Rotsaert M. SJ, O życiu zakonnym w Europie anno 2006

1. Kilka lekcji historii

Początki życia zakonnego

Cesarz rzymski Konstantyn edyktem mediolańskim w 313 roku uznał chrześcijaństwo za religię oficjalną w całym Imperium Rzymskim. On sam nawróci się na chrześcijaństwo później. To właśnie w tych latach rodzi się życie zakonne w łonie Kościoła – i nie jest to przypadek. Przed tą datą chrześcijaństwo zaznało licznych prześladowań. Zostać chrześcijaninem – było sprawą niebezpieczną, trudną, ryzykowną. Chrześcijanie nie mieli żadnych praw, uważani byli za margines społeczny. Mieli swoje zebrania, własne ceremonie. Byli podejrzani zwłaszcza dlatego, że odcinali się od stylu życia, obowiązującego w tamtych czasach. Po 313 roku wszystko się dla chrześcijan zmienia. Już nie ryzykują życiem. Przeciwnie, bycie chrześcijaninem staje się atutem. Noszenie krzyżyka na piersi pomaga w znalezieniu pracy i wspięciu się po szczeblach drabiny społecznej. Coraz bardziej chrześcijaństwo staje się nieodłączną cząstką społeczeństwa, coraz bardziej społeczeństwo staje się chrześcijańskie.

W tym właśnie klimacie widzimy narodziny pierwszych prób życia zakonnego czy też – powiedzmy raczej – życia bardziej ewangelicznego. Niektórzy chrześcijanie zaczynają stawiać sobie pytanie, czy wszystkie następstwa edyktu mediolańskiego są tak pozytywne. Czy nie zaakceptowaliśmy zbyt łatwo wartości, dominujących w naszym społeczeństwie? Czy jesteśmy jeszcze solą dla świata, w którym żyjemy? Czy jesteśmy jeszcze zwiastunami światłości, oświecającej świat? Niedzielna homilia w parafii w Aleksandrii wystarcza, by Antoni odpowiedział własnym życiem: odchodzi na pustynię na obrzeżach miasta, aby móc żyć bardziej ewangelicznie. Dystansuje się więc od tego, czym żyją chrześcijanie w Aleksandrii. Jest świadom, że życie intensywnej modlitwy pomoże mu odnaleźć prawdziwe wartości ewangeliczne. Sprzedaje to, co posiada, i oddala się poza miasto, aby móc lepiej iść za Jezusem Chrystusem. Równocześnie utrzymuje pewne więzi z chrześcijanami ze swego miasta, z Kościołem. Rozwija się ruch w dwie strony: coraz więcej chrześcijan przybywa na pustynię, by spotkać się z Antonim i korzystać z jego nauczania, co oznacza, że rozpoznają w nim wezwanie do życia bardziej według Ewangelii. Sam Antoni powraca regularnie do Aleksandrii, aby tam spotykać się z chrześcijanami i dodawać im ducha w sporach chrystologicznych, wstrząsających Kościołem.

Antoni nie jest kimś odosobnionym. Coraz więcej chrześcijan odchodzi na pustynię, poza miasto, aby wieść życie wstrzemięźliwe, wypełnione modlitwą. Ustala się pozycja życia pustelniczego w Kościele. W tym samym czasie Pachomiusz rozpoczyna na pustyni życie cenobityczne: liczni chrześcijanie gromadzą się w coraz większych klasztorach, by tam szukać i znaleźć drogę naśladowania Chrystusa. Jest to cały ruch, który rozkwita na pustyniach Egiptu w czwartym wieku. Pojawią się też inne formy: słupnicy (stylici), żyjący na szczycie kolumny, inni będą żyć w grotach itd. Ich samotność ma niejako chronić ich życie modlitwy.

Cechy charakterystyczne

Początki życia zakonnego cechuje więc przede wszystkim charakter spontaniczny. Nic zorganizowanego ani przewidywalnego. Pewnego dnia Antoni, pchnięty przez Ducha Świętego, opuszcza dom i idzie żyć na pustyni, a jego przykład wzbudza inne powołania pustelnicze. Drugim z kolei elementem jest wielość form życia bardziej ewangelicznego: są eremici – żyjący samotnie, są klasztory, w których życie wspólnotowe jest ważnym aspektem nowego życia ewangelicznego, są słupnicy i wiele innych form. Nikt na początku nie wie, jakie formy przeżyją swoich inicjatorów. Czas dokona niezbędnego wyboru. Życie pustelnicze i życie we wspólnocie znajdą trwałe miejsce w Kościele, formy nieco ekstrawaganckie dość szybko zanikną. Trzeci z kolei element – to odsunięcie się od życia społeczeństwa, od życia Kościoła: Antoni i Pachomiusz – i tylu innych – opuszczają miasto i zamieszkują na pustyni.

Ten ruch w stronę pustyni dobrze określa to, co pierwsi ojcowie pustyni chcieli wyrazić. Jest w ich postępowaniu rodzaj krytyki stylu, w jaki chrześcijanie ich czasów żyli wiarą. Stając się religią oficjalną, chrześcijaństwo ryzykowało utratę swej zdolności bycia solą, która nadaje światu smak. Antoni, Pachomiusz i inni szukali sposobu życia Ewangelią z całą ścisłością. To właśnie nazwano funkcją prorocką życia zakonnego. Początki życia zakonnego mają więc na celu bycie żywą pamięcią o Ewangelii. Może to – dziś jeszcze – najlepsza definicja życia zakonnego: być w Kościele żywą pamięcią o Ewangelii. I w tym znaczeniu jest ono, jak mówi Sobór Watykański II, darem Ducha dla Kościoła.

