WYWIAD: Jak odchodzą zakonnice?

O tym, jakie są powody odejść zakonnic ze zgromadzeń mówi w wywiadzie dla KAI m. Jolanta Olech, urszulanka ze Zgromadzenia Serca Jezusa Konającego. Wieloletnia przełożona generalna, obecnie sekretarz Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych wylicza powody odejść, kwestionuje też wiele stereotypów, krążących o siostrach – są to kobiety dobrze wykształcone, twórcze i spełnione, a jeśli popadają w konflikt, mają wiele sposobów bronienia swoich racji.

Alina Petrowa-Wasilewicz (KAI): Opinia publiczna była świadkiem kilku głośnych odejść z kapłaństwa. Natomiast gdy odchodzą zakonnice, robią to po cichu. Czy to prawdziwa opinia? 

Matka Jolanta Olech USJK: To, że odchodzimy po cichu, świadczy o nas dobrze – nie tylko o zakonnicach, ale w ogóle o kobietach. Można ripostować, że odejścia księży są głośne, bo odchodzą osoby znane z mediów, które miały pozycję w świecie albo się o nią bardzo troszczyli. My takiej pozycji nie mamy i nie bardzo się o nią staramy z różnych względów, więc odejścia też są ciche. Z drugiej strony, czy gdy ludzie, którzy ślubowali dozgonną jedność, rozchodzą się, chcieliby tak bardzo nagłaśniać swój dramat? Gdyż każde odejście z klasztoru to ludzki dramat.

KAI: Można porównać go do rozwodu?

– Poniekąd tak. To zrywanie więzi bliskich osób, opuszczenie rodziny, które zostawia ranę. Dlatego, że przychodzenie do zakonu jest przyjściem do konkretnej rodziny i znalezieniem swojego miejsca na świecie. Dlatego życie w tej wspólnocie, w tej rodzinie, to nie jest tylko kwestia struktur, ślubów, nakazów czy zakazów, ale to też nawiązywanie więzi, które, im bliższe, serdeczniejsze, biorące wzajemną odpowiedzialność za siebie, tym lepiej – dla rodziny i dla mnie. Oczywiście, może się zdarzyć, że nie zawsze jest tak ciepło i dobrze, ale są to problemy, z którymi człowiek styka się wszędzie – i w zakonie, i w rodzinie naturalnej. Tym bardziej, że przychodząc do zgromadzenia, tak jak zakładając rodzinę, wnosimy wszystko to, czym jesteśmy – charakter, intelekt, uczucia. Tak więc odejścia po cichu są u nas normą, choć każde z nich jest dramatem osobistym dla osoby, która odchodzi oraz dla całej wspólnoty.

KAI: Czy odejścia są częste? Jak wyglądają statystyki?

– Podając liczby bezwzględne trzeba uwzględnić fakt, że od początku lat 2000 spada liczba zakonnic. Jest to dość znaczący spadek, jak również – co nas boli i z powodu czego zadajemy sobie różne pytania – mamy coraz mniej powołań do klasztorów żeńskich, choć w ostatnich kilku latach odnotowujemy lekki wzrost. Nie można więc twierdzić, że ten trend jest całkowicie ustalony, zmiana na lepsze jest możliwa. Pan Bóg ma w tym swoje plany i cele, choć długo można mówić o powodach socjologicznych, kulturowych i wielu innych tego spadku, ale są one faktem. Patrząc na statystyki zauważymy, że odejścia nie są lawinowe, są raczej zjawiskiem marginalnym. I trzeba podzielić ten dyskurs o odchodzeniu na dwie lub nawet trzy części.

Gdyż zupełnie innym jest odchodzenie kandydatek, bo one są naturalne i nawet ich nie liczymy. Gdy kobieta zgłosi się do klasztoru obie strony na siebie patrzą, zastanawiają się, po czym kandydatka zostaje lub nie. Niemal z wolnej stopy.

