to problem tylko liturgiczny, ale psychologiczny. Jeżeli kiedyś brewiarz będzie się składał z Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario i Wierzę w Boga, to też dla wielu ludzi będzie on za długi. I to samo, gdy idzie o problem stroju. Wydaje mi się, że ze względów społecznych, ze względów religijnych, ze względów nawet politycznych, z uwagi na niezbędność tej obecności Kościoła nasze społeczeństwo musi widzieć kapłana i nie trzeba go odzwyczajać od widoku kapłana. To jest też problem bardzo doniosły i bardzo bym prosił, żeby wyżsi przełożeni zakonni zajęli się tą sprawą nie tylko pod kątem indywidualnych rozwiązań, ale tego wymiaru społecznego, który musimy zawsze mieć przed oczyma.

Jeszcze jedna sprawa dotyczyłaby wyjazdów za granicę. Nasze doświadczenia w Sekretariacie Prymasowskim pod tym względem najlepsze nie są. I dlatego myśmy tak zróżniczkowali nasze decyzje w tej sprawie. Nadal obowiązuje, ilekroć wyjeżdża ktoś za granicę uzyskanie zezwolenia w Sekretariacie Prymasowskim. Gdy idzie o Amerykę, zwłaszcza Amerykę Północną, to musi być zezwolenie Kongregacji i nawet gdy do mnie taki postulat wpłynie, ja mogę tylko zaopiniować i wysłać do Kongregacji, bo Episkopat St. Zjedn. zastrzegł sobie tę sprawę w Sekretariacie Stanu. Ale gdy idzie o inne wyjazdy, to dla celów związanych z życiem zakonnym, więc kapituły, studia, nowicjaty, jakieś tam sprawozdania i administracyjne postulaty władz nadrzędnych – to jest jasna sprawa. Gdy idzie o kuracje – w rzadkich wypadkach, niekiedy. Gdy idzie o turystykę – gdzieś tam na Węgry czy nad Morze Czarne itd. to już my umywamy ręce i nie chcemy takimi sprawami się zajmować. Gdy idzie o cele takie, jak Rzym, Ziemia Święta, to jeszcze byśmy to rozumieli. Najgorszą sprawą to jest wyprawa „po złote runo”, które niekiedy są i na ten temat księża biskupi bardzo się skarżą. Ale przypuszczam bardzo często stąd to pochodzi, że wielu księży wysyłanych jest przez władze polityczne – do Ameryki szczególnie – bez naszej wiedzy i bez wiedzy biskupów. To są ci księża, tzw. „usługowi”, którzy jadą dla wyrabiania pewnych opinii. Zwłaszcza po tym, jak odmówiono Ojcu Świętemu wjazdu do Polski, trzeba było to jakoś usprawiedliwić, więc wysłano taką ekipę księży, którzy tam tłumaczyli, że to jest z winy Prymasa, że Rząd był usposobiony jak najbardziej życzliwie, ale Prymas popełnił cały szereg błędów, nie porozumiał się z Rządem itd. No, jak ich tam przyjęto, to jest inna sprawa, ale miałem ślady nawet w prasie amerykańskiej a później i w listach, które do mnie skierowano z zapytaniem, co o tym sadzić. Oczywiście odpowiedzi nie mogłem udzielić.

Chciałbym te nieco przydługie wywody zakończyć tym, by Imieniem Episkopatu Polski, wyrazić Wam wszystkim, Najmilsi Przełożeni Zakonni braterskie pozdrowienie, które Wam przesyłają z wczorajszej Konferencji Episkopatu Polski. Żeby przy tej okazji złożyć Wam życzenia jak najbardziej owocnej pracy na tym Zebraniu, żeby wyrazić Wam słowa braterskiej podzięki – wszystkim rodzinom zakonnym – za Waszą błogosławioną pracę i za Waszą upragnioną współpracę. I żeby Waszym braterskim modlitwom powierzyć cały Episkopat Polski i wszystkie jego sprawy.