Pożegnania: ks. Marek Piwowarczyk SCJ

W sobotę zmarł nasz drogi współbrat śp. Ks. Marek Piwowarczyk SCJ. Od wielu lat zmagał się z chorobą nowotworową. Miał 51 lat.

Urodził się 27 stycznia 1966 r. w Tarnowie. Od najmłodszych lat był ministrantem, później lektorem w Domu Prowincjalnym Zgromadzenia Sióstr Służebniczek w Tarnowie, a następnie od 1983 r. służył jako lektor w nowopowstałej parafii pw. Miłosierdzia Bożego w Tarnowie.

Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął naukę w Zasadniczej Szkole Zawodowej przy Zakładach Mechanicznych w Tarnowie gdzie zdobył specjalność – szlifierz metali. Kontynuował naukę w Technikum Mechanicznym dla pracujących w tej samej szkole, by zdobyć prawo używania tytułu – technik mechanik, o specjalności – obróbka skrawaniem i zdać maturę. W czasie trwania nauki w technikum podjął pracę w swoim wyuczonym zawodzie w Zakładach Mechanicznych w Tarnowie.

Do Zgromadzenia Księży Sercanów wstąpił w 1988 r., a I Profesję zakonną złożył 24 września 1989 r. Od 1990 r. do 1995 r. przebywał w Klasztorze Księży Sercanów w Pliszczynie w charakterze brata zakonnego.

Po ukończeniu studiów w Wyższym Seminarium Misyjnym w Stadnikach przyjął święcenia kapłańskie z rąk J.E.Ks. Bpa Antoniego Długosza 03 czerwca 2000 r. Po święceniach został mianowany wikariuszem w par. pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Sosnowcu, a od 2005 r. w par. pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Stadnikach. Od 2009 r. rozpoczął pracę jako wikariusz w par. pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Koszycach Małych k. Tarnowa. Od sierpnia 2016 r. został mianowany wikariuszem w par. pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie-Płaszowie.

Za: www.krakow.scj.pl


Dobiegł do mety życia

Nigdy nie ma dobrego momentu na pożegnanie, ale zawsze jest dobry czas, żeby przywołać kogoś we wspomnieniu. Marka będę wspominał jako osobę dużego hartu ducha, dążącego do celu mimo różnych zawirowań.

     Do Zgromadzenia wstąpił w roku 1988, a spotkałem go pierwszy raz w nowicjacie w Stopnicy, gdy składał rok później pierwszą profesję. Chciał być księdzem, miał maturę, a nawet wyuczony zawód – szlifierz metali, który zdobył w Zasadniczej Szkole Zawodowej przy tarnowskich Zakładach Mechanicznych, a potem kontynuował w technikum. Przez krótki czas nawet pracował w swym zawodzie i myślał o założeniu rodziny. Sam kiedyś opowiadał, że w swej młodości lubił towarzystwo i zabawę. Ale lubił także służbę przy ołtarzu w charakterze ministranta w zakonnej kaplicy Sióstr Służebniczek przy ul. Nowy Świat w Tarnowie, swym rodzinnym mieście, a potem był lektorem w nowopowstałej parafii pw. Miłosierdzia Bożego. Bliscy, patrząc na jego gorliwość, widzieli w nim przyszłego księdza, co mu często oznajmiali. Ale on nie traktował to wtedy za poważnie.

     Wszystko się zmieniło, kiedy dowiedział się od kolegi, że przy ulicy Rogoyskiego mieszkają sercanie i jest tam ksiądz, który organizuje różne spotkania i rekolekcje. Poszedł, i od tej pory często tam zaglądał. Jak kiedyś wyznał, ujęła go osoba ks. Kulińskiego i atmosfera domu, przepojona gościnnością. W domu również było mu dobrze, lecz widocznie powołanie było silniejsze i zdecydował się na inny dom, ten u sercanów.

     Przez rok mieszkał, poznawał Zgromadzenie i swe powołanie, w domu nowicjatu w Stopnicy, a po złożonych pierwszych ślubach w dniu 24 września 1989 r. poznał kolejny dom prowincji – seminarium w Stadnikach.