Druga grupa to nowicjuszki i juniorystki, czyli osoby, które już zdecydowały się podjąć próbę życia zakonnego. Ale to też dalszy etap na rozeznanie powołania. W naszym życiu zakonnym ten etap, czyli upewnienie się, czy to rzeczywiście jest moje miejsce, trwa długo – około 8-10 lat – zależy od zgromadzenia. I w tym czasie osoba, która przyszła, może powiedzieć: to nie dla mnie. Także zgromadzenie może powiedzieć: pomyliłaś się co do wyboru, powinnaś wrócić do życia w świecie. Nie wiadomo, jakie są proporcje między decyzjami zakonnic i zgromadzenia – czyja była inicjatywa o odejściu.

Osobną kategorią odchodzących to profeski wieczyste i nad tą grupą najbardziej należy się zastanowić. Obecnie w Polsce jest 17 331 profesek plus siostry będące na ślubach czasowych – to daje niecałe 19 tys. osób. Nowicjuszek jest 273 w zgromadzeniach czynnych. Ale jeśli spojrzeć na cyfry w odstępach dziesięcioletnich 1990, 2000, 2010 i 2015 – tu dekada jest niepełna – procenty odejść nie różnią się znacznie między sobą. Odchodzących nowicjuszek jest mniej więcej tyle samo – 8,4 proc. w 1990, 7,7 – w 2000, 8,4 – w 2010. Ten „odsiew” w ogóle jest proporcjonalny do liczby nowicjuszek, jakie w Polsce są, choć jest ich dużo mniej, ale nie ma gwałtownego zmniejszenia się tej liczby.

W grupie juniorystek jest podobnie. W 1990 odeszło 3,9 proc., w 2000 3,8 proc. w 2010 – 4,8. W cyfrach bezwzględnych jest mniej więcej podobna liczba, procentowo poziom też jest podobny.

KAI: Czy młodzi ludzie są dziś mniej odporni na trudności, więc odchodzą?

– Dzisiejsi młodzi ludzie są bardziej delikatni, mniej przygotowani, by stawić czoło trudnościom życia, „poprzeczkom” jakie życie niesie; trudności wywołują w nich odruchy ucieczki. Poza tym odnoszę wrażenie, że gdzieś „pod spodem” jest niezdolność lub brak wewnętrznej zgody na podejmowanie trwałych i dozgonnych decyzji. Ich decyzje są tymczasowe, „na dziś”, nastawieni są na chwilowe odczucia nie uwzględniające dalszej perspektywy. Mają zakodowane: pójdę i zobaczę, jeśli będzie fajnie, zostanę.

Zresztą Kościół od dziesiątków lat zdaje sobie sprawę z tej charakterystyki współczesnych pokoleń i dlatego wprowadzono śluby czasowe, aby dać możliwość rozeznania popartego konkretnym doświadczeniem życia we wspólnocie, w pracy, w działaniach apostolskich, w relacjach itp. W moim zgromadzeniu nowicjuszka składa pierwsze śluby na rok, potem – jeśli wszystko idzie dobrze – dwukrotnie na dwa lata i dopiero po pięciu latach – wieczyste. To naprawdę długi okres, ale dający czas na to, aby poznać życie zakonne i siebie w tym życiu

KAI: O czym świadczą statystyki? 

– Przede wszystkim, że od tej strony nie ma alarmu czy niepokoju w żeńskim życiu konsekrowanym. Tak jak decyzja na ‚tak’ należy do procesu rozeznania, tak samo należy do niego decyzja na ‚nie’. Co więcej, brak odejść mógłby być niepokojący. Dziś w Polsce nie ma gwałtownego odsiewu ani odchodzenia ze zgromadzeń. Te, które przyszły, przechodzą podobny proces rozeznawania jak ich poprzedniczki, choć było ich dużo więcej. Chcę to podkreślić, bo nieprawdą jest, że zakonnice odchodzą lawinowo. Nie można tego porównywać z latami 70. na Zachodzie, szczególnie w Kanadzie, gdy dosłownie pustoszały całe klasztory – z wielką pomocą naszych braci zakonników, jeśli chodzi o zgromadzenia żeńskie.

KAI: Ile profesek wieczystych odchodzi?

