Anna Pietraszek o „Ojcu Trędowatych”

Czynił z ludźmi cuda. Rusza proces beatyfikacyjny o. Mariana Żelazka SVD.

Szkoła podstawowa i liceum, kościół, szpital, klinika dentystyczna, ogród, staw rybny, ferma kurza – to tylko kilka z licznych inicjatyw, które podjął o. Marian Żelazek, by poprawić byt trędowatych w Indiach. Niebawem rozpocznie się proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym polskiego misjonarza, który znacząco wpłynął na przemianę myślenia kastowej ludności o biednych i cierpiących. Postać werbisty przypomina Anna Pietraszek, dokumentalistka, będąca przyjaciółką kandydata na ołtarze.

O. Marian Żelazek ponad pół wieku pracował w Indiach. Nazywany jest „Ojcem trędowatych”, a porównuje się go do takich postaci, jak Matka Teresa z Kalkuty czy o. Jan Beyzym. Red. Anna Pietraszek wielokrotnie miała okazję rozmawiać z polskim misjonarzem i przebywać w jego towarzystwie. Pierwszy raz usłyszała o nim od himalaistów.

– Lekarze-himalaiści mieli taki zwyczaj, że jak wracali z wypraw do Polski, zbierali wszystkie leki oraz sprzęt medyczny, odłączali się od wszystkich, jechali do Puri i przekazywali te leki o. Marianowi. Jeden z nich opowiedział mi, że jest taki misjonarz, który pracuje pół wieku wśród trędowatych. Zorganizował im szkołę, zbudował kościół, a my w Polsce nic o nim nie wiemy. Za wszelką cenę postanowiłam tam dotrzeć (…). Ciepło jego spojrzenia i uważność pamiętam dokładnie do dzisiaj. Kiedy patrzył, myślałam, że wszystko o mnie wie. Tak samo było, gdy poznawał innych ludzi – powiedziała dokumentalistka.

Gość Radia Maryja zaznaczyła, że polski misjonarz dokonał wielkich rzeczy, ale w tym wszystkim najważniejszy jest jego start: 5 lat w niemieckim obozie w Dachau.   

– Taki młody seminarzysta wychodzi i postanawia spłacić dług wobec Pana Jezusa i św. Józefa za ocalenie. To był cud ocalenia. Pamiętam, jak obaj: on i ks. abp Kazimierz Majdański, wspominali tę chwilę. Razem zostali oswobodzeni z Dachau. Gdy przekroczyli bramę obozową, mieli na tyle sił, żeby położyć się na trawie, patrzyć w niebo i wołać: „Wolność, wolność, wolność!”. Obaj złożyli przysięgę św. Józefowi, że w podzięce będą pracować dla ludzi – wskazała Anna Pietraszek.

Po wyzwoleniu z obozu O. Marian Żelazek studiował w Rzymie, a później starał się o wizę do Chin, ponieważ postanowił sobie, że będzie pracował w kraju, w którym jest najwięcej ludzi i najwięcej problemów. Komunizm przeszkodził mu w tej decyzji, ale trafił do Indii i tam dożył ostatnich swoich chwil – tłumaczyła gość Radia Maryja.

– Gdy przyjechał, wydawało się, że tam jest ugór. Trafił po plemienia Adivasów, którym nikt nie chciał się zajmować (byli pomawiani m.in. o ludożerstwo). Gdy przyjechałam kiedyś na Boże Narodzenie do o. Mariana, okazało się, że ojciec na jeden dzień opuszcza całą swoją misję i jedzie do Adivasów, bo bez niego nie rozpoczynają Bożego Narodzenia. Takie cuda z ludźmi ojciec robił – podkreśliła dokumentalistka.

Anna Pietraszek przypomniała, że trędowaci w Indiach to ludzie, których nie ma. Wywoziło się ich na śmietnik za miasto i zostawiało w głodzie oraz konaniu. Praca polskiego misjonarza wpłynęła natomiast na przemianę myślenia Hindusów o biednych i cierpiących. Jak o. Marian Żelazek to osiągał?

– To była żmudna praca na całe lata. Nie można było na siłę niczego wprowadzać, budować. Pod bokiem wielkiej bramińskiej świątyni ojciec buduje kościół. Pomału zorganizował wioskę trędowatych, ale właściwie była to samodzielna społeczność utrzymująca się z własnej pracy, wyspecjalizowana w dziedzinach, których praktycznie w całym wielkim miasteczku nie ma. Założył staw rybny, ogród z pięknie hodowanymi owocami, fermę kurzą. Wszędzie tam znajdowali pracę przede wszystkim trędowaci. Postawił podstawową szkołę (…) i tak pociągnął poziom nauczania, że okazało się, iż dzieci z tej szkoły mają absolutnie otwarte drzwi do wszystkich innych szkół i później na uczelnię. Wobec tego, po cichu, bramini z najwyższej kasty zaczęli posyłać swoje dzieci do szkoły o. Mariana, bo chcieli, żeby były dobrze wyedukowane (…). Zbudował także szpital i klinikę dentystyczną – akcentowała redaktor.

Dokumentalistka zwróciła uwagę na jeszcze jedną godną podziwu cechę u o. Mariana: w każdym człowieku szukał dobra.

– W osobie, w której naprawdę nie sposób dopatrzyć się czegokolwiek dobrego: krzywdzącej, niedobrej, uzależnionej – on z nią spędzał czas, przyglądał się i widział to „coś”, czego później się chwytał i wyprowadzał tę osobę. Byłam świadkiem, kiedy napotkał w Puri Polaka związanego z sektą. Drobnymi krokami, od zaproszenia na kolację, przyjął go i wyciągnął – dodała Anna Pietraszek.

Przy kolonii trędowatych już rok po śmierci polskiego misjonarza stanęła statua naturalnej wielkości o. Mariana Żelazka. Codziennie, zgodnie ze zwyczajem hinduistycznym, zawieszona jest na niej świeża girlanda z kwiatów. Jego grób już stanowi centrum pielgrzymek.

– Bardzo wielu ludzi tam przychodzi, Hinduistów, którzy niekoniecznie muszą być chrześcijanami, ale wierzą w to, co ojciec mówił, że Pan Bóg jest Miłością (…). O. Marian sam był świadkiem Miłości.  Dla każdego był taki, – podkreśliła gość „Aktualności dnia”.

Cała rozmowa z red. Anną Pietraszek dostępna jest [tutaj].

Za: Radio Maryja