Wójtowicz K. CR, Rola współbraci chorych i starszych we wspólnotach życia konsekrowanego w świetle dokumentów kościelnych

Biedna starości, wszyscy cię żądamy,
A kiedy przyjdziesz, to zaś narzekamy.
(Jan Kochanowski, Na starość)

I. Wstęp, czyli drążenie tematu

Szkoda, że z przyzwyczajenia wrzucamy do jednego worka obie te kategorie ludzi: chorych i starych[1], eufemistycznie zwanych „starszymi”. Przecież już z najprostszego rozumowania wynika, że nie każdy, kto choruje musi być starym, i nie każdy stary musi chorować. Tak sobie myślę, że wymieniamy te dwie grupy współbraci na jednym oddechu zapewne dlatego, iż uważamy ich (przynajmniej w podświadomości) za „ludzi specjalnej troski”. O tej trosce, która „zajmuje ważne miejsce w życiu braterskim”, mówi zresztą również adhortacja posynodalna Vita consecrata[2], ale załatwia ją półtora zdaniem, dodając jej za socjuszkę „serdeczną opiekę”. Ciekawe, że po zarysowaniu kontekstu („w niektórych regionach wzrost liczby osób konsekrowanych w podeszłym wieku”) i podaniu motywacji („ścisły obowiązek miłosierdzia i wdzięczności wobec nich, na jaki oni zresztą zasługują”), dokument (jeszcze w tym samym zdaniu) mówi o „świadectwie tych osób”, które „jest bardzo potrzebne Kościołowi i poszczególnym Instytutom” oraz o ich misji, która „pozostaje ważna i owocna nawet wtedy, gdy z powodu wieku lub złego stanu zdrowia muszą zrezygnować z konkretnej działalności”. Ten wywód kończy się optymistycznym stwierdzeniem, że ci chorzy i starzy „z pewnością mogą jeszcze wiele dać z siebie”, pod warunkiem (który jest wyzwaniem dla pozostałych członków wspólnoty, czyli tych zdrowych i młodych), że ta reszta „potrafi zachować a nimi bliską więź i umie ich słuchać”. Dalej dopowiedziane jest, że „wiele jest dróg, na których osoby starsze mogą spełniać swoje powołanie”. W imię więc owego „dawania z siebie” i „wielości dróg” będzie tu mowa raczej o „roli” tych współbraci „specjalnej troski” w naszych wspólnotach, niż o „trosce” o nich, bo to by ich bardzo marginalizowało i spychało w stronę bierną.

 

1. „Serce moje tłucze się, opuściła mnie siła moja” (Ps 38,11), czyli kto jest chory?

       Medycyna mówi, że „choroba to ogólne nazwa każdego odstępstwa od stanu określanego jako pełnia zdrowia organizmu. Dokładne sprecyzowanie stanu określanego jako choroba jest równie trudne jak określenie stanu pełni zdrowia, gdyż podlega subiektywnej ocenie. Poznanie przyczyn chorób pozwala na zapobieganie, czyli na profilaktykę chorób. Choroba polega na uszkodzeniu funkcji lub struktury organizmu. O zaistnieniu choroby można mówić wtedy, gdy działanie czynnika chorobotwórczego powoduje nienormalne funkcjonowanie organizmu, co z kolei wywołuje niepożądane, szkodliwe następstwa”[3]. Słowniki widzą w chorobie proces patologiczny, stan nienormalny, anomalię, wadę, widoczne lub ukryte kalectwo. Człowiek dotknięty chorobą to pacjent, tzn. ten, który cierpi, znosi męki i słabuje[4]. Są choroby, które przychodzą i odchodzą, zostawiając jakiś ślad, albo nie zostawiając. Ale są i takie choróbska, które jak zawitają do człowieka, to nie sposób się ich pozbyć. To one – przewlekłe, obłożne, długotrwałe, nieuleczalne – żerują na ludzkim organizmie, niszcząc go doszczętnie.

      W Biblii[5] choroba jawi się przede wszystkim jak stan słabości i ułomności, jako kumulacja wszelkich cierpień, jako nikczemność. Dlatego właśnie obietnice eschatologiczne zapowiadają zniesienie chorób w nowym świecie. Kiedy choroba nawiedza sprawiedliwych, jak np. Joba czy Tobiasza, może być doświadczeniem opatrznościowym, mającym na celu wypróbowanie ich wierności. Pan Jezus tak samo widzi w chorobie zło, które ludzi przygniata; dostrzega w niej następstwo grzechu, znak potęgi szatana wobec człowieka. Na widok cierpienia rodzi się w Nim uczucie litości i ona jest motorem Jego działania. Nie odróżniając choroby od szatańskiego opętania, wypędzał złe duchy i uzdrawiał chorych. Nie uleczył wszystkich, ale „wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby”[6]; na krzyżu wziął na siebie cały ciężar zła i zgładził „grzech świata”, którego skutkiem są właśnie choroby.

      Choroba, wraz z całym orszakiem cierpień, zawsze należała do najpoważniejszych problemów, poddających próbie życie ludzkie. Człowiek chory doświadcza swojej niemocy, ograniczeń i skończoności. Każda poważna choroba otwiera przed nim na horyzoncie perspektywę śmierci. Pan Jezus przychodząc na świat, nie zniósł cierpienia, ale nadał mu nowy sens, napełniając je swoją obecnością[7]. Kościół w swym skarbcu łask posiada odrębny sakrament, specjalnie przeznaczony do umocnienia osób dotkniętych chorobą: namaszczenie chorych. Skutki charakterystycznej łaski tego sakramentu są następujące: „zjednoczenie chorego z męką Chrystusa dla jego własnego dobra oraz dla dobra całego Kościoła; umocnienie, pokój i odwaga, by przyjmować po chrześcijańsku cierpienia choroby lub starości; przebaczenie grzechów, jeśli chory nie mógł go otrzymać przez sakrament pokuty; powrót do zdrowia, jeśli to służy dobru duchowemu; przygotowanie do życia wiecznego”[8].

      Chory człowiek jest tak wielkim wyzwaniem dla społeczności chrześcijańskiej, że wśród uczynków miłosiernych co do ciała, dla pamięci tradycja zapisała na szóstym miejscu: „chorych nawiedzać”. W kanonicznej agendzie obowiązków przełożonego znajduje się również zapis: „niech troszczą się o chorych i odwiedzają ich”[9]. Ustawodawstwo partykularne owszem wpisuje zawsze obowiązek troski o chorych, ale – jak się rzekło – pakuje ich na ogół w ten sam paragraf razem ze „słabymi i starszymi wiekiem”[10]; niektórzy do tej „troski” dopisują jakieś przymiotniki uszczegółowiające (np. duchowa, ludzka, osobista, specjalna, szczególna, wspólnotowa, życzliwa, żywa), inni dorzucają jeszcze „głęboką wdzięczność i braterską miłość”[11]. Najsympatyczniejszy zapis znajduje się w Regule świętego Benedykta: ”O chorych należy troszczyć się przede wszystkim i ponad wszystko i służyć im rzeczywiście tak, jak Chrystusowi”. Ale Benedykt nie byłby Benedyktem, gdyby nie pomyślał pragmatycznie i o „drugiej stronie medalu”, dlatego w dalszej części tego rozdzialiku czytamy: „Ale i chorzy niech pamiętają, że bracia służą im dla chwały Bożej i niech przez nadmierne wymagania nie sprawiają przykrości tym, którzy się nimi opiekują”[12].

Dobrze, że istnieją wśród nas wspólnoty, które w swym charyzmacie i misji (np. bonifratrzy i kamilianie) przedstawiają sobą Chrystusa uzdrawiającego chorych i ułomnych; „idąc śladami Boskiego Samarytanina, są blisko tych, którzy cierpią, aby umniejszyć ich ból. Ich kompetencja zawodowa, wrażliwa na humanizację medycyny, otwiera przestrzeń dla Ewangelii, która napełnia nadzieją i dobrocią nawet najtrudniejsze doświadczenie życia i śmierci ludzkiej”[13].dobrze, że nasi współbracia (z różnych zgromadzeń) są obecni przy ludziach zepchniętych na margines, przy najuboższych chorych, przy niepełnosprawnych i najbardziej opuszczonych.

2. „Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt, lub, gdy jesteśmy mocni, lat osiemdziesiąt” (Ps 90,10), czyli kto jest stary?

Z biologicznego punktu widzenia wraz z poczęciem człowieka rusza jego zegar genetyczny odmierzający rozwój życia biologicznego. Rytm tego rozwoju wpisuje się jakoś w cykl pór roku (czy też w poszczególne fazy dnia). W tej optyce młodość – to wiosna (poranek), wiek dojrzały – to lato (południe), starość – jesień (wieczór), a śmierć – jako kres ziemskiego życia – przypomina zimę (noc). Każdy z tych okresów ma oczywiście własne piękno, własne oblicze, własną dynamikę i własną temperaturę.

