Rostworowski Piotr Er.Cam., Święty Benedykt i jego Reguła

o. Piotr Rostworowski Er.Cam.

ŚWIĘTY BENEDYKT I JEGO REGUŁA

Zebranie Plenarne Wyższych Przełożonych Zak. Męskich Warszawa, 14-15.X.1980 r.

 

Poznanie osobowości i nauki św. Benedykta czerpiemy z dwóch źródeł: z jego Reguły oraz z II Księgi Dialogów św. Grzegorza Wielkiego. Pomijamy tutaj dyskusję na temat wartości Grzegorzowych Dialogów jako źródła historycznego. Wiemy, że św. Grzegorz nie zamierzał pisać historii. Cel jego opowiadania jest budujący, co dziełu nadaje jego specyficzny koloryt, a samemu Autorowi pozostawia pewną swobodę w przekazywaniu danych historycznych. Trudno jednak nie przyznać dziełu dużej wartości historycznej, jeśli się zważy, że Grzegorz był bardzo bliski faktom, które opisuje. Wiadomości bowiem swoje zaczerpnął od mnichów, którzy osobiście znali Benedykta i z nim żyli, tudzież od ich bezpośrednich uczniów.

Zresztą trzeba stwierdzić, że postać Świętego, która się wyłania z Grzegorzowych Dialogów bardzo dobrze harmonizuje z fizjonomią duchową Autora Reguły, taką jaką nam sama Reguła przekazuje. W obu źródłach objawia się nam wybitny Mąż Boży, stojący przed obliczem Bożym i zmiażdżony Jego wielkością, człowiek, który w czasach wyjątkowo niespokojnych, gdy załamywały się resztki rzymskiego ładu, umiał sięgnąć do samego Źródła pokoju i mocy. Ten pokój i tę moc przekazuje swoim uczniom.

W II Księdze Dialogów to jego wkorzenienie w Boga przejawia się w ogromnej mocy cudotwórczej działającej na usługach miłości w ustawicznym kontakcie z Niebem, przejawia się także poprzez władzę nad złymi duchami i siłami świata, poprzez modlitwę mistyczną i płynącą z niej cudowną niezależność wobec wszystkiego, co nie jest Bogiem. W Regule ta sama cecha wkorzenienie w Boga objawia się w niezwykłej zdolności Benedykta do przekazywania ludzkości Bożego ładu i Bożego pokoju wśród zwichrzonego świata. Tu i tam jest ten sam człowiek; podobnie jak Mojżesz obcujący z Bogiem na szczycie Synaju to ten sam Mojżesz, którego potem widzimy schodzącego z góry do ludu z tablicami Bożego Brawa. Jest więc między tymi dwoma źródłami prawdziwa harmonia, która nam pozwala lepiej sobie odtworzyć postać tego niezwykłego człowieka.

Zaczęło się od opuszczenia wszystkiego, aby iść za głosem Bożego wezwania na samotność. Benedykt szuka spotkania ze Stwórcą. Dla tego tajemniczego spotkania poświęca wszystko. Zaczyna się decydujący dla jago ewolucji dochowaj okres pustelniczy w grocie Subiaco. Dziś jeszcze możemy widzieć tę grotę skalną, wydrążoną w ścianie głębokiej przepaści, na której dnie szumi rzeczka Aniene. Dzikość i groza tego miejsca dziś jeszcze robią na nas wrażenie. Benedykt żył tam przez parą lat sam z Bogiem.

Autentyczne spotkanie człowieka z Bogiem, choćby nie było znane, jest zawsze w dziejach ludzkości wydarzaniem. Na tym tajemniczym styku rodzi się owa zadziwiająca płodność dachowa i owa szczególna zdolność prowadzenia ludzi do Boga. Najbardziej nieprzejednany teocentryzm Benedykta rodzi w jego duszy i w jego działaniu syntezę Bożego ładu miłości dla społeczności ludzkiej. Bo człowiek, który spotkał się z Bogiem prawdziwie, w pełnym znaczeniu tego wielkiego słowa, staje się innym człowiekiem. Benedykt po tym intensywnym współżyciu z Panem w grocie nad Aniene nie jest już ten sam. Z tego kontaktu ze Stwórcą wychodzi jako Zakonodawca. Pomimo jego młodości ludzie zaczynają się wokół niego gromadzić pociągnięci magnesem łaski. W obcowaniu sam na sam z Bogiem uformowany został ten człowiek, którego głębokie intuicje miały kształtować nie tylko życie mnisze w Kościele, ale i dźwigającą się z ruin i chaosu Europę. Będziemy się starali wydobyć pewne istotna aspekty tej jego intuicji, która znalazła swój wyraz w Regule.

Reguła św. Benedykta nie jest dziełem jednorodnym ani dziełem oryginalnym, jeśli przez to rozumiemy dzieło napisane przez autora całkowicie na podstawie własnych doświadczeń i przemyśleń bez żadnych zapożyczeń. Wręcz przeciwnie. Reguła jest dojrzałym owocem całej tradycji monastycznej pierwszych wieków aż do początku wieku VI, i to właśnie stanowi jej szczególną wartość i autorytet. W jej krwiobieg weszła zarówno wschodnia jak i zachodnia tradycja. Poza Pismem świętym, które jest cytowane 245 razy i jest w Regule wszechobecne, św. Benedykt korzysta z wielu autorów starożytnych. Zapewnia to Regule jej dojrzałość, solidność i katolickość, cechy, które stały się przyczyną jej hegemonii w średniowieczu europejskim. Stopniowo ustąpiły jej wszystkie inne reguły, których było około 30. Pomimo tego, że Autor Reguły nie szuka oryginalności, lecz przeciwnie, chce być jak najbardziej tradycyjny, powiedziano o niej, że stanowi jedno z najoryginalniejszych dzieł średniowiecznej literatury chrześcijańskiej. /G. Penco: „Sancti Benedicti Regula”/.

Doktryna Reguły wyrasta z głęboko teologicznej wizji człowieka i jego dziejów. W samym centrum dziejów człowieka jest jego dramat z Bogiem, dramat, który stanowi najgłębszy a jednocześnie bolesny sens całej ludzkiej historii. Człowiek wezwany do miłości i do zjednoczenie z Bogiem zawiódł, odszedł i zabłąkał się z dala od Boga. Dla św. Benedykta każdy człowiek jest podmiotem tych dziejów, bo w każdym człowieku realizuje się w jakiś sposób ten dramat całej ludzkości. Człowiek więc nie stoi wobec Boga z czystą hipoteką. On jest tym, który odszedł, a ponieważ odszedł, jedynym problemem naprawdę ważnym dla niego jest powrót. Monaster św. Benedykta, nazwany przez niego „Szkołą służby Pańskiej” /Schola Dominici servitii/ ma być drogą powrotu przygotowaną dla tego syna marnotrawnego, który przez nawrócenie, łzy skruchy i pragnienie poddania się w miłości biegnie do Ojca.

