Transitus – radosne umieranie

Gdy więc zbliżała się godzina jego przejścia, polecił zwołać do siebie wszystkich braci tam mieszkających i pocieszając ich smutnych z powodu jego śmierci, słowami przynoszącymi otuchę, z ojcowskim uczuciem zachęcił ich do miłowania Boga.

 
Długo mówił o cierpliwości i ubóstwie, a także o zachowaniu wierności wobec świętego Kościoła Rzymskiego, kładąc ponad wszystko troskę o zachowanie Ewangelii. Gdy wokół niego siedzieli wszyscy bracia, wyciągnął nad nimi ręce złożone na kształt krzyża dlatego, że znak ten zawsze kochał i wszystkim braciom tak obecnym jak i nieobecnym, mocą Ukrzyżowanego i w Jego imię udzielił błogosławieństwa. Ponadto dodał: „Zegnajcie, wszyscy synowie, w bojaźni Pańskiej trwajcie zawsze. A ponieważ zbliża się pokusa i udręczenie, szczęśliwi, którzy wytrwają w tym, co rozpoczęli. Ja zaś pospieszam do Boga, którego łasce polecam was wszystkich." Skończywszy to słodkie napomnienie, rozkazał mąż Boży najdroższy, aby przyniesiono mu księgę Ewangelii i prosił, aby mu czytano Ewangelię według św. Jana, rozpoczynając od słów: »Było to przed świętem Paschy«. Później tak, jak mógł zaczął modlić się słowami Psalmu: »Głosem moim wołałem do Pana, głosem moim błagałem Pana«. Po odmówieniu całego Psalmu tak go zakończył: „Mnie – powiedział – oczekują sprawiedliwi, aż do momentu, gdy dasz mi nagrodę."

Gdy wypełniły się w nim wszystkie tajemnice i owa najświętsza dusza uwolniona od ciała zanurzyła się w bezmiarze Bożej światłością błogosławiony mąż zasnął w Panu. (1 B XIV 5-6)

br. Paweł Teperski OFMCap

 

 
Nauka mówi, że instynkt życia jest najsilniejszym z instynktów w człowieku, a nawet gdyby nauka tego nie udowodniła, każdy z nas jakoś podskórnie czuje, że tak jest. Osobę, która nie ma owego lęku w sposób naturalny należałoby nazwać szaloną i jedynie brak wiedzy medycznej nie pozwala mi określić tej patologii w dziedzinie psychiatrii czy psychologii. Kiedy składamy sobie życzenia zazwyczaj słyszy się: zdrowia i długich lat życia. Życie ma coś w sobie, że potrafi być urzekające i choć nie jest pasmem szczęścia, bo zakłócają je choroby i różne trudności, dla wielu z nas potrafi być piękne. I jak tu teraz przejść do tematu śmierci? Kiedy siadłem do komputera, by napisać ten tekst, pomodliłem się krótko do Ducha Świętego o światło i rozpocząłem pisanie. Dosłownie po dwóch zdaniach, moją pracę przerwał telefon. Zadzwoniła koleżanka i płacząc powiedziała, że właśnie zmarł jej ojciec, żebym pomodlił się za nich i za niego. W momencie, w którym ona dzwoniła przepełniona wielkim bólem, ja pisałem w tytule: radosne umieranie.

Co można powiedzieć w takiej sytuacji, kiedy odchodzi ktoś, komu zawdzięczamy tak wiele, czasem życie? Czy jakieś słowa mogą przynieść ukojenie? Pomimo jej płaczu starałem się spokojnie mówić o nadziei zmartwychwstania, że Jezus Chrystus, nasz Pan i Zbawiciel ma dla nas dobrą nowinę. To właśnie On przeszedł przez śmierć i Jego zmartwychwstanie naprawdę zmienia perspektywę naszego życia. Nie mówię, że jest rzeczą prostą to zrozumieć. Absolutnie nie! Paradoksalnie sam widzę, że nie jest prosto uwierzyć w prawdę, że my tak naprawdę nie umieramy. Właśnie dzięki mocy wiary w Jezusa Chrystusa, nasze życie pomimo, że kończy się tu na ziemi, trwa z Bogiem dalej. Kiedy nad tym myślę, to aż nie chce mi się wierzyć. Z jednej strony boję się, bo przecież Bóg rozliczy mnie za każdy czyn, ale z drugiej strony Biblia pokazuje mi obraz Boga miłości. Jezus Chrystus umarł za nas na krzyżu, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami (por. Rz 5, 6). Miłość Boga jest tym, co pozwala iść dalej z nadzieją. Nie moje dobre uczynki, starania, wysiłki – to wszystko nie może zapewnić mi zbawienia, gdyż jak mówi Biblia: zbawienie osiągamy poprzez wiarę (por. Rz 10, 9). Jeżeli chodzę w niedzielę do Kościoła, przyjmuję sakramenty i czytam Biblię to nie po to, by zasłużyć na zbawienie (gdyż jest to niemożliwe, cena jest zbyt wysoka), ale by uwierzyć w Tego, który to zbawienie mi już wysłużył swoją śmiercią i zmartwychwstaniem.