Tak więc przychodząc na ten świat, człowiek nieubłaganie zmierza ku ostatniej godzinie swego żywota (ukrytej pod nieznaną kartką kalendarza); czyli razem z bezcennym darem życia otrzymuje się od razu wyrok śmierci. Skoro zatem człowiek od dnia narodzin zmierza ku śmierci, trudno zjawisku starzenia się nakreślić właściwe granice. Naukowcy wiążą je z ograniczonym wzrostem, z pogarszaniem się sprawności fizycznej i przydatności zawodowej, czego wyrazem jest m.in. zwapnienie tkanek organizmu[14]. Proces ten może być przyspieszony lub opóźniony, w zależności od różnych czynników, i dlatego wiek metrykalny nie zawsze pokrywa się z wiekiem biologicznym.

Jeżeli – zgodnie z powszechnie przyjmowaną definicją – starość rozpoczyna się około sześćdziesiątego roku życia, a kończy śmiercią, to w tym przedziale czasowym można wyróżnić trzy okresy: wczesną starość (60-74 rok), późną starość (75-89 rok) i długowieczność (po 90 roku życia)[15]. Długowieczność (ta mierzona nie liczbą lat, ale „ilorazem” mądrości) – w świetle nauczania biblijnego – postrzegana jest też jako znak Bożej łaskawości i szczególnego błogosławieństwa dla człowieka [16].

Według obiegowych opinii wiek sędziwy to synonim ograniczenia, choroby, zniedołężnienia i boleści. I rzeczywiście: starości na ogół daleko do sielanki. Starość nie radość („młodość nie wieczność” – dodają na jednym oddechu starzy), ku starości bolą kości, starość nie sama przychodzi, kupę chorób z sobą wodzi – mówią polskie przysłowia. Coraz słabsza kondycja fizyczna, stopniowa degradacja inteligencji, osłabienie pamięci i uczuciowości, usztywnienie pewnych negatywnych zachowań i postaw, coraz większe otępienie umysłowe i perspektywa nieuniknionej śmierci – to tylko niektóre negatywne symptomy trzeciego i czwartego wieku[17]. Ludzi starszych naprawdę bardzo boli i zawstydza: poczucie niepotrzebności, własna bezradność, zanik orientacji, niedołęstwo, niezdarność, ofermowatość.

Badania socjologiczne odkrywają starość jako rzeczywistość niechcianą i kontestowaną, jako „zło konieczne”, które czyni człowieka nieproduktywnym i nieprzydatnym, a ostatecznie przekreśla go jako „balast społeczny”. Nic dziwnego, że – po części w ramach samoobrony – wyłażą u ludzi starszych takie odrażające cechy jak skąpstwo, drażliwość, posądzanie, podejrzliwość, narzekanie, fobie prześladowcze, gderanie, zgryźliwość, infantylizm, stałe niezadowolenie.

Licznych ciemnych stron starości nie przemilcza również Biblia. Opisy wieku podeszłego są tu pełne realizmu biologicznego. Kohelet przedstawiając starość, mówi obrazowo o dniach niedoli, o zaćmieniu słońca i księżyca, o zamilknięciu wszystkich śpiewów, o lękach przed wyżyną i na drodze, o przerwaniu srebrnego sznura, o stłuczonej czarze złota, o rozbitym dzbanie u źródła[18]. To jednak nie jest tenor teologii podeszłego wieku. Ludzie starzy to depozytariusze Bożego prawa i błogosławieństwa dla następnych pokoleń. Starość to nagroda od Boga[19]. Człowiek stary to nieprzebrana kopalnia doświadczenia i informacji; to skarbnica mądrości, która „jest tchnieniem mocy Bożej, odblaskiem wieczystej światłości, zwierciadłem bez skazy działania Boga, obrazem Jego dobroci” [20]. Taka właśnie mądrość jest największym skarbem człowieka starego i najgłębszym sensem starości; stąd też wypływa biblijna pochwała wieku sędziwego.

Mądrość ta nie przychodzi jednak automatycznie: jest to dar Boży, który pozwala człowiekowi tak liczyć swoje dni, aby z biegiem czasu coraz bardziej odkrywał w Bogu – dawcy czasu i mądrości – ostateczny i najwyższy sens i cel swojego życia[21]. Człowiek stary jest przy tym – według psalmisty – na tyle roztropny, iż wie, że teraz nie ma co liczyć na „lata”, ale na „dni”. A każdy dzień przybliża jego odlot. „Panie/ wiem że dni moje są policzone/ zostało ich niewiele/ Tyle żebym jeszcze zdążył zebrać piasek/ którym przykryją mi twarz” – modlił się krótko przed śmiercią Zbigniew Herbert[22]. Starzec prosząc Boga wdzięcznym sercem o dar mądrości, wie, że musi najpierw dokonać obrachunku sumienia i zbilansować swoje dotychczasowe życie, aby wiedzieć, gdzie stoi, jaka odległość dzieli go od wzoru świętości, jak dokładnie naśladuje Chrystusa. W tym kontekście zdaje sobie sprawę, że żarliwa modlitwa o miłosierdzie, radość i błogosławieństwo może być dla niego pomocną laską, która wesprze go efektywnie na ostatnim odcinku drogi do Domu Ojca.

I tak człowiek stary – gdy będzie promieniował mądrością, miłością, radością, cichością, łagodnością, dobrocią, życzliwością, wyrozumiałością, ciepłem, dojrzałością i roztropnością – może stać się rzeczywiście skarbem, zasługującym na pełne uznanie, głęboki szacunek i szczery podziw nie tylko najbliższego otoczenia. Będzie to więc nie tylko skarb osobisty, przy którym serce waruje jak pies, nie tylko skarb dany jedynie do własnego użytku, ale też – można powiedzieć – publiczna skarbnica dostępna dla wszystkich.

Wie o tym doskonale tradycja zakonna, dlatego w konstytucjach różnych instytutów znajdują się piękne zapisy honorujące starszych współbraci: „komu Pan Bóg pozwolił dożyć podeszłego wieku, niech dziękuje za dar życia i służy wspólnocie w miarę swoich sił, zachowując pogodę ducha, życzliwość oraz pamięć o innych w modlitwie”[23]; „ich życie modlitwy, doświadczenie, posługi, do których jeszcze są zdolni, mogą być źródłem natchnienia dla młodszych”[24]; „starsi wiekiem będą bliscy naszemu sercu i ich obecność będziemy uważać za błogosławieństwo w naszych domach”[25]; „mogą oni, jeśli zechcą, być zwolnieni od wspólnych ćwiczeń i obowiązków; niech jednak starają się pogodną starością umacniać wspólnotę w wierności powołaniu”[26]; „starszym należy zawsze okazywać wdzięczność, szacunek oraz należną opiekę w miejscach ich zamieszkania”[27]; „starsi – przez swoje doświadczenie, przez swe cierpienia i ducha modlitwy – są pożytecznymi członkami zarówno Kościoła jak i Zakonu”[28].

 

3. „Latarnią dla moich nóg jest Twoje słowo i światłem na ścieżce mojej” (Ps 119,105), czyli gdzie jest światło?

„Światło” potrzebne do rozpatrzenia roli chorych i starszych w naszych wspólnotach jest do pobrania z dokumentów kościelnych. Od razu trzeba powiedzieć, że nie ma całościowego opracowania problemu; są natomiast omówienia ogólne i liczne przyczynki w dokumentach pierwszej rangi. Przedstawione zostaną one teraz w porządku chronologicznym.

We „Wskazaniach dotyczących formacji w instytutach zakonnych” z 1990 roku, przy omawianiu podstawowych etapów formacji ciągłej, znalazł się też akapit o „okresie stopniowego wycofywania się z czynnej działalności”. Uteologizowano ten okres dwoma przywołaniami biblijnymi: ze św. Pawła „Nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień”[29] i z życia św. Piotra, który przy otrzymaniu misji pasterskiej, usłyszał: „Gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz”[30]. Starość jest tu ukazana jako szczególna sposobność do głębszego przeżycia tajemnicy wielkanocnej Pana Jezusa, aż po pragnienie śmierci, aby zgodnie ze swoim powołaniem osoba konsekrowana mogła „być razem z Chrystusem” przez poznanie Go: „zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach – w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdzie jakoś do pełnego powstania z martwych”[31]. Taka wielkanocna optyka wieku podeszłego jest jedyną możliwością dla osób konsekrowanych[32].

Instrukcja na temat „życia braterskiego we wspólnocie” z 1994 roku mówiąc otwarcie o niektórych sytuacjach szczególnych, wspomina też kwestię zakonników w podeszłym wieku. To zjawisko stało się o tyle problemem, bo z jednej strony zmniejsza się liczba nowych powołań, a z drugiej – postęp medycyny dorzuca lat do przeciętnej długości życia. Dokument uwrażliwia wspólnoty zakonne na dwie sprawy: na „potrzebę zadbania o właściwe przyjęcie i docenienie obecności oraz posług starszych współbraci” i na „zapewnienie im – w duchu braterstwa i zgodnie ze stylem życia konsekrowanego – opieki duchowej i materialnej”.