Na kandydata zgłaszającego się do monasteru św. Benedykt nie patrzy przede wszystkim jak na kogoś, kto wnosi pewne wartości, aby je wydoskonalić /chociaż i ten aspekt nie jest nieobecny/, ale przede wszystkim widzi w nim grzesznika, który szuka powrotu do Ojca z wygnania, którego sam stał się przyczyną: „Abyś przez pełne trudu posłuszeństwo powrócił do Tego, od którego odszedłeś przez gnuśne nieposłuszeństwo”. W samowoli i niezależności, które często ludziom imponują, bo widzą w nich przejawy siły charakteru i znamiona nieprzeciętnej osobowości, św. Benedykt widzi gnuśność nieposłuszeństwa, czyli jakąś miękkość ducha, tudzież brak czci i miłości w stosunku do Dawcy życia.

Na zapleczu tej wizji jest cała teologia upadku najpierw Aniołów, a potem naszych pierwszych Rodziców. Ponieważ odejście od Boga nastąpiło przez nieposłuszeństwo i bunt spowodowany pychą, powrót nie dokona się inaczej jak tylko przez pokorę i posłuszeństwo. Taka jest jedyna droga powrotu człowieka do Boga. Tylko przez pokorę i poddanie się przykazaniom Pańskim może nastąpić wyprostowanie człowieka ku Bogu.

Zauważmy, że św. Benedykt nie mówi o „miłości własnej”, jak wielu nowszych autorów, ale o „pysze”. Pozostaje w tym wierny głębokiej perspektywie biblijnej, według której uniwersalny bój Boga Miłości toczy się w płaszczyźnie pychy i pokory, jak to wspaniale uwydatnił św. Augustyn. Pycha jest to miłość własna, ale widziana w aspekcie religijnym i teocentrycznym, czyli w perspektywie Misterium Zbawienia. W tym ujęciu każdy akt miłości własnej jest aktem pychy, jako afirmacja siebie przeciwko Bogu i Jego czci. Dla św. Benedykta takie np. niedbalstwo jest również przejawem pychy jako lekceważenie służby Pańskiej. Głębokie skażenie rodzaju ludzkiego jadem pychy szatańskiej płynie szeroką rzeką przez dzieje. W naszych czasach przybiera ono postać szczególnie przerażającą. Wojujący ateizm i dążenie do całkowitego wykorzenienia wszelkiej czci Boga jest zjawiskiem niebywałym, nigdy dotąd w tej skali nie spotykanym. Pięść człowieka podniosła się z ziemi ku Niebu w szalonym porywie pychy i buntu /por. 2 Tes 2,1-12/.

Według Świętego Patriarchy człowiek może być wyleczony radykalnie tylko przez włączenie w „kenozę” Chrystusa, który uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej /Flp 2,8/. Nurt zbawienia i uzdrowienia człowieka, który rozpoczął się na ziemi od posłuszeństwa wyrażonego słowami Dziewicy: „Oto ja służebnica Pańska”, pełnię swą zbawczą osiągnął w Chrystusie, który z miłości do Ojca i Jego woli rzucił się w upokorzenie i śmierć krzyżową. Na tym się opiera cała wybitnie soteriologiczna koncepcja posłuszeństwa benedyktyńskiego. Benedykt też w posłuszeństwie widzi naprawę człowieka, zgodnie z tym, co do Rzymian pisze św. Paweł: „Jak przez nieposłuszeństwo jednego wszyscy stali się grzesznikami, tak przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi” /Rz 5,19/. Człowiek został usprawiedliwiony przez posłuszeństwo z miłości, które Chrystus na krzyżu okazał Ojcu. Przez uczestnictwo w tym posłuszeństwie świat ma zostać wyprostowany ku Bogu i wyzwolony z grzechu. W tym dziele mnich ma mieć uprzywilejowany udział.

Św. Benedykt nie komplikuje ani nie kawałkuje tajemnicy posłuszeństwa. Dla niego „obedientia mandatorum”, „obedientia Regulae” i „obedientia Abbati” to jedna i ta sama rzeczywistość. On nie ma żadnej wątpliwości, że posłuszeństwo przełożonemu utożsamia się z posłuszeństwem Bogu i jest naśladowaniem posłuszeństwa Chrystusa w stosunku do Ojca, naśladowaniem i uczestnictwem. Nie ma tu dla niego żadnego problemu. Cytuje Łk 10,16: „Kto was słucha. Mnie słucha”. Grzesznik zagubiony w regionach nieposłuszeństwa i buntu winien ze wszystkich sił pragnąć wejść w tę tajemnicę posłuszeństwa Syna Bożego. Bo całe Misterium Zbawienia to Misterium Posłuszeństwa, w myśl mocnej wypowiedzi św. Pawła do Koryntian: „Wszystko bowiem rzucił pod Jego stopy… A gdy już wszystko zostanie Mu poddane, wtedy i sam Syn zostanie poddany Temu, który Mu poddał wszystko, aby Bóg był wszystkim we wszystkich” /1 Kor 15,27-28/.

Ta soteriologiczna wizja powszechnego poddania się Bogu, które stanowi ostateczny cel wszystkiego, nie pozwala św. Benedyktowi na akceptację innej, w dzisiejszych czasach dość rozpowszechnionej, koncepcji posłuszeństwa. Już Pius XII z okazji Kongresu Generałów Zakonów w Rzymie w roku 1950 sygnalizował tę koncepcję, nie bez wypowiedzenia swych poważnych zastrzeżeń. Według autorów tego nowego ujęcia, które na wspomnianym Kongresie zaprezentował teolog dominikański, O. Omez OP, posłuszeństwo jest „złem koniecznym”. Należy je więc możliwie jak najbardziej ograniczać, przyjmując jako dyrektywę zasadę: jak najwięcej wolności – jak najmniej zależności dla prawidłowego rozwoju osoby ludzkiej.

Posłuszeństwo jest tu wyraźnie nielubiane, św. Benedykt zaś je kocha. Dla niego posłuszeństwo nie jest „złem koniecznym”, które trzeba ograniczać, ale dobrem, którego należy szukać. Reguła wychowuje postawę dążącą do rozszerzenia sfery zależności jako dobra /„bonum obedientiae”/. Poddanie się Bogu w osobie przełożonego jest dla mnicha upragnione /„Abbatem sibi praeesse desiderant”/. W tym stanowczym pragnieniu poddania się starają się być posłuszni nawet jedni drugim /R 71/ „wiedząc, że tą drogą posłuszeństwa idą do Boga” /„Scientes se per hanc obedientiae viam ituros ad Deum”/. Posłuszeństwo ma funkcję jednoczącą człowieka z Bogiem poprzez poddanie się Jego woli. Ono jest sakramentem spotkania z Bogiem poprzez upokorzenie i wyniszczenie Syna Bożego. W takiej pespektywie zasada ograniczania posłuszeństwa do minimum, a rozszerzania niezależności do maksimum nie miałaby sensu, bo uniezależnianie się od Boga nie może stanowić dobra dla człowieka ani być wyrazem jego miłości do Boga.