– W 1990 odeszły 42 siostry, czyli 0,2 proc., w 2000 odeszło 47 sióstr – 0,24 proc., w 2010 r. – 61 sióstr, czyli 0,3 i w 2015 – 57 – 0,3. I trzeba tu podkreślać, że były to rzeczywiste odejścia, czyli decyzje, podjęte przez konkretną siostrę. Sądzę, że – jeśli w ogóle – bardzo nieliczne były wydalenia z klasztoru. Dlatego, że w stosunku do profesek wieczystych zgromadzenie ma już niewiele do powiedzenia, nawet gdy profeska ściąga na wspólnotę bardzo duże kłopoty. Chyba, że spowoduje skandal, wówczas wkracza Kodeks Prawa Kanonicznego z kanonami, precyzującymi, w jakich okolicznościach wydala się ze zgromadzenia. To sytuacje bardzo rzadkie i trudne, które prawie się nie zdarzają.

KAI: Z jakich powodów odchodzą siostry po ślubach wieczystych?

– Z doświadczeń mojego zgromadzenia, jak i innych wynika, że najczęściej są to powody, związane z osobistym rozwojem danej zakonnicy. Często są to osoby, które nie do końca i dogłębnie rozeznały swoje powołanie, a potem czasem trudno się było zdecydować mimo poczucia, że to życie nie do końca daje satysfakcję w pełnym tego słowa znaczeniu; czasem to z powodu lęków, nieraz ambicji, bo kandydatka nie chce przyznać się do porażki, że przecież poszła do zakonu wbrew wszystkim, a teraz sobie idzie. Czasem to swoiste rozczarowanie wobec oczekiwań, z jakimi się przyszło i w stosunku do wspólnoty (miała być wspaniała i bez skazy, a nie jest) siebie samej (dziewczyna przychodzi do klasztoru, wydaje jej się, że już, już będzie świętą, a tu mijają lata, czas mija i nic z tego nie wychodzi.) Często dochodzi do jakiegoś zmęczenia, nudy, zniechęcenia (dziś modne jest słowo: wypalenie), człowiek się opuszcza, modlitwa oraz cała zakonna codzienność już nie smakuje.

KAI: Mistrzowie życia duchownego nazywają ten rodzaj depresji acedią?

– Tak, w wielu wypadkach jest to stan zniechęcenia i smutku, rozczarowania, bo nasze duchowe wysiłki wydają się bezowocne. W każdym rozwoju są momenty kryzysów, doły, ale wszystkie mogą być bardzo pozytywne, jeśli właściwie je przeżyjemy. Kryzysy są po to, żebyśmy wzrastali. Na wszystkich spotkaniach formacyjnych mówiłam młodszym siostrom, że Pan Bóg dopuszcza sytuacje kryzysowe nie po to, żeby nas zgnębić i wbić obcasem w ziemię, ale dać szansę wyjścia z tego i integracji na wyższym poziomie. Jeśli tej szansy nie wykorzystamy – jest coraz trudniej i przychodzi chwila, w której człowiek mówi: Mam dość, po co mam się tak męczyć. Sądzę, że odejść z tego powodu jest dużo.

KAI: Przez źle „zagospodarowany” kryzys?

– Tak. Szczególnie trudne są kryzysy, które przypadają na ten okres życia człowieka, który, zapożyczając sformułowań z literatury śródziemnomorskiej, trafia na czas „demona południowych godzin”. Pojawia się on koło czterdziestki-pięćdziesiątki, kiedy przychodzi czas pewnego obrachunku w życiu człowieka, konfrontacji tego, co za nami i osiągnięć dokonanych szczególnie w życiu wewnętrznym i tego co przed nami: co dalej, jak i jakimi narzędziami, jaką drogą?

KAI: A powody emocjonalne, zakochania?