     – W seminarium zakonnym i misyjnym duży nacisk kładzie się na wymiar wspólnoty; wszak jesteśmy rodziną zakonną. Łączy nas wspólna duchowość, cel i praca duszpasterska – mówił.

     Seminarium to jednak także nauka, zdobywanie wiedzy i umiejętności poznawczych oraz egzaminy. Kiedy po nowicjacie wszedł w progi stadnickiego seminarium, specjalność od obróbki metali nie za wiele miała wspólnego z filozofią Kanta i teologią Tomasza Akwinaty. Próbował jednak zmierzyć się z dotąd nieznanym mu światem nauk filozoficznych i teologicznych, ale nie wyszło za pierwszym podejściem.

     Czy miał myśli powrotu do świata, w którym mógł ułożyć sobie życie, podjąć pracę, założyć rodzinę? Nie wrócił do rodzinnych stron. Został w Zgromadzeniu posługując jako brat zakonny w Pliszczynie pod pieczą odpowiedzialnego za juniorat ks. Ligockiego. W tym czasie, z kolei pod okiem wieloletniego organisty w Pliszczynie i muzykologa, prof. Antoniego Zoły, zrobił w kurs organistowski. Grał także na gitarze. Razem z innymi współbraćmi zajmował się również oprawą obrazów Serca Jezusowego na potrzeby misjonarzy krajowych, a swą codzienność wypełniał modlitwą, uczestnictwem w Eucharystii, adoracją, duchową lekturą i różnoraką pracą w domu i jego otoczeniu.

      – Nie poddał się myśli, że droga do kapłaństwa jest przed nim zamknięta. Miał jakąś wewnętrzną siłę zmierzania się z kłopotami, także natury zdrowotnej. Nie narzekał jednak na dolegliwości, które od dzieciństwa posiadał. Szedł do przodu – mówi ks. Ligocki, który jako jego przełożony w junioracie zabiegał, by otrzymał znów szansę studiowania.

     Nauka nie szła mu gładko, ale wrodzony upór i chart ducha sprawiły, że w pamiętnym Jubileuszowym 2000 roku, 3 czerwca, w kościele w Stadnikach podszedł do bp Antoniego Długosza, który położył na jego głowie ręce i został tym, o czym marzył – kapłanem Serca Jezusowego. A kazanie podczas prymicji wygłosił mu ks. Ligocki, który w junioracie wspierał go w dążeniu do dnia święceń.

     A zaraz potem, na swojej pierwszej parafii w Sosnowcu Środuli miał okazję cieszyć się swym kapłaństwem, gdy odprawiał Msze święte i różne nabożeństwa w kościele, słuchał spowiedzi, chrzcił dzieci, błogosławił nowożeńców, żegnał zmarłych, katechizował w szkole, pełnił dyżury w kancelarii, odwiedzał swych parafian chodząc po kolędzie czy spotykając się z nimi podczas różnych uroczystości i świąt.

     Nie stronił od ludzi, lubił te spotkania i rozmowy mniej formalne. Był otwarty na ich problemy, słuchał i starał się pomóc. Szczególnie lubił pracę z dziećmi i młodzieżą. Prowadził Oazę Dzieci Bożych, scholę i grupę pielgrzymkową.

     Podobnie czynił w drugiej parafii w Stadnikach, dokąd został skierowany w 2005 r., i gdzie pracował przez 4 lata. Przez swoją otwartość na ludzi, szczególnie młodzież, szybko zyskał ich sympatię i zaufanie. Od czasu do czasu grywał w piłkę nożną także z klerykami. Zorganizował drużynę z ministrantów i lektorów, która potem brała udział w dorocznym Turnieju o Puchar Prowincjała w Stopnicy. Miał zawsze czas dla młodych ludzi. Jeździł z nimi także na Sercańskie Dni Młodych do Pliszczyna.

     Wszystko to starał się kontynuować w kolejnej parafii w Koszycach Małych, dokąd trafił w charakterze wikariusza w 2009 r. Mimo postępującej choroby, podjął się także katechizacji w szkole, bo kontakt z młodzieżą i dziećmi dawał mu dużo entuzjazmu. Nieraz prowadził rekolekcje wielkopostne dla dzieci.