Pius XII na wspomnianym Kongresie nie odrzucił całkowicie w swoim podsumowaniu metody wychowawczej opartej na maksimum niezależności i minimum posłuszeństwa, ale stwierdził, że taka postawa nie naśladuje już Chrystusowego posłuszeństwa „aż do śmierci krzyżowej” w tym stopniu co posłuszeństwo zakonne w ujęciu tradycyjnym.

Sobór Watykański II wyraźnie potwierdza maksymalizm św. Benedykta w dziedzinie posłuszeństwa, gdy mówi w rozda. 5 Konstytucji o Kościele: „Matka-Kościół cieszy się, że w łonie jego znajdują się liczni mężczyźni i niewiasty, którzy dokładniej naśladują wyniszczenie Zbawiciela i wyraźniej je ukazują… wyrzekając się własnej woli: poddają się oni mianowicie człowiekowi ze względu na Boga w sprawie doskonałości ponad miarę przykazania, aby się w sposób pełniejszy upodobnić do posłusznego Chrystusa” /KK 12/.

Św. Benedykt uczy, że nawet bardzo trudne i na pierwszy rzut oka niewykonalne polecenie można wypełnić, jeśli się miłuje posłuszeństwo i bardzo go pragnie, a przy tym ma się ufność w pomoc Bożą /R 68/. Zbyt często w dyskusjach o posłuszeństwie stawia się problem niewłaściwie przenosząc punkt ciężkości zagadnienia na treść nakazu i zastanawiając się czy przełożony zna lepiej wolę Bożą. Zasadniczy problem leży bliżej. Wolą Bożą nie tyle jest to, co mi przełożony nakazuje, ale wolą Bożą jest moja uległość w stosunku do przełożonego dla uczczenia Tajemnicy Wcielenia Syna Bożego. Jeżeli ta uległość będzie, jeżeli będzie we mnie prawdziwe pragnienie poddania się i głód komunii z przełożonym /jak to słusznie uwydatnia Ruch „Focolari”/, to znajdę właściwe wyjście nawet wtedy, gdy sama treść polecenia będzie mogła budzić wątpliwości, i pozostanę na linii pokory i jedności z przełożonym. Taka jest nauka św. Benedykta, która nic nie straciła ze swej aktualności.

Najdłuższy i najważniejszy rozdział Reguły, rozdział 7 zatytułowany jest „O Pokorze”. Ale pojęcie pokory zawarte w tym rozdziale wykracza daleko poza ramy tego, co zwykliśmy nazywać pokorą. Jest w nim pokazany cały proces „kapitulacji” człowieka przed Bogiem, aż do całkowitego owładnięcia nim przez Boga i dogłębnej wewnętrznej przemiany przez łaskę. Można więc w tym rozdziale widzieć całe „itinerarium” mnicha aż do pełnego zjednoczenia z Bogiem. Pedagogia Reguły opiera się tu przede wszystkim na jednej zasadzie – na zasadzie przemieniającej, dynamicznej obecności Boga.

Księga Rodzaju opowiada, że Agar, wypędzona przez Sarę i błąkająca się po pustyni w rozpaczy, została pocieszona i umocniona przez Anioła Jahwe. Potem całe to zdarzenie określiła słowami: „Widziałam Widzącego mnie”. Później studnię, która znajdowała się w tym miejscu, nazwano „Lachaj-Roj”, tzn. „Żyjący, który mnie widzi”. Te słowa dobrze oddają zasadniczą myśl wychowawczą św. Benedykta. On sam przez całe życie był przy studni „Lachaj-Roj”. Jego Bóg to Bóg Żyjący i Widzący. Intensywna świadomość tej obecności i tego wzroku Boga Żyjącego ma być główną zasadą kształtująca duszę mnicha: „Człowiek powinien być przekonany, że Bóg z Nieba patrzy nań zawsze i o każdej porze, a także iż czyny jego w każdym miejscu rozgrywają się przed oczami Bożymi. Aniołowie zaś w każdej chwili donoszą o nich Bogu. Tego władnie chce nas nauczyć Prorok, gdy mówi: „Boże, który przenikasz serca i sumienia” /R7/.

Reguła żąda praktycznego i ciągłego uświadamiania sobie Boga, Jego bliskości i Jego wzroku skierowanego na człowieka. To uświadamianie sobie ma być wytrwale aktualizowane, co stanowi prawdziwe i bardzo ważne ćwiczenie ascetyczne /„sibi ante oculos semper ponens”/. Groźna natomiast dla duszy jest nieświadomość /„oblivionem omnine fugiat”/, która uniemożliwia spotkanie i zrywa życiodajny kontakt. Ten żywy kontakt z Bogiem jest głównym i niezastąpionym „narzędziem” wychowania, podźwignięcia, uzdrowienia i uświęcenia człowieka. Według Reguły człowiek może być wychowany tylko Bogiem /sit venia verbo!/.

W naturalnym procesie rozwoju człowieka nie od samego zarania dzieciństwa jest on w posiadania zasad moralnych, aby się mógł nimi kierować. Pierwszą formą sumienia dziecka jest spojrzenie w oczy matki czy ojca, aby odczytać w nich ocenę własnego postępowania i rozbudzić w sobie pierwsze intuicje moralne. Człowiek dorosły już tego nie potrzebuje, bo ma swoje zasady i umie się nimi posługiwać. Jeżeli jednak ma być świętym, ta umiejętność mu nie wystarczy. Musi wrócić do tej pierwszej metody konfrontacji osobowej, metody dziecka. Ale teraz już nie w oczach matki czy ojca, ale w oczach Bożych znajdzie światło dla swego sumienia.

W rozdziale „O Pokorze”, w którym należy widzieć syntezą drogi uświęcenia, Reguła nie poleca żadnych specjalnych środków, żadnych ćwiczeń mających na celu nabranie pogardy dla samego siebie. Życie przed obliczem Bożym w ciągłej świadomości tego, kim Bóg jest, stwarza najlepsze warunki dla daru bojaźni Bożej, która stanowi fundament wszystkich cnót.

Św. Benedykt troszczy się o to, aby obraz Boga w świadomości mnicha nie był jednostronny. Mnich ma sobie uświadamiać ojcowską dobroć, cierpliwość i miłosierdzie Boże, ma też rozmyślać o niepojętej chwale przyobiecanej sprawiedliwym. Ale pamiętać ma również o nieskończonym Majestacie Stwórcy, o powadze Bożych przykazań, o odpowiedzialności wiecznej. Ta ciągła konfrontacja z całą prawdą rodzi wewnętrzną powagę i bojaźń Boża stopniowo ogarnia duszę. Czymże jest ta bojaźń Boża, którą Pismo święte tak wysoko wynosi? Ona ma jakby dwa aspekty. Jest to 1/postawa adoracyjna w stosunku do Boga, której najpełniejszym wyrazem Test „Opus Dei” czyli liturgiczna służba Boża, nadającą całemu monasterowi charakter świątyni pełnej chwały i uwielbienia Boga; 2/postawa ciągłego praktycznego liczenia się z Bogiem, z Jego wolą, z Jego przykazaniami, z odpowiedzialnością przed Nim. W tym znaczeniu bojaźń Boża to właśnie to samo, co delikatność sumienia, inaczej mówiąc, co wyrobienie duchowe. Jest to pierwszy i fundamentalny dar Ducha Świętego i jakby podkład pod wszystkie inne dary. Przy nominacjach na odpowiedniejsze urzędy św. Benedykt stawia kandydatowi warunek, aby był „timens Deum”. Ta norma jest dziś, również aktualna, bo żadne zdolności kandydata nie stanowią takiej gwarancji jak delikatne liczące się z Bogiem sumienie.

