Bolesna Matka ze Staniątek

Opactwo sióstr benedyktynek w Staniątkach jest najstarszym klasztorem mniszek w Polsce. Pochodzi z początku XIII wieku. Fundator klasztoru i kościoła pod wezwaniem św. Wojciecha – Klemens Jaksa Gryfita z Ruszczy, kasztelan krakowski – ofiarował swej świątobliwej córce Wizennie, pierwszej przełożonej-ksieni benedyktynek w Staniątkach, obraz Matki Boskiej Bolesnej. Przed Jej cudownym obliczem modlił się król Władysław Jagiełło, kiedy szedł na wojnę z Krzyżakami i kiedy wracał po zwycięstwie pod Grunwaldem. 

Legenda mówi, że św. Wojciech, który przechodził w 995 roku z Węgier do Krakowa zatrzymał się w tym miejscu i powiedział: „Udielame tady staniatku” („zróbmy tu sobie odpoczynek”). Na pamiątkę tego wydarzenia nazwano tę miejscowość „Staniątki”. Znajduje się ona zaledwie 20 kilometrów na wschód od Krakowa, niemal na skraju Puszczy Niepołomickiej.

Klasztor benedyktynek

W XIII wieku – przed rokiem 1228 kasztelan krakowski – Klemens z Ruszczy ufundował dla swojej córki Wizenny klasztor w Staniątkach. Jego konsekracja miała miejsce w roku 1238. Kilkanaście lat później, bo w 1253 roku papież Innocenty III ostateczne zatwierdził fundację.

Ojciec pierwszej ksieni, wyposażył klasztor i podarował mu obraz Matki Bożej Bolesnej. Już od przeszło siedmiu wieków w bocznej kaplicy świątyni, króluje Pani Staniątecka. Maryja przedstawiona jest w postaci stojącej z załamanymi rękoma, przebita siedmioma mieczami, przypominającymi Jej boleści, z twarzą zalaną łzami.

Fundator podarował mniszkom także obszerne włości. Niestety, do dziś oprócz klasztornego ogrodu nic z nich nie pozostało.

Jak można wyczytać w dokumentach, już w średniowieczu benedyktynki przyjmowały na wychowanie dziewczęta. Dało to początek szkole klasztornej.

Czas rozkwitu i PRL-u

W XVII wieku miał miejsce szczególny rozkwit opactwa. Wtedy w klasztorze mieszkało zazwyczaj ponad pięćdziesiąt zakonnic. Po rozbiorach – klasztor sióstr staniąteckich – jako jedyny w zaborze austriackim uniknął naznaczenia limitu liczebności. To pozwoliło mu w XX wieku wspomóc personelem odradzający się klasztor w Wilnie oraz zasiedlić skasowany klasztor w Nieświeżu.

Po zakończeniu drugiej wojny światowej władze komunistyczne odebrały siostrom szkołę oraz  resztę posiadanej jeszcze ziemi. Na dwa lata – od 1954 do 1956 roku – przesiedliły benedyktynki do klasztoru w Alwerni.

Kiedy zgromadzenie powróciło do swojej własności, szkoły nie udało się już reaktywować. Niewielką część dawnej ziemi klasztornej udało się siostrom odzyskać już w czasach III Rzeczypospolitej, ale została natychmiast sprzedana dla opłacenia niezbędnych remontów w kościele.

Staniątecka Pani

Historia klasztoru sióstr benedyktynek jest niezwykle bogata. Warto podkreślić, że u stóp Matki Bożej Staniąteckiej modliła się przyjaciółka Wizenny – bł. Kinga – jej wychowanka – bł. Salomea – oraz Bolesław Wstydliwy. Klasztor sióstr odwiedzili także św. Jadwiga Królowa, król Władysław Jagiełło, a także Zygmunt Stary, Jan III Sobieski, konfederaci barscy i polscy powstańcy.

Na początku XX wieku benedyktynki podjęły starania o koronację wizerunku Matki Bożej Bolesnej. Inicjatorką tych starań była ksieni Kazimiera Hilaria Szczerbianka. W 1913 roku siostry otrzymały zgodę Kościoła na koronację. Niestety, przygotowania do uroczystości przerwane zostały przez wybuch pierwszej wojny światowej.

