Rosanna E. FMA, Wyzwania życia konsekrowanego w europie

Oko widzi tylko piasek, lecz oświecone serce

jest w stanie zobaczyć koniec pustyni i żyzną ziemię.

To wschodnie przysłowie oddaje ducha w jakim chcę potraktować temat: serce pełne nadziei.

„Nadzieja była nicią przewodnią obrad II Synodu Biskupów o Europie (Jezus Chrystus, żyjący w swoim Kościele, źródłem nadziei dla Europy) i jest nicią przewodnią w trudnych momentach historii, również historii życia konsekrowanego w Europie. Póki życia, póty nadziei… i póty nadziei, póki życia…

Potrzebujemy nadziei, by przybić do żyznej ziemi, która dla każdego z nas – z łaski Bożej konsekrowanych – nazywa się „siłą większej śmiałości, zdolnością do odkrywania się, porywem nowych nadziei, zachłyśnięciem się wspólnym dążeniem, szlachetną solidarnością, głęboką jednością, jednym słowem „odpłynąć” z „ufnym optymizmem” (Jan Paweł II, Novo millenio ineunte 58), by wnieść znaczący wkład do naszej Europy, błogosławionej ziemi, która nas nosi i daje nam swoje bogactwa. Potrzebujemy nadziei, by pozyskać mądrość, której być może dzisiaj potrzebuje życie konsekrowane w Europie: mądrości, która jest jednym z darów Ducha Świętego. Mądrości, którą powinniśmy czerpać z księgi nadziei, Apokalipsy, w której świetle rozwija się Adhortacja apostolska Ecclesia in Europa: „Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów” (2,7); „Przestań się lękać! Jam jest Pierwszy i Ostatni, i żyjący” (1,17-18); „Stań się czujnym i umocnij resztę, która miała umrzeć” (3,2); „Weź księgę (…) i połknij ją” (10,8-9).

Odpłynąć,  jak pisał Saint-Exupéry, z otwartą i szlachetną duszą. „Gdy chcesz zbudować łódź, nie gromadź ludzi do zbierania drewna, nie rozdzielaj zadań i nie organizuj pracy, raczej obudź w nich tęsknotę za niezmierzonym, otwartym morzem”.

Jaki jest portret tej Europy, która tak bardzo potrzebuje nadziei? Jakim wyzwaniom musi stawić czoło życie konsekrowane?

Dwudziesty wiek zasadniczo widział trzy rewolucje: rosyjską, w wyniku której we wschodniej części Europy doszła do władzy ideologia marksistowska, która z czasem przerodziła się w komunizm; rewolucję faszystowską, w czasie której we Włoszech i w Niemczech utwierdziła się idea silnie przeciwstawiająca się zarówno komunizmowi, jak i kapitalizmowi, która próbowała nadać nową tożsamość staremu kontynentowi. Natomiast trzecią z nich była bezkrwawa i nienarodowa rewolucja naukowo-techniczna: narodziny i ekspansja epoki informatycznej i globalizacji  oraz ich wpływ na obyczaje, sposób myślenia i działania, na kulturę i całą społeczność europejską.

Rewolucja ta, córa liberalizmu, zwycięża dzisiaj i współistnieje bez przeszkód z efektami dwóch poprzednich rewolucji, a Europa – na wschodzie i na zachodzie – nosi jej ciężar i marzenia. Ciężar i marzenie, które współistnieją pod groźbą zapierającą wszystkim dech: terroryzm, Biesłan, Madryt, Moskwa, Londyn… nie są wyłącznie wspomnieniem.

Ciężar i marzenie, wielkie zdradzone marzenie, które doprowadziło ogromne rzesze ludzi do szturmowania granic naszego kontynentu w poszukiwaniu eldorado, ulotnego i wirtualnego, które w rzeczywistości nie istnieje. Migracje wewnętrzne, szczególnie ze wschodu na zachód, ale również z tak zwanego trzeciego świata – z Azji, Ameryki Południowej i Afryki równikowej –  które pozbawiły całe pokolenia własnych korzeni kulturowych i religijnych, by wprowadzić je do nowej rzeczywistości kulturowej i społecznej, w której są całkowicie odmienne zwyczaje, sposoby myślenia i inne perspektywy. Migracje jednostek i masowe w rękach ludzi pozbawionych skrupułów stały się sposobem na upowszechnianie mafii, narkotyków, przestępczości.

Ciężar i marzenie o bezprecedensowej sytuacji istnienia pluralizmu kulturowego oraz rynku religijnego, pełnej konfliktów, a nie budowania[1], takiej, w której kwitnie dyktatura relatywizmu, w której ginie sens świętości, a zwłaszcza szacunek dla świętości pojmowanej w najwyższym stopniu, dla Boga (J. RATZINGER, Europa. Jej fundamenty duchowe wczoraj, dziś i jutro, Roma, Biblioteca del Santo, Saka Główna, Chiostro della Minerva, 13 maja 2004), w której stosunki ze społecznościami muzułmańskimi, tak palące ze względu na zjawisko migracji – to wszystko wymaga analizy.

Ciężar i marzenie dotyczące globalnego scenariusza, w którym jednocześnie pojawiają się niepokojące oznaki degradacji, a także i ziarna nadziei, które potrzebują dobrej ziemi, by wykiełkować.

niszczenie i utrata pamięci i dziedzictwa chrześcijańskiego, którym towarzyszą praktyczny agnostycyzm oraz obojętność, a z drugiej strony potwierdzanie, że Europa nie może pominąć „fenomenu” Jezusa Chrystusa, bo był On humus – ziemią, w której zakorzeniły się ludy europejskie;

lęk przed przyszłością, czego następstwem jest utrata sensu życia, a z drugiej strony dogłębne poszukiwanie tego sensu, zwłaszcza przez pokolenia młodych;

wzrost poczucia osamotnienia, jakkolwiek nie brakuje dóbr materialnych, kryzys przynależności, trudności imigrantów z wejściem do nowych społeczności, a z drugiej strony postawy  i  przejawy współpracy i solidarności;

próba narzucenia antropologii bez Boga i bez Chrystusa połączona z triumfem milczącej apostazji człowieka sytego, który żyje tak, jakby Bóg nie istniał, zaś z drugiej strony odwaga ponownego potwierdzenia prawdy Bożej i prawdy osoby ludzkiej jako fundamentu niezbywalnych praw każdego z nas;

coraz odważniejsze próby manipulowania człowiekiem, ale też zaangażowanie w budowę kultury życia.