Czytający rozdział 7 Reguły „O Pokorze” doznaje pewnego zaskoczenia, bo ostatnie stopnie pokory wydają się o wiele mniej wzniosłe i łatwiejsze od pierwszych. Opanowanie mowy i śmiechu, o którym mówią stopnie IX, X, XI wydaje się o wiele łatwiejsze i wiele mniej doskonałe niż taki np. stopień VII, który polega na głębokim wewnętrznym przekonaniu, że się jest najgorszym za wszystkich ludzi. Aby prawidłowo zrozumieć i odczytać doktrynę tego rozdziału, trzeba przyjąć, że kolejność stopni nie wyraża w myśli Autora wzrostu doskonałości. Rysując linię rozwojową pokory Święty Patriarcha prowadzi ją od głębi wewnętrznego człowieka ku peryferii i dlatego zewnętrzne przejawy pokory znajdują się na dalszych stopniach. Usposobienie nazwane tu „pokorą” musi najpierw ogarnąć wnętrze duszy i w niej się zakorzenić, a następnie z głębi wewnętrznej przemiany przenikać coraz bardziej i coraz wyraźniej na podobieństwo ewangelicznego kwasu całego człowieka, nie wyłączając zewnętrznych przejawów jego osobowości.

Z zasadniczej konfrontacji wewnętrznej z Bogiem /I stopień/ wypływa lęk przed własną wolą, jakby czerwone światełko, które się zapala, gdy chcemy zbyt śmiało i niezależnie postąpić /II stopień/. Ten lęk przed odchyleniami własnej woli rodzi pragnienie całkowitego oddania tej woli Bogu przez posłuszeństwo, aby pełniej naśladować Chrystusa w Jego posłuszeństwie wobec Ojca /III stopień/. W pełnieniu posłuszeństwa mnich niechybnie natrafi na wielkie trudności, a nawet i niesprawiedliwości. Będzie musiał wszystko wytrzymać, upokorzyć się, wyciszyć w sobie wszelką skargę miłości własnej, po prostu „wytrzymać Boga” i Jego niezrozumiałe drogi. Tu pokora przybiera formę cierpliwości /IV stopień/. To usposobienie prowadzi do wewnętrznego zadowolenia i radości we wszystkich sytuacjach i we wszystkich obowiązkach, bo mnich uważa, że wszystko jest za dobre dla niego /VI stopień/. W końcu dochodzi do samego dna pokory wewnętrznej i już nie tylko ustami wyznaje, że jest najpodlejszy i najsłabszy ze wszystkich, lecz jest o tym również najgłębiej przekonany. Wówczas upokarza się i mówi z Prorokiem: „Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzi i wzgarda pospólstwa”/Ps 22,7; VII stopień/.

Ale łaska, która obficie spływa i wypełnia głęboką dolinę pokory, od wewnątrz przenika i ogarniać zaczyna stopniowo także zewnętrznego człowieka i wszystkie zewnętrzne przejawy osobowości słodką dyscypliną Bożego działania, które całego człowieka przepromienia i przemienia. Ostatnie stopnie pokory mówią o tej przemianie człowieka zewnętrznego do pełnej harmonii Bożej między duchem zjednoczonym z Bogiem a ciałem, osiągniętej dzięki całkowitemu przeniknięciu i przetworzeniu całej istoty ludzkiej przez łaskę. Wtedy już z głębin tak oczyszczonego ducha wytryśnie nieznane tajemnicze źródło przeczystej miłości: „Przeszedłszy wszystkie owe stopnie pokory, mnich dojdzie wkrótce do tej miłości Boga, która jako doskonała usuwa precz bojaźń. I co poprzednio tylko z obawy wypełniał, tego wszystkiego będzie teraz przestrzegał bez żadnego trudu, z przyzwyczajenia, niejako w sposób naturalny, już nie ze strachu przed piekłem, lecz z miłości do Chrystusa, bo nawykł już do dobrego i znajduje radość w cnocie. Oto co przez Ducha Świętego zechce Pan objawić łaskawie w słudze swoim oczyszczonym z błędów i grzechów” /R 7/.

Jeżeli monaster benedyktynki ma być drogą powrotu syna marnotrawnego do Ojca, musi być miejscem Chrystusa, który jest drogą jedyną. Studiujących Regułę uderza właśnie jej chrystocentryzm. Jak widzieliśmy, cały system ascetyczny Benedykta ma strukturę wybitnie paschalną. Z Chrystusem razem mnich ma się upokorzyć i rzucić pod stopy Ojca, aby dojść do miłości doskonałej, który jest już przedsmakiem zmartwychwstania i życia wiecznego.

Osoba Chrystusa jest wciąż mnichowi przypominana i jakby wszechobecna w Regule. Na samym początku Prologu życie mnisze jest przedstawione jako żołnierska drużba Chrystusowi, prawdziwemu Królowi. To Chrystus przychodzi do wspólnoty w osobie gości i pielgrzymów, którzy mają być odpowiednio z miłością pełną czci przyjmowani. Jego trzeba dostrzegać w ubogich i potrzebujących, którzy dlatego mają być traktowani z religijnym szacunkiem i miłością. Chrystusowi się służy w braciach chorych… Posłuszeństwo, jakiego żąda św. Benedykt, jest cechą tych, „którzy nic nie mają droższego nad Chrystusa” /R 5/. W Prologu do Reguły Święty Patriarcha zapowiada, że celem jego „szkoły służby Pańskiej” i jej programem jest, abyśmy podążali ścieżkami Pana za przewodna Ewangelii, abyśmy zasłużyli na oglądanie Tego, który nas wezwał do swego królestwa. Ku temu Królestwu idziemy, a raczej „biegniemy” niezmordowanym wysiłkiem. Eschatologiczna chwała tego Królestwa jest wciąż przed oczami Świętego Zakonodawcy, który Prolog do Reguły zakańcza słowami: „Gdy będziesz postępował naprzód w cnotach zakonnych i w wierze, serce ci się rozszerzy i pobiegniesz drogą przykazań Bożych z niewysłowioną słodyczą miłości. Tak więc nie odstępując nigdy od nauki Pana, w Jego nauce wytrwajmy w monasterze aż do śmierci, abyśmy przez cierpliwość stali się uczestnikami Męki Chrystusowej i zasłużyli na udział w Jego Królestwie”.

