Refleksje: Jeśli szukasz nieba na ziemi

Każdy, kto poznał dominikanów – wie, że nie jesteśmy idealni. Bywamy mistrzami pierwszego wrażenia. 

Wrzuć do jednego miejsca kilkunastu facetów z różnymi temperamentami i potrzebami, ubierz w ten sam strój, nazwij braćmi i powiedz, że są dla siebie drogą do świętości. 

– Ojcze, miałem dziesiątki możliwości, żeby zdradzić swoją żonę – i nikt by się o tym nie dowiedział – słyszę od młodego pilota samolotu. Twierdzi, że łączy pracę z pasją. – W hotelach, które wynajmowała mi moja firma, wiele koleżanek niemal siłą chciało spędzić ze mną wieczór. – Rano o wszystkim zapomnimy. Bez zobowiązań – twierdziły. – Trzeba mieć mocny system wartości i umocowanie w wierze, by się nie złamać – słyszę.

To, że nie grzeszymy, wcale nie oznacza, że jesteśmy wzorami etycznymi. Wielokrotnie jest bowiem tak, że Bóg chroni nas przed różnymi sytuacjami. Kto wie, jak moglibyśmy się zachować, stając w sytuacji kogoś, kogo zbyt szybko chcemy osądzić?

Mężczyzna podwozi mnie autostopem w okolice Radomia i jest zupełnie szczery. Wylatując do pracy samochód zostawi na warszawskim lotnisku, po czym odbierze go za dwa tygodnie. Na pożegnanie prosi o modlitwę, dodając błyskotliwą myśl, że zazdrości mnichom, bo przecież my w zakonach nie mamy żadnych problemów. Życie wspólnotowe kwitnie, cierpimy na nadmiar wolnego czasu i codziennie uświęcamy się wspólną modlitwą. Jednym słowem: śmiech, pokój, radość i sielanka.

Uśmiecham się, bo aż miło słyszeć, gdy ktoś opowiada mi wizję raju na ziemi, w której człowiek nie jest już skażony grzechem. Aż nie mogę uwierzyć, że jestem tego częścią.

Zalał oczy ciemnym tuszem

Kilka tygodni temu głosząc rekolekcje opowiadałem o swoim zakonie, w którym żyję już kilkanaście lat. Powiedziałem, że pomimo grzeszności jego członków i niedoskonałości struktur, kocham go takim jaki jest. Po konferencji podszedł do mnie jeden zakonnik, stwierdzając, że on tak nie potrafi, gdyż w swoim zgromadzeniu widzi tylko słabość i grzech.

Zawsze starałem się żyć bez pretensji do świata, a „to, co jest” traktować za najlepszego nauczyciela. Nie uwierzę, że nie ma w naszym życiu choć jednej rzeczy, za którą nie moglibyśmy być wdzięczni. Jeśli widzimy wyłącznie grzech i zło, to widocznie demon dawno już zalał nasze oczy ciemnym tuszem.

Po zmartwychwstaniu wszystko ma sens. Dlatego nie tyle ważne jest to, czy wszystko idzie po naszej myśli, ale jaką lekcję możemy z tego wyciągnąć. Gdy znika wdzięczność, pojawia się roszczenie.

Mistrzowie pierwszego wrażenia

Dostałem ostatnio kilka maili, w których pojawiają się pytania o zakon. W niektórych przebija pragnienie innego, lepszego życia. Spotkania w końcu ludzi, którzy w pełni zrozumieją. Uzyskania poczucia bezpieczeństwa, duchowego komfortu i spokoju. To oczywiście piękne i naturalne pragnienia, jednak w pełni do zrealizowania wyłącznie w niebie.

Każdy, kto poznał dominikanów bliżej, wie, że nie tworzymy idealnych wspólnot. Bywamy mistrzami pierwszego wrażenia. Sam świadom jestem własnych braków i tego, że często nie dorastam nawet do ducha ewangelii.

Tak, żyję w zakonie, który kocham. Po raz pierwszy w życiu czuję się jak u siebie. Przez lata widziałem tu świętość i grzech, piękne świadectwa życia i smutne odejścia, wielką wiarę i takich, którzy zachowywali się jakby ją już dawno stracili. Widziałem osoby, które świeciły Panem Bogiem, ale i takich, o których złośliwi twierdzili, że gdyby grób Jezusa nie okazał się pusty – w ich zakonnym życiu niczego by to nie zmieniło. Spotykałem osoby, które w nadmiernej dbałości o swój zewnętrzny wygląd przypominali bardziej modeli z wybiegu niż kogoś, kto w wolności zdecydował się na zakonne życie. Widziałem braci, którzy swoje bycie w zakonie traktowali niczym przynależność do klubu, z którego można czerpać profity, samemu jednak niewiele dając. Widziałem też takich, którzy z kunsztem opowiadali o wartości wspólnotowego życia, będąc w klasztorze doprawdy nie do wytrzymania. Jako dominikanin zbierałem pochwały za to, że moi współbracia dobrze wpisali się w czyjeś życie, ale słuchałem też osób, którzy tracili wiarę lub odchodzili zgorszeni czyimś zachowaniem.

Tu nie jest inaczej niż gdzie indziej. Zło przeplata się z dobrem, słabość z mocą. Są momenty, gdy czujemy się przepełnieni ludźmi – i takie, kiedy mierzymy się z własną samotnością i ignorancją. Bywają chwile, gdy ktoś wesprze dobrym słowem, ale i takie, gdy zwykła złośliwość lub wypowiedziana „troska” potrafi zranić na długi czas.

„Jezus szaleje za Tobą”

„Jezus szaleje za Tobą” – głosi napis pewnego zgromadzenia zachęcającego do wstąpienia. Każdy, kto przeżył w klasztorze choć kilka lat, doskonale wie, jak to Jezus „szaleje za nim”.

Matka Teresa, Faustyna Kowalska, Teresa z Lisieux, Edyta Stein mogłyby sporo o tym opowiedzieć. Przez lata zmagały się ze złośliwościami i brakiem zrozumienia ze strony najbliższych, z którymi dzieliły klasztor. Jan od Krzyża został uwięziony przez swoich współbraci, Mistrza Eckharta oskarżono o herezję, a Ignacego Loyolę czujnie badała dominikańska inkwizycja. Wcześniej pogrążony w depresji, myślał o samobójstwie.

Wrzuć do jednego miejsca kilkunastu facetów z barwnymi historiami życia, ubierz w ten sam strój, dodaj do tego ich nietuzinkowe temperamenty, różne potrzeby, diametralnie inne gusta. Na końcu nazwij braćmi i powiedz, że są dla siebie drogą do uświęcenia. To żart? Wcale nie. Realna wspólnota. Kto chciałby znaleźć tu samą słodycz, szybko odejdzie zawiedziony.

Pewne jest jedno. Bez Chrystusa nasze życie byłoby tylko zgromadzeniem starych kawalerów, mających swoje dziwactwa i śmieszne nawyki. Wciąż wołamy do Pana za Dominikiem: „co będzie z grzesznikami?”. Najpierw jednak mamy na myśli samych siebie.

Tekst pochodzi z bloga o. Krzysztofa Pałysa „Opowieści z betonowego lasu”. Opublikowany został w kwietniu 2011 roku na Dominikanie.pl.

Za: www.dominikanie.pl