Dalej mowa jest o „pożytku ze starych braci”: są oni „podporą dla młodych”; ich „świadectwo, mądrość i modlitwa są dla nich niewyczerpanym źródłem otuchy w ich życiu duchowym i apostolskim”. Ale korzyści są obopólne: opiekujący się chorymi potwierdzają swą „ewangeliczną wiarygodność”. Obecność osób w podeszłym wieku może wywierać bardzo pozytywny wpływ na wspólnoty. Zakonnik starszy, który nie poddaje się dolegliwościom i ograniczeniom własnej starości, ale zachowuje żywą radość, miłość i nadzieję, jest bezcenną podporą dla młodych. Jego świadectwo, mądrość i modlitwa są dla nich niewyczerpanym źródłem otuchy w ich życiu duchowym i apostolskim. Z drugiej strony, zakonnik opiekujący się starszymi braćmi potwierdza ewangeliczną wiarygodność swojego instytutu jako „prawdziwej rodziny zgromadzonej w imię Pana”.

W tej instrukcji postuluje się też wcześniejsze przygotowanie do starości i do jak najdłuższej aktywności; podkreśla się przy tym wagę świadectwa zakonników w podeszłym wieku, którzy tylko pozornie są bierni, bo w rzeczywistości – przez modlitwę i cierpienie – mają swój specyficzny udział w życiu i misji swego instytutu[33].

Kapłani „w wieku zaawansowanym” występują tak w „adhoratcji o formacji kapłanów” z roku 1992, jak i w „dyrektorium o posłudze i życiu kapłanów” z 1994 roku. Zaawansowanych kapłanów przekonuje się w tych dokumentach, że „mają jeszcze do spełnienia w presbyterium istotną rolę”: mogą być „wartościowymi nauczycielami i wychowawcami innych kapłanów”[34].

O odpowiednim zapisie w „posynodalnej adhortacji apostolskiej o życiu konsekrowanym i jego misji w Kościele i w świecie” z 1996 roku wspomniano już w pierwszych zdaniach tego przedłożenia. Tutaj trzeba jeszcze – za dokumentem – przypomnieć, że posłannictwo osób starszych idealnie wpisuje się w istotę misji życia konsekrowanego, która polega nie tyle na działaniu, ile na „świadectwie własnego całkowitego oddania się zbawczej woli Bożej – oddania, które karmi się modlitwą i pokutą”. Wśród dróg, na których osoby starsze mogą spełniać swoje powołanie, przywołane są: „wytrwała modlitwa, cierpliwe znoszenie swoich dolegliwości, gotowość posługi w roli kierownika duchowego, spowiednika, przewodnika w modlitwie”[35].

Z okazji ogłoszenia przez ONZ roku 1999 Rokiem Ludzi Starych, Papieska Rada d/s Świeckich opublikowała 1 października 1998 r. fundamentalny dokument p.t. „Godność i posłannictwo ludzi starszych w Kościele i w świecie[36]. Opracowanie to porusza w pięciu rozdziałach następujące zagadnienia: sens i wartość starości (I); człowiek starszy w Biblii (II); trudne doświadczenia osób starszych udziałem wszystkich ludzi – w tym tematy szczegółowe: zepchnięcie na margines, opieka, formacja i praca, uczestnictwo (III); Kościół i ludzie starsi (IV); wytyczne dla duszpasterstwa ludzi starszych (V). Dla naszych rozważań szczególnie cenna jest pierwsza część, w której są nazwane i uszeregowane „charyzmaty starości”: bezinteresowność, pamięć, doświadczenie, współzależność, bardziej całościowa wizja świata. To właśnie  ten „zestaw” będzie szlakiem refleksji w części zasadniczej przedłożenia.

Jakby dopełnieniem powyższego dokumentu stał się przepiękny i wzruszający „List (Jana Pawła II) do osób w podeszłym wieku” z dnia 1 października 1999 roku. Papież – sam posunięty w latach – zachęca adresatów Listu, aby w jesieni życia odkrywali jej bogactwa oraz krzewili kulturę ceniącą i akceptującą starość. Broniąc „użyteczności” ludzi starych, autor Listu ukazuje ich jako „strażników pamięci zbiorowej” i „wyrazicieli wspólnych ideałów i wartości”. List kończy się natchnioną modlitwą do Pana życia: „Gdy zaś nadejdzie chwila ostatecznego <przejścia>, pozwól, abyśmy umieli ją powitać z pokojem w sercu, nie żałując niczego, co przyjdzie nam porzucić. Kiedy bowiem po długim poszukiwaniu spotkamy Ciebie, odnajdziemy też wszystkie prawdziwe wartości, jakich zaznaliśmy na ziemi, a także tych, którzy poprzedzili nas w znaku wiary i nadziei”.

Naturalnie, Jan Paweł II w swych wystąpieniach wielokrotnie poruszał temat starości. Już 31 grudnia 1978 roku „ku najstarszym biegła myśl papieża i jego modlitwa” na Anioł Pański. Najobszerniejsze i najcieplejsze jest przemówienie z 19 listopada 1980 roku, wygłoszone w katedrze monachijskiej. Jakiż tu piękny poetycki język! „Jak jesieni, którą przeżywamy, nie tylko właściwy jest zbiór plonów i przepych barw, lecz także ogałacanie konarów, opadanie i butwienie liści; nie tylko łagodność i pełność światła słonecznego, lecz także wilgotność i nieprzyjazność mgły, tak i starość jest nie tylko mocnym akordem końcowym albo podsumowaniem życia, lecz także czasem więdnięcia, czasem, w którym zdarza się, że świat staje się obcy, życie – ciężarem, a ciało – udręką”.

Jeszcze jeden dokument warto przywołać: jest to list okólny o. Giacomo Bini, ministra generalnego franciszkanów, z 4 października 1998 roku. Pismo to stawia przed oczy „dar obecności braci starszych we wspólnocie zakonnej”. Można tam przeczytać m.in.: „Trzeba, abyście wy, nasi starsi bracia, byli w centrum naszego życia. I chcemy podzielić się z wami tym, co czyni waszą obecność niezastąpioną”.

II. Rola starszych, czyli charyzmaty starości[37]

Charyzmat – w powszechnym rozumieniu – to dar dany przez Boga człowiekowi dla przemiany jego serca i dla dobra innych. Stąd w każdy charyzmat wpisana jest zawsze misja i zadanie. Idąc tropem wspomnianych charyzmatów wieku sędziwego, odczytamy w nich rolę chorych i starszych w naszych wspólnotach. Zresztą sam dar starości można już uważać za charyzmat, skoro w tym okresie człowiek podchodzi bliżej do „drzwi, przy których stoi Jezus i kołacze”, i – głuchnąc na głosy tego świata – owo kołatanie słyszy jakimś uchem wewnętrznym coraz wyraźniej i coraz bardziej jednoznacznie, a z tego doświadczenia „słuchowego” czerpie korzyści również wspólnota, do której należy człowiek sędziwy.

1. „Jeśli dobrze czynicie tym, którzy wam dobrze czynią, jakąż macie zasługę?” (Łk 6,33), czyli bezinteresowność konsekrowana

Bezinteresowność to działanie ze szlachetnych pobudek, bez żadnego ukrytego zamiaru, bez przemilczanych motywów, bez szukania własnych korzyści, bez czekania na rewanż, bez spodziewania się odpłaty. Bezinteresowność – której synonimami są: altruizm, poświęcenie, ofiarność, oddanie – w zasadzie wyklucza pytania: za co i dlaczego? Już Pan Jezus w Kazaniu na górze pytał ironicznie: Jeśli dobrze czynicie tym, którzy wam dobrze czynią, jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakąż macie zasługę? Człowiek bezinteresowny nie robi interesu na relacjach z drugim człowiekiem, ofiaruje mu swoje „świadczenia” całkiem darmo, nie oczekując ani wdzięczności, ani przywiązania, ani ludzkiego ciepła, ani serdeczności.

Postawa bezinteresowności zakłada więc uwolnienie się od wszelkich rachub, roszczeń, wymagań, zapotrzebowań i wymuszeń; takie nastawienie wyklucza wszelkie kalkulowanie, przeliczanie, kombinowanie, porównywanie i motanie, wszelką małostkowość, niechęć, zawiść, podejrzliwość i zazdrość. Człowiek w zaawansowanym wieku (który już wcześniej – przez stosowną pracę – zagwarantował sobie pewną przyszłość; który zasłużył na dożywotnie zabezpieczenie; który wysłużył sobie status weterana) teraz może i powinien sobie pozwolić na więcej „być”, bowiem „mieć” leży na ogół już poza horyzontem jego zainteresowań i zabiegów. Zresztą w życiu konsekrowanym owo „mieć”, zwłaszcza w znaczeniu materialistycznym i konsumpcyjnym, zostało formalno-prawnie przed laty wyciszone przez ślub ubóstwa.

Jeżeli w świecie człowiek przechodząc na emeryturę, wycofuje się z aktywnego życia, aby zrobić miejsce innym, to we wspólnotach zakonnych owo „wycofywanie się” przybiera w zasadzie formę bierną i nie zawsze oznacza osiągnięcie emerytalnego wieku. Tym bardziej ważne jest, aby ten akt odejścia miał jakąś kulturalną oprawę, to znaczy, aby zarówno ten wycofywany jak i ci wycofujący (czyli podwładny i jego prawowity przełożony) podchodzili do swych zadań z wzajemnym szacunkiem i miłością braterską w atmosferze szukania woli Bożej. Inaczej będzie to tylko swoiste. uprawianie polityki personalnej, gdzie liczy się jedynie przydatność, skuteczność i wydajność.