Historia się powtarza

Po początkach życia bardziej ewangelicznego na pustyniach egipskich taki sam ruch rozwija się na pustyniach Palestyny. Już pod koniec czwartego wieku rozszerza się w kierunku Europy. Święty Marcin, biskup Tours, zostaje mnichem. W Afryce Północnej święty Augustyn, biskup Hippony (Hippo Regius), tworzy wspólnotę mnichów i wspólnotę mniszek oraz pisze dla nich regułę – krótką i pełną zdrowego rozsądku. Również w Europie klasztory mnichów mnożą się błyskawicznie. Reguła świętego Benedykta, napisana w szóstym wieku dla jego mnichów, będzie miała ogromny wpływ na życie monastyczne w Europie, zwłaszcza odkąd – za panowania Karola Wielkiego – jest narzucana przez władzę polityczną we wszystkich klasztorach cesarstwa. Lecz niech nas to nie zmyli: reguła świętego Benedykta zawdzięcza swój sukces, po dziś dzień, swej mądrości i zdrowej równowadze.

Benedykt widzi jako ideał wspólnotę około dwunastu mnichów, w której opat jest pater familias. Jego klasztor, jak na Wschodzie, znajduje się z dala od miasta, w miejscu pustynnym. Opus Dei – modlitwa liturgiczna – jest w centrum życia monastycznego. Gościnność – hospes venit, Christus venit[1] – stanowi uprzywilejowaną więź ze światem żywych. Jesteśmy w szóstym wieku, czasy się jednak zaczynają zmieniać i benedyktyni przystosowują się do przemian. Europa przeżywa inwazję barbarzyńców, którzy zostawiają po sobie ślady ogromnego spustoszenia… I oto w pełnej niebezpieczeństw Europie opactwa stają się bezpiecznym schronieniem. Stają się równocześnie miejscem, w którym kultura – antyczna i współczesna – jest przechowywana i przekazywana. Opactwa otwierają szkoły, ich posiadłości bezustannie się powiększają i dają pracę okolicznym chłopom. Nierzadkie są opactwa, w których jest ponad stu mnichów. Opactwo staje się poniekąd miniaturowym miastem, w którym mnisi są specjalistami od modlitwy. Daleko jesteśmy już od ideału, opisanego przez świętego Benedykta kilka wieków wcześniej.

Podczas gdy po inwazji barbarzyńców drogi są naprawiane i powstają miasta takie, jakie znamy dziś, rodzi się nowa arystokracja – arystokracja pieniądza. Pierwsze banki i pierwsza giełda pojawiają się w dwunastym i trzynastym wieku. Uwydatnia się różnica między bogatymi i biednymi. Kościół wszakże, a z nim klasztory i opactwa, staje się coraz bogatszy i często chełpi się bogactwem. W czasach tych przemian cywilizacyjnych Kościół ujrzy narodziny licznych nowych fundacji zakonnych. W tradycji benedyktyńskiej będzie to fundacja w Cîteaux: powrót do takiej reguły, jaką sformułował święty Benedykt. Mnisi dystansują się od bogactwa Cluny, aby żyć w większej prostocie i ubóstwie. Utrzymywać się będą z pracy własnych rąk. Święty Bernard toczy batalię przeciwko Cluny. Święty Norbert zakłada nowy zakon, który łączy opus Dei, życie wspólnotowe i posługę duszpasterską w parafiach. Wybierze on regułę świętego Augustyna. Święty Brunon, dzięki swemu przyjacielowi świętemu Hugonowi, biskupowi Grenoble, znajduje wymarzoną okolicę dla kogoś, kto poszukuje samotności – Wielką Kartuzję (la Grande Chartreuse). Kartuzi wprowadzą numerus clausus i termini possessionis – nie więcej niż dwunastu mnichów, dzięki czemu klasztor pozostanie na ludzką miarę i nie będzie potrzebował dużych posiadłości ziemskich. Natomiast liczba braci konwersów, żyjących w zależności od klasztoru, nie jest ograniczona. Kartuzi żyją w samotności – każdy w swej celi, ze skromnie wyposażoną kuchnią i warsztatem pracy. Wspólnota tworzy się dzięki Eucharystii. Opus Dei jest ich pracą podstawową.

W trzynastym wieku w tym nowym świecie, który się rodzi, rodzą się równocześnie nowe fundacje. Dużo nowych wspólnot kładzie akcent na ubóstwo, reagując w ten sposób na sytuację zarówno w społeczeństwie, jak i w Kościele. Wiele z tych wspólnot nie przeżyje grupy założycielskiej. Są dwie, które znamy do dziś: franciszkanie i dominikanie – dwa zakony żebrzące. Poruszony wizją Chrystusa ubogiego i ukrzyżowanego, Franciszek Bernardone zakłada w Asyżu zakon braci mniejszych, w którym akcent położony jest na ubóstwo i prostotę życia, jak również na braterstwo. Walka o pokój jest w samym sercu idei świętego Franciszka. Dominik Guzman, kanonik hiszpański, wraca ze swym biskupem z misji w Skandynawii, zatrzymuje się na południu Francji, gdzie zaproszony jest na synod, gromadzący biskupów i opatów tej części Francji, w której katarzy i albigensi oddzielają się od Kościoła. Jak wyciszyć tę herezję? Święty Dominik pojmuje, że biskupi, opaci i księża powinni pierwsi dawać dobry przykład naśladowania Chrystusa ubogiego i poniżonego. „Zmieńmy nasz styl życia, a dopiero potem będziemy mogli głosić Ewangelię. Chodzi o naszą wiarygodność”. To fundamentalna intuicja braci kaznodziejów. Tak więc tu również widać jakąś krytykę tego, czym żyje się w społeczeństwie i w Kościele. Oprócz tego jest jeszcze różnorodność poszukiwań życia bardziej ewangelicznego i uboższego. Wiele zaniknie. Zakony żebrzące, na przekór epoce, od początku osiadają w nowych miastach. Oddzielenie od świata otaczającego jest utrzymywane przez klauzurę i obowiązek recytowania oficjum w chórze, jak mnisi.