– Z pewnością. To jedna z wyraźnych przyczyn odejść – związki emocjonalne poza klasztorem, przede wszystkim damsko-męskie, ale też damsko-damskie, choć nie wiem jak liczne. Przyjaźń, miłość, obietnica, może spowodować, że zakonnica zostawia wszystko i odchodzi. I te sytuacje są chyba najtrudniejsze, najtrudniej pomóc. Uczucia mają swoją siłę. Zwykle nim dojdzie się do decyzji o odejściu, jest długi okres prób ratowania i uzdrowienia relacji. Chyba że siostra wdała się w kontakt z mężczyzną (nieraz jest to ksiądz) i w drodze jest dziecko. Wówczas nie ma powodu do prowadzenia negocjacji, trzeba skupić się na ratowania matki i dziecka.

KAI: Konflikty i nieporozumienia z przełożonymi i wspólnotą? Stereotypy, krążące w mediach ukazują despotyczne przełożone, łamiące delikatniejsze i mniej odporne siostry.

– Zdarzają się. Z całą pewnością są przełożeni o autorytarnych osobowościach, ale schemat, że tak dzieje się regularnie, jest prymitywnym uproszczeniem. W klasztorach nie ma tak dużo, jak się niektórym wydaje, miejsca na kultywowanie postaw i działań autorytarnych. Przełożone też mają przełożone, kompetencje, prawo, które nie mogę bezkarnie przekraczać, a ewentualna ofiara przełożonych – ma drogę szukania pomocy aż do Stolicy Apostolskiej. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma problemów w tej dziedzinie mogących prowadzić do dramatu odejścia, ale przestrzegałabym przed demonizowaniem roli przełożonych w klasztorach, i w ogóle sprawy posłuszeństwa.

KAI: Wspólnota chyba jest w stanie zauważyć, że coś dzieje się ze współsiostrą?

– Naturalnie i najczęściej to właśnie wspólnota wie o kryzysie dużo wcześniej, niż przełożeni. Jeżeli przełożeni zaczynają analizować już ten kryzys, następuje długi okres zastanawiania się i rozeznawania. I tu nie wystarczy fakt, że lokalna przełożona jest wściekłą kobietą, która wszystkich dręczy, bo jeśli z tą przełożoną nie wychodzi, idziesz do innej wspólnoty lub wspólnie szukamy jakichś innych rozwiązań. I nie jest tak, że to przełożone są jedynie winne kryzysowi, powodującemu odejście siostry. Tak jak bajką o żelaznym wilku jest twierdzenie, że posłuszeństwo w zakonie jest takim urządzeniem, które jest w stanie złamać i zgnębić każdego człowieka. To nieprawda, w dzisiejszych czasach dziesięć razy pyta się siostrę, czy chce i czy jest gotowa podjąć konkretne zadania. Są sytuacje nadzwyczajne, że ktoś tego nie zrobi, ale to wyjątki.

KAI: Życie w klasztorach dziś różni się więc od obrazu, jaki malują media, kultura masowa, filmy, książki? 

– I to bardzo się różni. Tyle tylko, że ze stereotypami bardzo trudno walczyć. Znam nawet osoby duchowne, które powtarzają czasem historyjki o zakonnicach i klasztorach rodem ze średniowiecza (jeśli średniowiecze rzeczywiście było ciemne i ograniczone). Może to wiedza ze zwierzeń zakonnych, nie wiem. W świetle tych stereotypów należałoby zadać sobie pytanie o to jakim cudem te ograniczone, infantylne, zastraszone, maltretowane przez przełożonych, nie z tego świata kobiety, były w historii i są dzisiaj w stanie dawać swój tak nieproporcjonalnie do ich liczby duży wkład w misję i działalność duszpasterską Kościoła. A na poziomie konkretu – miałabym ochotę zaprosić do tego, kto chce poznać nasze życie, po prostu przyszedł i zobaczył… Jestem w klasztorze ponad czterdzieści lat. Przeżyłam momenty piękne i trudne i wszystkie one były wzbogacającym doświadczeniem. Spotkałam przełożone mądre (ogromna większość), czasem trzeba było dialogować, ale nigdy nie czułam się poniżana i maltretowana.

KAI: Obserwuję wiele zakonnic – to energiczne, zaradne, silne, twórcze kobiety. Nie są to ofiary losu.

