Do obrońców ks. Bonieckiego. Felieton Dariusza Kowalczyka SJ

Decyzja o ograniczeniu kapłana w publicznych wypowiedziach jest zawsze decyzją trudną i ma – jak to bywa w tego rodzaju sytuacjach – swoje plusy i minusy.

Nie rozstrzygając jednoznacznie, czy w sprawie ks. Bonieckiego więcej jest plusów, czy też minusów (mam za mało danych, aby to oceniać), chcę zwrócić uwagę na kilka kwestii, które pojawiły się podczas tego sporu.

„Nie wolno nikomu zabraniać wyrażania swoich poglądów”. Takie zdanie przewija się często w internetowych dyskusjach o sprawie ks. Bonieckiego. Niektórzy dodają, że takie metody (ograniczanie wypowiedzi) są anachroniczne, nie na dzisiejsze czasy. Ale jak tak spokojnie spojrzeć wokół, to okazuje się, że w „nowoczesnych” instytucjach mnóstwo jest zakazów, a jednostki są na różne sposoby dyscyplinowane. UE dyscyplinuje swych członków nie tylko w sprawach ekonomicznych, ale także światopoglądowych (np. kara śmierci), stosując – a jakże! – nakazy i zakazy. Nie brakuje zakazów w nowoczesnych firmach, które wymagają lojalności i utożsamienia się z polityką firmy. Szefowie nowoczesnych mediów mówią swoim dziennikarzom: „Piszcie o tamtym!”, „Nie piszcie o tym!”. A nawet nie muszą mówić, bo dziennikarz sam wie, w jakich ramach ma się poruszać, o ile chce w danej Redakcji pracować. W partiach politycznych politycy dostają sms-y, które informują ich, co i jak mówić, a czego nie mówić. Dlaczego zatem odmawiać prawa podmiotom kościelnym, jakim są zakony, do troski, by poglądy wyrażane przez ich członków były zbieżne z charakterem i misją zakonu? Taka troska oraz będące niekiedy jej konsekwencją zakazy wcale nie sprzeciwiają się nowoczesności. Środowiska medialne, które bardzo głośno krzyczą, że marianin Boniecki ma prawo mówić, co chce, same dbają o własną tożsamość, i aby do nich należeć, trzeba prezentować bardzo określony zestaw poglądów. A zatem wobec siebie żadną miarą nie stosują tego, czego domagają się od marianów, a mianowicie, by członek danej społeczności miał nieograniczone prawo mówić, co chce, a społeczność, której pozostaje członkiem nie ma prawa go dyscyplinować. I nie mam im tego za złe. Ale razi mnie hipokryzja.

Przypomnijmy sobie reakcję tych samych środowisk, które teraz protestują przeciwko „prześladowaniu” ks. Bonieckiego, na sankcje nałożone na ks. Jankowskiego (też starszy, w dodatku schorowany, no i bardzo zasłużony). Dzisiejsi obrońcy wolności w Kościele odnieśli się do „uciszania” Jankowskiego z pełnym zrozumieniem. Ci sami ludzie od lat domagają się uciszenia o. Rydzyka. Gdyby prowincjał redemptorystów nałożył jakieś ograniczenia na ojca Dyrektora, byliby zachwyceni „odpowiedzialnością i odwagą” przełożonego. No a protestowałby zupełnie kto inny. Przypomina mi się tutaj tekst Jarosława Makowskiego opublikowany przed laty w „Tygodniku Powszechnym” pt. „Niepokorni synowie Kościoła”. Makowski odnosząc się m.in. do ks. Jankowskiego i o. Rydzyka pytał: „Czy wolność oznacza brak poczucia odpowiedzialności za Kościół i drugiego człowieka, obojętność wobec przejawów zła i nienawiści?”. Makowski z aprobatą cytował kanony KPK mówiące o prawie biskupów i przełożonych zakonnych do dyscyplinowania duchownych i wymagania posłuszeństwa. Przytoczył wypowiedź bpa Pieronka: „Ja osobiście nie poprzestałbym na przypominaniu i prośbach.[…] Poszedłbym dalej…”. Dalej w dyscyplinowaniu niesfornych duchownych. No to jak to jest? TP i inne środowiska chcą rzeczywiście bronić powszechnych standardów i wolności wypowiedzi, czy też po prostu bronią „swoich” demonstrując przy okazji „mentalność Kalego”?

