Refleksja: Siostry, dotacje i kryzys

Podczas ostatnich wakacji w kraju zostałem zaproszony do sióstr z odpustowym kazaniem. Nie widziałem ich już od wielu lat. Kiedy przyjechałem na miejsce, zastałem małą wspólnotę czterech zakonnic, które prowadzą przedszkole. Myślałem, że było to prywatne katolickie przedszkole.  Okazało się, że nie jest to do końca prawdą. Siostry otrzymują na ten cel dotacje z gminy. Starają się także o środki unijne.

Tego dnia była Ewangelia według św. Jana. „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15, 5). Kiedyś, jeszcze przed wojną, było w tym klasztorze prawie sto sióstr. „Co się stało?” – zapytałem na kazaniu.

Odpowiedzi próbowałem poszukać w Ewangelii. Przyczyną kryzysu nie był brak modlitwy. Wspólnota sprawuje codzienną Eucharystię bez liturgicznych nadużyć. Nie wystarczy jednak sama modlitwa. Jest jeszcze jeden warunek. Jezus kilka wersów dalej dodaje: „Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej” (J 15,10). Należy także przestrzegać przykazać. Ale czy siostry nie robią nawet czegoś więcej? Składają śluby i kroczą drogą rad ewangelicznych.

Tak wszystko wygląda na pierwszy rzut oka. Ale siostry biorą dotacje, a korzystanie z usług państwa może być często niemoralne. Współczesne państwo nakłada na ludzi zbyt wysokie podatki. Trudno zgodzić się, aby jakikolwiek niedobrowolny transfer dochodów od obywatela do państwa był czymś pozytywnym. Państwo oddaje obywatelowi w zamian pewne usługi, ale trudno je nazwać dobrami publicznymi, skoro w tym celu państwo posługuje się agresją. Św. Tomasz z Akwinu trafnie zauważa, że „jeżeli książęta przemocą wymuszą coś, co im się nie należy, jest to rabunek jak każdy inny„.

Papież Leon XIII w encyklice „Rerum novarum” (1891) pisze wprost: „Państwo nie powinno obciążać poddanych nadmiernymi podatkami”. Ale bardzo często sami zachęcamy państwo do takich działań. Podczas tych samych wakacji spotkałem inną siostrę, która skarżyła się, że nie otrzymuje dotacji od gminy na prowadzenie nauki języka angielskiego w jej publicznym, ale niesamorządowym przedszkolu.

Siostra poczuła się dyskryminowana, gdyż przedszkola samorządowe otrzymały taką pomoc oraz nawet dodatek na zajęcia z rytmiki. Uważała to nawet za brak sprawiedliwości. Według klasycznej formuły sprawiedliwość „polega na stałej i trwałej woli od­dawania Bogu i bliźniemu tego, co im się należy” (św. Tomasz). Czy można sprawiedliwością nazwać odbieranie pieniędzy jednej grupie ludzi i przydzielanie jej innej, nawet wtedy kiedy chodzi tu o przedszkole prowadzone przez siostry?

Kiedyś, np. w czasach Rewolucji Francuskiej, zakony powstawały po to, aby walczyć z postępującą ateizacją i spustoszeniem moralnym. Tak powstało między innymi Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa. Założycielka, św. Zofia Magdalena Barat, widziała w dziele katolickiego wychowania dzieci i młodzieży najskuteczniejszy sposób odrodzenia religijnego i moralnego. Święta Zofia miała jasno zdefiniowany cele działania i dobierała do tego odpowiednie środki.

Dzisiaj często zakony prowadzą szkoły i przedszkola, ale celem nie jest już katolickie wychowanie. Podejrzewam, że wszystkie zakonnice tak zakładają, ale trudno jest ten cel zrealizować, jeżeli pieniądze pochodzą z budżetu państwa. Celem staje się w rzeczywistości program narzucony przez ministerstwo edukacji. I nie chodzi tu tylko o to, że państwo próbuje wprowadzić do szkół nauczanie, które jest często sprzeczne z chrześcijańskim światem wartości.

Państwowe dotacje, które są przymusowym transferem pieniędzy od jednej grupy osób do innej grupy, zabijają inicjatywę i rynkową czujność. Siostry nie poszukują już nowych edukacyjnych i duszpasterskich rozwiązań najlepszych w danym momencie. Tak działałby dobry przedsiębiorca, ale do tego potrzebna jest przestrzeń wolności, którą może zapewnić tylko własność prywatna.  II Sobór Watykański naucza, że własność prywatna jest uważana za rozszerzenie ludzkiej wolności (por. „Gaudium et spes” 71), w granicach której człowiek może dokonywać autonomicznych wyborów.

Alternatywą dla tradycyjnej szkoły mogłaby być np. edukacja domowa. W Polsce uczy się w domu już ok. 1,5 tys. dzieci. Powstają nowe stowarzyszenia edukacji domowej, ale żeńskie zgromadzenia nie wykazują na tym polu większej aktywności. Siostry mogłyby pomagać rodzicom w wychowaniu ich dzieci w domu i tym samym stworzyć realną przeciwwagę dla państwowego systemu edukacji, który coraz bardziej oddala się od oczekiwań katolickich rodzin. Trudno, nawet wśród osób konsekrowanych, przebić się z ideą, że nie wszystko musi być państwowe.