     – Marek nigdy nie tracił optymizmu, mimo że miał świadomość swego stanu zdrowia. Gdy cztery lata temu byłem na praktyce diakońskiej w Koszycach widziałem, jak mimo dolegliwości był serdeczny, otwarty na rozmowę i pełen zapału do pracy z młodzieżą – wspomina ks. Marek Skórski SCJ.

     Ale sił z roku na rok mu ubywało i trzeba było nieco zwolnić tempo pracy duszpasterskiej. W sierpniu 2016 r. przyszedł do parafii płaszowskiej, by w tej pierwszej parafii sercanów w Polsce, w miejscu, gdzie powstawała prowincja, wspomóc pracę tutejszych duszpasterzy. W miarę możliwości i potrzeb służył swym kapłaństwem płaszowianom przy ołtarzu i w konfesjonale. Mimo, że nie musiał, nie odpuścił katechizacji w szkole.

     W styczniu tego roku oznaki choroby nasiliły się, ale nie tracił nadziei, że znów powróci do swych obowiązków.

     – Był pogodny w swym położeniu. Miał świadomość, że jest nie najlepiej, ale miał też nadzieję. Odwiedziła go schorowana także mama, siostra i brat, a cały nasz dom i parafianie polecali go w swym modlitwach – mówi przełożony Domus Mater, ks. Grzegorz Piątek, który razem z innymi czuwali przy Marku, zapewniając mu również opiekę hospicyjną.

     27 kwietnia 2017 r. na swoim profilu na Facebooku, odpowiadając na liczne wpisy znajomych z okazji obchodzonych imienin napisał: Dziękuję wszystkim za życzenia imieninowe i duchowe wsparcie w mojej chorobie. A gdy skończył 50 lat ktoś złożył mu takie życzenia: Szczęścia, by każdy dzień przynosił radość. Radości, by uśmiech nie znikał z księdza twarzy. Uśmiechu. by przeganiał zmartwienia.

     Nie każdy dzień w ostaniem okresie przynosił Markowi radość. Cierpienie nie sprzyjało uśmiechowi, którym często obdarzał innych i „przeganiał” zmartwienia. Sympatyczny filmik z okazji 50. urodzin skomentował w ten sposób: Podobno życie zaczyna się po czterdziestce, A ja mówię, że dopiero po pięćdziesiątce, bo wtedy człowiek uświadamia sobie, że historia jego życia jest opowieścią, która powinna skończyć się happy endem. W myśl tej zasady pragnę dożyć 100 lat, aby uczynić tyle dobrego dla moich przyjaciół i innych ludzi, by na koniec życia mieć pewność, że Ci których kochałem będą nasyceni, a ci których skrzywdziłem będą usprawiedliwieni. Gdy wiem po co żyje, to chce mi się jeszcze więcej żyć, co najmniej do setki.

     Na filmiku zrobionym z różnych zdjęć, m.in. z wypraw w góry, które były mu bliskie, jest jedna fotografia, na której Marek pokazuje znak zwycięstwa „V”. Pomyślałem, że jest ono symbolem jego drogi życia i powołania. Od młodych lat musiał niemal codziennie o coś walczyć, a zwłaszcza z dolegliwościami swego organizmu. I musiał znacznie więcej niż zdrowy człowiek, starać się przezwyciężać złe samopoczucie, a potem dotkliwy ból. Choć tę walkę o zdrowie przegrał, to wydaje się, że jest to pozorna przegrana. Dobiegł do mety swego życia nie jak tego sobie życzył, by jeszcze przez kolejne 50 lat coś dobrego uczynić dla swych znajomych, współbraci, prowincji i Kościoła. Ale dobiegł jako zwycięzca…. ducha nad ciałem. Zahartowany w walce z przeciwnościami losu i swego ciała, w najtrudniejszym momencie przejścia na drugą stronę, oddał ducha Sercu Jezusa.

Ks. Andrzej Sawulski

Za: www.eccenewscor.pl