– No właśnie. Tu dotykamy trochę bolesnego problemu – statusu społecznego zakonnic. Wszyscy są wspaniali – księża i świeccy, natomiast zakonnice są postrzegane i to nieraz przez księży – jako niedorozwinięte idiotki, biedactwa, które zachowują się jak dzieci. Muszę jednak powiedzieć, że nie jest to cała prawda. Narzekamy czasem na bycie trzecim światem kościelnym, ale to się naprawdę zmienia i mogłabym wskazać wielu wspaniałych księży i biskupów o zupełnie innych, pełnych zrozumienia i szacunku postawach. Droga do przejścia przed nami. A i my też musimy uważać, abyśmy nie dawały powodu do negatywnych ocen.

KAI: Ten stereotyp jest sprzeczny z polską tradycją – XIX i początek XX w. były czasem silnych, samodzielnych, przedsiębiorczych kobiet, które zakładały zgromadzenia, pracowały w najtrudniejszych miejscach, do których nikt nie docierał, także księża – wśród robotnic, służących, rzemieślniczek, ubogich chłopów. Przypomnienie tej tradycji to praca do odrobienia przez nas.

– Nasze Założycielki to były prawdziwe chrześcijańskie feministki, wiedzące czego Pan Bóg od nich oczekuje i odważnie podejmujące najtrudniejsze, graniczne – jak dziś byśmy powiedzieli – działania aby zadbać o tych, o których nikt nie myślał. Pewnie się też nie za bardzo zastanawiały czy ich doceniają i jak są postrzegane. Widziały cele, szukały narzędzi i sposobów i można powiedzieć, że „Pan Bóg był z nimi”. Myślę, że dziś jest to dla nas źródło i punkt stałego odniesienia kiedy myślimy i martwimy się tyloma naszymi sprawami, brakiem powołań, trudnościami w prowadzeniu dzieł itp.

Być może stereotyp, że zakonnice nadają się do niższych prac był związany też z przygotowaniem zawodowym sióstr w Polsce i z całą sytuacją, jaką mieliśmy. Może dlatego siostry były postrzegane przede wszystkim przez pryzmat posługi i obsługi. Dzisiaj to się zmienia. W latach 70. dwie siostry znakomicie przygotowane pracowały w małym seminarium. Owszem, gotowały, ale uczyły też matematyki i fizyki, bo były po studiach. To się skończyło, bo znaleźli się mężczyźni na ich miejsce. Mieliśmy też siostrę – historyczkę sztuki, która wykładała ten przedmiot, ale szybko jej podziękowano.

KAI: Dlatego raczej gotują i sprzątają.

– Coraz rzadziej gotują, w większości seminariów jest catering. Ale odkąd pracuję na szczeblu ogólnozakonnym, wciąż powtarzamy, żeby wprowadzić do seminariów choć kilka godzin wykładów z teologii życia konsekrowanego i jest to absolutnie pomijane. Potem z seminariów wychodzą dobrzy księża, którzy patrzą na „zakonniczki” z dystansu. Ja jednak nie tracę nadziei.

KAI: To może frustrować, siostry są coraz lepiej wykształcone, po teologii, prawie.

– Często kobieta, która chwieje się w swoim powołaniu i walczy z frustracją szuka najpierw pomocy w konfesjonale i nie zawsze ją tam znajduje, bo księża nie tylko nie rozumieją, po co się jest w klasztorze, ale patrzą na nie jak na osoby nie przystające się do dzisiejszych realiów, więc mówią: Ratuj się i uciekaj.

KAI: Czy u podłoża tych wszystkich odejść nie tkwi brak zrozumienia czym jest duchowe macierzyństwo?