Tzw. „zakonna emerytura” polega na przesunięciu się na boczny tor w tym celu, aby jeszcze bardziej być z Bogiem i w inny sposób niż dotychczas móc służyć; jest to czas kontemplacyjny, tzn. okres życia, w którym dar czasu przyjmowany jest jako szansa wewnętrznego wzrostu, a nie jako następstwo zdarzeń i spraw do wykonania. Zresztą życie konsekrowane – samo w sobie – jest już znakiem bezinteresowności bez granic: „wyraża nieograniczoną bezinteresowność i miłość, co jest szczególnie doniosłe zwłaszcza w świecie zagrożonym przez zalew spraw nieważnych i przemijających”[38], w panującej obecnie kulturze pragmatyzmu i utylitaryzmu. Jakie więc konkretne kształty przybiera owa bezinteresowność, szczególnie wówczas, gdy ręce konsekrowane ściskają już chłodną klamkę wieczności?

Najpierw jest to generalna gotowość do poświęcenia siebie w służbie Bogu i braci. Ta gotowość polega na „radykalnym darze z siebie składanym z miłości do Pana Jezusa, a w Nim – do każdego członka ludzkiej rodziny”[39]. Radykalizm daru i poświęcenia mierzy się przeto miernikiem miłości do Boga i bliźniego. Tak więc najważniejsza jest – jak zawsze i wszędzie – miłość, będąca zasadą życia; miłość bezwarunkowa, gotowa do ofiarnej służby, zdolna do akceptacji bliźniego takim, jakim jest, bez osądzania go i bez obrabiania go na swoją modłę. Bezinteresowna służba – dyktowana czystym altruizmem, wypływająca z troski o człowieka – nadaje człowieczeństwu najpiękniejszy kształt i najgłębszy wymiar.

A okazji do służby w życiu konsekrowanym nie brakuje; od służenia – przynajmniej w kategoriach „być” – nie zwalnia bynajmniej wiek sędziwy. Osoby starsze, które żyją dla Boga i z Boga, mogą bowiem być świadkami konsekracji, świadkami miłości braterskiej i siostrzanej, świadkami charyzmatu i tradycji; mogą też być wsparciem dla innych (młodszych), realizując w ten sposób duchowe ojcostwo i macierzyństwo.

To wszystko „bycie” rozpoczyna się od takich prozaicznych rzeczy, jak: konstruktywna obecność w życiu codziennym, bezinteresownie udzielona rada, rezygnacja z nieustannego przywoływania swoich wcześniejszych sukcesów, milczenie na temat swoich dolegliwości i niedomagań. Człowiek stary nie ma potrzeby udowadniania swojej wartości ani konieczności sprawowania kontroli czy organizowania czegokolwiek. Nie musi wysilać się, by był odbierany jako silny, błyskotliwy, inteligentny. Może teraz spokojnie wspierać wysiłki młodszych w nowy, twórczy sposób, już nie dla siebie pracując. Bezinteresowność trzeciego wieku, także w życiu zakonnym, przejawia się w serdecznej życzliwości dla nowych możliwości rozwoju, jakie teraz są udziałem młodszego pokolenia. To wolność od porównywania i roszczeń, to przyjazna promocja młodości i nowości, to twórcze wspieranie wysiłków innych, serdeczna życzliwość dla nowych możliwości rozwoju, jakie są udziałem młodszego pokolenia.

Innym kształtem bezinteresowności jest umiejętność uważnego i aktywnego słuchania. Oznacza to, że człowiek starszy staje się dla innych kimś, kto ich rozumie i akceptuje, komu mogą zaufać, przed kim mogą się wypowiedzieć i wyżalić. Człowiek słuchający aktywnie rodzi poczucie bezpieczeństwa, tj. wytwarza taką przestrzeń, do której inni mogą wejść także ze swą przeszłością, ze swoją niepewnością, i mogą poczuć się jak w domu. Taka postawa to aspekt apostolski-służebny charyzmatu starości. To prawdziwa miłość, która objawia innym piękno, które  jest w nich, i miłość, która pomaga innym otwierać się na nowe treści, na aktualne wezwania czasu.

Bezinteresowność jest zasadniczą postawą życia, które charakteryzuje życzliwe spojrzenie na sukcesy innych i jednocześnie spokojna rezygnacja z tego, co w okresie życia aktywnego było źródłem osobistej „chwały” i chluby. Człowiek w podeszłym wieku jest po prostu sobą, jest wewnętrznie wolny, nie dba już o własne interesy, myśli przede wszystkim o innych i przyjmuje czas, w którym żył i żyje, jako czas łaski wybrany przez Boga dla niego.

2. „Uważam zaś za słuszne pobudzić waszą pamięć” (2P 1,13), czyli pamięć charyzmatyczna

Kognitywistyka[40] rozpoznała i ponazywała różne rodzaje pamięci[41] oraz przydzieliła jej poszczególne sektory i struktury mózgu. W jej rozumieniu pamięć jest predyspozycją umysłu do przyswajania, utrwalania i przypominania doznanych wrażeń, przeżyć i wiadomości; krócej mówiąc: pamięć jest względnie trwałym zapisem doświadczenia. Pamięć porusza się więc w czasie w kierunku odwrotnym do wskazówek zegara; zapuszcza korzenie w historię; powraca do czasu przeszłego, aby z niego przywoływać doznane uczucia, przygody i informacje. Historia, korzenie, powroty, wspominanie, spojrzenie wstecz – te wszystkie pojęcia wpisują się w przestrzeń pamięci, której żywymi nośnikami są właśnie ludzie sędziwego wieku.

„Społeczeństwo, które minimalizuje rozumienie historii, lekceważy wychowanie młodych. Społeczeństwo ignorujące przeszłość łatwo wystawia się na ryzyko powtarzania dawnych błędów. Za to zagubienie sensu historii odpowiedzialność ponosi także styl życia, który oddalił i wyizolował ludzi starszych, utrudniając w ten sposób dialog między pokoleniami.[42]” Oddalenie i izolacja starszych współbraci ma też niekiedy miejsce we wspólnotach zakonnych. A przecież, jeżeli jakaś społeczność odcina się od korzeni, traci życie; jeżeli nie ma więzi między pokoleniami, rozleci się jak domek z klocków; jeżeli nie szanuje żywej pamięci, straci poczucie własnej tożsamości. Tylko wierna pamięć o przeszłości jest w stanie zagwarantować dobre przygotowanie się do przyszłości. Dlatego Piotr, przeczuwając bliską śmierć, nie szczędzi upomnień i zachęt, aby „pobudzić pamięć” adresatów Listu, w tej pamięci bowiem mają przechowywać otrzymaną „zdrową naukę”. Pamiętanie o prawdach wiary w tym kontekście „oznacza nie tylko myślenie historyczne i poznawcze rozumienie, lecz także wspominanie tradycji, słów proroków, słów Chrystusa i apostołów; to jest pamięć zbawcza, bo chce ze słów życiodajnych wyprowadzić skuteczną moc”[43].

Starsi zakonnicy we wspólnocie to wprawdzie nie pamięć zbawcza sensu stricto, ale żywa pamięć charyzmatyczna[44], która niesie wartości i struktury, historię i tradycję, zwyczaje i obrzędy, charyzmat i misję: jednym słowem, wszystko to, co związane jest z ich „małą ojczyzną”, w której – z racji powołania i Bożego wyboru – przyszło im żyć. To od nich – strażników pamięci charyzmatycznej – uczą się młodsi ukochania życia konsekrowanego; to oni przekazują ducha zgromadzenia; to oni są „wyrazicielami wspólnych ideałów i wartości, które są podstawą i regułą życia”[45] zakonnego. „Pamięć jako dar wieku starszego podprowadza młodych do pogłębionych powrotów do przeszłości i w ten sposób do nowego zakorzenienia się i poczucia trwałości. To wspólne powroty do <własnego UR chaldejskiego>, do początków wiary, do miejsc, w których usłyszeliśmy po raz pierwszy wezwanie Boga. To powroty do początków naszych zgromadzeń, do naszych założycieli, do wielkich postaci wspólnot zakonnych. To powroty do domu rodzinnego, do kościoła parafialnego, do historii narodu i refleksji nad tymi, którzy w różny sposób budowali jej dobro. To także powroty do niedawnej historii i próba utrwalenia jej, zrozumienia i pogłębienia wzajemnych relacji między pokoleniami”[46].

Pamięci potrzebuje też apostolstwo, bo ona pomaga uniknąć błędów przeszłości, chroni przed efekciarstwem i dostraja improwizację. Bez pamięci nie obejdzie się również posługa prorocka, która wymaga od osoby konsekrowanej trwałego i ciągłego zakorzenienia w Bogu i ustawicznego poszukiwania nowych dróg realizacji Ewangelii w historii[47].

Jednym z ważnych doświadczeń wieku starczego jest pragnienie oczyszczenia pamięci. Człowiek na tym etapie życia uświadamia sobie z bólem, jak odstaje od ideałów z młodości. On już wie, że czas mija i jest go coraz mniej, i że praktycznie niczego już nie zdąży dokończyć. Chce więc przynajmniej „teraz” uświadomić sobie prawdę o sobie; porządkując sumienie, pragnie szczerze się rozliczyć i pogodzić ze swoją przeszłością, z wszystkimi przeżytymi dniami, z wszystkimi wydarzeniami, które trzeba przyjąć i przedstawić miłosiernemu Ojcu: „Przeszłość nie była stracona, jeśli przyszłość będzie dobra”[48].To oznacza praktycznie: któreś tam z rzędu, ale teraz już ostateczne, nawrócenie, czyli odnowienie i ożywienie kontaktów z Bogiem, wyrzeczenie się pewnych postaw, spraw i osądów, otwarcie się na prawdę, pojednanie i kontemplację.