Ciężar i marzenie związane z dwuznacznym i złożonym scenariuszem, który staje się wezwaniem dla Kościoła, a najsilniej dla życia konsekrowanego, mojego, waszego, życia, które chcemy bez zastrzeżeń poświęcić dla Królestwa Bożego.

Przede wszystkim ciężar. Musimy rozliczyć się z dwuznacznym i złożonym kontekstem, który nie tylko nie jest tendencyjnie chrześcijański, lecz osądza chrześcijaństwo od góry do dołu, tak jak się patrzy na stare, niemodne palto.

Wydaje się słyszeć echo pytania, które ma 2000 lat: „Czyż może być co dobrego z Nazaretu?” (J 1, 46). Jezus głoszenie nauk zaczynał z pozycji „straconej”: przybywał z pogardzanego miejsca,  nie był znany jako nauczyciel, lecz jako rzemieślnik (Mk 6, 3), nie należał do kleru, nie był członkiem sanhedrynu ani władzy w znaczeniu politycznym, ekonomicznym i kulturowym. Tylko jeden człowiek publicznie okazał Mu zaufanie: Jan Chrzciciel. Ale Herod usunął Go. Tak Jezus rozpoczął swój bieg z przeszkodami, by głosić orędzie, którego Jego ludzie nie słuchali (J 1, 11), a które my przyjęliśmy i doświadczyliśmy w świetle Jego Paschy, z którego czerpiemy odwagę, by je głosić.

Ciężar również wewnątrz życia konsekrowanego, które cierpi na starzenie się, kryzys powołań, odstępstwa, ale również poszukuje innych dróg, by żyć tą mądrością zmierzchu, z której płynie nadzieja na inną przyszłość.

A jednak marzenie, marzenie, które jest wyzwaniem: kochać świat, który nas lekceważy, dać mu przesłanie, które prawdopodobnie nie będzie przyjęte. Spodziewamy się tego odrzucenia, ale to nie powód, byśmy mieli się załamać. To w odrzuceniu ginie ziarno, lecz Bóg jest silniejszy i może powołać do życia to, co ludzie zabijają. A zresztą Jezus przygotował nas na to: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8).

Marzenie, które w miejscach granicznych już stało się rzeczywistością dla życia konsekrowanego: odwieczne charyzmaty nadal świadczą o świetle Ewangelii,  wspólnoty życia kontemplacyjnego widzą powołania w krajach, które wydają się być najbardziej dotknięte sekularyzacją; wspólnoty konsekrowanych istnieją tam, gdzie występuje największe wykluczenie społeczne; wspólnoty konsekrowanych powstają, by stawić czoło nowym nieszczęściom: narkotykom, AIDS, prostytucji, wykorzystywaniu dzieci. Wspólnoty religijne poszukiwane są jako oazy ducha, inne – takie jak Taizé – stają się zaczynem dla tysięcy młodych ludzi; stale powstają nowe formy konsekrowania, a wspólnoty powstałe dawniej nadal są miejscem radości i jedności.

Powinniśmy spodziewać się odrzucenia i przygotować się na nie, pewni, że czas, w którym żyjemy jest czasem Boga, pewni, że możliwe jest przekazanie wiary dzisiejszym mężczyznom i kobietom i, że wiara nosi w sobie uczłowieczającą siłę i jest zdolna do tworzenia historii, solidarności, cywilizacji. Pewni, że wiara prowadzi nas do nadania znaczenia nieuchronnym pytaniom o istotę ludzką i do odnalezienia w Jezusie kryteriów odpowiedzi na nie zarówno na poziomie etyki, jak i na szerzej pojętym – antropologii i historii. Jeszcze bardziej pewni, silni siłą Boga, możemy się zaangażować (nie ulegając stłamszeniu) w aktualne zmiany, możemy zrozumieć je, krytycznie współdziałać z nimi, bo chrześcijaństwo potrafi skierować ku dobru  również aktualne procesy historyczne.

Pewni, że można znaleźć odpowiedź nawet na nieuchronne pytania: co czynić w obliczu problemów związanych z postępującym wiekiem, z kruchością młodych pokoleń, drastycznym spadkiem powołań? Z problemem misji, jak prowadzić ewangelizację w krajach zamożnych, lecz zdechrystianizowanych oraz w tych uboższych i słabszych zarówno gospodarczo jak i duchowo?    

Marzenie, z perspektywy wiary, jest pewnością. Ta wiara jest naszym wyzwaniem. Czy nasz czas jest czasem łaski? Zatem jak tu nie mieć nadziei? Przytaczam fragment Ewangelii (11. niedziela czasu zwykłego) w komentarzu o. Hermesa Ronchiego. „Zawoławszy do siebie dwunastu, Jezus wysłał ich, lecz przedtem ich pouczył: Nauczajcie, że Królestwo Boże jest blisko… Uzdrawiajcie kalekich, ożywiajcie martwych, uleczajcie trędowatych…”.

W dzisiejszej Europie każdy z nas jest trzynastym apostołem, każdy pisze własną, piątą Ewangelię, otrzymuje taką samą misję jak tych dwunastu. Nie istnieje żadna szkoła, w której uczono by, jak stać się apostołem, tylko Jezusowa, bo nie słowa się liczą, lecz zawarte w nich pasja i upór. Jak świadczyć, że Bóg jest blisko, skoro nie płonie w nas ta pasja? Jeśli nie wierzymy, że żniwo jest obfite, a to On zasiał to ziarno? Jeśli nie umiemy czynić gestów litości i współczucia?

Podwójna misja apostoła, dzisiaj i  zawsze, jest taka sama: istnieć dla Boga, uzdrawiać i wierzyć, że pola Boga nie są jałowe, lecz obfitują w plony. Że plon będzie skoszony, zebrany w snopy, wymłócony, zmielony, zaczyniony, by stał się chlebem…

Europa jest plonem i to obfitym plonem. Zatem ośmielmy się mieć nadzieję i zadajmy sobie pytanie: co konkretnie możemy zrobić?

Przede wszystkim ufać Bogu i Jego Ewangelii. Ewangelia nadziei nie przynosi rozczarowania.