Do tematu koronacji powrócono po zakończeniu wojny i ustabilizowaniu się sytuacji politycznej. Wówczas to, z ofiarowanych przez wiernych kosztowności, została wykonana korona ze szczerego złota. Sama uroczystość nałożenia koron miała miejsce 21 września 1924 roku. To nie kto inny, ale sam kardynał Adam Stefan Sapieha, metropolita krakowski, dokonał uroczystej koronacji. W czasie uroczystości odczytał słowa z dekretu koronacyjnego:

„Obraz ten największą czcią już od dawna otaczali królowie polscy, a sami biskupi rzymscy uczcili wspomniany kościół odpustami (…) dlatego (…) na większą chwałę Trójcy Przenajświętszej, ku nowej chlubie i ozdobie Bogarodzicy jednogłośnie (…) uchwalamy i polecamy tenże obraz Pani Naszej pod wezwaniem Bolesnej w uroczysty sposób przyozdobić złotą koroną”.

Muzeum

Opactwo staniąteckie posiada wiele cennych pamiątek z historii: dokumentów, rękopisów, starodruków oraz przedmiotów i szat liturgicznych. W muzeum jakie znajduje się przy klasztorze można oglądać bogate zbiory szat i sprzętów kościelnych, w tym monstrancję późnogotycką z 1543 roku, obrazy, rzeźby, zabytki piśmiennictwa – inkunabuły oraz kolekcje figurek woskowych, które produkowano w klasztorze.

Siostry Benedyktynki
Staniątki 299
32-005 Niepołomice
koło Krakowa

tel. (012) 2818058
www.benedyktynki.org
[email protected]



Powołanie jest łaską i tajemnicą 

Siostra Małgorzata Borkowska jest benedyktynką od blisko pięćdziesięciu lat. Mówi się o niej jako o  najwybitniejszej historyczce żeńskiego życia zakonnego doby staropolskiej. Najpierw mieszkała w klasztorze w Żarnowcu, a od kilku lat w Staniątkach. Jest archiwistką, bibliotekarką, a w przeszłości była mistrzynią nowicjatu. Obecnie przygotowuje publikacje o klasztorze na jubileusz 800-lecia jego powstania. Jak sama mówi, jest szczęśliwa, bo „kiedy człowiek czuje, że jest na właściwym miejscu i robi, to co Pan Bóg od niego chce, nie może się czuć inaczej.

Siostra Małgorzata nie chce dużo mówić o swoim powołaniu, uśmiecha się tylko i mówi, że powołanie jest łaską i tajemnicą. Ona sama kiedyś studiowała polonistykę i teologię, a pracuje jako archiwista, historyk. – Wstąpiłam do zakonu i marzyłam, by tam „marchewkę plewić”. Trafiłam jednak do zgromadzenia, gdzie ceniono pracę umysłową i historia „dopadła mnie w klasztorze”. Przełożona zorientowała się w moich zdolnościach i któregoś dnia powiedziała: „Ty dziecko lepiej zabierz się do pisania, bo sprzątania nigdy się nie nauczysz”. Fakt, byłam wtedy najgorszą sprzątaczką w kongregacji – z uśmiechem rozpoczyna swoją opowieść zakonnica.

Tak więc siostra Małgorzata rozpoczęła pracę archiwisty. Kilka dobrych lat kosztowało ją skatalogowanie archiwum wileńskiego sióstr. – Bóg zastawił niejako na mnie pułapkę. Prowadzi mnie, tam, gdzie bym nie chciała, a potem okazuje się, że to jest dla mnie właśnie dobre. Potem przez czterdzieści lat jeździłam po różnych archiwach i odnajdywałam różne ciekawe rzeczy. Miałam szczęście, bo wcześniej prawie nikt się tym nie zajmował. Przez moje ręce przeszły dokumenty różnych klasztorów i zakonów – opowiada siostra Małgorzata Borkowska.

Staniątecka archiwistka jest dziś uznanym autorytetem, dlatego swoje prace konsultują z nią młodzi historycy. – Jestem taką „ciotką” dla tych młodych naukowców. Śmieję się, że spotykam się z nimi na kanapie, czyli przysyłają mi internetem swoje prace, a ja je czytam i poprawiam – mówi siostra Borkowska.

Zakonnica podkreśla, że człowiek powołany, to taki, który nawiązał kontakt z Panem Bogiem, zafascynował się nim i poszedł za nim „na całość”. – Trzeba oddać Panu Bogu całego siebie. To jednak może zdarzyć się w każdych warunkach. Ja już blisko pięćdziesiąt lat jestem benedyktynką i jest mi z tym dobrze. Czasem, jak w każdym życiu pojawiają się pewne problemy, ale z Bożą pomocą i łaską zawsze można je pokonać. Jestem szczęśliwa, bo czuję, że jestem na miejscu i wypełniam wolę Bożą – kończy benedyktynka.

