O. Łukasz Buksa OFM: te dwie pasje to dla mnie taki „Boży dopalacz”

Pozwól Bożemu Słowu teraz działać – te słowa uzmysławiają mi, na czym polega właściwe przeżywanie „powołania w powołaniu” – na współpracy z Bogiem.

 
Nie chodzi przecież o to, aby mieć więcej laików na Facebooku czy wyświetleń na YouTube. Nie tędy droga…

Jeśli od słowa „powołanie” odetniemy „po”, to zostaje samo „wołanie”, Boże wołanie. On zaś, wołając człowieka, wzywa go z całym dorobkiem, który ów ma. Wzywa z całą świadomością, że uczestnicząc w życiu danego zakonu, wnosi tam swój kapitał, który w sobie rozwija.

Dziwny ksiądz

Ze mną było tak, że zastanawiałem się, czy wybrać dominikanów czy franciszkanów. Dlatego szukałem jakiejś podpowiedzi, która w końcu nadeszła. Pewnego razu prowadziłem w Przemyślu festiwal muzyki chrześcijańskiej. Była tam duża sala z balkonem, na którym siedział franciszkanin. Pomyślałem sobie, że to jakiś dziwny ksiądz. Bo kapłan jest zazwyczaj ładnie ubrany, zaczesany, ma czarne, błyszczące buty; nie inne!

Po jakimś czasie zapowiadałem przemyski chór. Wówczas, ku mojemu zdziwieniu, wyszedł ów franciszkanin i zaczął śpiewać: „Going up yonder”, co mnie po prostu „wryło”… Właśnie wtedy powiedziałem sobie: Tak! Panie Boże, mam! Potem zacząłem szukać informacji o św. Franciszku i franciszkanach, co jeszcze bardziej mnie przekonało do podjęcia tej decyzji.

Wstępując do zakonu, chciałem pomagać, zwłaszcza młodym ludziom. A przy tej pracy ważne jest, aby rozwijać inne predyspozycje, które się ma: w moim przypadku sport i muzykę, bo są to moje dwie pasje, w których mam taki „Boży dopalacz”. Ludzie często pytają mnie, czy współbracia nie mają nic przeciwko, że śpiewam, że koncertuję, jeżdżę, występuję. Wówczas odpowiadam: Co będzie, gdy stanę przed Bogiem, a On mnie zapyta:

„W jaki sposób rozwinąłeś swoje zdolności, które ci dałem? Jak się nim dzieliłeś? Jak przeżywałeś swoje powołanie w powołaniu, rozwijając talent do muzyki i sportu?”.

Nam, księżom, wydaje się często, że będąc kapłanem, wystarczy odprawić Mszę Świętą. I tyle… Tak, to prawda; Msza Święta jest najwspanialszą formą modlitwy. Róbmy jednak wszystko, abyśmy na niej nie byli sami, wykorzystując do tego predyspozycje, które dał nam Bóg.

Gdzie tylko się da

Moim marzeniem było zawsze to, aby nagrać płytę z muzyką, którą słyszę w mediach mainstreamowych. Ale z tekstami, które będą mówiły o dobrych wartościach – o Bogu. Lecz zanim do niej dojrzałem, nagrałem trzy inne. To one niejako omodliły projekt „Możesz więcej”.

W jego ramach udało się nagrać jedenaście historii. Prawdziwych historii. W tym moją, tzw. „Moja droga do Camino”. I za pomocą tej muzyki dzisiaj ewangelizuję. Bo ta płyta nie powstała dlatego, że chciałem mieć kolejną w swoim dorobku, tylko po to, abym mógł się spotykać z młodymi ludźmi, którym za pomocą słów i melodii w ramach akcji „Obudź się! Możesz Więcej!” chcę pokazywać wartość życia.

W ten sposób staram się ich inspirować, zachęcać do tego, aby je jak najlepiej przeżywali. Spotkań z młodzieżą zaś nie organizujemy jedynie w kościołach. Ruszamy wszędzie, gdzie tylko się da! Odwiedzamy szkoły, domy kultury, poprawczaki, hospicja; koncertujemy. Staramy się być tam, gdzie można głosić Ewangelię. Kierujemy się bowiem słowami Papieża, który mówił do zakonników: „wyjdziecie na zewnątrz, by pomagać innym”.

Idziemy więc tam, gdzie ludzie są głodni Boga. Bo nie jest sztuką zmusić młodzież, aby przygotowała się do bierzmowania, a potem pomachała nam indeksem… Wręcz przeciwnie. Trzeba wejść w rzeczywistość, w której przebywają młodzi ludzie, pobyć z nimi. I dopiero potem zaprosić ich na spotkanie.