Pod koniec piętnastego wieku i na początku szesnastego społeczeństwo europejskie przeżywa nowy kryzys cywilizacyjny. To czasy renesansu i humanizmu w Europie, również czas odkrycia Nowego Świata. Wartości schyłku średniowiecza nie odpowiadają już temu, czego poszukuje człowiek współczesny. Nowe przesłanki rodzą nową duchowość i zapał misyjny w stosunku do niedawno odkrytego świata. W wielu miejscach Europy księża żyją we wspólnocie i poświęcają więcej czasu modlitwie. Te wspólnoty księży odczuwają potrzebę lepszego przygotowania do pracy duszpasterskiej. Braterskie wsparcie i życie modlitwy pomagają w uwiarygodnieniu ich zaangażowania duszpasterskiego. Tu także jest niejako krytyka stylu życia wielu przedstawicieli kleru tamtej epoki, jak również hierarchii kościelnej. Odkrycie Ameryk i Dalekiego Wschodu wzbudza zapał misyjny zarówno w zakonach istniejących – takich jak zakony żebrzące – jak i w nowych grupach, które rodzą się na początku szesnastego wieku. Tu również widzimy obfitość nowych form, bardziej przystosowanych do nowych czasów.

Jedną z tych nowych grup księży w Kościele jest Towarzystwo Jezusowe. Solidna duchowość, mająca źródło w Ćwiczeniach duchownych świętego Ignacego, i życie skoncentrowane na misji ad extra sprawią, że Towarzystwo Jezusowe zazna przyszłości bogatej w wydarzenia – oczywiście ze wzlotami i upadkami. Towarzystwo Jezusowe uważa się za pierwszy zakon apostolski. Innowacją trudną do zaakceptowania w tamtych czasach jest brak chóru. Opus Dei, charakteryzujące wszystkie grupy zakonne w Kościele, zmienia kompletnie oblicze: dziełem Bożym nie jest już liturgia godzin, gromadząca wspólnotę na modlitwie, dziełem Bożym staje się misja. I misja ta jest pełniona w świecie: świat jest naszą misją – mówią. Bardzo szybko określili swój rodzaj życia jako kontemplacyjne w działaniu. Jezuici od początku oddali się na służbę papieżowi, to znaczy Kościołowi powszechnemu. Będą wysyłani w misji tam, gdzie potrzeby są największe. Odejście od świata, które cechowało życie zakonne do początku szesnastego wieku, zastąpione jest pójściem do świata. To odejście pozostaje ważne, ale staje się zwłaszcza wewnętrzne. Być w świecie nie będąc w świecie, być w świecie dla życia świata – co dzień nowe wyzwania.

Wiele innych grup zakonnych narodzi się z tego zrywu apostolskiego i misyjnego, niektóre przyjmą duchowość ignacjańską, inne z własną duchowością, jak zgromadzenia założone przez świętego Wincentego à Paulo, przywołując choćby tylko jego. Niektóre grupy wyspecjalizują się w tej czy innej dziedzinie apostolstwa, na przykład w dziedzinie nauczania bądź pomocy chorym. Pod koniec osiemnastego i na początku dziewiętnastego wieku, w momencie, gdy wrażliwość na kwestie socjalne wzrasta również w społeczeństwie, zakładane są liczne zgromadzenia sióstr, braci i ojców; niektóre są i pozostaną bardzo lokalne i równocześnie bardzo płodne.

W historii życia zakonnego jest następująca stała: kryzys cywilizacji wzbudza nowe formy życia zakonnego i ewangelicznego. Nowa wrażliwość, inna mentalność, inne wartości wymagają innych form życia zakonnego. Często jednak idzie to w parze ze zbytnim przystosowaniem się do otaczającego świata u istniejących grup zakonnych. Za mocno zmieszane ze światem, nie są już solą dla świata… I Duch jakby pobudza wtedy jakąś kobietę, jakiegoś mężczyznę do stworzenia w Kościele czegoś nowego: świętą Teresę z Avili, świętą Katarzynę ze Sieny, świętego Jana Bosko i tylu innych. Niektóre zgromadzenia zakonne, zbyt mocno związane z takim czy innym dziełem charytatywnym, mają trudność z przeżyciem, gdy państwo zaczyna wypełniać zadanie, które zgromadzenia wzięły na siebie w momencie, gdy nikt inny się tym nie zajmował.

Od drugiej połowy dwudziestego wieku i na początku tego trzeciego tysiąclecia przeżywamy na nowo czas wielkich przemian. Kościół potrzebuje nowego tchnienia i Duch tchnie, kędy chce. Mniej więcej od lat pięćdziesiątych nowe ruchy rodzą się w Kościele i prawie wszędzie mnożą się nowe wspólnoty. Jest odnowa charyzmatyczna, jak solidne drzewo z mnóstwem gałęzi, jest również wspólnota świętego Idziego (San Egidio), Komunia i Wyzwolenie (Comunione e Liberazione), bracia z Taizé, Chleb Życia, Legioniści Chrystusa itd., itd. Różnorodność jest wielka. Jak w każdej epoce, czas dokona selekcji, ale dziś jest jasne, że jesteśmy świadkami odnowy duchowej w dużej liczbie ruchów ewangelicznych w Kościele. Wrócimy do tego tematu w trzeciej części konferencji. Najpierw jednak zatrzymajmy się na tym, co historia przekazała nam jako istotną część życia zakonnego: na ślubach ubóstwa, czystości i posłuszeństwa.