Czy to nie łaska, że po tylu latach życia mniszego, życia wypełnionego niespodziankami, siostra Małgorzata uśmiecha się i poświęca swój czas, swoje życie Bogu?

mp

 


Całe jej życie jest łaską

Siostra Joanna już kiedy została poczęta, została przez swych rodziców ofiarowana Pana Bogu. Kiedy dorosła, wstąpiła do staniąteckiego klasztoru sióstr benedyktynek. – Moje powołanie, moje całe życie jest wielką łaską, jaką otrzymałam od Boga i Bolesnej Pani, pod okiem której wzrastałam i całe niemal życie przeżyłam – mówi benedyktynka.

– Moi rodzice bardzo pragnęli bym była zakonnicą, a ja byłam od dziecka bardzo słaba i anemiczna. Mieszkaliśmy niedaleko, w Niepołomicach, więc ciągle byliśmy w Staniątkach i tu przed obrazem Matki Bożej Bolesnej modliliśmy się, czuliśmy Jej opiekę – wspomina zakonnica.

W czasie drugiej wojny światowej w klasztorze sióstr benedyktynek prowadzone były tajne komplety i właśnie na nie chodziła młoda dziewczyna z Niepołomic. – Pamiętam z tamtych czasów straszny głód, jak dostaliśmy np. budyń to było wielkie święto. Pomimo zakazu, siostry uczyły nas – opowiada siostra Joanna, która zaświadcza o tym, że w czasie wojny siostry ukrywały Żydów i im pomagały. – Wszystkim, którzy o tym wiedzieli groził obóz koncentracyjny, groziła śmierć. Nikt jednak ich nie wydał, a wszyscy przeżyliśmy. To dowód wielkiej opieki Matki Bożej – zaznacza benedyktynka.

Powołanie

Młoda dziewczyna nie wiedziała co ma z sobą w życiu zrobić, jaką drogą pójść. Któregoś dnia radziła się kapłana, ale on zraził ją do życia mniszego. Coś jednak nie dawało jej spokoju, więc znowu podjęła rozmowę – tym razem z księdzem wizytatorem staniąteckiego klasztoru. – Miałam wtedy trochę różnych problemów i zwierzyłam mu się, szukając pomocy i rady. Wtedy on zapytał mnie czy nie myślę o tym, żeby zostać zakonnicą. Odpowiedziałam mu, że jeśli nawet, to na pewno nie chcę być benedyktynką i nie chcę wstąpić do klasztoru w Staniątkach. Wtedy usłyszałam słowa: „Oj, dziecko, dziecko”. Potem kapłan ten czuwał nad moim powołaniem, wybrał mi nawet imię zakonne „Joanna” i naświetlił mi postać św. Jana, dał mi go niejako za wzór – snuje swoją opowieść benedyktynka.

Jednak Staniątki

Choć zarzekała się, że nie chce być benedyktynką i nie chce mieszkać w Staniątkach, kiedy przyszedł czas ostatecznego wyboru, wstąpiła do zgromadzenia, które znała od dziecka. – W 1947 roku zapukałam do furty i poprosiłam o przyjęcie. Siostry zleciły mi opiekę nad fermą kurzą. Nie miałam o tej pracy zielonego pojęcia. Nosiłam moje kurki na chór klasztorny i mówiłam im, by cicho siedziały. Jak mi jakaś kurka zachorowała, brałam ją do swojej celi i tam karmiłam butelką. Dzięki tej fermie miałyśmy w klasztorze kurczęta, kury i jajka. Potem na polecenie mistrzyni nowicjatu opiekowałam się dziewczętami, które mieszkały w nowicjacie – opowiada siostra Joanna.

Dziś siostra Joanna jest najstarsza powołaniem w staniąteckim klasztorze. – Jestem bardzo szczęśliwa. Przeżyłam w swoim życiu bardzo dużo, chwile radosne, ale i te bardzo trudne. Kiedy patrzę wstecz, widzę, że Pan kierował moimi krokami. Czuję, że całe moje powołanie, moje całe życie jest wielką łaską, jaką otrzymałam od Boga i Bolesnej Pani. Pod Jej przemożną opieką znajduję się od poczęcia. Jej matczyną opiekę czuję każdego dnia, a przeżyłam ich przecież tak wiele – mówi uśmiechając się ciepło siostra Joanna.

mp