– Ten powód włączam do nurtu rozwojowego, obejmującego bardzo wiele sfer – i psychiczne, i duchowe, często też zawodowe. W tych wszystkich płaszczyznach musi nastąpić zrozumienie dzięki autorefleksji, autoformacji, krytycyzmowi w stosunku do siebie – swoich dobrych i mniej dobrych momentów. Jeżeli praca nad sobą prowadzi do wzmacniania tego, co jest dobre z punktu widzenia mojego życia konsekrowanego i minimalizowanie tego, co stanowi dla mnie trudność, to jest szansa żebym się rozwinęła. Jeżeli tej postawy zabraknie, wcześniej czy później nastąpi wypalenie i to nie tylko zawodowe, ale też duchowe. Człowiek nie wie, po co ma iść do kaplicy, po co ma męczyć się ze współsiostrami, po co ma iść do refektarza czy być ograniczonym w tym czy w innym, po co ma zostawić szkołę, w której się doskonale czuje i iść do innej. Kwestia sensu, kryzys sensu. Naturalną drogą kobiety jest rozwój aspektu macierzyńskiego, choć nie wyraża się on w urodzeniu dziecka, natomiast musi się wyrażać w stosunku do życia, do innego człowieka – młodego czy starszego. Ale tu ciągle mamy kwestię rozwoju naszego człowieczeństwa, jeśli go zabraknie, coś zgrzyta.

KAI: Czy widzi Matka potrzebę radykalnych zmian w relacjach zakonnych, dzięki którym nie byłoby kryzysów i odejść?

– Mówienie o potrzebie wprowadzenia jakiejś rewolucji jest nieporozumieniem. Każde zgromadzenia trzeba by obejrzeć wielostronnie, nie można wsadzić wszystkie do wspólnego worka. Są wspólnoty, w których formacja jest solidna i wielostronna. Nie potrafię sobie wyobrazić, że można byłoby ją jeszcze zmienić czy uzupełnić, bo już tyle razy byłyśmy formowane i przeformowane, że jeszcze trochę, będziemy zdeformowane. Żartuję, rzecz jasna.

Każde pokolenie, które przychodzi do klasztoru, zmienia klasztor i zakon od każdej strony. I to jest najlepsza i najbezpieczniejsza droga zmian, jeśli wiąże się z szacunkiem i dobrą znajomością doktryny Kościoła, własnego Zgromadzenia, jego prawa, tradycji, historii. Zmiany nie następują przy biurku, w gruncie rzeczy nie dokonują ich nawet kapituły generalne, bo to, co dekretują, musi jeszcze przeniknąć do serc i mentalności sióstr. W czasie mojej formacji nowicjackiej musiałam znać całe partie naszych Konstytucji na pamięć. Dziś bardzo często Konstytucje stoją pięknie na półkach, ale rzadko się do nich zagląda. Formacji nie da się przeprowadzić za pomocą pism i dokumentów. Natomiast ludzie, którzy przychodzą, przynoszą ze sobą zmiany. Delikatne i powolne, ale zmieniają otoczenie i warunki. Życie w naszych wspólnotach dzisiaj jest zupełnie inne niż 30, 40, 50 lat temu. I tak się kształtuje żeby siostrom w nich było dobrze, żeby czuły się dobrze we wspólnocie, aprobowane i aprobujące. A jednocześnie, aby pozostawało zawsze otwarte pytanie: co możemy zrobić aby żyć lepiej?

KAI: Wiele sióstr, które znam czy o których pisałam, sprawiają wrażenie osób zrealizowanych i szczęśliwych, będących na właściwym miejscu. Żyją pełnią, ich życie jest twórcze. Często w mediach powraca jednak problem relacji między podwładną a przełożoną. Czy tu nie trzeba szukać owych „rezerw”? Słowo ‚dialog’ pada stale.

– Co roku odbywają się dla wyższych przełożonych zakonnych spotkania, na których omawiamy relacje ‚przełożony’ – ‚podwładny’, choć nie są to dobre określenia tych relacji. Dzisiejsza teologia i duchowość posługi przełożeńskiej sprowadza się do dwóch spraw: po pierwsze to jest misja, a misja ma określone zadania, cele. Po drugie: to jest służba, a nawet najpierw to jest służba, a potem misja. Te dwa zadania muszą przełożyć się na konkret w każdym zgromadzeniu, które ma swoje tradycje, zwyczaje, sposoby sprawowania urzędów i władzy i konkretnych relacji we wspólnocie. Nie wyobrażam sobie dziś wspólnoty, w której panują stosunki feudalne czy niewolnicze. Natomiast wiemy też z doświadczenia, że w tych relacjach są zawsze dwie strony i zarówno od przełożonych jak i od sióstr, które zostały jej powierzone zależy jakość i poziom także duchowy tych relacji. Ale niestety czasem „rozsadnikiem” tych wieści, a w efekcie stereotypów, jesteśmy my same. Zdarza się, że obolałe siostry, z problemami, z którymi nie mogą sobie poradzić, skarżą się w konfesjonałach jak są maltretowane i gnębione przez przełożoną i współsiostry. W artykule, który kiedyś napisałam na temat spowiedzi sióstr, zwracałam uwagę na to odpowiednie kształtowanie relacji także i w konfesjonale, tak aby nie było to spowiadanie z cudzych grzechów i pocieszanie nieszczęśliwych