Dotacje biorą zazwyczaj słabe przedsiębiorstwa, które same nie potrafiłyby poradzić sobie na runku z konkurencją poprzez dostarczanie dobrych towarów lub usług. Jeżeli biorą je przedszkola prowadzone przez siostry, to ta informacja z pewnością trafia do potencjalnych kandydatek do żeńskich zakonów. Czy młode, myślące i przedsiębiorcze dziewczyny zdecydują się na wybór takiego zgromadzenia, które musi być dotowane przez państwo, aby utrzymać się na lokalnym rynku? Mam wątpliwości i myślę, że chyba tutaj tkwi w pewnym sensie źródło kryzysu powołań.

Młode i przedsiębiorcze dziewczyny może chciałby zostać zakonnicami i prowadzić sierociniec, szkołę, hospicjum czy przedszkole, ale sposób zarządzania tymi dziełami musi ulec zmianie. Kiedyś takie placówki były prywatne. Własność prywatna daje pouczycie niezależności i zapewnia przestrzeń do realizacji własnych planów i marzeń. Dotacja tylko pozornie wprowadza stabilizację. W rzeczywistości doprowadza do skostnienia i bezczynności. W prawdziwym życiu nie można wyeliminować niepewności. W obliczu nieprzewidywalnej przyszłości wszyscy musimy podejmować ryzyko. To niepewność i ryzyko, jak trafnie zauważa austriacki ekonomista, Ludwiga von Mises (†1973), powodują pojawienie się przedsiębiorcy, a sama niepewność wynika z ludzkich wyborów. Branie dotacji zabija w nas ducha przedsiębiorczości.

Ale skąd pojawił się pomysł, aby zakonnice wyciągały ręce po państwowe dotacje? Coraz więcej sióstr studiuje pracę socjalną na państwowych uczelniach. Pracownik socjalny, to specjalista, który podstawowym celem jest niesienie pomocy ludziom w znajdującym się w sytuacjach związanych z różnymi socjalnymi problemami. Taki pracownik jest najczęściej zatrudniony w miejskim lub gminnym ośrodku pomocy społecznej na koszt podatników. Na studiach nikt nie mówi mu, w jaki sposób zdobyć fundusze, by nieść pomoc społecznie wykluczonym. Państwo otwiera takie kierunki studiów, gdyż w swoim budżecie przeznacza znaczne kwoty na taką pomoc. Szkoli więc swoich urzędników. Ale czy siostra zakonna może być zawodowym pracownikiem socjalnym?

Alexis de Tocqueville (†1859) w swoim „Raporcie o pauperyzmie” zwraca uwagę, że ludzie pracują tylko w tym celu, żeby przeżyć lub poprawić swoją egzystencję. Jest to pierwszy motyw, który popycha do pracy ogromną większość ludzi i odebranie im tego motywu poprzez przyznanie im ustawowego prawa do pomocy społecznej – jest równoczesne skazaniem ich na życie pozbawione przezorności i wypełnione bezczynnością. Tocqueville trafnie zauważa, że prawo do korzystania z dobroczynności publicznej, w przeciwieństwie do innych praw, poniża człowieka, który takiego prawa się domaga, gdyż skazuje go na życie w zależności i bezczynności.

Dziwiętnastowieczny francuski myśliciel polityczny ostrzegał nas przed tym, do czego może doprowadzić zinstytucjonalizowanie miłości bliźniego. Dzisiaj nie czyta się klasyków. Do czego może się to przyczynić, przekonały się o tym na własnej skórze amerykańskie zakonnice. Pół wieku temu było ich 170 tys., a dzisiaj jest ich 3 razy mniej. A wszystko dlatego, że więcej sióstr studiowało pracę socjalną niż teologię.

Siostry bezkrytycznie przyjęły nowoczesne świeckie wartości i pojęcie „miłości bliźniego” zastąpiły pojęciem „opieki społecznej”. Trudno było odróżnić to, co robi siostra, od tego, czym zajmuje się pracownik socjalny. Nie byłem zaskoczony tym, że amerykańska Konferencja Przełożonych Zakonów Żeńskich współpracuje z organizacjami, które w przeciwieństwie do amerykańskiego episkopatu, poparły reformę zdrowia Baracka Obamy.

Biskupi amerykańscy uważają, że reforma spowoduje, iż z podatków, które pójdą na dofinansowanie ubezpieczeń, mogą być finansowane zabiegi aborcyjne. W Polsce nikt tym się nie przejmuje. Jeżeli ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej, może być legalnie usunięta przez lekarza. Taka aborcja jest finansowana z tego samego budżetu, z którego dofinansowywane są katolickie przedszkola. Z pieniędzy publicznych finansowane są nie tylko programy sprzeczne z chrześcijańskimi wartościami, ale same fundusze są pobierane od obywateli w sposób, który nie ma wiele wspólnego z dobrowolną transakcją. Obywatel jest nie tylko przy tej okazji pozbawiany owoców swojej pracy, ale dodatkowo zadłużany na niespotykaną do tej spory skalę. Jak pogodzić to wszystko z siódmym przykazaniem „Nie kradnij” i piątym „Nie zabijaj”?

Zgromadzenia żeńskie przeżywają kryzys powołań. Ale sami jesteśmy temu winni. Nie wystarczy modlitwa. Muszą pójść za nią konkretne czyny.

Ks. Jacek Gniadek SVD – misjonarz ze Zgromadzenia Słowa Bożego, doktor teologii moralnej, obecnie ewangelizuje w Zambii. Publikuje na stronie www.jacekgniadek.com