Właśnie modlitwa i kontemplacja winny być codziennymi „ćwiczeniami” pamięci charyzmatycznej. Wraz z wiekiem ta pamięć może osłabnąć, ale z pewnością nie powinno wyblaknąć „świadectwo własnego całkowitego oddania się zbawczej woli Bożej – oddania, które karmi się modlitwą i pokutą” (VC 44). Od zakonnika wiekowego – jako od tego, który ma więcej czasu i praktyki w tej dziedzinie – wspólnota oczekuje nie tylko wytrwałej i gorliwej modlitwy, ale też przykładu i przewodzenia w modlitwie.

Osoby, które systematycznie modlą się i medytują, mogą w większym stopniu przyswoić sobie myśli i uczucia Chrystusa. Niejako po drodze potrafią też odkryć w sobie i wykorzystać tajemne pokłady sił, jakie spoczywają w głębi ludzkiego „ja”. Te moce pozwalają im na ciągłe powroty do domu miłosiernego Ojca, by usłyszeć od Niego te niesamowite słowa: „będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarł, a znów ożył[49]; te moce umożliwiają odważne podchodzenie do drzwi, za którymi stoi Jezus i puka, prosząc o gościnę; te moce otwierają serce na pokorne przyjęcie miłości, która przebacza i leczy rany.

3. „Pytaj no dawnych pokoleń” (Hi 8,8), czyli doświadczenie życiowe

Słuch etymologiczny wyławia w „doświadczeniu” wyraźne ślady całego kompleksu znaczeniowego związanego ze świadectwem i świadczeniem. Słowo to niesie więc jakąś rzeczywistość, przez którą człowiek przeszedł[50], którą przeżył, której doznał, którą poznał i odczuł, którą tak sobie przyswoił, że gotów jest o niej dawać świadectwo. Doświadczenie jest więc czymś w rodzaju przerzucania pomostów pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, między starością a młodością. Odrzucając (w imię amnezyjnej nowoczesności) przeszłość, człowiek nie tylko traci przyczółek niezbędny do zbudowania mostu, ale też pozbywa się lekkomyślnie przestrzeni, w której zakorzeniona jest teraźniejszość.

Długie życie niesie wiele okazji do gromadzenia cennych zbiorów żywego doświadczenia. Dlatego właśnie Bildad z Szuach, przyjaciel biblijnego Hioba, próbując wspólnie rozszyfrować tajemnicę jego cierpienia („obsypany został trądem złośliwym od palca stopy aż do wierzchu głowy”), w pierwszej mowie odsyła go do historii i do doświadczenia starszych: „Zapytaj pokoleń, które przeminęły, i rozważ doświadczenie ojców twoich. My bowiem jesteśmy wczorajsi i nie wiemy nic: jak cień są dni nasze na ziemi. Oni cię pouczą, wyjaśnią słowami, co z serca popłyną”[51].

Każda wspólnota zakonna stanowi na ogół rodzinę wielopokoleniową. Należą do niej dzisiejsi i wczorajsi młodzi, dzisiejsi i jutrzejszy starzy. Wszyscy stanowią jedną rodzinę i wspólnie dojrzewają do „miary wielkości według pełni Chrystusa” [52]. Taka wspólnota przedstawia w mikroskali obraz Kościoła, który jest jednym ciałem o wielu członkach, a każdy z nich ma sobie właściwe zadanie do wypełnienia. Członki te są ze sobą powiązane na sposób naczyń połączonych. Czyż trzeba wyjaśniać, jak wielki wzajemny wpływ mają na siebie? Ile energii spływa z młodych na starych? Ile wartości czeka u starych do podziału z młodymi?

Już sam dar obecności braci starszych w domu zakonnym czyni ten dom ikoną rodziny, w której wszyscy czują się potrzebni, a bycie razem jest bliskością z Bogiem i jednością międzypokoleniową. Ta obecność jest cicha i wierna, gościnna i dyspozycyjna, czasami tylko ograniczona w możliwościach, ale nigdy w hojności serca. Ta obecność nosi też rangę żywego świadectwa i przesłania dla współbraci. Owo przesłanie naznaczone jest „nadzieją uzasadnioną i obronioną”[53]; nadzieją, która oznacza życie „już i jeszcze nie” „tutaj i już tam”, „jeszcze w teraźniejszości, ale już w przyszłości”. „Świadectwo tych osób jest bardzo potrzebne Kościołowi i poszczególnym Instytutom a ich misja pozostaje ważna i owocna nawet wtedy, gdy z powodu wieku lub złego stanu zdrowia muszą zrezygnować z konkretnej działalności”[54].

      Jeżeli już jakiś zakonnik w podeszłym wieku zdobędzie się na odwagę wspominania własnej mniej lub więcej chwalebnej przeszłości i dzielenia się swoim doświadczeniem, to jest to dopiero połowa sprawy. Taki człowiek musi znaleźć jeszcze wspólnotę, która zachowuje z nim bliską więź i umie go słuchać[55]. Znałem pewnego „emerytowanego” misjonarza, który nagromadził wiele zdjęć, pocztówek i pamiątek z podróży misyjnych do najróżniejszych zakątków świata, ale co z tego? Nikt w klasztorze nie był tym zainteresowany, nikt nie chciał oglądać jego zbiorów, nikt nie umiał słuchać jego opowiadań i wspomnień. Wdzięcznych słuchaczy znajdywał tylko w gościach. Ten obyczaj ze świata – jak widać – wkradł się już w klasztorne mury: mniej lub więcej świadomie odrzucana jest wartość doświadczenia nagromadzonego przez starszych współbraci w ciągu ich długiego życia. Zanikła sztuka słuchania, a przecież ten, który potrafi słuchać, jest łącznikiem między światem, który odszedł a tym, który jest obecnie. Jakżeż zatem ważne jest, aby osoby konsekrowane umiały „tracić czas” na wzajemnym słuchaniu siebie!

Doświadczenie osób starszych stanowi pomost między przeszłością a przyszłością. Są sprawy, których nie można przekazać inaczej, jak tylko osobiście. Owszem, cennymi zbiorami informacji są książki, internet, taśmy, płyty kompaktowe, ale to wszystko nie zastąpi żywego przekazu. W Afryce mówią, że gdy umiera starzec, to tak jakby spłonęła biblioteka. Bowiem doświadczenie starszego człowieka to wielki kapitał, z którego procentów żyją następne pokolenia.

Doświadczeniem specyficznym osób starszych (trzeba w nawiasie dodać: doświadczeniem bardzo dziś poszukiwanym), które byłoby do podziału z młodszymi, jest praca nad równowagą między życiem braterskim a działalnością apostolską, między więzami wspólnoty a wolnością osobistą. Jak ważna jest ta równowaga, świadczy nieustanne nawoływanie Kościoła, aby całe życie zakonników „było napełnione duchem apostolskim, a cała ich działalność apostolska przeniknięta kontemplacją”[56].

      Dzięki życiowym doświadczeniom sędziwi zakonnicy zyskali mądrość i dojrzałość; inaczej więc patrzą na codzienność; inaczej oceniają plany i przedsięwzięcia na przyszłość; inaczej przyjmują ideały i wartości, które są podstawą i regułą życia konsekrowanego. Często oni sami są traktowani jako „żywa reguła” i podpatrywani w celu nauczenia się życia zakonnego. Warto tedy korzystać z ich rad i cennych pouczeń.

 

 4. „Nie zapominajcie o dobroczynności i wzajemnej więzi” (Hbr 13,16), czyli współzależność braterska

 „Kruchość ludzkiego istnienia, w sposób najbardziej wyrazisty ujawniająca się w starszym wieku, staje się w tej perspektywie przypomnieniem o wzajemnej zależności i nieodzownej solidarności między różnymi pokoleniami, jako że każdy człowiek potrzebuje innych i wzbogaca się dzięki darom i charyzmatom wszystkich” – pisze Jan Paweł II[57]. Człowiek jest przecież istotą społeczną i ze swej natury wciąż zabiega o podtrzymywanie więzi międzyosobowych i wspólnotowych. Nawet, jeżeli panoszący się w każdej grupie społecznej trend do zajmowania pierwszych miejsc i do grania pierwszych skrzypiec rwie te więzi, to jednak ogólna zasada jest nie do podważenia: nikt nie może żyć w świecie sam, nikt nie jest samotną wyspą. Dlatego już w Liście do Hebrajczyków wśród końcowych praktycznych upomnień (gdzie aż się roi od rozkaźników „pamiętajcie” i „nie zapominajcie”) znalazło się też wołanie o praktykowanie dobroczynności i pielęgnowanie wzajemnych więzi, bo prawdziwa służba Boża „dzieje się” nie tylko w obszarach kultowo-sakralnych, ale obejmuje całe życie wierzących. I Bóg cieszy się takimi ofiarami.