2.   W sercu życia zakonnego: ubóstwo, czystość i posłuszeństwo

Życie zakonne znało zatem wiele różnych form. Niektóre z form umiały przystosowywać się do nowych czasów i istnieją od wieków. W tych wszystkich przemianach jednak kilka elementów było prawie zawsze obecnych: zakonnicy i zakonnice wszystkich czasów próbowali żyć życiem ubogim czy wstrzemięźliwym, życiem czystym w celibacie i w posłuszeństwie Innemu. W pierwszych wiekach nie chodziło o „śluby” zakonne, ale ich treść była już obecna. Reguła świętego Franciszka na początku trzynastego wieku mówi o trzech ślubach zakonnych, a następnie to się upowszechnia. Były, oczywiście, inne śluby składane przez zakonników, niektóre zanikły, inne, jak czwarty ślub jezuitów – posłuszeństwo papieżowi – istnieją nadal. Można jednak powiedzieć, że w całej historii właśnie śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa stanowiły samo serce życia zakonnego.

Trzy podstawowe wymiary życia każdego człowieka

Dlaczego historia życia zakonnego przekazała nam w spuściźnie te trzy śluby, a nie trzy inne? Czy zawdzięczamy to przypadkowi, czy też jest jakaś głębsza racja? Sądzę, że najgłębsza przyczyna jest natury antropologicznej. Trzy śluby zakonne mówią o trzech fundamentalnych wymiarach w życiu człowieka. Każdy człowiek potrzebuje minimum rzeczy materialnych, aby utrzymać się przy życiu: pożywienia, dachu nad głową, jakiegoś odzienia, chroniącego przed niepogodą. Każdy człowiek ma równocześnie potrzebę uznania, pocieszenia, bycia kochanym, gdyż bez tego nie tylko nie stanie się nigdy człowiekiem, ale przeciwnie, bez wątpienia dozna uszczerbku na psychice. I każdy człowiek potrzebuje przestrzeni wolności, by móc samemu decydować, co się z nim dzieje. Bez tego nie przekroczy stadium robota. Chodzi o trzy podstawowe wymiary: materialny aspekt naszego życia, fakt bycia kochanym przez innego/inną, autonomię, która umożliwia prawdziwe decyzje. Żaden człowiek nie może się obejść bez tych trzech wymiarów, stanowiących nierozdzielną część istoty stworzonej. Są tak ważne, że realne jest niebezpieczeństwo, iż człowiek – każdy człowiek – chce je sobie zagarnąć. I tu właśnie zaczyna się nędza naszego świata: to, czego żądam za wiele, inny będzie miał za mało.

Trzy wymiary, które wyżej opisałem, są więc absolutnie niezbędne dla życia człowieka, stanowią jego część integralną. Równocześnie jednak Ewangelia uczy nas, że te trzy wymiary są względne. Nie są absolutne, nie są nec plus ultra[2]. Jest to jednakowo ważne dla każdego chrześcijanina, każdego, kto chce żyć Ewangelią. Ewangelia te trzy wymiary naszego życia ujmuje jako rzecz względną. Tylko Bóg jest absolutny, jedynie On. Każdy chrześcijanin będzie więc próbował ukonkretnić tę względność w swoim życiu. Zakonnicy uczynią to w sposób najbardziej dobitny. To, co każdy chrześcijanin nosi w sercu, zakonnik ma wypisane na czole! Oznacza to, że nasze śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa mówią o czymś, co nie jest obce żadnemu chrześcijaninowi.

Spójrzmy przez chwilę na świat, który nas otacza, a zwłaszcza na reklamy. Wszelka reklama – w prasie, w telewizji, przy drogach itd. – mówi nam o tych trzech tak ważnych wymiarach w życiu. Nic dziwnego, że reklama opiera się na tych trzech ważnych dziedzinach. „Muszę” kupić, bo „muszę” mieć to i tamto. A na rynku są stale nowe artykuły. I jeśli chcę być dzisiaj kimś, jeśli chcę, żeby mnie szanowano, podziwiano, „muszę” nabyć ten produkt. Dzięki niemu będę wyglądać młodziej niż sąsiad, ładniej, szczuplej, modniej. Jeśli używam tego mydła czy tego rodzaju szamponu, okażę się bardziej pociągający… Czujecie oszustwo uwodziciela? A gdy macie dużo, chcecie mieć więcej, coraz więcej. Reklama nakłoni was więc do kupna jeszcze większego samochodu, lepszego niż samochód sąsiada. Dzięki temu doznacie tego wspaniałego uczucia przewagi na autostradzie nad wszystkimi innymi. Chcieć górować nad innymi – jakby to był ideał do doścignięcia! Reklamy są pełne zamaskowanych uwodzicieli. Komu lub czemu pozwalamy się uwieść?