W zmiennych kolejach losu wczorajszej i dzisiejszej historii jest światło, które rozjaśnia i nadaje kierunek drodze, jest siła, która podtrzymuje w czasie próby, jest proroctwo o nowym świecie, jest wskazanie nowego początku, zaproszenie do wytyczania coraz nowszych dróg, które prowadzą do Europy Ducha, by stała się prawdziwym „wspólnym domem”, gdzie życie jest radością.

Cóż zatem czynić? Wydaje mi się, że ostatnio dostrzegłem – powiedział J. E. Grab na konferencji, która odbyła się w Watykanie z okazji obchodów 40. rocznicy Perfectae caritatis istnienie nowego faktu w tym nowym, europejskim domu, faktu szczególnie interesującego i znaczącego dla życia konsekrowanego. Oto wyzwanie: widać oznaki, że Europejczycy rozpoczęli poszukiwania. Ostatnie dramatyczne wydarzenia, które dotknęły świat, obaliły bałwochwalczą pewność i na nowo stawiają zagadnienia fundamentalne dla przyszłości ludzkości. Stara Europa, która w szczęściu i w nieszczęściu była motorem historii, powinna je podjąć.

To do nas, konsekrowanych, synów i córek tej ziemi, należy zadanie uczestniczenia w tej drodze poszukiwań i przejścia jej razem z naszymi braćmi i siostrami, aby przyznać rację nadziei, która w nas tkwi, i przyczynić się do budowy wspólnego domu, który jest naszym domem, domem nas wszystkich. Do nas należy obowiązek odegrania roli, jaką w innych czasach odegrali w budowaniu Europy Benedykt, Bernard, Cyryl i Metody, Franciszek, Dominik, Katarzyna, Teresa, Franciszek z Sales, Brygida, Filip Neri, Jan Bosco, Edyta Stein  i wielu innych mężczyzn i kobiet razem z ich rodzinami zakonnymi.

Ale „wymaga to – przypomina Vita Consecrata – dokument, który po dziesięciu latach od opublikowania zachowuje całą swoją witalność –  solidnego przygotowania indywidualnego, dojrzałość wartości, wierne oddanie niezbędnym kryteriom prawowierności doktrynalnej, autentyczności i jedności kościelnej. […] To poszukiwanie jest korzystne dla samych konsekrowanych: odkryte wartości rzeczywiście […] mogą popchnąć do wzmożenia własnego zaangażowania w kontemplację i modlitwę, do bardziej intensywnego praktykowania udziału we wspólnocie i otwartości, do bardziej  uważnego traktowania istoty ludzkiej i natury” (VC 79).

W Vita consecrata czytamy: „Dzięki swoim charyzmatom osoby konsekrowane stają się znakiem Ducha Świętego dla nowych czasów, wskazującym na nową przyszłość, rozjaśnioną  światłem wiary i chrześcijańskiej nadziei. Eschatologiczne napięcie przeobraża się w misję, aby Królestwo Boże rozszerzało się tu i teraz. Do wezwania „Przyjdź, Panie Jezu!” dołącza się kolejna prośba: „Przyjdź Królestwo Twoje” (Mt 6, 10). Kto czuwa i wyczekuje spełnienia się obietnic Chrystusa potrafi natchnąć nadzieją również swych braci i siostry, często zniechęconych i pesymistycznie patrzących w przyszłość. Jego nadzieja opiera się na obietnicy Boga, zawartej w objawionym  Słowie: historia ludzi zmierza ku nowemu niebu i nowej ziemi (Ap 21, 1), gdzie Pan „obetrze z ich oczu wszelką łzę; a śmierci już odtąd nie będzie, ani żałoby, ani krzyku, ani trudu, bo poprzednie rzeczy przeminęły” (Ap 21, 4). Życie konsekrowane pozostaje w służbie tego ostatecznego objawienia chwały Bożej, gdy każde ciało ujrzy zbawienie Boga (por. Łk 3, 6; Is 40, 5)” (VC 27).

Zadajemy sobie pytanie: jakie mogłyby być priorytetowe drogi duszpasterstwa, którymi należy podążać, by sprostać temu wyzwaniu poszukującej Europy?  Spróbuję określić kilka z nich2.

Zagadnienie prawdy

Europa, tak jak i reszta Zachodu, podchodziła z emfazą do realizowanych z sukcesem badań naukowych i technologicznych, które same w sobie są bardzo cenne. Ale któż nie dostrzega, że dzisiaj wymyka nam się z rąk właśnie to, co ten naukowo-techniczny wyścig osiągnął? Hegemoniczne roszczenie tego „ja”, które stało się pępkiem świata, odchodząc od Boga, przyczynia się do powstawania destrukcyjnych odstępstw na całej planecie.

To, co przede wszystkim powinno być odzyskane w tej naszej Europie, którą tworzą nowe jednostki polityczne, to właśnie sens prawdy.

„Czym jest prawda?” Pośród różnorodnych aspektów ideologii, które w ostatnich wiekach naznaczyły Europę, to pytanie (pytanie, które zadał Piłat!) nadal pozostaje bez właściwej odpowiedzi.

Dla nas wyjaśnienie daje odniesienie do Ewangelii: „Jam jest prawdą” – powiedział Chrystus Pan.

Zatem prawda nie jest ulotnym błyskiem zależnym od różnych programów polityczno-społecznych i kulturalnych. Prawda nie ma nic wspólnego z dyżurnymi ideologiami ani ze zmieniającymi się filozofiami. Jakkolwiek różne filozofie mogą dać pewien wkład w poszukiwanie prawdy, to nie umożliwiają osiągnięcia tej pewności, która koi serce, ponieważ przychodzi od „najwyższego”, od „najdalszego”, ponieważ przychodzi od Boga. 

Kiedy św. Benedykt w początkach tworzenia się chrześcijańskiej Europy pisał swoją Regułę, położył „fundament”, na którym tworzyło się nie tylko powstające życie zakonne, ale i założycielska prawda Europy.

„W centrum doświadczeń zakonnych św. Benedykta – napisał Jan Paweł II – tkwi prosta zasada, typowa dla chrześcijaństwa, którą zakonnik przyjmuje z całą jej radykalnością: budować własne życie wokół prymatu Boga” (Jan Paweł II, List z okazji XX stulecia  przybycia św. Benedykta, patrona Europy, do Subiaco).