Ale chrystocentryzm św. Benedykta w sposób zupełnie szczególny objawia się w samej strukturze monasteru i życia benedyktyńskiego, która jest bardzo teologiczna i eklezjalna. Św. Benedykt na wybitnie eklezjalną wizję swojego instytuty. Wspólnota powstaje i żyje wokół Chrystusa-Opata, podobnie jak Kościół, zarówno powszechny jak i lokalny, powstaje i utrzymuje się wokół Chrystusa, którego reprezentuje i uobecnia żywy człowiek. Kościół nie stoi tylko miłością braterską między wiernymi, ale ma mocną strukturę. Punktami węzłowymi, dokoła których się wierni gromadzą i w których się jednoczą, aby stanowić jeden Kościół, są papież i biskupi. Bez tej struktury nie ma Kościoła. Miłość jej nie zastąpi. Tak jest i w Regule; o wspólnocie stanowi uobecniony Chrystus w osobie Opata. Cała funkcja Opata, cała jego wielka władza wypływa z tego jednego teologicznego założenia: „Christi vices agere i monasterio creditur” /R 2/. Św. Benedykt od początku do końca Reguły jest z tym założeniem konsekwentny. Wspólnota monastyczna jest wspólnotą teologiczną, organizmem, Kościołem.

Nie tak dawno pewien konferencjonista należący do Zgromadzenia apostolskiego twierdził, że wielką zasługą Soboru Watykańskiego II było odkrycie teologii wspólnoty. Zakonnik ten mógł tak widzieć, ponieważ w jego Zgromadzeniu nie odczuwano potrzeby teologii wspólnoty. Zgromadzenie było podzielone, placówki duszpasterskie o składzie przypadkowym i niestabilnym. Sens takich wspólnot był przede wszystkim praktyczny, a ich sens teologiczny mógł nie być zauważony. Zakon św. Benedykta żył od początku tą teologią.

Nie tylko wokół żywej osoby Chrystusa-Opata tworzyła się i trwała jedność rodziny mniszej, ale /i tu mamy drugi rys wybitnie eklezjalny/ tworzyła się i trwała wokół wspólnie przeżywanej Liturgii, która nadawała rytm całemu życiu w monasterze.

Taka eklezjalna struktura wspólnoty mniszej pociągała za sobą również głębokie przeżywanie tajemnicy komunii eklezjalnej jako wartości podstawowej, co znalazło swój wyraz nawet w benedyktyńskim kodeksie karnym. Za poważniejsze przewinienia największą karą było wyłączenie ze społeczności, podobnie jak w Kościele Powszechnym. Owo wyłączenie, podobnie jak ekskomunika kościelna, miało dwa stopnie w zależności od wielkości winy. Wszystkie inne kary, nawet najdotkliwsze, były uważane za mniejsze wobec kary wyłączenia ze społeczności z powodu głębokiego duchowego sensu tej kary.

Jeszcze jedną charakterystyczną cechą wspólnot benedyktyńskich jest to, co by można określić jako ich organiczność. Jest w nich jakaś przewaga elementu organicznego nad organizacyjnym, jakby szczególne umiłowanie i naśladowanie samego życia. Subtelne wyczucie wartości naturalnych i ich głębokiej harmonii z porządkiem nadprzyrodzonym doprowadziła Benedykta do przyjęcia formy życia zbliżonej do życia rodzinnego. Stałość miejsca, trwałość i ojcowski charakter funkcji Opata przyczyniły się z pewnością do rozwinięcia i utrwalenia tego modelu rodzinnego, co czyni życie benedyktyńskie tak bliskim naturze ludzkiej i tak pełnym wdzięku. Monastery benedyktyńskie to prawdziwa rodziny. Każda jest inna, każda ma swojego ducha i swoją atmosferą, każda jest autonomiczna i sama kształtuje swojo oblicza, w zależności od ludzi, którzy do niej należą, od darów Bożych, które mają, od osobowości Ojca Opata, od środowiska, w którym się monastyr znajduje, i od zadań, jakie w tym środowisku zależnie od potrzeb tegoż i od talentów swoich członków może podejmować. W niedługim czasie monastyr ufundowany wykuwa sobie oblicze własne, zupełnie odmienna od oblicza opactwa macierzystego. Powstaje w ten sposób pluralizm benedyktyński, który nie jest sztucznie robiony, ale który po prostu wynika z życia i dlatego jest prawdziwy i stanowi rzeczywiste bogactw. Ten swoisty benedyktyński sposób bycia i odczuwania sprawiał, że Benedyktyni na ogół bronili się przed centralizacją, a tam gdzie do pewnej centralizacji dochodziło, zachowywano znaczną autonomią monasterów. Ten swoisty pluralizm świadczy o wielkiej szerokości i elastyczności Reguły, która jest wspólnym dobrem tylu i tak różnych wspólnot, a przy tym pozostaje fundamentem i natchnieniem ich wszystkich. To czyni, że Reguła się nie starzeje i dziś jeszcze różne nowe powstające grupy po nie sięgają.

Proces rozrastania się Zakonu również metody swe zapożycza od przyrody, naśladując podział komórek żywych albo wyrajanie się pszczół. Wspólnota macierzysta wyłania z siebie nową już zdolną do samodzielnego życia i do wypracowania swojej własnej drogi.

Zakon ma również swoje oryginalne metody apostolstwa. Sposób benedyktyński polega nie tyle na pracy misjonarzy w pojedynką, ile na tworzeniu w krajach pogańskich wielkich ośrodków żyda mniszego. Europa została doprowadzona do wiary i wychowana w niej przez takie właśnie ośrodki, które promieniowały modlitwą, wiarą, nauką i kulturą. Benedyktyni apostołowali więcej przez takie właśnie promieniowanie swoich wspólnot i ich siłę przyciągania niż przez pracę misyjną rozsianą w terenie i docierającą wszędzie poprzez sieć małych placówek. Dzisiejsza ludzkość rozbita i zatomizowana znowu odczuwa wielką potrzebą takich ośrodków stabilnych i pełnych pokoju.