Nikt nie może żyć bez minimum rzeczy materialnych. Bez „mieć” nikt nie może „być”. Nie wolno jednak czynić z tego bożka, idola. Oto istota ślubu ubóstwa: wyrzec się dobrowolnie pewnej liczby rzeczy – dobrych, a nawet niezbędnych – ponieważ jest coś, Ktoś ważniejszy, kto wypełnia nasze życie. I oczywiście, każdemu człowiekowi konieczne jest poczucie uznania i bycie kochanym oraz móc kochać. Kto nie zna pragnienia spełnionego życia seksualnego? Nie róbmy jednak z tego bożka. Jaki jest głęboki sens naszego ślubu czystości? Taki, że mamy nadzieję, iż nasz konkretny sposób kochania zarówno tych, do których jesteśmy posłani, jak i tych, którzy nas otaczają, jest przejrzystym odbiciem miłości, jaką Bóg kocha każdego. I wreszcie człowiek umiera duchowo, jeśli nie znajduje przestrzeni, by decydować, kim chce być. Bez minimum wolności i niezależności nikt nie staje się dorosły. Ale także z tego nie czyńmy idola, bożka. Ślubem posłuszeństwa pragniemy wyrazić, że my sami nie jesteśmy ostatecznym kryterium naszych decyzji, ale chcemy słuchać głosu Innego.

Idąc za Chrystusem

Jeśli próbujemy żyć trzema ślubami w taki sposób, jaki opisałem, idziemy za Chrystusem. A „iść za Chrystusem Jego drogą” to nić przewodnia życia zakonnego w całej jego historii. Czytając u świętego Mateusza jego opis kuszenia Jezusa na pustyni (4, 1-11), znajdziemy te same tak ważne w życiu człowieka trzy wymiary. Gdy z bliska przyjrzymy się temu opisowi i postawimy sobie pytanie, do czego kusiciel odwołuje się w Jezusie, widzimy, że pierwsza pokusa dotyka właśnie wymiaru potrzeby minimum rzeczy materialnych: „Jesteś głodny? Jedz! Przemień te kamienie w chleb!”. Nikt nie może żyć bez jedzenia.

Druga pokusa dotyczy bardziej drugiego wymiaru: potrzeby pochwały i docenienia, akceptacji i uznania. „Rzuć się z narożnika świątyni, aniołowie na rękach nosić Cię będą, a publiczność będzie Ci bić brawo! Sukces zapewniony!” Każdy człowiek potrzebuje uznania w tym, kim jest, Jezus także.

Trzecia pokusa łączy się z chęcią dominowania, bycia panem innych: Daję Ci te wszystkie królestwa z ich przepychem, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon! Kusiciel próbuje dosięgnąć w Jezusie tego głębokiego wymiaru, który sprawia, że każdy człowiek zna potrzebę niezależności, mogącą bardzo szybko przerodzić się w żądzę panowania.

Czytając tekst świętego Mateusza, widzimy, jak kusiciel bierze się do dzieła. Jeśli jesteś Synem Bożym… Kusiciel zachęca Jezusa do postawienia siebie samego w centrum własnego życia: „Jeśli ktokolwiek może to zrobić, to właśnie Ty, Syn Boży”. W gruncie rzeczy to trzykrotnie ta sama taktyka: „Jesteś Synem Bożym, rób zatem, co Ci się podoba, rób, co tylko zapragniesz”. Ale trzykrotna odpowiedź Jezusa jest całkiem przeciwna: „Nie jestem centrum własnego życia, jest Ktoś Inny”. Bóg jest pierwszym i ostatnim kryterium w wyborach, których ma dokonać. Chce, aby całe Jego życie było tylko świadectwem o Bogu, który jest samą Miłością.

Ewangelie synoptyczne umieszczają opis kuszenia na początku życia publicznego Jezusa, po Jego chrzcie. Podczas chrztu Jezus otrzymał od Ojca misję: Tyś jest mój Syn „umiłowany”, w Tobie „mam upodobanie” (Mk 1, 11). Cytat ten nawiązuje między innymi do pierwszej pieśni Sługi Jahwe u proroka Izajasza (42, 1-7): Oto mój Sługa, którego podtrzymuję. Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął; On przyniesie narodom Prawo. Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku. On niezachwianie przyniesie Prawo… ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów, abyś otworzył oczy niewidomym, ażebyś z zamknięcia wypuścił jeńców, z więzienia tych, co mieszkają w ciemności.

Oto misja, którą Jezus otrzymuje podczas chrztu. Opis kuszenia pozwala nam się domyślać, że Jezus, jak każdy człowiek, przeżywał pokusy. „Ta droga milczenia i łagodności – nie będzie krzyczał ani podnosił głosu, nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku – czy to jest naprawdę droga, którą powinienem pójść? Czy nie ma innych sposobów, aby świadczyć o miłości Ojca? Może jest droga nie tak trudna, bardziej satysfakcjonująca?” Znamy na pamięć odpowiedź Jezusa, co grozi zapomnieniem, że Jego odpowiedź przyszła dopiero po chwilach pokus, i to doznawanych przez całe życie. Ewangeliści ukazują nam jeszcze inny moment w życiu Jezusa, gdy musiał On walczyć, aby nie ulec pokusie: podczas Pasji, w ogrodzie oliwnym, w Getsemani. Jezus, który wie, że są to chwile, w których gra idzie o Jego życie, prosi Ojca: Jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! (Mt 26, 39). Jezus odczuwa lęk przed śmiercią, nie chce umrzeć. Przeżywa skrajnie trudne momenty trwogi i strapienia. Jednak po chwilach kryzysu Jego modlitwa kończy się zdaniem, które wszyscy znamy: Nie jak Ja chcę, ale jak Ty chcesz! Nawet w tej trudnej chwili Jezus, po walce wewnętrznej, zgadza się nie być ostatecznym kryterium swoich wyborów.

Dwa sztandary w Ćwiczeniach duchowych

Trzy śluby zakonne odwołują się do trzech podstawowych wymiarów każdego człowieka. Trzy pokusy Jezusa na pustyni odnoszą się do tych samych podstawowych wymiarów. Proszę mi pozwolić zatrzymać się chwilę na ważnym tekście w historii duchowości chrześcijańskiej – na Ćwiczeniach duchowych świętego Ignacego Loyoli, w których znajdujemy fragment, prowadzący nas w tym samym kierunku.