Również między członkami domu zakonnego istnieją niewidzialne więzi i panuje wzajemna zależność. Ale zły to znak, gdy starsi współbracia czując się bezsilni i niezdolni do zmiany swej sytuacji i nie potrafiąc wytłumaczyć przyczyn pewnych swoich zachowań i przekonań, tracą poczucie przynależności do wspólnoty, której są członkami. Być może jest to objaw kontestacji społeczności, w której „najsłabsi są zawsze skazani na samych siebie”[58]. A przecież nic – ani choroba, ani ograniczenia ruchu czy też utrata pamięci i wrażliwości – nie może wykluczyć ludzi starszych ze wspólnoty. Każdy bowiem okres ludzkiej egzystencji posiada swoje własne piękno, niesie określone dobro i odkrywa jakąś część prawdy o człowieku. Każdy jego wiek ma określone zadania i przedstawia nieodzowną wartość dla całej grupy społecznej. A postawa wobec wieku sędziwego jest miarą cywilizacji życia i miernikiem miłości bliźniego. „Trzeba sobie uświadomić, że cechą cywilizacji prawdziwie ludzkiej jest szacunek i miłość do ludzi starych, dzięki którym mogą oni czuć się – mimo słabnących sił – żywą częścią społeczeństwa”[59].

Jeżeli starość i młodość są naprawdę dwoma biegunami tej samej rzeczywistości konsekrowanej, to jakie obowiązki – w ramach solidarności i wzajemnego noszenia swych brzemion – ma każda z tych stron? Najpierw starsi – jako bardziej wrażliwi na codzienne wyzwania słowa Bożego – mogą być wsparciem dla młodych, pełniąc wobec nich rolę duchowych ojców i matek. Jeżeli będą traktowani wielkodusznie i z miłością, to potrafią im dać znacznie więcej, niż można sobie wyobrazić.

Ta dawanie przyjmuje formę życzliwej rady, słów pełnych otuchy i nadziei, milczącej modlitwy lub cierpienia znoszonego w różnych intencjach z wytrwałą ufnością. W spełnianiu tego zadania – niezwykle cennego przez ofiarowany czas, doświadczenie i umiejętności – wielką pomocą są ich charyzmaty osobiste. Mogą przecież bardzo pozytywnie wpływać na formację młodych, pozwalać im dojrzewać i zdobywać wrażliwość na innych ludzi. Życie osób starszych rzuca też światło na hierarchię ludzkich wartości, pozwala dostrzec ciągłość pokoleń i w sposób przedziwny ukazuje więzy braterskiej współzależności.

Wspólnota (na ogół statystycznie młodsza) winna zadbać o właściwe przyjęcie osób w podeszłym wieku. Chodzi tu nie tylko o życzliwą akceptację ich obecności, ale też o ludzką solidarność i braterską pomoc. Trzeba pamiętać, że gdy młodszy posługuje starszemu, to on również inwestuje w swoją przyszłość. Przez pracę i służbę udoskonala się i dojrzewa, realizuje się ku pełni życia. Odkrywa, że potrzebuje innych i że potrzebują go również inni. Nadto młodzi opiekujący się starszymi potwierdzają ewangeliczną wiarygodność całej wspólnoty jako „prawdziwej rodziny zgromadzonej w imię Pana” [60]. Pięknie o tym pisze jeden z zakonników, porażony w wieku 51 lat stwardnieniem rozsianym: „Dziś jestem  bezwładnym wrakiem, zdanym na łaskę dobrych ludzi. To właśnie współbracia klerycy pomagają mi zmienić pozycję w łóżku; to oni karmią mnie, bo sam ni łyżki, ni szklanki utrzymać nie mogę; to oni podwożą mnie do różnych pomieszczeń klasztornych, gdzie mogę uczestniczyć w rozmowach ze wspólnotą. Klerycy również siadają przy maszynie i przenoszą na papier dyktowane przeze mnie słowa”[61].

Zarówno młodsi (silniejsi) potrzebują starszych (słabszych), jak i na odwrót. Takie spotkanie międzypokoleniowe pobudza i ukierunkowuje serca młodych na inny cel niż tylko siła i sukces, skuteczność i sprawność. Wyzwala w nich dobro, czułość, serdeczność, odkrywa Boga ukrytego w słabości, a to dodaje otuchy i scala człowieka od środka. Ta współzależność braterska wychodzi na dobre obu stronom. Gdy osoby starsze dostrzegają życzliwość i wysiłki młodych, to cieszą się, że następne pokolenie posuwa dalej ten sam wózek, który oni sami przez lata nieraz bardzo ofiarnie ciągnęli. Ten widok pozbawia ich lęku, bo dostrzegają wysiłki, troskę, piękno, współzależność i ciągłość następujących po sobie pokoleń. To odczucie wyzwala w nich nowe pokłady wdzięczności wobec tych, którzy podejmują z miłością (i często z determinacją) dzieło ich życia. Poczucie kontynuacji dobra, o jakie sami zabiegali, a którego z różnych przyczyn nie mogli w pełni zrealizować, bardzo pomaga starszym w procesie spokojnego odchodzenia.

5. „Gdyby całość była jednym członkiem, gdzież byłoby ciało” (1 Kor 12,19), czyli całościowa wizja życia konsekrowanego

Całościowość zakłada ujęcie i połączenie ze sobą w jeden harmonijny samodzielny zbiór wszystkich możliwych części, fragmentów, składników, szczegółów. Całość nie dopuszcza więc jakiegoś braku, ubytku czy luki. Całościowa wizja to taka, w której uwzględnione są wszystkie elementy składowe obrazu. W całościowej wizji życia konsekrowanego muszą się zatem jawić wszystkie jego wymiary i kolejne etapy. A któż za młodu potrafi wykreować swoją wizję starości! Albo któż potrafi donieść do końca młodzieńczą „pierwszą miłość, tę wewnętrzną iskrę, od której rozpoczęło się pójście za Chrystusem”[62]? Owszem, większość pragnie dożyć sędziwego wieku, życzy sobie przy różnych okazjach „sto lat” i „plurimos annos”, ale równocześnie boi się starości i – przynajmniej w myślach – ucieka przed nią. Bo „chociaż można sobie racjonalnie wytłumaczyć aspekt biologiczny śmierci, nie sposób przyjąć jej jako czegoś <naturalnego>. Śmierć jest sprzeczna z najgłębszym instynktem człowieka”[63].

Jeżeli wcześniej – w czasach aktywności apostolskiej – życie przebiegało w atmosferze pośpiechu, podniecenia, a nierzadko i nerwowości, to na starość, kiedy przychodzi wyciszenie, jest możliwość oddania się prostocie, namysłowi, modlitwie i kontemplacji. W takim klimacie łatwiej wykrzesać z siebie: cierpliwość, mądrość serca, czujność, wyrzeczenie, samozaparcie, głębszą refleksję. Człowiek starszy właściwie ocenia wyższość «bycia» nad «aktywnością» i «posiadaniem». Dlatego to, co ma, zaczyna rozdawać jeszcze „ciepłą ręką”. I może wtedy czuje się najbardziej narzędziem w rękach Boga,. A może wówczas, gdy „przez życzliwą radę, milczącą modlitwę, świadectwo cierpienia znoszonego z wytrwałą ufnością dodaje otuchy”, czuje się jednym z członków nadprzyrodzonego Ciała Chrystusa, czyli Kościoła. Paweł posługując się obrazem ciała i jego członków, chciał ukazać Koryntianom, jak na wielką całość muszą współdziałać ludzie o różnych zdolnościach i funkcjach. Z tego obrazowania wynika też, iż do funkcjonowania ciała konieczna jest wielość i różnorodność członków; żaden nie jest zbyteczny, z żadnego nie można zrezygnować.

Tak samo jest z życiem człowieka jako całością. Żaden okres nie jest zbyteczny i – jeżeli Bóg ten czas w swej łaskawości człowiekowi ofiaruje – z żadnego nie można zrezygnować. Dotyczy to najbardziej czasu starości: okres ten – jako „czas pomyślny” i ostatni etap ludzkiego dojrzewania – potrzeba już na wejściu ufnie przyjąć i wewnętrznie zaakceptować fakt przemijania, starzenia się i śmiertelności. Chodzi tu nie tylko o aprobatę, ale i o wolę dostosowania się do wymogów wieku sędziwego. „Kto bowiem nie aprobuje świadomie i szczerze tego okresu życia – zauważa 91-letni ksiądz – ten cofa się w rozwoju, narażając się na zgubne następstwa takiej nierozumnej i buntowniczej postawy”[64]. Owa pełna akceptacja to odważny exodus z ziemi niewoli do ziemi obiecanej, to śmiałe wejście na drogę, która prowadzi do ostatecznego dokonania i dopełnienia ludzkiego życia; to w końcu ufne przejście przez bramę śmierci.