„Bonieckiego uciszyli, a Rydzyk dalej gada. Niesprawiedliwość!”. To kolejne zdanie, które przewija się po stronie obrońców ks. Bonieckiego. Opiera się ono na nieporozumieniu. Ci, którzy tak mówią, zdają się myśleć, że istnieje w Kościele w Polsce jakaś władza, która może zdecydować: Rydzyk dobry, Boniecki zły, albo na odwrót. Tymczasem Kościół to wiele różnych podmiotów, które są autonomiczne w swych decyzjach personalnych, finansowych itd. Zgromadzenie marianów jest takim podmiotem. Członkowie tego zgromadzenia podlegają określonemu prawu i zwyczajowi. Decyzje ograniczającą publiczne wypowiedzi marianina Bonieckiego podjął – zgodnie z prawem zakonu – prowincjał marianów. Takiej decyzji nie podjął (zresztą nie mógłby podjąć) biskup miejsca, Episkopat, czy też Konferencja Zakonów Męskich. Prowincjał marianów zadziałał jako przełożony autonomicznej jednostki w Kościele. Nie ma więc sensu rozdzierać szat i gadać o jakimś Kościele, który powinien ukarać Rydzyka, a nie Bonieckiego. Absurdem jest twierdzenie, że jak prowincjał marianów zdyscyplinował ks. Bonieckiego, to prowincjał redemptorystów powinien coś podobnego zrobić z o. Rydzykiem. Co ma piernik do wiatraka? Marianie i redemptoryści są wobec siebie niezależni, a nad nimi nie ma w Polsce jakieś władzy, która miałaby decydować o personalnych, wewnątrz-zakonnych sprawach. Na tym m.in. polega pluralizm w Kościele. Prawdziwy pluralizm. A nie ten postulowany przez niektóre ośrodki, które chciałyby włazić z buciorami w wewnętrzne funkcjonowanie zakonów.

„Ta decyzja przyniesie wielkie szkody Kościołowi!”. Tak twierdzą ci, którzy protestują i domagają się odwołania zakazu narzuconego na ks. Bonieckiego. Rozumiem, że dla pewnej grupy ks. Boniecki jest wielkim autorytetem i decyzja prowincjała marianów była dla nich szokiem. Tak samo jak rozumiem, że nie brakowało katolików, dla których ks. Jankowski był autorytetem i decyzja o nałożeniu na niego sankcji wywoła wśród nich bunt. W tego rodzaju decyzjach zawsze jakieś środowisko czuje się poszkodowane. Ale przestrzegałbym przed utożsamianiem tego poczucia ze szkodą dla Kościoła. Tym bardziej, że zawsze jest tak, że inna grupa ma zgoła odmienne odczucia. Dla wielu wszak katolików wypowiedzi ks. Bonieckiego o Nergalu, Palikocie, krzyżu w Sejmie itd. były bulwersujące, gorszące, niegodne katolickiego kapłana. W przypadku ks. Jankowskiego decyzje podjął ordynariusz miejsca, a w przypadku ks. Bonieckiego decyzje podjął prowincjał Naumowicz. Rozważając, co mają uczynić, zapewne brali pod uwagę dobro Kościoła, tak jak je w najlepszej wierze rozumieją. Kościół powszechny i Kościół w Polsce jest bardzo zróżnicowaną wspólnotą. Trwa spór o to, jaki powinien być Kościół we współczesnym świecie. Łączy nas wspólne Credo, ale w wielu sprawach bardzo się różnimy. W tej sytuacji nie należy wpadać w histerię myląc wrażliwość grupy, do której mi blisko, z dobrem całego Kościoła.

Posłuszeństwo w Kościele przynosi dobre owoce. Ignacy z Loyoli zdawał sobie sprawę ze słabości Kościoła hierarchicznego w XVI wieku, ale chcąc reformować Kościół wybrał drogę posłuszeństwa. Luter natomiast się zgorszył, wpadł w histerię, Rzym nazwał Babilonem i dał początek reformacji. Widząc, co się dziś dzieje ze wspólnotami luterańskimi i kalwińskimi, nie mam wątpliwości, że słuszną drogę obrał św. Ignacy. Wybitny teolog, Yves Congar, dominikanin, też kiedyś został poddany ograniczeniom. Nie obraził się, ale przyjął w duchu wiary bolesną dla niego decyzję. W tym czasie napisał wspaniałą książkę o Kościele. A potem został jednym z teologów Soboru Watykańskiego II, a pod koniec życia podniesiony do godności kardynalskiej. Nie odmawiam różnym środowiskom prawa do wyrażania niezadowolenia z powodu decyzji prowincjała marianów, ale zachęcam do umiaru, bo wzniecanie histerii może zaszkodzić samemu ks. Bonieckiemu. Jeśli bowiem ks. Boniecki przeżyje ten okres w duchu posłuszeństwa, z miłością do swego zakonu i Kościoła, to może wyjść z całej historii tylko wzmocniony. I z większą wrażliwością nie tylko na środowisko TP i GW, ale także na miliony katolików, dla których np. podarcie publiczne Biblii wymaga jednoznacznego potępienia. Co więcej, jeśli zasługi ks. Bonieckiego są rzeczywiście tak wielkie, jak twierdzą niektórzy, to może i dostąpi jakiejś godności będącej wyrazem uznania Kościoła dla jego dorobku. Ale jak zacznie brać udział w żenujących szopkach „ku jego czci i w obronie”, to nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Za: www.deon.pl