Po pierwszym tygodniu ćwiczeń, w którym rekolektant medytował nad grzechem w świecie i w swoim życiu i w którym mógł odkryć na nowo miłosierdzie i przebaczenie Boże, kontemplował będzie życie Chrystusa w Ewangeliach. Chodzi o to, aby długo i z natężeniem wpatrywał się w Chrystusa, by odkrył, w jaki sposób on, rekolektant, może iść za Chrystusem Jego drogą. Po kilku dniach kontemplacji Ignacy proponuje Rozmyślanie o dwóch sztandarach. Przytacza obraz wielkiego pola bitwy z dwiema armiami, gdzie każdy z dwóch wodzów – Lucyfer i Chrystus – mają swoje sztandary.

Sztandary te są jak strategie czy dynamiki, stosowane przez przywódców. Lucyfer podąża za strategią zła. Ignacy wskazuje tu na trzy etapy. Zły próbuje najpierw przywiązać nas w sposób nieuporządkowany do bogactwa, do tego, co się posiada. To mogą być pieniądze – i często o nie właśnie chodzi – ale naszym bogactwem możemy uczynić jakąkolwiek rzecz materialną. Nasze nieuporządkowane przywiązanie może dotyczyć także osób, naszych zalet, naszej pracy, misji. Chodzi o przywiązanie nieuporządkowane do tego, co samo w sobie jest dobre. Ten jednak, kto „posiada”, pragnie posiadać stale więcej i będzie się zachowywał jak właściciel. Będzie wymagał, żeby inni go szanowali za to, co posiada. Chce być poważany i doceniany. Ignacy mówi tu o próżnej chwale. Nie to, kim jest, lecz to, co posiada, staje się motywem wszelkich jego czynów. To drugi etap, który idzie za logiką nadwerężoną na pierwszym. Wreszcie trzeci etap – ten, kto żyje w „wielkiej posiadłości”, będzie żył coraz bardziej jak ktoś, kto nie potrzebuje już innych. Wynosi się nad innych. Sam sobie wystarcza. Nie potrzebuje już Boga ani innych. Oto samowystarczalność, pycha.

Strategia Chrystusa lub Ewangelii jest oczywiście zupełnie inna. Najpierw Chrystus zaprasza nas do wolności wewnętrznej. Jest to więc przeciwieństwo nieuporządkowanego przywiązania, poprzez które Zły zaczyna swą strategię. Ignacy mówi o ubóstwie duchowym jako warunku rzeczywistego ubóstwa. Ten, kto jest naprawdę wolny wewnętrznie, nie pozwoli już, by determinowały go sukces czy uznanie ani porażki, niewdzięczność czy niezrozumienie. Co nie znaczy, że nie będzie się już przejmować okazywaną mu sympatią lub pogardą. Jednakże już nie sympatia lub wzgarda będzie warunkować jego życie. Pozwala, aby powodowała nim miłość i Boże współczucie. To jest drugi etap w strategii ewangelicznej.

Kto jest naprawdę wolny i nie pozwala się już zdeterminować tym, co inni mówią czy myślą na jego temat, ten znajduje właściwe sobie miejsce względem innych, względem Boga. Staje się człowiekiem-dla-innych, człowiekiem-z-innymi. To człowiek, który odkrył prawdziwą pokorę: trzeci etap w strategii ewangelicznej.

Ignacy prosi wówczas rekolektanta, aby przyłożył te dwie strategie jak siatkę do własnego życia, by wyraźniej zobaczył, którędy Zły za każdym razem wchodzi do niego, a wszystko po to, by się lepiej uzbroił przeciwko Złemu. Równocześnie ważne jest, aby odkrył także, gdzie strategia Chrystusa już działa w jego życiu, i prosił o łaskę pójścia za Chrystusem stale coraz bardziej. Tą medytacją Ignacy może nam pomóc w regularnej refleksji nad naszym życiem zakonnym.

Conversio morum

W regule świętego Benedykta nie ma (jeszcze) kwestii „ślubów”. Pomijając ważny tekst o posłuszeństwie opatowi, reguła nie mówi wyraźnie o trzech ślubach zakonnych. Święty Benedykt woli mówić o conversio morum – przemianie naszego stylu życia. Przemiana ta będzie nawracaniem się stale na nowo do Chrystusa i Jego Ewangelii.

Ewangelia prosi nas, byśmy się odwrócili od życia zdominowanego przez pieniądz i bogactwo, a wybrali życie, w którym uczymy się dzielić tym, co mamy, i tym, kim jesteśmy – jak Chrystus dzieli kilka chlebów i ryb, przyniesionych przez uczniów (Mk 6, 35-44), i jak dzieli się własnym życiem, dając nam chleb i wino podczas ostatniej wieczerzy (Mk 14, 22-25).

Ewangelia prosi nas, byśmy odwrócili się od życia, w którym oczekujemy stale wdzięczności, uwagi i miłości ze strony innych, a wybrali życie oddane na wzór Chrystusa. On ukochał nas miłością, która posuwa się aż do oddania swego życia za przyjaciół, i prosi nas, byśmy kochali się tą samą miłością (J 15, 12-13).

Ewangelia prosi nas, byśmy odwrócili się od życia, w którym chcemy panować nad innymi, a wybrali życie, w którym chcemy służyć innym – jak Chrystus, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie (Mk 10, 45).