Dla mnie bardzo poruszająca jest śmierć mojego zakonodawcy świętego Franciszka. Kiedy umierał w 1226 roku w Asyżu, odchodził do Pana z pieśnią na ustach. Śpiewał o siostrze śmierci, bo jak mówił, tylko ona może przeprowadzić go przez tę bramę życia ku wieczności. Kiedy na to patrzę, pytam samego siebie: czy Franciszek zwariował, albo uwierzył i zrozumiał coś, czego ja jeszcze dzisiaj do końca nie rozumiem? Co roku jako franciszkanie celebrujemy 3 października nabożeństwo Transitus – tzn. przejście brata Franciszka do domu Ojca. Jest to uroczystość podniosła, ale i zarazem radosna – cieszymy się, że umarł, że odszedł. Mamy  śmiałość cieszyć się i radować, bo wierzymy, że jest życie po drugiej stronie. Jednak gdybym ja dzisiaj miał odejść do Pana, to obawiam się, że nie miałbym na ustach pieśni pochwalnej wysławiającej miłość i wielkość Boga.

Ewangelia daje mi powody, żeby widzieć, że wiara chrześcijańska niesie coś niesamowitego – pocieszenie i nadzieję. Ale nie, jak mają zwyczaj mówić złośliwi, nadzieję lepszego życia po śmierci, a smutnego bytowania na tym łez padole. Dobra nowina o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa przynosi nadzieję, która zmienia moje życie już tu na ziemi. Żyje się inaczej, kiedy doświadczam, że Bóg mnie kocha dzisiaj takiego jakim jestem. Pomimo moich grzechów, słabości i upadków. Bóg ich nie pragnie, ale kocha mnie mimo wszystko. Wierzę, że również mnie, słabemu grzesznikowi, będzie podarowana przez Pana kiedyś ta wiara, że nie będę się bał myśleć o śmierci i przyjąć ją, tak jak to zrobił Franciszek – z otwartymi ramionami.

Parę lat temu odkryłem, będąc od wielu lat już kapłanem i zakonnikiem, że ja po prostu nie mam wiary, wiary o której mówi Jezus, zaufania, które On ma do Ojca. Dlatego każdego ranka kiedy wstaję, klękam przed łóżkiem i proszę Pana właśnie o dar wiary. Telewizja, Radio, prasa i Internet robią nam często wodę z mózgu. Konsumpcyjny styl życia zabrał nam już dawno nadzieję na życie wieczne. Większość ludzi, żyje tak, jakby ten świat był jedynym. Tymczasem głęboko wierzę, że Bóg podarował nam niebo, że ono istnieje. Kiedy piszę te słowa, to aż chce mi się śmiać, bo sam widzę, że piszę jak przysłowiowy „klecha", ale ja naprawdę w to uwierzyłem. Wiem, że jest to łaska, dlatego pragnę się nią dzielić. Bóg naprawdę jest i kocha. Jezus naprawdę umarł i zmartwychwstał. Bólem dla mnie jest to, że większość ludzi (nawet tych chodzących do kościoła) tak naprawdę w to nie wierzy. Nie wierzymy, że Bóg może nas kochać po prostu takimi jacy jesteśmy, za nic, za to, że jesteśmy Jego dziećmi.

 
Daj Boże, byśmy w momencie, kiedy do Ciebie lub do mnie zapuka śmierć, mogli jak święty Franciszek z radością otworzyć jej drzwi i śpiewać, ciesząc się, że mamy przewodniczkę do naszego Pana, która zaprowadzi nas prostą drogą tam, gdzie może dzisiaj lękamy się pójść, ale gdzie czeka na nas Ten, który z miłości do nas oddał swoje życia – Jezus Chrystus zmartwychwstały.

Pochwalony bądź, Panie mój, przez naszą siostrę śmierć cielesną,
której żaden człowiek żywy uniknąć nie może.
Biada tym, którzy umierają w grzechach śmiertelnych;
Błogosławieni ci, których śmierć zastanie w Twej najświętszej woli,
albowiem śmierć druga nie wyrządzi im krzywdy.
Chwalcie i błogosławcie mojego Pana,
i dziękujcie Mu, i służcie z wielką pokorą.

św. Franciszek z Asyżu, "Pochwała stworzeń"

Artykuł w skróconej formie, całość ukazała się w „Przewodniku Katolickim" 14 listopada 2010 r.

 
 

 
Transitus w Asyżu

W nocy z 3 na 4 października 1226 r. św. Franciszek z Asyżu przeszedł z tego życia do życia wiecznego; odchodził do Pana na ziemi przy kapliczce Porcjunkuli.