To ciekawe, że właśnie ten patron w prologu do Reguły napisał pewne autorytatywne i „terapeutyczne” dla dzisiejszej Europy słowa, dla tej Europy, która pogrąża się w poszukiwaniu pseudo prawd tworzonych przez człowieka egoistycznie uganiającego się za przyjemnością, władzą, bogactwem.

Słowa „Niczego nie stawiać przed miłością do Chrystusa” (Reguła św. Benedykta – Prolog)  są zarazem stare i bardzo aktualne. Tak jak nowe jest słońce każdego ranka, gdy spostrzegasz, że odradza cię w radości światła, ciepła i twojego stosunku do rzeczywistości.

Kiedy Benhoeffer stwierdza: „Chrystus tkwi w faktach” (GUZZI M., La nuova umanità, Roma, Paoline 2005, 80), pomaga nam zawłaszczyć ten priorytet Miłości do Chrystusa, która jest gorącą prawdą historii.

Chrystus jest prawdą naszej historii, mojej, twojej, naszej, tej, na której św. Jan opiera wszelkie oczekiwania związane z pewnością wiary: „Et nos credidimus caritati quam Deus in nos habet” (1 J 4, 16). Wszelka miłość Boga, który jest miłosierdziem (por. 1 J 4, 8) jest samą istotą prawdy.

W ten sposób słowa psalmu: „Drogami Pana jest prawda i łaska” (PS 25, 10) tłumaczą nam, że istnieje poszukiwanie, które wykracza poza zdolności pojmowania ludzkiego umysłu. Czynienie prawdy łączy głęboko serce i życie.

Gdy naśladowca Chrystusa zobowiązuje się żyć tak, jak mówi św. Jan, to znaczy nie kocha słowami ani mową, lecz poprzez czyny i w prawdzie, może upewnić serce i zrozumieć, że urodził się (i nadal rodzi się) z prawdy (por. 1 J 3, 18-19).

„Nie znam większej radości – pisze apostoł miłości – nad tę, kiedy słyszę, że dzieci moje  postępują zgodnie z prawdą” (3 J 1, 4).

A zatem nie powinniśmy się lękać! To właśnie to długotrwałe nawracanie się na prawdę miłości uczyni z nas mężczyzn i kobiety, którzy są głęboko osadzeni w historii, a jednocześnie tworzą ją.

 

Zagadnienie godności istoty ludzkiej

Przede wszystkim człowiek. Każdy człowiek, słaby lub silny, biały czy czarny, ze Wschodu czy z Zachodu, jest ośrodkiem świata, ma prawo do poszanowania i dowartościowania. Poszanowanie i dowartościowanie to prawo dla wszystkich, a nie przywilej dla niektórych. Ileż razy słyszeliśmy i podzielaliśmy te słowa, lecz ileż to razy – właśnie w Europie – widzieliśmy ludzi deptanych, pomiatanych, odrzucanych, oskarżanych… Myślę o stwierdzeniu kard. Stepinaca, dziś już beatyfikowanego, pochodzącym z homilii na Święto Chrystusa Króla (31 października 1943). Mówił on: „Kościół katolicki nie zna rasy panów i rasy niewolników. Kościół katolicki zna tylko rasę istot Bożych, a jeśli szanuje kogoś bardziej niż innych, to szanuje tego, kto ma bardziej szlachetne serce, a nie silniejszą pięść. Dla Kościoła tak samo jest człowiekiem czarnoskóry z Afryki Środkowej, jak i Europejczyk. Dla Kościoła człowiekiem jest zarówno król w pałacu jak i ostatni biedaczyna, czy włóczęga w swoim namiocie” (RAVASI G., Il seme della parola. Mattutino. Casale Monferrato,  Piemme 2004, 265).

Nie istnieją ograniczenia rasowe ani językowe, nie ma uwarunkowań sposobu myślenia ani rozwoju, nie istnieje polityka ani rozwój kulturowy, które mogłyby wymazać oblicze Boga ukryte za życiem każdej ludzkiej istoty.

Jeszcze dzisiaj niebezpiecznie pojawia się rasizm. Wiadomość z 25 października ubiegłego roku, zamieszczona w dzienniku City rozdawanym na stacjach metra, informuje o tym, że dwie nastolatki z Kalifornii, Lynx i Lamb, „wyśpiewują dumę białych”. Chcą być nazywane „Prussian Blue”, a głoszą nienawiść. W dzienniku telewizyjnym nadanym przez sieć ABC wyjaśniały: „Jesteśmy dumne z tego, że jesteśmy białe, i chcemy, żeby tak zostało. Chcemy chronić naszą rasę. Nie podoba nam się istniejące dzisiaj pomieszanie ras…” Sądzę, że zbędny jest jakikolwiek komentarz.

To nie jest pojedynczy przypadek. Powraca myśl o Biesłanie, zwłaszcza o terrorystkach zabijających, cóż za paradoks, podczas obchodów święta pokoju setki osób, w większości dzieci. „Biesłan robi wrażenie i przeraża zabijaniem tego, co jest miłością do życia, przez te, które noszą to życie we własnym łonie i które są powołane do chronienia go całą swą istotą. Bieg tych zrozpaczonych, nagich dzieci, gwałconych w ich niewinności przez kobiety, które powinny uczyć wstydu i zachować go, jest znakiem – raną – że zostały przekroczone granice, że przełamano tę wewnętrzną granicę, która tkwi w sercu człowieka, jak najpewniejszy bastion życia i jego godności”3.

Dzisiaj człowiek ryzykuje tym, że nie jest już siłą rozwoju kulturalnego, a na oczach wszystkich pojawia się niebezpieczeństwo, które nasila dehumanizację, coraz bardziej pogłębia się kryzys antropologiczny, który – moim zdaniem – jest podstawą wszelkich kryzysów, jakimi charakteryzuje się proces globalizacji4.