Z tym benedyktyńskim „naturalizmem” łączy się bogactwo relacji międzyosobowych. Styl rodzinny opactw benedyktyńskich bardzo rozwija i pogłębia braterstwo między członkami. W monasterach OSB jest ono szczególnie mocne i serdeczne. Ale jest nie tylko braterstwo, jest także i ojcostwo i synostwo. Żyjemy w czasach odkrywania braterstwa między ludźmi, co jest niewątpliwie wielką łaską, ale jednocześnie zaczynamy gubić ojcostwo, a z nim synostwo. Od ojcostwa odstrasza nas slogan „paternalizmu”. Opierając się zbyt wyłącznie na Mt 23,9 /„nikogo nie nazywajcie waszym ojcem”/ i wykładając ten tekst raczej po linii sekciarskiej ciasnoty niż w duchu szerokości katolickiej, nie zauważamy całej nauki Nowego Testamentu o duchowym ojcostwie /1 Kor 4,15; Gal 4,19; 1 Tm 1,2; 1 P 5,14; 1 J 2, 1; 3 J 4/. To prawda, że nie ma poza ojcostwem Bożym innego ojcostwa duchowego, tak jak nie ma innego kapłana i innego pasterza poza Chrystusem. Ale istnieje ojcostwo jako uczestnictwo w ojcostwie Bożym, tak jak istnieją przez uczestnictwo kapłani Nowego Testamentu i ten, któremu Jezus powiedział: „Paś baranki moje” słusznie jest nazwany pasterzem. Sterroryzowani sloganem „paternalizmu” ukutym przeciwko zbyt protekcjonalnym i odgórnym formom przełożeństwa, zagubiliśmy cały niezmiernie bogaty wymiar ojcostwa w Kościele, któremu odpowiada wymiar synostwa. Przyczyniło się do tego z pewnością radosne odkrywanie braterstwa, które jest chlubą naszych czasów, ale takie braterstwo „spłaszczone”, redukujące bogate relacje międzyludzkie do jednej płaszczyzny, jest jednak mocno zubożałe. Nie będzie w pełnym wymiarze człowiekiem ani chrześcijaninem ten, kto nie zna ani delikatnej i pełnej czci miłości synowskiej, ani tkliwej, wyrozumiałej i wymagającej miłości ojcowskiej. Redukowanie wszystkiego do wymiaru braterstwa okalecza człowieka. „Pietas paterna” i „pietas filialis” to z pewnością wielkie ludzkie i chrześcijańskie cnoty. W monasterze benedyktyńskim wzorowanym na rodzinie istnieje to wielkie bogactwo międzyludzkich relacji, które wychowuje mnicha ku jakiejś pełni.

Przełożeństwo benedyktyńskie, mocno oparte na teologicznej strukturze Zakonu, ma pewne cechy specyficzne jemu tylko właściwe. Podobnie jak Biskup w Kościele lokalnym jest zasadniczo dożywotni, tak i Opat benedyktyński nie był obierany na określoną kadencję. Mnisi przez ślub stałości również do monasteru należeli dożywotnio. Więź, która w ten sposób powstawała między mnichami braćmi, a także między wspólnotą a Opatem, miała charakter rodzinny, mocny, serdeczny, jednocześnie nadprzyrodzony i naturalny, z bardzo silnym elementem stabilności i pokoju. Nie ma oczywiście systemu, który by miał same plusy a żadnych minusów, ale gdy się widzi, ile niepokoju i różnych niebezpieczeństw dla ducha wnosi do dzisiejszych Zgromadzeń towarzysząca krótkim kadencjom, a nierzadko niemal ko-ekstensywna z nimi „atmosfera przedwyborcza”, z jej tendencją do naturalizmu, do krytyki, do podważenie autorytetów, do ingerowania wszystkich we wszystko…, gdy się widzi, że na życie duchowe, które jest celem instytucji zakonnej, nie ma już odpowiedniego nastroju, ani skupienia, ani sił, to nabiera się uznania dla wartości starej, spokojnej i wypróbowanej formuły benedyktyńskiej. Mój Ojciec Opat, któremu w Belgii podlegałem był przełożonym przez 46 lat. Autorytet miał ojcowski niekwestionowany. Mógł spokojnie rządzić i wychowywać całe pokolenia mnichów. Miał wielkie doświadczanie. Był naprawdę ojcem i łatwiej było o synowską szczerość wobec niego niż w stosunku do przełożonego, który za rok lub dwa wróci do szeregu. Ponadto, gdy się ma przełożonego dożywotniego, nie traci się czasu na krytykowanie i narzekanie, ale trzeba się samemu wziąć za łeb, aby się z nim dogadać, skoro nie ma uzasadnionych nadziei ani na zmianę osoby, ani na zmianę miejsca ze względu na ślub stałości. Taka sytuacja sprzyja wyrobieniu prostej wiary i ducha pokoju.

Ale pozostaje pytanie czy taka wielka władza, jaką Reguła przyznaje Opatowi, nie jest niebezpieczna? To prawda, św. Benedykt daje Opatowi pełnię władzy, ale cała Reguła świadczy o tym jak bardzo Święty Patriarcha nienawidzi arbitralności w rządzeniu. Aby uwolnić Opata od pokusy autokratyzmu, poświęca przełożeństwu rozdziały 2 i 64 Reguły. Należą one do najpiękniejszych w Regule. Każdy przełożony, obojętnie z jakiego Zakonu, może z wielkim pożytkiem uczynić je przedmiotem swoich rozmyślań. „Opat nie ma niczego nauczać ani wymagać, co by było „extra praeceptum Domini”, ale jego wymagania, jego nauczanie słowom i przykładem ma być zaczynem Bożej sprawiedliwości w duszach uczniów” /R 2/. On ma być pasterzem i lekarzem dusz. Ma służyć wszystkim i dostosowywać się do różnych charakterów i temperamentów /„Omnibus se conformet et aptet”/. Za wszystkich i za każdego życie i postępowanie odpowiedzialny jest przed Bogiem.

Kościół okazuje wielkie zaufanie Biskupom udzielając im bardzo rozległych uprawnień. Podobnie postępuje św. Benedykt w stosunku do Opata. Silna władza Opata jest w jago oczach czynnikiem wewnętrznego pokoju we wspólnocie i stabilizacji charakterów. Jego instynkt prawdy ontologicznej domaga się, aby Opat był w pełnym znaczeniu tego słowa ojcem i przełożonym.

Ale właśnie dlatego chce go niejako „osaczyć od góry”, tzn. tak go postawić w nieustannej konfrontacji z Panem i Sędzią Najwyższym, aby utrzymująca się tym sposobem bojaźń Boża stała się dla niego najlepszym wewnętrznym regulatorem i nieustannym ostrzeżeniem przed wszelkim nadużyciem władzy. Opat powinien mieć Radę Starszych, których zdania powinien zasięgać. W sprawach większej wagi powinien zwoływać wszystkich braci na naradę i każdemu ma dać możność wypowiedzenia się, bo niekiedy Duch Święty daje swe natchnienie najmłodszemu, jak się to w młodzieńcach Samuelu i Danielu okazało /R 3/. Ale Kapituła to nie parlament. Nikt nie chce tam swego zdania przeforsować, ani mowy być nie może o jakichś stronnictwach. Każdy mówi to, co mu się przed Bogiem słuszne wydaje, aby w ten sposób wspólnym wysiłkiem przy pomocy łaski Bożej odnaleźć drogę Pańską. Każdy przynosi w darze światła, jakich mu Bóg dla wspólnego dobra udziela. Te światła przynosi Opatowi, do którego należy podsumowanie i decyzja. Ale wtedy już dyskusja skończona i wszyscy mają się w tej decyzji zjednoczyć, by przejść do wykonania. Decyzja, która wyzwala od możliwości nie kończących się dyskusji, jest z pewnością czymś dobroczynnym.