3.   O życie zakonne w Europie anno 2006

Historia życia zakonnego, której dałem krótki zarys na początku konferencji, trwa jeszcze dziś – trwa w naszym życiu. Niektóre zgromadzenia znikną – nie pierwszy raz w historii się to zdarza. Inne przystosują się do nowych czasów. W nabraniu nowego rozmachu pomoże jakość własnej duchowości każdego instytutu. Zakony i kongregacje mnisze przetrwają łatwiej, ponieważ w ich przypadku konfrontacja ze światem współczesnym jest prostsza. Solo Dios basta. Tylko Bóg jest celem mnichów i mniszek. Zakony i zgromadzenia apostolskie, żyjące i pracujące w świecie, będą potrzebowały solidnej duchowości, aby móc znaleźć nowe formy, przystosowane do wrażliwości naszych czasów.

Wartości zapomniane lub nowe w Europie anno 2006

Nie chcąc przedstawiać kompletnego obrazu naszej epoki – sprawa zawsze ryzykowna – trochę światła może dać spojrzenie na wartości zapomniane w dzisiejszej kulturze europejskiej oraz na nowe wartości bądź nowe wyzwania. W takiej bowiem mierze, w jakiej będziemy w stanie na nie odpowiedzieć – we właściwy nam sposób – życie zakonne będzie miało sens, nie tylko dla nas samych, ale również dla świata.

W naszym świecie w ogóle, a w Europie szczególnie, istnieje potrzeba pojednania między osobami, między narodami, między ludami. Nie zapominajmy, że właśnie potrzeba pojednania leży u początków Unii Europejskiej. Pojednać narody, wojujące ze sobą od wieków – było to wyzwanie, podjęte przez ojców założycieli. Gdy się patrzy na dzisiejszą Europę, wielką Europę, oczywiste jest, że istnieje jeszcze wielka potrzeba pojednania. Brak wojny nie oznacza, że wszyscy są pojednani. Daleko do tego! Czyniąc jednak z pojednania istotny wymiar naszej misji jako zakonników i zakonnic, kontemplacyjnych i apostolskich, jesteśmy w samym centrum Ewangelii, Dobrej Nowiny Jezusa. Przebaczenie, ten dar w całym tego słowa znaczeniu, powinien być rdzeniem naszych wspólnot. Właśnie w przebaczeniu, podobnie jak w Eucharystii, może się rodzić – za każdym razem na nowo – wspólnota zakonna, mająca źródło w Bogu, który jest samą Miłością. Każdy zakon, każde zgromadzenie musi szukać, jak konkretnie żyć przebaczeniem i pojednaniem oraz jak o nim świadczyć.

Pojednanie prowadzi do pokoju, pojednanie jest drogą pokoju. W świecie, w którym jest tyle podziałów, tyle wojen, obowiązkiem każdego mężczyzny, każdej kobiety, zatem również wszystkich zakonników i zakonnic, jest zaangażowanie się w sprawę pokoju. Tu również brak wojny nie jest jeszcze pokojem. Pokój to o wiele więcej niż traktaty pokojowe. Pokój umożliwia prawdziwą pomyślność – szalom. Prawdziwy pokój czyni moich nieprzyjaciół braćmi i siostrami w człowieczeństwie. Pokój buduje się na doświadczeniu, że wszyscy należymy do wielkiej rodziny ludzkiej. Jeśli w przeważającej części Europy nie było wojen w ciągu minionych 60 lat, jeśli cieszymy się pokojem, to właśnie dzięki tej powolnej, lecz owocnej pracy nad pojednaniem, które nabrało rozmiarów politycznych. A pokój między różnymi narodami i krajami może przed ludźmi współczesnymi otworzyć pokój o wiele głębszy – ten, który jest dziełem Bożym.

Budowanie Europy uczy nas jeszcze więcej. Konkretną drogą pojednania była droga solidarności. Chodziło, oczywiście, najpierw o solidarność gospodarczą – prekursorkę solidarności finansowej i politycznej. Bez solidarności – sprawiedliwej i zamierzonej – Europa nie może się budować. Solidarność rozpoczęła się od solidarności na płaszczyźnie węgla i stali. Czyż nie były to w całym tego słowa znaczeniu środki do produkcji narzędzi walki? Po tym wymownym początku solidarność objęła inne dziedziny ekonomii, by dojść do sfery finansowej i politycznej. Bogata Europa, która chciała rozszerzenia z 15 do 25 krajów członkowskich, waha się dziś przed kontynuacją drogi solidarności, choć w Europie poszerzonej solidarność jest konieczna bardziej niż kiedykolwiek. Jak tej potrzebie solidarności dać wyraz w naszych wspólnotach zakonnych i w naszej misji w świecie europejskim? Walka o sprawiedliwość stanowi nieodłączną część wiary w Jezusa Chrystusa. Ta solidarność nie jest, oczywiście, potrzebna tylko w Europie – jeszcze bardziej niezbędna jest wobec ubogich krajów kuli ziemskiej. Liczne rodziny zakonne mają duże doświadczenie w dziedzinie solidarności międzynarodowej. Trzeba znaleźć nowe drogi, by żyć solidarnie na płaszczyźnie osobistej i wspólnotowej, lecz także na płaszczyźnie struktur międzynarodowych. Czy jesteśmy dostatecznie świadomi naszych możliwości w tej dziedzinie?