Prawdziwym celem globalizacji, który obejmuje każdego z nas, jej głębokim sensem nie jest znaczenie społeczne czy ekonomiczne, lecz antropologiczne. Wyzwaniem, które powinniśmy podjąć jako pierwsi my, konsekrowani, jest zapewnienie globalizacji koncentrującej się na człowieku, globalizacji solidarności. Tylko centralna pozycja człowieka prowadzi do docenienia jedności między jednostkami i między narodami ponad wszelkimi systemami, ideami bądź ideologiami, do odkrycia prawdziwego znaczenia więzi i tego, co drugi człowiek – już nie wróg ani konkurent – może ofiarować, do rozwinięcia paradygmatu cywilizacji wspólnej, a jednocześnie różnorodnej, do zachowania uniwersalnych struktur każdej kultury w duchu otwarcia się na różnice i na różnorodność, bez żadnych typowych wzorców. Istota ludzka nie jest przedmiotem, którego można używać, posługiwać się nim, manipulować, panować nad nim. Nie może być poświęcana dla historii lub sławy wielkich, czy też interesów ekonomicznych i politycznych. Istota ludzka potrzebuje miłości, rozwija się na gruncie miłości. Musi być zawsze szanowana i chroniona.

My, konsekrowani, powinniśmy świadczyć, że tylko wiara w Boga Ojca w święty sposób tworzy wartość człowieka, łączy ze światem, w którym istnieją i inni, bracia i siostry, gdzie poczucie rodzinnej więzi i codzienny dialog powinny być rzeczywistością, która daje możliwość życia razem, nie porzuca bezbronnych, lecz ich ochrania. Chodzi o dialog, w którym komunia odrębności jest udziałem bogactwa człowieka i ukształtowała się  na najbardziej szczególnej więzi,  jaką Objawienie opisuje jako życie trzech Istot Boskich w Jedynym Bogu. Ten dialog zachęca wszystkich do dostrzegania lepszej strony drugiego człowieka i do utwierdzenia się w lepszym. Przemienia On obcego w przyjaciela, uwalnia od demona okrucieństwa i buduje pokój.  Dialog jest sztuką odważnych, która leczy rany podziałów i głęboko odbudowuje nasze życie. Bez niego nie ma i nie będzie wspólnego europejskiego domu.

Wielki papież, Jan Paweł II, zwracając się do Europy, napisał:

Do władz społecznych należy czuwanie, by struktury i instytucje europejskie zawsze pozostawały w służbie człowieka, który nigdy nie może być uważany za przedmiot, który można kupić, sprzedać, wykorzystać czy zmanipulować. On jest osobą stworzoną na podobieństwo Boga, w którym odzwierciedla się łaskawa miłość Stwórcy i Ojca nas wszystkich. Każdy człowiek, kimkolwiek by był, jakiekolwiek byłoby jego pochodzenie i warunki jego życia, zasługuje na absolutny szacunek. Dzisiaj, w obliczu otwartych pól nauki, przede wszystkim genetyki i biologii, w obliczu cudownej ewolucji środków przekazu oraz wymiany na skalę całego globu, Europa może i powinna pracować, by wszędzie bronić godności człowieka, od samego jego poczęcia, aby jeszcze bardziej polepszyć warunki jego egzystencji, działając na rzecz sprawiedliwego rozdziału bogactw i dając wszystkim ludziom naukę, która im pomoże stać się aktorami w życiu społecznym, oraz pracę, która pozwoli im żyć i zadbać o potrzeby ich bliskich.

 

Zagadnienie miłości

Czy w Europie, w rodzinach, we wspólnotach możemy jeszcze mówić o miłości? Czy też to słowo jest jednym z wielu nadużywanych, udawanych i niemających znaczenia? A jednak istnieje wielka potrzeba miłości. Każdy z nas rozwija się, jeśli jest kochany. Jak przypomina Mulieris dignitatem: „kobieta nie może odnaleźć samej siebie nie dając miłości innym” i „Bóg powierza jej w specjalny sposób mężczyznę”. Pokazuje to właściwe kobiecie zdolności do wychwalania miłości począwszy od życia, by uwolnić się od demona egocentryzmu, zaakceptować obowiązek współzależności i odnaleźć w niej korzenie prawdziwej solidarności. To właśnie kobiecy wszechświat przypomina, że „człowiek nie może żyć bez miłości. Pozostaje dla siebie samego czymś niezrozumiałym, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie zostanie mu objawiona miłość, jeśli jej nie dotknie, nie uczyni swoją, nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa” (Redemptor hominis, 10). Z tej perspektywy przypomnienie, że Bóg stworzył człowieka na obraz i swoje podobieństwo oznacza przypomnienie, że Bóg  powołując człowieka do życia dla miłości, jednocześnie wezwał go do miłości (Familiaris consortio, 11).       

Dnia 25 stycznia papież Benedykt XVI podarował nam wspaniałą encyklikę o miłości: Deus caritas est. W pierwszym punkcie określił zadanie, jakie przed nim stoi, pragnienie jego serca ojca i pasterza: „Wzbudzić na świecie odnowiony dynamizm zaangażowania się w odpowiedź człowieka na miłość Boga” (1). To wezwanie do nas, konsekrowanych: odnowić się w zaangażowaniu w ewangelizację, aby każdy mężczyzna i każda kobieta odpowiedzieli miłością na niewypowiedzianą miłość, którą kochał nas Bóg.

Nie można żyć bez miłości. Opowiada nam o tym, dając świadectwo swojego życia i śmierci pewna odważna kobieta, Annalena Tonelli, włoska misjonarka zamordowana przez grupę terrorystów 5 października 2003 roku w Bramie, w dawnej Somalii Brytyjskiej, gdzie pracowała dla cierpiących i najbiedniejszych.

Nic nie ma sensu poza miłością. W moim życiu poznałam tyle niebezpieczeństw, ryzykowałam śmiercią wiele razy. Wiele lat tkwiłam w środku wojny. Doświadczyłam na ciele tych, których kochałam, a więc na własnym ciele podłości człowieka, jego zwyrodnialstwa, okrucieństwa, niegodziwości. I wyszłam z tego z niewzruszonym przekonaniem: to, co się liczy, to tylko kochać. Gdyby nawet nie istniał Bóg, to tylko miłość  miałaby sens, miłość uwalnia człowieka od tego, co czyni go niewolnikiem, tylko miłość pozwala oddychać, wzrastać, zakwitać. Tylko miłość sprawia, że nie boimy się niczego, że nadstawiamy zdrowy policzek na drwiny i razy tych, którzy nas ranią, bo oni nie wiedzą, co czynią, a my ryzykujemy życiem dla naszych przyjaciół: bo we wszystko wierzymy, wszystko zniesiemy, na wszystko mamy nadzieję. To wtedy nasze życie zasługuje na przeżycie, […] staje się pięknem, łaską, błogosławieństwem. To wtedy nasze życie staje się szczęściem nawet w cierpieniu, bo przeżywamy w naszym ciele piękno życia i umierania […]. Żyję zanurzona głęboko pośród biednych, chorych, tych, których nikt nie kocha.