Z taką postawą wiąże się oczywiście przyjęcie cierpienia i nowych – dotychczas nieznanych – wyzwań. A to z kolei wymaga hartu ducha, samokontroli, czujności, wysiłku, a niekiedy także zdecydowanej walki. Osoba konsekrowana wie jednak, że te wszystkie doświadczenia wieku sędziwego są duchowym ingresem w przestrzeń wielkanocną, w której przechodzi się przez śmierć do zmartwychwstania i życia wiecznego. „Kiedy Bóg przyzwala, abyśmy cierpieli z powodu choroby, samotności lub z innych przyczyn związanych z podeszłym wiekiem, zawsze obdarza nas też łaską i mocą, byśmy z jeszcze większą miłością włączali się w ofiarę Jego Syna i głębiej uczestniczyli w realizacji Jego zbawczego zamysłu” – wyznaje Jan Paweł II [65].

Akceptacja „nowości” wieku starczego i oswojenie się z faktem śmiertelności to dwa ważne elementy wizji całościowej życia konsekrowanego. Ważnym aspektem tej wizji jest też umiejętność odpowiedzialnego prze­żywania czasu, jaki Opatrzność wyznacza człowiekowi. Człowiek starszy posiada głębszą świadomość tego, że każdy czas jest darem darmo danym, po to, aby osiągnąć nowy stopień osobistej doskonałości i nadać swemu życiu nową wartość, bardziej ludzką godność. Dobrą rzeczą jest, jeżeli ten czas wypełniony jest wytrwałą modlitwą, rozsądną pokutą, szczerą ofiarą, rzetelną pracą, cierpliwym znoszeniem swoich dolegliwości, ustawicznym staraniem o własny wzrost ludzki i religijny, serdecznym dialogiem ze współbraćmi, wielkoduszną posługą w konfesjonale, nowym spojrzeniem na przyrodę, gotowością posługi w roli kierownika duchowego, spowiednika, przewodnika w modlitwie oraz świadomym wychodzeniem naprzeciw śmierci. Ogromnie ważne jest odkrywanie potencjalnych energii, ukrytych w „trzecim wieku”. Wówczas do osoby w posuniętej w latach nie będzie miała prawo wstępu ani nuda, ani pustka, ani samotność, ani depresja.

Każde życie kończy się śmiercią. Świadomość śmierci – aczkolwiek nie jest to regułą obowiązującą – pogłębia się w człowieku na ogół w miarę jego posuwania się w latach. U osoby starszej ta świadomość pogłębia się z każdą informacją o odejściu bliskich lub rówieśników, z każdym uczestnictwem w czyimś pogrzebie. Dla osób w wieku sędziwym staje się oczywiste, że wcześniej czy później „przyjdzie kryska na matyska” i trzeba będzie się osobiście zmierzyć z problemem zejścia na zawsze z tego świata. Wypadałoby, aby osoba konsekrowana nie odkładała przygotowania do tego odejścia na ostatnią chwilę. „Ucz się śmierci – zachęca poetka[66] – na pamięć./ Jesteś wybrańcem bogów./ Ucz się śmierci wcześnie./ Ucz się śmierci/ w miłości”. Adresując to przesłanie do zakonników i zakonnic, można by dodać: Naucz się tak śmierci, aby była ona oczekiwaną ikoną siostry i „najdoskonalszym aktem miłości i zawierzenia”[67]..

III. Krótkie zakończenie, czyli trzy postulaty z pytaniami

Zaprezentowane wyżej charyzmaty starości są darem i jako takie wyznaczają też rolę i zadania starszych współbraci w naszych wspólnotach. Każdy charyzmat to dar dla drugich, dla danej wspólnoty. Oczywiście te dary nie muszą u wszystkich występować w pełnej liczbie i w takich samych parametrach. Również ich odbiór jest w każdej wspólnocie inny i z różnym skutkiem. Dlatego trzeba nam się zastanowić, jak zminimalizować braki w tej dziedzinie[68].

 

1. „Przed siwizną wstaniesz, będziesz szanował oblicze starca” (Kpł 19,32), czyli obowiązek troski o starszych i chorych

Wydaje się, że pierwszym postulatem, jaki przełożeni i wspólnoty winny wziąć sobie do serca, jest obowiązek troski o chorych i starszych współbraci. „Serdeczna opieka, na jaką one zasługują, nie tylko wynika ze ścisłego obowiązku miłosierdzia i wdzięczności wobec nich, ale również wyraża przekonanie, że świadectwo tych osób jest bardzo potrzebne Kościołowi i poszczególnym Instytutom oraz że ich misja pozostaje ważna i owocna nawet wtedy, gdy z powodu wieku lub złego stanu zdrowia muszą zrezygnować z konkretnej działalności. Istotą misji apostolskiej jest bowiem nie tyle działanie, co przede wszystkim świadectwo własnego całkowitego oddania się zbawczej woli Bożej”[69].

Troszczyć się i czcić starszych współbraci znaczy spełniać trojaką powinność wobec nich: „akceptować ich obecność, pomagać im i doceniać ich zalety”[70]. Te powinności nie stanowią problemu, jeżeli we wspólnocie zakonnej – jak w zwyczajnej rodzinie – żyją razem prawnuki, wnuki, dzieci, rodzice, dziadkowie. Taki „łańcuch” najdoskonalej zabezpiecza rozwój dojrzałości osobowej i troskę o „najsłabsze ogniwo”.

W tej trosce chodzi o życzliwe przyjęcie daru obecności współbraci starszych i chorych, by mieli pełną świadomość, że są oczekiwani i kochani, niezależnie od ich przydatności fizycznej i wysokości emerytury czy renty (w żadnym wypadku nie mogą oni stanowić przysłowiowej „kuli u nogi”); o docenienie posług, jakie ofiarują; o zapewnienie im opieki duchowej i materialnej (a nawet specjalistycznej, gdy takiej potrzebują); o umożliwienie im udziału w życiu i misji wspólnoty; o niesienie im otuchy w chwilach osamotnienia i cierpienia czy też o zwykłe ofiarowanie im swojego czasu[71].

W kontekście powyższego postulatu rodzą się następujące pytania:

>      Czy imperatyw solidarności (jeden drugiego brzemiona noście) jest w życiu konsekrowanym realną czy tylko wirtualną rzeczywistością?

>      Czy prowincjalne domy dla starców i chorych współbraci są rozwiązaniem w duchu ewangelicznym i spełniają oczekiwania „skazanych”?

>      Jak reagować na objawy antyświadectwa osób starszych?

>      Gdzie leży granica między troską o starszych, przywilejami dla nich, a ich „rozpieszczaniem?

2. „Gdy się zestarzejesz, inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (J 21,18), czyli formacja do starości

Kościół mówi o tej formacji do starości jasnym głosem: „osoby konsekrowane powinny przygotować się wcześniej do starości i jak najdłuższej <aktywności>, odkrywając nowe formy tworzenia wspólnoty i udziału we wspólnej misji, odpowiadając konstruktywnie na wyzwania starszego wieku przez zachowanie żywotności duchowej i kulturowej, przez modlitwę oraz wytrwanie na swym odcinku pracy dopóki siły pozwolą ją wykonywać, choćby w ograniczonym wymiarze. Przełożeni winni organizować kursy i spotkania w celu indywidualnego przygotowania starszych zakonników oraz jak najdłuższego korzystania z ich posługi w normalnej pracy”[72].

Doświadczenie uczy, że każda osoba zakonna może dożyć późnej starości czy obłożnie zachorować nawet w młodszym wieku. Zatem podobnie jak formuje się do miłości, do wspólnoty, do misji, należy także wychowywać do starości. Nie chodzi o to, aby trapić się na zapas, lecz by przygotować się do godnego i owocnego przeżywania starości czy choroby. Trudno bowiem wtedy nie zauważyć, że „wiek podeszły stwarza nowe problemy, którym trzeba zawczasu stawić czoło” [73]. W formacji do starości na pierwszym miejscu należy postawić pełne życzliwości i ochotne służenie osobom starszym. W większości są one pogodne i mają w sobie wiele pokładów dobra. Oczywiście istnieją także osoby starsze zgryźliwe, rozgoryczone, zbyt wymagające itp. Spotykając te pogodne i obok nich te trudne, należy się zastanowić nad przyczyną takiej różnicy. Trudno w tym wypadku generalizować problem, niemniej można powiedzieć, iż zazwyczaj „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. Nawet nadchodząca skleroza jest na swój sposób miła, bo utrwaliła stan ich „nasiąknięcia” dobrem. Osoby, które całe życie były apodyktyczne, gderające, wiecznie niezadowolone, takie same są na starość. Prowadzi to do jednoznacznego wniosku, że należy od młodych lat i przez całe życie „wsączać” w siebie najlepsze wartości.

Kościół, zdając sobie sprawę z trudności, jakie stają przed osobami starszymi, poddaje im bardzo konkretne wskazania w ramach formacji do starości. Starość lub choroba wymuszają destruktywną bezczynność i nieużyteczność, co rodzi frustracje. Nieraz ktoś sam ucieka w chorobę lub inni odsuwają go od dotychczasowych zajęć z podobnymi skutkami. Potrzebna jest więc stopniowa rezygnacja z aktywności, która nigdy nie oznacza całkowitego odejścia z aktywności.

Kontekst powyższego postulatu wywołuje następujące pytania:

>      W jaki sposób (i czy w ogóle) formacja do starości jest wpisana w ratio formationis institutionis?

>      Czy istnieją jakieś sensowne programy formacyjne dla osób konsekrowanych w podeszłym wieku?