Św. Benedykt chce, aby przełożony był przełożonym i nie wstydził się tego, że nim jest, ale uwierzył w swój charyzmat. Dziś, kiedy samo wspomnienie posłuszeństwa, autorytetu czy władzy wywołuje reakcje alergiczne, jakby chodziło o agresję przeciwko osobie i jej wolności, szuka się dla przełożonych mniej „kompromitujących” tytułów. Nazywa się ich „odpowiedzialnymi”, mówi się, że funkcja ich polega na tym, aby byli „animatorami”, aby byli braćmi, sługami… Wszystko to bardzo słuszne, ale wszystkie te określenia mobilizuje się po to, aby nie wymówić przykrego słowa: „przełożony”. Atoli te różne określenia i tytuły wyrażają tylko pewne przymioty, określają sposób i ducha, w jakim należy przełożeństwo sprawować, lecz nie mówią czym ono jest. Bo „animatorem” może być każdy, kto ma do tego zdolności, a przełożony może tych zdolności nie mieć. Tytuł zaś „odpowiedzialnego” nie przynosi zaszczytu wspólnocie, która przecież nie składa się z ludzi nieodpowiedzialnych. Odpowiedzialnym może być i powinien być każdy zakonnik, a przełożony wspólnoty może być tylko jeden.

Ta dzisiejsza wstydliwość z powodu posiadanej władzy, to jej zamazywanie i ten lęk przed otwartą jej afirmacją, wszystkie to niezdrowe dzisiejsze tendencje u przełożonych wypływają często z braku prostej wiary we własny charyzmat przełożeński, z lęku przed opinią, która nie lubi autorytetu, a czasem może i z pewnego ducha konformizmu a nawet demagogii.

Św. Benedykt natomiast mocno afirmuje władzę. Uważa jej istnienie i działania nie tylko za niezbędne, ale i za dobroczynne, bo taka władza mocna i szczerze przyjęta z miłością i wdzięcznością może stać się dla mnichów odpowiednim ołtarzem dla ich ofiary posłuszeństwa. Przełożony, który stara się unikać wszelkich oznak swojego przełożeństwa, bo taka jest dzisiaj moda, który nie siądzie na pierwszym miejscu, który unika przewodniczenia, który chce się wtopić we wspólnotę, aby zniknąć… nie podobałby się św. Benedyktowi. Ola niego Opat niech z całym spokojem i wiarą będzie tym, kim jest. Niech to będzie widoczne, skoro przewodnictwo jest jego obowiązkiem, niech przewodniczy. Myślę, że taka postawa, jest może wbrew pozorom, bardzo nowoczesna, jeżeli za nowoczesność będziemy uważać nie to, co się dzisiejszemu człowiekowi najbardziej podoba, ale to, co mu jest najbardziej potrzebne. Człowiek potrzebuje wolności, ale potrzebuje również dyscypliny, aby się jego wola nie rozprzęgła. I dlatego właśnie dzisiaj jedną z wielkich potrzeb życie zakonnego jest silna, na wierze oparta i z wiarą akceptowana władza przełożonych. Przy władzy słabej i kwestionowanej nawet jedność wspólnoty jest zagrożona z braku osi, dokoła której ma się ona wytworzyć i trwać.

Niektóre opactwa benedyktyńskie odchodzą dziś od systemu Opatów dożywotnich. Wprowadzając taką zmianę, może nie zdają sobie sprawy z tego, jaką lawinę skutków ubocznych pociąga za sobą naruszenie ważnego elementu w harmonijnej i w ciągu wieków sprawdzonej całości. Spośród tych skutków ubocznych zapewne wiele będzie niechcianych i nieprzewidzianych, które jednak będą logiczną konsekwencją wprowadzonej zmiany. Będą wśród nich może takie pozorne nic nie znaczące imponderabilia, które jednak w życia są ważne, jak np. trudna do określenia, ale jednak uchwytna zmiana klimatu duchowego w monasterach OSB. Oby nie musieli się Benedyktyni kiedyś skarżyć na wtargnięcie elementów obcych i naruszenie owej nieocenionej „Pax benedictina”.

Osobiście myślę, że dożywotnich Opatów benedyktyńskich nie należy się obawiać. Jeżeli kapłan diecezjalny może się odważyć na dożywotniego Biskupa, jeżeli nie brak i takich straceńców, którzy godzą się nawet na dożywotnią żonę czy męża i – co dziwniejsze – ogół nie uważa ich za bohaterów, to dlaczego miałbym się tak bać dożywotniego Opata?

To, co może przede wszystkim należy w Zakonach zachować z dziedzictwa św. Benedykta, to świadomość, że kwintesencją ducha zakonnego jest pokora. Ona daje zakonności mocny kręgosłup. Z tym niestety nie jest dobrze. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, do jakiego stopnia we współczesnym życiu zakonnym duch pokory został zastąpiony przez ducha kariery, który jest istotą światowości. Taki błąd u podstaw duchowego wartościowania staje się przyczyną naszych wielkich bied i naszych nierozwiązalnych problemów.

Zanika dziś typ mnicha, żołnierza frontowego, który nie chce, by się z nim cackano, który pragnie aby przełożony brał na serio jego ofiarę posłuszeństwa i śmiało żądał od niego, a nie skradał się do niego po linii spiralnej jak niedoświadczony saper do niewypału, którego radością i chlubą jest sama jego ofiara zakonna bez niepotrzebnych dodatków.

Jednym ze strasznych słów, które ostatnio wymyślono, jest słowo „dowartościowanie”. Nasze „dowartościowanie” braci właśnie takimi dodatkami operuje. Zamiast okazać szacunek dla ich uprzywilejowanej pozycji na drodze kenozy zakonnej chcemy ich maksymalnie upodobnić do księży przez strój, uprawnienia, funkcje itp., aby im jak najbardziej osłodzić to, że nie są kapłanami, co odczuwamy jako upośledzenie i brak wartości. Przychodzi na myśl infułat, który zamiast cieszyć się swym kapłaństwem, stroi się w różne fatałaszki, aby jak najmniej odczuwać tę „bolesną rzeczywistość”, że jest tylko zwykłym kapłanem, zamiast zdrowej radości z pełnowartościowej profesji zakonnej bracia przez takie „dowartościowanie” zaczynają swój stan odczuwać jako upośledzenie. Na miejsce ducha pokory wszedł duch kariery i natychmiast problemy stają się nierozwiązalne. Wszystko wskazuje na to, że trzeba nam się dobrać do samych korzeni naszej zakonności, jeśli chcemy się wydostać z obecnego zamglenia i widzieć jasno.