Annalena nie jest jedyną córką Europy, która oddała życie za innych, należy do długiego łańcucha świadków obejmującego także dużą liczbę osób konsekrowanych. Wspominał o tym również Jan Paweł II w homilii z 2 lutego 2001 roku, gdy mówił do nich: „Chrystus jest zbawieniem i nadzieją dla każdego człowieka! Zwiastujcie to waszym istnieniem poświęconym całkowicie Królestwu Bożemu i zbawieniu świata. Głoście to wiernie i bez kompromisów, choć ostatnio  doszło to męczeństwa kilkorga waszych braci i sióstr w różnych częściach świata”.

Lubię przypominać kolejne świadectwo, to Brata Rogera Schultza. W swoim ostatnim, niedokończonym liście, który jest arcydziełem na temat miłości, pisał między innymi:

Co znaczy kochać? Być może dzielić cierpienia najbardziej pokrzywdzonych? Tak, to właśnie to. A może to nieskończona dobroć sera i zapominanie o samym sobie dla innych, w bezinteresowny sposób? Tak, z pewnością.

I jeszcze: co znaczy kochać? Kochać to wybaczać, żyć pojednaniem. A pojednanie jest zawsze wiosną dla duszy. 

Również ten list jest darem dla Europy i jest wiarygodnym świadectwem, że życie konsekrowane albo jest miejscem miłości do innych, zwłaszcza do ubogich i porzuconych, albo jest niczym.

Znam kogoś – mówi Jean Varnier – kto po powrocie z Kalkuty powiedział, że nigdy nie wróci do tego dalekiego kraju, bo widział tam tyle nędzy i tak wielu ludzi umierających na ulicy. Matka Teresa pojechała do tych samych miejsc, zobaczyła, współczuła – jak Jezus – i powiedziała: „Widziałam wielu ludzi umierających na ulicy. Widziałam tyle cierpienia. Zostaję”.

„Ja zostaję” powinno być odpowiedzią każdej osoby konsekrowanej. Ja zostaję na granicy, wszędzie tam, gdzie istnieje potrzeba mojej bezwarunkowej miłości. Zostaję, by zaświadczyć o miłości Boga aż do końca, w Albanii, we Włoszech, na Białorusi, w Szwajcarii, taka jest odpowiedź wielu konsekrowanych, wolontariuszy i wolontariuszek, zwykłych, prostych i odważnych ludzi, którzy nie walczą o obniżkę ceny, nie proszą o rabat ani o ułatwienia, nawet wtedy, gdy życie staje się trudniejsze przez brak zrozumienia u innych, a może z powodu milczenia Boga.

 

Zagadnienie pokoju

Jan Paweł II, zwracając się do Europy, powiedział:

Na drodze służby człowiekowi, wszyscy Europejczycy powinni nieustannie angażować się dla sprawy pokoju. Gdy zastanawiamy się nad kończącym się wiekiem, to widzimy, że stary kontynent dwukrotnie wciągnął cały świat w tragedię wojny i opuszczenia. Dzisiaj zaczyna uczyć się wymagań pojednania i porozumienia między narodami. Nowe mosty przerzucone między narodami Europy są jeszcze niestabilne i niepewne. Konflikt na Bałkanach ujawnił groźbę rozdrażnionego nacjonalizmu oraz konieczność otworzenia nowych możliwości migracji i wymiany, a także ponownego pojednania ludzi, ludów i narodów europejskich.

Tak, jedyną drogą do osiągnięcia trwałego pokoju jest odbudowanie więzi między ludźmi, spowodowanie, że się spotkają i przyjmą, świadomi wyboru tego spotkania i przyjęcia.

W naszych czasach, kiedy tyle konfliktów rozdziera nadal naszą ziemię europejską, zbyt wiele relacji jest zerwanych lub skrzywionych, pokój jest zbyt kruchy i niepewny. Papież prosi wszystkich chrześcijan, a zwłaszcza nas, konsekrowanych, byśmy stali się budowniczymi pokoju, strażnikami, którzy zwiastują pokój poprzez świadectwo życia. „Czyż nasz świat nie potrzebuje radosnych świadków i proroków dobroczynnej Bożej miłości? Czy nie potrzebuje także ludzi, którzy swoim życiem i działaniem zasiewają ziarna pokoju i braterstwa?” (VC 108).

Jesteśmy wezwani, by stać się czujnymi strażnikami, marzycielami i prorokami zgodnie z pięknym stwierdzeniem o. Dawida Marii Turoldo: „Panie, ześlij jeszcze proroków, pewnych ludzi Boga”.

Strażnicy nie boją się nocy, co więcej, mają odwagę, by świadomie zanurzyć się w niej, powiedzieć, że noc jest nocą, lecz ich dusza cała dąży ku jutrzence, ku słońcu. Mają odwagę podążać z miłością pociągiem historii, tej naszej historii trudnej i złożonej.

Z doświadczenia wiemy, że również dla nas chrześcijan, synów i córek Boga życia, braci i sióstr Zmartwychwstałego, również dla nas, konsekrowanych, w tych ciemnościach kryje się duże ryzyko kultywowania uczucia odwetu, zamknięcia się w ciszy własnej prywatności. Nie tylko, bo zanurzeni w ciemności nocy, odczuwamy pokusę by uciec, wysiąść z pociągu historii. Powyżej przytoczyłam fragment Jeana Vaniera dotyczący s. Teresy z Kalkuty: to zaproszenie do pozostania w pociągu historii, chociaż pokój jest owocem walki, „nieprzespanych nocy”, uczciwych, codziennych poszukiwań odpowiedzialności. To nie pacyfizm. To pokój, który niepokoi, zakłóca życie. Krzyż zawsze nam przeszkadza, dobrze o tym wiemy, bo wybraliśmy go jako oblubieńca. Krzyż nie jest opcją.

Nie jest wiarygodny ten, kto wstydzi się Chrystusa ukrzyżowanego. Nie przynosi pokoju ewangelicznego ten, kto ma szacunek ludzi, kto wstydzi się własnej wiary, kto odrzuca bycie znakiem innego wyboru.