>      Czy doświadczenie i umiejętności współbraci starszych cieszy się popytem we wspólnotach, czy też jest tylko „towarem” zalegającym w klasztornych magazynach?

>      Jakie podejmuje się u nas „inicjatywy, dzięki którym współbracia starzy mogli by nie tylko dbać o swoją kondycję fizyczną i intelektualną oraz rozwijać relacje z innymi, ale także stawać się przydatni, oddając innym swój czas, umiejętności i doświadczenie”[74]?

 

3. „Ukaż mi ścieżkę życia, pełnię radości u Ciebie” (PS 16.11), czyli przygotowanie do śmierci

Autoformacja do starości i wysiłki podejmowane ze strony przełożonych i wspólnot nie przyniosły oczekiwanych owoców, gdy osoba starsza, już mocno zakorzeniona w Bogu, w nowej sytuacji życiowej, nie będzie pogłębiała swej więzi z Nim. W normalnym biegu życia i rozwoju duchowego ciało słabnie, lecz duch staje się coraz „młodszy”. Tę energię ducha należy świadomie zwrócić ku doświadczeniu wielkanocnemu: śmierci i zmartwychwstaniu z Chrystusem do nowego życia.

To doświadczenie w wieku młodszym, przy pełnym zdrowiu, wzmożonej aktywności, sukcesach w apostolstwie, a także pod wpływem współczesnych trendów odsuwających krzyż na dalszy plan, być może nie zawsze jest właściwie i w pełni doceniane; w wieku starszym natomiast śmierć nasuwa się jednoznacznie przed oczy. „Jest naturalne, że z upływem lat oswajamy się z myślą o <zmierzchu>. Granica życia i śmierci przesuwa się przez nasz wspólnoty i stale przybliża się do każdego z nas. Jeśli życie jest pielgrzymką do niebieskiej ojczyzny, to starość jest czasem, gdy jesteśmy najbardziej skłonni myśleć o wieczności”[75].

W „trzecim i czwartym wieku” staje przed człowiekiem szansa prawdziwego upodobnienia się do Chrystusa ukrzyżowanego poprzez spełnianie z Nim woli Ojca oraz razem z Nim powierzanie siebie Ojcu. Upodobniając się z Chrystusem ukrzyżowanym i jednocząc się z ostatnią godziną Jego męki w kontekście drogi[76] do zmartwychwstania, starsza osoba konsekrowana ma nadzieję, iż Bóg Ojciec w obliczu godziny śmierci człowieka doprowadza w niej do końca tajemniczy proces dojrzewania. „Śmierć jest wówczas oczekiwana i przygotowana jako najdoskonalszy akt miłości i zawierzenia” [77].

Z kontekstu powyższego postulatu wypływają następujące pytania:

>    Czy –„choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci – znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności”[78]?

>    Czy postrzegam „koniec ziemskiego bytowania jako <przejście> przez most przerzucony między życiem a życiem, między kruchą i nietrwałą radością doczesną a pełnią radości”[79]?

>    Czy swoim życiem świadczę, że Chrystus jest moim życiem i zmartwychwstaniem oraz że oczekuję chwili, kiedy „Pan przyjdzie w chwale ze swoimi aniołami”?

>    Czy modlę się o dobrą śmierć: „w godzinie śmierci wezwij mnie i każ mi przyjść do siebie”?

 



[1] Chwalebnym wyjątkiem są tutaj Konstytucje CSMA, gdzie każda z tych grup ma swój własny paragraf i Ratio formationis CR, gdzie chorych odłączono od starców, pakując tych pierwszych do „sytuacji specyficznych” (kryzysowych).

[2] VC, 44.

[3] Por. http://pl.wikipedia.org/wiki/Choroba.

[4] Por. Doroszewski W., Słownik języka polskiego (odpowiednie hasła).

[5] Por. Leon-Dufour X.,  Słownik teologii biblijnej (hasło: choroba-uleczenie).

[6] Mt 8,16.

[7] Por. KKK 1500, 1505.

[8] KKK 1532.

[9] KPK  kan. 619.

[10] Konstytucje CM, 26.

[11] Normy uzupełniające TJ, 244,1.

[12] Reguła, XXXVI.

[13] Ripartire da Cristo, 38.

[14] Por. Young J.Z., Zarys wiedzy o człowieku, Warszawa 1978, s. 342-247.

[15] Por. Pędzich W., Ludzie starzy, Warszawa 1886, s. 11.

[16] Por. Wj 4,16.

[17] Tak dzieli osoby starsze dokument Papieskiej rady d/s Świeckich „godność i misja ludzi starych w Kościele i w świecie z dnia 1.X.1998 r., wydany z racji Roku (1999) Ludzi Starych.

[18] Por. Koh 12,2-8.

[19] Por.: „Nasycę go długim życiem i ukażę mu moje zbawienie” (Ps 91,16); „Siwy włos ozdobną koroną: na drodze prawości się znajdzie” (Prz 16,31).

[20] Mdr 7, 24-26

[21] por. Ps 90,12.

[22] W wierszu pt. „Brewiarz”.

[23] KonstytucjeCSMA, 80.

[24] Statuty generalne CSsR, 034

[25] Konstytucje CM, 26,1.

[26] Konstytucje OSPPE, 45.

[27] Konstytucje CR, 140.

[28] Konstytucje OH,37.

[29] 2 Kor 4,16; por. także 5,1-10.

[30] J 21,15-19.

[31] Flp 3,10 -11.

[32] Por. Potissimum institutioni, 70.

[33] Por. Congregavit nos in unum Christi amor, 68, 69.

[34] Pastores dabo vobis, 77.

[35] Vita consecrata, 44.

[36] Zarówno ten dokument, jak i następne zawarte są w tomie „posympozjalnym” p.t. „Życie konsekrowane w trzecim wieku”, Kraków 2000, ss.498; samo sympozjum miało miejsce w dniach 12-14 listopada 1999 roku, w Centrum Resurrectionis w Krakowie.

[37] Ze względów merytorycznych w osnowie tematu będzie mowa tylko o starszych braciach, którzy przecież w języku potocznym i sensu largo reprezentują również chorych.

[38] VC 105.

[39] VC 3

[40] To multidyscyplinarna gałąź nauki, badająca procesy poznawcze – a więc działanie umysłu.

[41] Np. robocza, długotrwała, opisowa, jawna, emocjonalna, rozpoznawcza, semantyczna, epizodyczna itp.

[42] Godność i posłannictwo ludzi starszych, I.

[43] Seethaler P-A., 1. und 2. Petrusbrief, Stuttgart 1985, s.82.

[44] Por. Bini G., Dar obecności braci starszych (dz.czyt.): „Wy, starsi, jesteście naszą pamięcią charyzmatyczną. Od was otrzymaliśmy wszystko: wartości i struktury, charyzmat, którego wiernie strzegliście. Zainicjowaliście i kształtowaliście w nas ukochanie Zakonu. Wasza pamięć wypływająca z doświadczenia jest cenna, ponieważ pomaga nam uniknąć powierzchowności i improwizacji bez odwołania się do historii; stanowi podstawę naszych projektów i ciągłość naszych proroczych wyzwań”.

[45] List Ojca świętego Jana Pawła II do osób w podeszłym wieku, 10.

[46] Hatko H., Charyzmaty starości [w] Życie konsekrowane w trzecim wieku (dz. cyt.), s128.

[47] Por. VC 84.

[48] Jański B., Mądrość służby, Wrocław 1991, s. 49.

[49] Łk 15,23-24.

[50] Stąd niemieckie „er-fahren”= przejechać.

[51] Hi, 8,8-10.

[52] Ef 4,13.

[53] Por. 1P 3,14-15.

[54] VC 44.

[55] Por. VC 44.

[56] VC 9.

[57] List do osób w podeszłym wieku, 10.

[58] Godność i posłannictwo ludzi starszych, I.

[59] List Ojca świętego Jana Pawła II do osób w podeszłym wieku, 12.

[60] Perfectae caritatis, 15.

[61] Marcinek R., Z listu do redakcji „Via consecrata” 11/2004.

[62] Rozpocząć na nowo od Chrystusa, 22

[63] List Ojca świętego Jana Pawła II do osób w podeszłym wieku, 14.

[64] Weron E., O godną starość, Poznań, s. 18

[65] List Ojca świętego Jana Pawła II do osób w podeszłym wieku, 13.

[66] Ewa Lipska, Ucz się śmierci

[67] VC 70.

[68] Nie trzeba dodawać, że nasze wspólnoty życia konsekrowanego na pewno stałyby się „wyższymi szkołami miłości”, gdybyśmy wszyscy potrafili i chcieli z tych charyzmatów lepiej i obficiej korzystać.

[69] VC 44.

[70] List Ojca świętego Jana Pawła II do osób w podeszłym wieku, 11

[71] Por. Congregavit nos in unum Christi amor, 68.

[72] J.w.

[73] VC 70.

[74] List Ojca świętego Jana Pawła II do osób w podeszłym wieku, 16.

[75] J.w., 14.

[76] „Życie zakonne nie zna innej drogi” (Potissimum institutioni, 70).

[77] VC 70

[78] I prefacja o zmarłych.

[79] List Ojca świętego Jana Pawła II do osób w podeszłym wieku, 16