Spór o krzyż, czyli o głupocie i pianie na ustach. Felieton Dariusza Kowalczyka SJ

W opublikowanej w 1995 r. książce-rozmowie  między A. Michnikiem i ks. Tischnerem, moderowanej przez J. Żakowskiego, a zatytułowanej „Między panem a plebanem”, znalazłem ciekawy fragment o krzyżu. Żakowski zagadnął swych rozmówców, czy pamiętają rozruchy w Nowej Hucie w obronie kościoła w  kwietniu 1960 r., na co Michnik stwierdził:

„Ja bardzo mętnie. Uważałem, że chodzi o mięso. Jacek Kuroń wierzył wtedy w «Matkę Boską Mięsną». Jak przystało na marksistę, był przekonany, że tam, gdzie nie ma mięsa, wybuchają rozruchy o krzyż. Uważał, że ludziom zawsze chodzi o mięso, bo nie umiał wyobrazić sobie, że może im chodzić o krzyż. To był także mój horyzont”.

Czasy się zmieniły, horyzonty też trochę, ale krzyż nie przestaje być „zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan” (1Kor 1,23). O co chodzi Palikotowi, który chce zdejmować krzyż?O mięso? Możliwe, że tak, ale oczywiście nie w tym sensie, że Palikotowi brakuje mięsa i wódki, ale w tym, że wywoływanie awantury o krzyż odwraca uwagę od tego, o czym establishment nie chce mówić, a skupia ją na Palikocie jako rzekomym obrońcy Polaków przed klerofaszyzmem. Że to idiotyczne? Tak! Ale co zrobić, skoro zadziałało w odniesieniu do 10 procent tych, którzy wzięli udział w wyborach…

Jednak tak jak obrońcom kościoła w Nowej Hucie nie chodziło o mięso, przynajmniej nie tylko, taki dziś wrogom krzyża nie chodzi tylko o „temat zastępczy”. Wydaje się, że wielu „ludzi Palikota”  naprawdę dostaje piany na ustach na widok krzyża w miejscu publicznym.Pamiętam dyskusje o krzyżu, jaką prowadziłem na pewnym portalu pod koniec lat 90-tych. Jeden z moich oponentów wypisywał teksty w stylu: „Zdjąć to g… ze ściany. Natychmiast!”. Chodziło mu właśnie o krzyż w Sejmie. Miłośnicy „Nie”, „Faktów i mitów”, aktywiści gejowscy, starzy SB-ecy, a także niektórzy ich potomkowie, ludzie, którzy nienawidzą Kościoła, bo przypomina im, że aborcja to jednak zabicie dziecka, ateiści, którzy zachowują się jak antyteiści i chrystofoby – ci ludzie rzeczywiście cierpią na widok krzyża. I nawet jeśli w dyskusji publicznej używają cywilizowanych argumentów, to gdzieś z tyłu głowy chodzi im nieustannie: „Zdjąć to g… ze ściany”. Z nimi nie da się rozmawiać. Ten rodzaj złych duchów wyrzuca się jedynie modlitwą i postem.

Są też tacy, którzy nie pienią się, ale z jakichś powodów uważają, że państwo nie ma prawa wyrażać swej ukształtowanej przez wieki tożsamości, której elementem jest także religia, wyznawana przez znakomitą większość obywateli. Sądzą, że „nowoczesne” państwo to takie, którego przestrzeń publiczna wygląda tak, jak gdyby większość stanowili niewierzący. Poglądy te uważam za niebezpieczne, gdyż prowadzą do dyktatu agresywnego laicyzmu, który chciałby stać się „religią dominującą” nawet tam, gdzie większość to katolicy. Tymczasem nie ma żadnego logicznego, czy też moralnego powodu, aby w kraju o takiej historii jak Polska, przestrzeń publiczną urządzali nam ludzie o poglądach zbliżonych do Jerzego Urbana. Jestem za państwem pluralistycznym, a nie laicko-wyznaniowym, takim, w którym wola większości i 1000 lat historii są szanowane, i w którym wszelakie mniejszości mogą swobodnie istnieć i rozwijać się, ale bez histerycznego szantażowania większości.

Z laicką ideologią przestrzeni publicznej bez krzyża doskonale poradził sobie Joseph Weiler, prawnik, wierzący Żyd, który przed Trybunałem w Strasburgu bronił (skutecznie) krzyża we włoskiej szkole. Zachęcam do obejrzenie jego wyśmienitej mowy w internecie:

Crucifix in the Classroom – Joseph Weiler before the European Court of Human Rights

Nie wiem, czy ktoś przetłumaczył tę mowę  na język polski. Jeśli nie, to może znajdzie się ktoś, kto to zrobi, bo naprawdę warto… (Przetłumaczony tekst można znaleźć pod tym LINKIEM – przyp. red.)

Za: www.wpolityce.pl