Budująca się dziś Europa nie jest już tą samą Europą, którą znali ojcowie założyciele Europy. Ze swą różnorodnością języków i kultur staje się ona Europą interkulturową. Różne fale migracyjne – people on the move[3] – nie zakończą się, przeciwnie, będą się wzmagać, czy tego chcemy, czy nie. Były migracje z powodów politycznych, są migracje z racji ekonomicznych, będą za kilka lat – jak stwierdzają studia specjalistów z całego świata – migracje z przyczyn ekologicznych. Liczba migracji będzie wzrastać jeszcze przez wiele lat. Europa staje się mieszaniną bardzo różnych kultur i religii. Polityczna odpowiedź na tę sytuację nie wydaje się prosta. A jaka jest odpowiedź nasza – zakonników i zakonnic początku trzeciego tysiąclecia? Czy gotowi jesteśmy do dialogu? Czy jesteśmy zdolni do szukania i znajdywania w innych kulturach śladów jedynego Boga? Jaka jest nasza postawa wobec islamu, którego obecność staje się znacząca w coraz liczniejszych miastach Europy? Oczywiście, dialog nie ma sensu, jeśli my sami nie mamy nic do powiedzenia! Dialog zaczyna się w naszych wspólnotach, na ulicach, przy których mieszkamy, w dzielnicach, w których żyjemy, i jest niezbędny w naszych ośrodkach studiów, w formacji młodych zakonników i zakonnic itd. Trzeba by tu powiedzieć również o dialogu ekumenicznym i złożyć hołd bratu Rogerowi z Taizé. Inne zgromadzenia od tego czasu również otworzyły się na dialog ekumeniczny.

Tych kilka wartości, które prowokują pytania w stosunku do życia zakonnego w Europie, wprowadza nas w proces uświatowienia (mondializmu) czy globalizacji, charakteryzujący nasz świat anno 2006. Refleksja nad przyszłością życia zakonnego w Europie nie może nie brać tego pod uwagę.

Czynić dzieło pojednania i pokoju, otworzyć naszą mentalność na dialog i budować świat bardziej solidarny – to wybrać kulturę życia, i to w świecie, w którym istnieje tendencja do wybierania kultury śmierci. W kulturze życia wszystko, co dotyczy życia rodzinnego – jeszcze jedna wartość zapomniana – będzie miało miejsce uprzywilejowane. Jak dawać temu świadectwo w życiu zakonnym?

Nowe wspólnoty stawiają przed nami inne pytania

Nie tylko świat stawia nas wobec pytań, czynią to również nowe wspólnoty, nowe ruchy w Kościele, przeżywające pewien rozkwit. Nie wchodząc w dynamikę konkurencji, chciałbym zakończyć konferencję kilkoma pytaniami, do postawienia których skłaniają nas nowe wspólnoty. Jest pięć elementów, które uderzają mnie w ogromnej większości tych nowych wspólnot.

Po pierwsze, jest w ich powołaniu pewna jasność. Wspólnoty te są młode i mają przejrzystą koncepcję swej tożsamości, racji bytu, misji w Kościele i w świecie. Taka jasność jest pociągająca. A jak jest z tą jasnością w naszych instytutach zakonnych? Przypuszczam, że odpowiedzi będą bardzo różne…

Po drugie, nowe wspólnoty cechuje żarliwość. W ich modlitwie, zwłaszcza modlitwie wspólnej, sercu przysługuje należyte miejsce. Ten zapał przepełnia ich spotkania modlitewne. Często z tych wspólnot promienieje pełna prostoty radość. A jak jest z naszą żarliwością?

Po trzecie, dużo czasu poświęca się wspólnocie, żyjącej w atmosferze radości i prostoty. Typowe, że w wielu spośród tych wspólnot są jakby trzy kręgi koncentryczne: w środku – ci, którzy zobowiązali się definitywnie, prawie zawsze celibatariusze; w drugim kręgu – „domownicy”, którzy razem mieszkają i uczestniczą w życiu wspólnoty: kobiety i mężczyźni, żonaci i celibatariusze, młodzi i starsi, którzy podejmują zobowiązanie na czas określony lub nieokreślony; i w końcu trzeci krąg – przyjaciele, którzy przychodzą w niedzielę, by uczestniczyć w Eucharystii i w posiłku (często) skromnym. To może skłonić nas do zastanowienia się nad naszymi strukturami przynależności, a także nad jakością naszych wspólnot.

Po czwarte, mocną stroną wszystkich nowych wspólnot jest ich miłość do Kościoła, do Kościoła hierarchicznego. Jawi się ona jako coś zupełnie oczywistego. Nie znaczy to, że w niektórych wspólnotach nie będzie jakiejś krytyki wobec Kościoła, zawsze jednak wyżej postawią miłość do Kościoła. Czyż nie tak było również u założycieli i założycielek naszych zakonów i zgromadzeń? Czy kochamy Kościół? Jak kwaśny deszcz zabija wszelkie życie w przyrodzie, tak nasze kwaśne uwagi zabijają każde powołanie dla Kościoła.

Ostatnim elementem zauważalnym w wielu nowych wspólnotach jest obecność Maryi, Matki Jezusa. Chodzi tu również o coś postrzeganego jako oczywistość: jak można iść za Jezusem Jego drogą, zapominając o Jego Matce, Maryi? Modlitwę serca będzie więc cechować bliskość Maryi, ale także obecność kobiet, zwłaszcza zamężnych, żyjących we wspólnocie wraz z dziećmi, sprawi, że Maryja będzie miała należne jej miejsce, nie tylko na płaszczyźnie czysto rodzinnej, lecz i w ekonomii zbawienia.

Zawierzmy Maryi – tu, w Fatimie, w miejscu, gdzie stała się nam bliska – przyszłość życia zakonnego w Europie.

(Tłum.: m. Jolanta Olech, USJK)


[1] Gość w dom, Bóg w dom.

[2] nec (a. non) plus ultra – łac. nic nadto, nic poza tym, ani kroku dalej; szczyt doskonałości, rzecz nieprześcigniona.

[3] ang. lud wędrujący, lud w drodze