Na pamiątkę tych wydarzeń rokrocznie w Bazylice Matki Bożej Anielskiej trzeciego października gromadzą się reprezentanci wszystkich zakonów franciszkańskich, by wspólnie przeżywać nabożeństwo Transitus – chwalebnego przejścia naszego Ojca Franciszka do domu Ojca. Urok bazyliki i klimat tego miejsca są nie do opowiedzenia dla kogoś kto nie postawił tam stopy. Maleńka kapliczka stojąca na środku kościoła, ta będąca świadkiem narodzin duchowych Franciszka, później zaś narodzin dla nieba tego Bożego męża. Stoi do dziś skromnie jak Franciszek, będąc otoczoną murami dostojnej bazyliki, która swym majestatem i pięknem pragnie ją chronić, niczym święta Matka Kościół rozpościerająca swój płaszcz nad zakonem Biedaczyny z Asyżu. Uroczystości Transitusu towarzyszy zawsze przepiękna oprawa liturgiczna. Śpiewy, czytanie z Ewangelii świętego Jana, składa się na tacy małe chlebki, które przed śmiercią święty pragnął rozdać swym braciom, na wzór Jezusa, który błogosławił chleb podczas ostatniej wieczerzy. Tego dnia we wszystkich kościołach i klasztorach franciszkańskich na całym świecie gromadzą się bracia i siostry, naśladowcy świętego Franciszka, celebrując Transitus.

Galeria zdjęć na: www.kapucyni.pl (fot. br. Paweł Teperski OFMCap) 

 

 
Wolał służyć
Panu niż słudze – św. Franciszek z Asyżu

Wieczorem 3
października franciszkanie na całym świecie uczestniczyli w swoich klasztorach
w nabożeństwie „Transitus", upamiętniającym chwalebną śmierć swojego ojca
założyciela – św. Franciszka z Asyżu. („Transitus" w języku łacińskim znaczy „przejście"
– przyp. red.).

W
uroczystych procesjach, ze świecami w dłoniach wnieśli do świątyń relikwie św.
Franciszka. Następnie wysłuchali szczegółowego opisu śmierci Biedaczyny z Asyżu
zaczerpniętego z wczesnych źródeł franciszkańskich oraz listu br. Eliasza, generała
Zakonu po śmierci Świętego.

Podczas
nabożeństwa modlili się, aby Chrystus uczynił ich narzędziami pokoju, tak aby
mogli siać miłość – tam gdzie panuje nienawiść, wybaczenie – tam gdzie panuje
krzywda, jedność – tam gdzie panuje zwątpienie, nadzieję – tam gdzie panuje
rozpacz, światło – tam gdzie panuje mrok, radość – tam gdzie panuje smutek.

„Spraw,
abyśmy mogli nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać. Nie tyle szukać
zrozumienia, co rozumieć. Nie tyle szukać miłości, co kochać. Albowiem dając –
otrzymujemy; wybaczając – zyskujemy przebaczenie; a umierając, rodzimy się do
wiecznego życia" – błagali.

Na
zakończenie nabożeństwa uczcili relikwie przez pocałowanie.

Św.
Franciszek nie od początku był święty, tak jak nie od początku nosił to imię.
Urodził się w 1181 bądź 1182 roku i na chrzcie otrzymał imię Jan. Jednak jego
ojciec – kupiec, który zakochany był po uszy we Francji szybko go „przechrzcił"
na „Francesco" (Francuzik).

Młodzieńcze
lata Franciszka nie wiele różniły się od lat młodzieńczych jego rówieśników.
Krótko mówiąc, nieźle się bawił. Ale w pierwszych latach XIII w. od
tajemniczego głosu we śnie: „Dlaczego dla sługi opuszczasz Pana i Księcia dla
poddanego" rozpoczyna się nieodwracalny proces jego nawrócenia. Przestaje
zabiegać o tytuł rycerski, a zaczyna intensywnie się modlić. W kościele pw. św.
Damiana (San Damiano) z krzyża usłyszał głos: „Franciszku, czyż nie widzisz, że
ten dom mój chyli się ku upadkowi? Idź więc i napraw mi go". Zdążył
odrestaurować trzy okoliczne świątynie, zanim zrozumiał, że Chrystusowi
chodziło o Kościół – instytucję.

W odbudowę
Kościoła zaczęli masowo angażować się ludzie licznych stanów i zawodów, których
Franciszek pociągnął swoją autentycznością i świątobliwością. Już wtedy
widzieli w nim drugiego Chrystusa. Chcą nie chcąc musiał założyć dla nich trzy
zakony. I – dla mężczyzn (franciszkanie), II – dla kobiet (klaryski) i III – dla
świeckich, żyjących w małżeństwach i rodzinach (Franciszkański Zakon
Świeckich).

Podobieństwo
Franciszka do Chrystusa Ukrzyżowanego potwierdził sam Bóg jeszcze za jego
życia. W roku 1224 na Górze La Verna Jezus w postaci Serafina udzielił mu
stygmatów (pięć ran na rękach, nogach i boku). Do siebie na zawsze Bóg odwołał
Franciszka dwa lata później – w sobotę wieczorem 3 października 1226 r. (Według
liturgicznego zwyczaju średniowiecznego wieczór należał już do dnia następnego,
stąd uroczystość św. Franciszka obchodzimy 4 października – przyp. red.).

jms