Charles de Foucauld napisał:

Pan ustala bardzo przystępną cenę za nasze zbawienie: nie wstydzić się tego, czego On się nie wstydził: towarzystwa ubogich, odrzuconych, grzeszników; nie wstydzić się Jego nauki, prawd Jego religii; nie czerwienić się za Jego oblubienicę, święty Kościół; nie wstydzić się przyjąć Jego stylu życia; nie czerwienić się, żyjąc Jego przykazaniami i Jego radami, które przeciwstawiają się ideałom tego świata… Tylko jedno powinno nas zawstydzić: nie kochać Go wystarczająco… 

My, osoby konsekrowane, nie możemy jednak zapominać, że pokój jest przede wszystkim i nade wszystko darem od Boga i należy o niego prosić, poszukiwać go i wprowadzać w Jego imieniu i z Jego siłą. Nauczają tego męczennicy, mężczyźni i kobiety, którzy oddali życie za pokój, by dać świadectwo Ewangelii, nawet w ostatnich latach.

Przede wszystkim potrzebna jest ekologia umysłu, to znaczy uczciwość intelektualna, która prowadzi nas do nadawania sytuacjom i rzeczom ich „właściwej nazwy” (zło nazywać złem, a dobro dobrem, bez lęku i bez kompromisów), która czyni nas odważnymi w poszukiwaniu prawdy, w zgłaszaniu niesprawiedliwości, pogwałcenia praw najsłabszych, która daje nam bodziec, by stać się ludźmi konkretnymi. Potrzebni są mężczyźni i kobiety z dobrym wzrokiem – jak słusznie napisał Rino Cozza ani krótkowzroczni, godzący się na wszystko, co się dzieje, ani dalekowidze, niezdolni do przeczytania dziennika historii. Dobry, czujny wzrok przy odczytywaniu planu Boga w wydarzeniach i w ludziach.

Jest jeszcze ekologia serca, którą jest zdolność do nieopowiadania się po stronie silnych, do niezamykania oczu na niesprawiedliwości, do kultywowania miłości w naszym życiu, pokoju, współczucia, dobroci, wybaczenia.     

Chciałabym poświęcić kilka słów przebaczeniu, a posłużę się pewnym przykładem.

Roberto był urugwajskim wygnańcem, przybył do naszej wspólnoty na kilka miesięcy, między 1975 a 1976 rokiem. Miał 28 lat, jego ciało i psychika naznaczone zostały na zawsze straszliwymi torturami zadawanymi w ciągu pięciu lat politycznego więzienia. Pracował w bibliotece uniwersyteckiej, nigdy nie zajmował się polityką, został  aresztowany przez przypadek lub pomyłkę i przeszedł piekło. Roberto opowiadał, że w celach grupowych więźniowie snuli plany dotyczące przyszłego porządku w kraju, marzyli o zemście, zastanawiali się, jaką karę wymierzyć swoim katom. Mówili o ciężkim więzieniu, o ciężkich robotach, o karze śmierci lub wygnaniu. Jedynie Roberto mówił: „Ja nic im nie zrobię, nie mógłbym stać się taki jak oni. Chcę być człowiekiem” 5.           

Według Mons. Tonino Bello, przebaczenie jest drogą ku pełnemu człowieczeństwu, bez przymiotników, by wypełnić rozdarcie w historii między Kainem a Ablem. Kain po zabiciu brata nie poczuł się odpowiedzialny za niego. Abel został wezwany przez Boga do stania się odpowiedzialnym za Kaina poprzez przebaczenie.

Istnieje też ekologia życia, która sprawia, że potrafimy zadowolić się tym, co nieodzowne, po to, by zbyt wielu nie umierało z głodu – zwłaszcza, gdy są to dzieci lub osoby starsze, imigranci, uchodźcy, osoby, które straciły pracę. To on popycha nas ku odwadze niemarnotrawienia i dzielenia się naszymi dobrami materialnymi, naszymi myślami, naszymi uczuciami, naszą radością! Wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami, odpowiedzialnymi jedni za drugich!

Właśnie w tych dniach czytałam zapiski Davida Marii Turoldo: „Prawdziwy post to ten, który prowadzi do spotkania Boga-Miłości poprzez naszych braci zgromadzonych przez nasze miłosierdzie, to ten, który pozwala na doświadczenie Opatrzności Bożej poprzez ubogich, których wspomagamy. Jeśli więc chcesz upewnić się w swoim miłosierdziu, podziel się chlebem, otwórz drzwi swego domu. Będziesz błogosławionym przez Boga”.

Jan Paweł II w Vita consecrata mówi nam z odwagą: To jest <godzina nowej „wyobraźni miłosierdzia”, która rozwinie nas nie tyle i nie tylko w skuteczności udzielanej pomocy, lecz w zdolności stawania się bliskimi, solidarnymi z cierpiącymi, by gest pomocy był odczuwany nie jako upokarzający datek, lecz jako braterskie dzielenie się>. Chodzi o wyobraźnię miłosierdzia, która daje nam bodziec do nadania „wysokiej jakości” (jakość doc) naszej służbie, by stała się znakiem, że dając, pyta, niepokoi, odsyła do czegoś „ponad”, ostatniego i bardziej ważnego.

Z pewnością ta droga nie jest łatwa, nie można podążać nią samemu. Pokój jest budowlą, którą należy budować „razem” (przede wszystkim razem z Panem, bo pokój jest Jego darem), w trudzie i poświęceniu, w poszanowaniu i w dialogu, ponieważ pokój jest budowlą majestatyczną, lecz kruchą, stale podlegającą niszczeniu przez ignorancję, niesprawiedliwość, zarozumiałość i lenistwo.

Susanna Tamaro w swej książce zatytułowanej Więcej ognia, więcej wiatru napisała:

Duchowa droga przypomina pracę, jaką ludzie kiedyś wykonywali przy rozpalaniu ognia: nieustannie pociera się kamień o kamień, aż pojawi się iskra. By rozpalić ogień potrzebne jest drewno, lecz by go podsycić, należy poczekać na wiatr. A zatem szukaj ognia w swoim życiu, czekaj na wiatr, bo bez ognia i bez wiatru dni nie różnią się wiele od marnego więzienia.

Jakkolwiek jesteśmy głosicielami i głosicielkami pokoju Chrystusa, potrzebujemy wiatru Ducha Świętego. Potrzebujemy Ducha Świętego, by podsycić ogień. Potrzebujemy, by On nauczył nas, że wierność naszym korzeniom i przyszłości historii staje się płodna i twórcza w ciszy adoracji, przed nieskończoną Transcedentalnością Boga.