Team spirit

Jak już wspominałem, mam też powołanie do sportu. Gdy odprawiam Mszę rano u sióstr, jadę tam na longboardzie. Kiedyś przytrafiła mi się zabawna historia z tym związana: Po drodze spotkałem trzech bezdomnych. Powiedziałem im: „Szczęść Boże, Panowie! Tylko nie grzejcie tak od samego rana!”. Po czym jeden z nich spojrzał na mnie tak, jakby ducha zobaczył i powiedział: „Co to, Bóg na wakacjach, bo mnichy na deskach jeżdżą”.

Kiedy jeżdżę wieczorami na deskorolce i widzę młodych, staram się do nich podejść i zagadać. Doświadczenie zaś uświadamia mi, że taka forma pracy to dobry kierunek. Pracowałem m.in. jako katecheta we Włocławku, w Szkole Mistrzostwa Sportowego, gdzie uczyłem piłkarzy. I tak ich pokochałem, że napisałem dla nich książkę „Boskie Futbolowo”.

Zawarłem w niej hasło: „Jak iść przez życie, żeby je dobrze przeżyć”. Ksiądz Edward Pleń, krajowy duszpasterz sportowców i olimpijczyków, powiedział, że to taki sportowy YouCat. W tej książce są m.in. świadectwa młodych ludzi, którzy opowiadają, jak za pomocą sportu zmienili swoje życie. Powiedziałem im kiedyś: „Będę z wami w szkole, będę na boisku, ale was chcę widzieć w kościele – najlepiej w niedzielę”.

Młodzi to docenili i po meczu niejednokrotnie wykazywali inicjatywę, aby pójść na Mszę albo przynajmniej się pomodlić. Nieraz też mówili, że dzień jest nudny, temat ciężki – chodźmy do kościoła. I szliśmy całą klasą, a ja ich po drodze katechizowałem. Poprosili mnie też o ułożenie modlitwy, którą mogliby odmawiać przed meczem. Ułożyłem. A oni klękali przed każdym spotkaniem w kółku, po czym chwytali się za ręce i się modlili. Wiem, że po dziś dzień się modlą…

Świadectwa zaś, które nadsyłają, niejednokrotnie pomagały mi przetrwać trudne chwile. Tak też było w przypadku RekoSKI, czyli rekolekcji snowboardowo-narciarskich, podczas których młodzi zarazili mnie pasją do snowboardu. I to do tego stopnia, że w tym roku odbędzie się już VI edycja tych rekolekcji – i to z pięcioma turnusami. W tym czasie będziemy zachwycać się Bożą miłością i szkolić umiejętności jazdy na stoku.

Nie śpij

Przeżywanie powołania i dzielenie się tym, co mam, daje mi ogromną radość – w moim przypadku bycia bratem mniejszym. Pierwszy punkt naszej reguły mówi: „Życie braci mniejszych polega na zachowywaniu Ewangelii”. Żyję więc Ewangelią i staram się dawać drugiemu tak, jak potrafię. Myślę sobie: skoro Bóg daje ci muzykę i sport, abyś głosił Ewangelię… rób to! Bo jeśli to uśpisz, stanie się to twoim wyrzutem sumienia. Nasze lenistwo i bezradność powodują, że usypiamy. A przecież Bóg wzywa nas, abyśmy działali! Abyśmy tego Boga, którego sami doświadczamy, dawali innym. Zwłaszcza przez to dobro, które od Niego mamy.

Widzę też, jak bardzo przydatną rzeczą jest cierpliwość. A mam taką naturę, że chciałbym od razu widzieć efekty swojej pracy. Dlatego gdy jestem pełen niepokoju, czy wszystko zrobiłem najlepiej, jak mogłem, przypominam sobie rozmowę z moim współbratem, również muzykiem, który jest członkiem zespołu Bronx Father Stan Fortuna, C.F.R.: -Głosiłeś Chrystusa? – zapytał. – Tak – odparłem. – Głosiłeś Ewangelię? – Tak! – To pozwól Bożemu Słowu teraz działać.

Te słowa uzmysławiają mi, na czym polega właściwe przeżywanie „powołania w powołaniu” – na współpracy z Bogiem. Nie chodzi przecież o to, aby mieć więcej laików na Facebooku czy wyświetleń na YouTube. Nie tędy droga…

deon.pl

Za: www.ofm.krakow.pl