KAI: Są jednak wypadki, w których owe nadużycia czy nieprawidłowości są realne, kilka lat temu był przecież problem ze zgromadzeniem, które odeszło daleko od zdrowego rozsądku i musiała interweniować nawet policja.

– Z całą pewnością takie przypadki się zdarzają, nie można zaprzeczać. Ale czy jest ich tak dużo, aby uogólniać je na wszystkie zakony, na całą społeczność zakonnic? Nie chcę bronić przełożonych, one też popełniają błędy, jak każdy z nas, ale to na pewno nie one są tymi które „wymiatają” powołania z klasztorów.

KAI: Gdy zdarza się konflikt jakie są instancje, do których zakonnica może się odwołać?

– Nasze zgromadzenie na przykład ma potrójną strukturę. Najważniejsze są małe wspólnoty, lokalne. Te wspólnoty gromadzą się w prowincje, które mają przełożoną prowincjalną i radę. Trzeci poziom to poziom zarządu generalnego. Jeżeli we wspólnocie powstaje konflikt, odwołuję się w pierwszym etapie do przełożonej prowincjalnej, jeżeli ona nie chce, nie może, bo jest wredną osobą i nie mogę z nią rozmawiać, mam do dyspozycji matkę generalną. I nie jest tak, że żadna mnie nie chce wysłuchać, więc muszę wystąpić. Jeżeli żadna nie chce mnie wysłuchać, a mam poczucie, że to ja mam rację, mam jeszcze Kongregację ds. Życia Konsekrowanego w Rzymie. Nie jesteśmy bezbronne, musimy tylko orientować się w procedurach.

Odejścia z zakonu na etapie formacji lub po ślubach wieczystych zawsze były, są i będą. Dlatego, że jesteśmy ułomnymi i grzesznymi ludźmi, nieraz nie do końca rozsądnymi, czasem podejmujemy zadania, które przekraczają nasze siły, czasem wchodzimy w relacje czy układy, które nie wiadomo dokąd nas poprowadzą, przekraczamy granice, których nie powinnyśmy przekroczyć. Mamy problemy z naszymi pragnieniami i uczuciami. Jesteśmy ludźmi, którzy należą do dzisiejszego świata, którzy wybrali niełatwy sposób na życie. Ale bardzo piękny i potrzebny – światu i Kościołowi. Który daje ogromnej większości sióstr poczucie dobrego i udanego życia. A stąd się bierze poczucie szczęścia – i radość.

Rozmawiała Alina Petrowa-Wasilewicz 

***

M. Jolanta Olech USJK – urszulanka Serca Jezusa Konającego, absolwentka sekcji socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, kursów prawa i teologii w Rzymie. W Zgromadzeniu pełniła różne posługi w Skandynawii, w Rzymie i w Polsce. Od 1976 roku w Zarządzie Generalnym Zgromadzenia; przełożona generalna w latach 1995-2007; przewodnicząca Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych w latach 1996-2007; konsultorka Kongregacji Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego do 2014 r.; dwukrotnie uczestniczyła w Synodach Biskupów w Rzymie, jako obserwatorka, 1999 w II Synodzie dla Europy i 2001 – O posłudze Biskupów; od 2008 – sekretarka generalna Konferencji Wyższych Przełożonych. Autorka wielu artykułów, szczególnie o tematyce związanej z życiem konsekrowanym.

Za: www.ekai.pl