Mówimy dziś dużo o tak zwanej „partycypacji”. Św. Benedykt określa normy tej partycypacji w trzecim rozdziale Reguły, gdzie mówi o wzywaniu braci na radę. Ale czego zupełnie w Regule nie ma, a co dziś staje się powszechne, to owo pragnienie wpływania na rządy. Otóż to jest zupełnym przeciwieństwem ducha zakonnego. Mnich przychodzi do monasteru, aby do dna się upokorzyć przed Panem. Nie do pomyślenia jest, aby w prostocie takiej postawy mogło się znaleźć miejsce na jakieś pragnienie wpływania na rządy klasztorem. Przeciwnie, on chce, aby nim rządzono. Ponieważ powołanie mnisze stanowi cząstkę wielkiego Misterium Pokory Syna Bożego, nie należy zwykłych praw socjologii naturalnej stosować bez odpowiednich adaptacji do życia wspólnot mniszych, jeśli się nie chce spowodować wypaczeń. A zatem ostrożnie z tym pojęciem „partycypacji”! Możemy tu popsuć arcydzieło Boże.

 

Visio Pacis

Co ludzi dzisiejszych tak bardzo pociąga do monasterów benedyktyńskich? Może przede wszystkim odczucie harmonii i jakby stężenia głębokiego i bezbrzeżnego pokoju, który nie jest ze świata, a nawet znajduje się w wielkim kontraście z dzisiejszym zmąconym i do głębi niespokojnym światem. Wielu duchownych i świeckich, będących w gościnie w opactwach benedyktyńskich, zwraca na to uwagę.

To odczucia harmonii i pokoju opanowuje nieraz już w samym zetknięciu z architekturą monasteru i kościoła z jego położeniem i krajobrazem. Gdy wchodzimy, ogarnia nas milczenie i zapach modlitwy. Stopniowo odsłania się przed nami pewien ład onkologiczny, jakaś atmosfera obiektywnej prawdy, której bez napięcia poddane jest wszystko. Wszystko jest na swoim miejscu i w równowadze z innymi elementami całości.

Monaster jest „domem Bożym”, domem modlitwy i modlitwa wypełnia go rzeczywiście, ale nie wyłącznie. Uderzająca jest równowaga między modlitwą i pracą, pracą poważną, intensywną, ale spokojną, naznaczoną duchem modlitwy i jakby wciągniętą w jej potężny nurt.

Życie mnisze jest całe dla rozwoju łaski nadprzyrodzonej, ale przy tym co z równowagą między łaską i naturą! Mnisi ewangelizowali, pisali dzieła mistyczne, przepisywali dla potomności Pismo święte, dzieła dawnych Świętych i Ojców Kościoła. Ale oni także prowadzili szkoły, przepisywali dzieła starożytnej literatury greckiej i łacińskiej, uczyli rolnictwa, ogrodnictwa, rzemiosł, budowali nawet drogi i mosty…, afirmując wszystko co dobre. Nic nie jest zlekceważone, wszystko jest traktowane poważnie. Reguła mówi o miłości, o pokorze, o modlitwie…, ale mówi również o cechach dobrego ekonoma klasztornego, o rzemiosłach, o pracy w polu, mówi też, że administracja monasteru powinna być mądra i przez mądrych prowadzona, jak przystało na Dom Boży /„Domus Dei a sapientibus et sapienter administratur” R 53/.

Znamienna jest także równowaga między wspólnotą a jednostką. Z jednej strony przez miłość i pokorę mnich się wtapia we wspólnotę i jakby w niej ginie, a z drugiej strony tak mocno podkreślone są prawa osoby, jej oryginalność, z którą musi się liczyć i której musi służyć Opat, jej dobro, o które musi się troszczyć cała rodzina mnisza. Cała organizacja monasteru jest tak pomyślana, aby stworzyć najlepsze warunki dla rozwoju osobowego członków. Ta sama równowaga między wspólnotą a jednostką uderza w organizacji życia modlitwy, które znajduje swój najwyższy wspólnotowy wyraz w Liturgii, ale sama Liturgia staje się obfitym źródłem dla pobożności osobistej każdego. Życie duchowe każdego czerpie ponadto obfitą strawę z długich godzin poświęconych na „lectio divina”.

Charakterystyczna jest ta równowaga między intelektem a sercem. Benedyktyńska metoda formacji chroni zarówno przed suchym intelektualizmem jak i przed agnostycyzmem, budującym życie duchowe na uczuciu. Studium Pisma świętego i Ojców Kościoła prowadzi do głębokiej wiedzy teologicznej. Lektury te stanowiły strawę wyjątkowo zdrową, karmiąc jednocześnie i umysł i serce prawdą gorącą, nie nazbyt spekulatywną, ale i nie wyłącznie moralizującą. Wielki znawca średniowiecza, O. Jean Leclercq OSB, poświęca wiele uwagi „teologii monastycznej”, którą odróżnia od „teologii scholastycznej” jej współczesnej, choć powstałej nieco później. Tę bardzo ważną równowagę między intelektem a sercem w późnym średniowieczu utracono. Nastąpiło rozdwojenie, wysuszająca spekulacja wywołała reakcję o charakterze pietystycznym, nieufną w stosunku do poznania.

Monastyry benedyktyńskie swe umiłowanie i akceptację Bożego ładu wyrażają również zewnętrznie. Reguła nakazuje pewien rytm przyrodniczy. Życie mnichów ma się stosować do rytmu pór roku, do krótszych lub dłuższych dni i nocy.

Ale w sposób szczególny same myśl ascetyczna św. Benedykta promieniuje pokojem. Bo Święty Patriarcha prowadzi człowieka do całkowitego poddania się Bogu. Człowiek, który wypadł z Bożego ładu, ma powrócić i wejść z powrotem w ten Boży ład uniwersalny, ład wszechrzeczy, któremu ma się poddać, z którym ma się zintegrować i stać się jago częścią, w którym ma niejako zniknąć jak cegiełka w murze jedynej świątyni budowanej przez Pana i ogarniającej wszechświat. Gdy człowiek jak ta cegiełka znajdzie wreszcie swoje miejsce w tej jedynej olbrzymiej Budowie Pańskiej, wtedy się w nim wszystko ukoi i znajdzie ten pokój bezbrzeżny – „tranquililtas ordinis”. Monaster i cały jego ontologiczny ład jest jakby sakramentem tego ładu wszechrzeczy. Gdy sobie to uświadomimy, łatwo jest zrozumieć olbrzymi wpływ mnóstwa rozsianych po Europie monasterów benedyktyńskich na powstawanie kultury europejskiej, która kształtowała się pod wpływem wizji Bożego i chrześcijańskiego ładu.

Ale punktem kulminacyjnym i jakby zwornikiem sklepienia tego ontologicznego ładu wyrażonego w monasterach i ich życiu, jest „Opus Dei” – Modlitwa liturgiczna. Wspólnota monastyczna znajduje w niej swój szczytowy wyraz i swą            najpełniejszą realizację eklezjalną. Pokój i wielkie piękno Liturgii, ta nieustannie podejmowana „Pieśń nowa” łączy ziemską świątynię z niewidzialnymi chórami Aniołów i Świętych i wprowadza wciąż na nowo ten świat w najwyższy ład i najwyższą harmonię niebieskiej adoracji i chwały.

„Omnis illa Deo sacra et dilecta civitas plena modulis in laude et canore iubilo Trinum Deum Unicumque cum fervore praedicat”.

/Off. Dedic. Eccl./