 

Zakończenie

Na zakończenie chciałabym powrócić do doświadczenia, które było moim udziałem w listopadzie, w Polsce, gdzie uczestniczyłam w spotkaniu UISG. Jego temat był następujący: „Rany i źródła żywej wody”, innymi słowy mówiąc: problemy, trudności, sytuacje krańcowe oraz zaangażowanie osób konsekrowanych w obecność, ofiarowanie wsparcia, współczucia, odnowy.

W homilii czytanej podczas Mszy św. odprawianej w Częstochowie przed obrazem Czarnej Madonny jako komentarz do czytanych modlitw – Hymnu do Miłości św. Pawła oraz  Błogosławieństw – celebrant powiedział: tylko miłość, miłość przemienia rany, łzy, trudy, zdrady w błogosławieństwo.

Tylko miłość wszystkiemu ufa, ma nadzieję na wszystko, wszystko zniesie, daje nam siłę i radość mówienia w życiu: błogosławieni ubodzy duchem, błogosławieni prześladowani, błogosławieni strapieni, błogosławieni, ci którzy płaczą, błogosławieni wy, znieważani…

Drogie siostry i drodzy bracia, w naszej Europie chcemy spędzić całe życie z odwagą i radością, by budować wieczne szczęście, pokój, pojednanie w świecie wykluczenia społecznego, w sercu przemocy, w którym kobiety są wykorzystywane i sprzedawane, dzieci – gwałcone i porzucane, w którym panuje korupcja, niesprawiedliwość, zemsta, prawo oko za oko, ząb za ząb, w którym brakuje pracy, mieszkania, pożywienia, uczucia. Chcemy ofiarować tę bezgraniczną miłość, która daje wieczne szczęście, która leczy rany, osusza łzy.

W Częstochowie, kontemplując ikonę Czarnej Madonny, Królowej Polski, widziałam na własne oczy, że Maryja jest królową, której twarz i dusza noszą rany zadane przez podłość pewnego żołnierza, lecz również przez bolesną i smutną historię narodu polskiego. A jednak jest to królowa zwycięska, ubrana w drogie kamienie, dar miłości i wdzięczności swoich synów. Rany leczone balsamem wiary i miłości narodu polskiego i wielu pielgrzymów z całego świata stają się łaską, radością, pięknem. Łzy stają się źródłem życia. To zdarza się w Częstochowie, wszędzie tam, gdzie potrafimy płakać razem z cierpiącym bratem lub siostrą, umiemy współ-odczuwać jego cierpienie, potrafimy „być” – jak Maryja – przy niezliczonych krzyżach ludzkości.

Wspaniale napisał św. Jan od Krzyża, omawiając fragment Ewangelii na święto św. Marii Magdaleny: Kto już nie umie płakać z miłości/ ten utracił wielką część swojego piękna/. Jeśli dusza znajduje się w tym stanie, /musi odzyskać utracone piękno/, oczyścić się w płaczu, aż stanie się „najpiękniejszą wśród wszelkich istot”.

Maryja płacze wraz z nami, uczy nas płakać nad tyloma nieszczęściami tego świata i daje nam dar współ-odczuwania, byśmy byli balsamem dla tylu łez. Jest dla nas nauczycielką wiary, nadziei, miłości. Jest dla nas nauczycielką tej wiary, która przemienia krzyż w zmartwychwstanie, łzy w radość.     

Tłum.: o. Kazimierz M. Lorek, CRSP


[1] Większość Europejczyków to chrześcijanie (526 mln: 285 mln to katolicy; 158 mln – prawosławni; 77 mln – protestanci; 26 mln – anglikanie; 11 mln – pozostali), lecz obecność innych religii jest coraz bardziej znacząca. W niektórych krajach istnieje tradycyjnie większość muzułmańska (Turcja, Albania, Bośnia), ale nowym zjawiskiem jest wzrost liczby muzułmanów w krajach Europy Zachodniej, związany z migracją i uchodźcami. Dane statystyczne mówią o ok. 34 milionach muzułmanów w Europie. Należy wspomnieć również o znaczącej obecności judaizmu (2,5 mln), który należy do korzeni Europy. Notuje się powrót świętości wyrażany w sposób ezoteryczny, magiczny, gnostyczny i mityczny oraz powszechne formy neopogaństwa lub ruchów filozoficznych, organizujących się prawie tak, jak są zorganizowane wspólnoty religijne i domagających się swoich praw.

2 Przedstawione przeze mnie wskazówki mają charakter duszpasterski. W celu omówienia problemu z punktu widzenia czystej socjologii odsyłam do książki opracowanej przez Renzo Guberta i Gabriele Polliniego, Valori a confronto: Italia ed Europa, Bologna, Il Mulino 2006. Autorzy wśród innych zagadnień poruszają również sprawy religii.

3 VITALI D.V Se la pace è donna. Una provocazione a partire dalle „sante paciere”, Bologna, EDB 2005, 8. 

4 Globalizacja jest rzeczywistym faktem, ogarniającym wszystko zjawiskiem, procesem planetarnej wymiany, który łączy państwa, gospodarki, rynki, religie, kultury, wartości. Jest procesem, który mógłby stworzyć lepsze warunki życia dla wszystkich, a niestety  doprowadza do koncentracji władzy w rękach niewielu ludzi (wzbogaca bogatych i zuboża biednych), sprzyja ujednoliceniu kulturowemu (tłumi cechy charakterystyczne i karze odrębności), rodzi monopol w systemach komunikacji (władza nad narodami coraz bardziej przechodzi w ręce ludzi przez środki komunikacji), powoduje utratę tożsamości osobistej i kulturowej. Szczególnie poważny i negatywny wpływ wywiera na najbiedniejsze kraje: wykorzystywanie całych narodów, dominacja przedsiębiorstw wielonarodowościowych, spekulacje finansowe, protekcjonizm gospodarczy, kryzys i kruchość demokracji, wykorzystywanie natury, korupcja, marnotrawienie zasobów, odrzucenie mniejszości… Mógłbym wymieniać dalej, by dojść do metod, którymi upokarzane są miliony mężczyzn i kobiet, gdzie deptana jest ich godność i prawa.

5 Tamże, 96-96.