Przytulisko św. Brata Alberta w Krakowie – dzieło jego życia, które trwa do dziś

W swoim testamencie Albert Chmielowski nakazał braciom albertynom iść zawsze tam gdzie warunki są najcięższe i gdzie nikt nie służy ludziom opuszczonym. 17 czerwca przypada liturgiczne wspomnienie św. Brata Alberta, w roku, który ogłoszony został przez Sejm i Episkopat Polski Rokiem Brata Alberta.

Bracia mają zawsze wierzyć w człowieka i w dobro tkwiące głęboko w nim „które można wyzwolić dobrym słowem czy też miłosiernym znakiem, jak choćby miską strawy”. Przytulisko założone przez Brata Alberta przy ul. Krakowskiej jest dziełem jego życia, które trwa do dziś, gdzie jego bracia wciąż niosą pomoc potrzebującym, o których nikt się nie upomina.

Albertiańska prostota

Pierwsze co rzuca się w oczy kiedy wchodzi się do przytuliska św. Brata Alberta to prostota. Prostotę widać nie tylko w wystroju, ale też w sposobie bycia albertynów. Na furcie bracia odbywają całodobowe dyżury, wpuszczają podopiecznych. W małym pomieszczeniu znajduje się biurko i łóżko, na którym bracia odsypiają nocne dyżury. W nocy nieraz sporo się dzieje. Czasem karetka przywiezie potrzebującego, a zdarza się także, że podopieczni zrobią awanturę. To do tego miejsca człowiek może przyjść z ulicy, wykąpać się, dostać posiłek, zmienić odzież i także… iść dalej. Może też zostać na dłużej, musi jednak dostosować się do pewnych zasad.

Dzień w przytulisku Brata Alberta rozpoczyna się o godz. 7 Mszą św., w kaplicy, w której modlił się Brat Albert. O godz. 8 podopieczni jedzą wspólnie śniadanie, a pół godziny później rozpoczyna się zebranie, podczas którego każdy dostaje pracę do wykonania w domu. W ciągu dnia mieszkańcy mogą korzystać z pomocy duchowej oraz pracownika socjalnego i lekarza. W przytulisku prężnie działa grupa AA, która spotyka się trzy razy w tygodniu.

W pierwszym okresie pobytu potrzebujący nie może wychodzić na zewnątrz. Pracuje na rzecz domu, sprząta, obiera ziemniaki, pomaga w przygotowaniu posiłków. W przytulisku nie ma personelu, dlatego mieszkańcy pod okiem braci wszystko robią sami. Tak jak w domu.

Część z mieszkańców wyjeżdża rano do pracy na terenie miasta. Zarabiają przy sortowaniu i zbieraniu makulatury. Po powrocie jedzą obiad. Wieczorem oglądają telewizję.

W przytulisku schronienie znajduje 90 mężczyzn. Gdy już któryś z nich „stanie na nogi” kierowany jest na ul. Saską, gdzie albertyni prowadzą 40 mieszkań chronionych dla mężczyzn wychodzących z bezdomności, czyli dla tych, którzy pracują i są w stanie prowadzić swoje życie odpowiedzialnie. Ale bracia stawiają bardzo wysokie wymagania, aby tam szli już Ci, którym naprawdę zależy.

– Przede wszystkim musi być roczna abstynencja, własne dochody i taka aktywna postawa w kierunku usamodzielnienia. Musimy widzieć, że to jemu zależy, nie nam. Nam bardzo zależy, ale jemu musi jeszcze bardziej – mówi br. Paweł Flis, przełożony albertynów.

Te wymagania to dla wielu bezdomnych wysoko zawieszona poprzeczka i nie do pokonania, bo większość z nich ma problem z uzależnieniem od alkoholu. Nic dziwnego, że przez pierwsze lata po otwarciu w 2001 r. domu przy ul. Saskiej połowa z miejsc była pusta.

Dobry, jak chleb

Na terenie przytuliska znajduje się kuchnia dla ubogich Brata Alberta. Od godz. 9 przy ul. Skawińskiej rusza wydawanie chleba, który dostarczają braciom zaprzyjaźnione piekarnie. To tam codziennie, oprócz soboty, wydawanych jest także około 150 litrów zupy. Tam przychodzą ludzie „ z miasta”: ubodzy, samotni, a także renciści, którym ledwie starcza na czynsz. Niektórzy biorą po kilka bochenków. – Miałam piątkę dzieci, wszyscy wyjechali za granicę. Dom zawsze był pełny ludzi i wesoło był, dziś ledwie starcza mi na czynsz. Dlatego przychodzą po pomoc do albertynów – mówiła Pani Zofia, która czekała w kolejce po bochenek chleba. – Z dziećmi nie mam kontaktu, nawet wnuków na oczy nie widziałam. Cóż mogę zrobić – dodaje.

Surowe reguły

Czas jaki albertyni mają dać bezdomnym na podjęcie pracy nad sobą to pół roku, ale jest to rzadkość i ostateczność. Kiedy nie ma agresji, człowiek nie pije to otrzymuje dłuższy czas na to, by uporządkować swoje życie. Zdaniem albertynów pierwsze co należy robić to potraktować człowieka z godnością na jaką zasługuje, a później rozpatrywać to, czego będzie dla siebie chciał.

Ale jeśli podopieczni piją to muszą odejść. – Nie dlatego, że tak chcemy, ale po pierwsze musimy chronić tych, którzy są trzeźwi. Po drugie to jest informacja niesłowna dla tego człowieka: wódka przynosi Ci same straty. Ja mu mogę mówić a on i tak swoje – pr ynaje br. Paweł. – Ale jak straci mieszkanie, dom to to jest jedyna informacja, która do niego dociera, że wódka zabrała mu coś wartościowego. Terapii nikt za niego nie zrobi, on musi chcieć. Ta praca często bywa nieskuteczna pozornie, bo czasami ten proces otwierania oczu trwa latami – tłumaczy.

Wśród mieszkańców przytuliska św. Brata Alberta był pan Zbigniew. Kiedy jego syn miał osiem lat żona wyrzuciła go z domu. Przez dziesięć lat tułał się po ulicy, później przyszedł do przytuliska. Przestał pić i otrzymał mieszkanie socjalne. Dopiero po osiemnastu latach odważył się zaprosić do siebie swojego syna i pojednać się z nim. – Ta historia pokazała mi jakie to jest trudne. Mówienie typu ”wziął by się do roboty”, nie ma sensu, ponieważ jest to proces bardzo długi. Kiedy się nas pytają „a ilu udało się wyjść z bezdomności?” to na to pytanie nie ma gotowej odpowiedzi. Człowiek może być dziesięć lat trzeźwy, ale czasem wystarczy jakieś jedno załamanie i on wraca do dołu. To choroba chroniczna, czasem wystarczy jakiś moment emocjonalny. Oni nie umieją inaczej rozwiązać problemu jak przez wódkę – wyjaśnia br. Paweł.

15 lat na ulicy

Albertyni często słyszą od swoich podopiecznych: 15 lat byłem na ulicy, to 15 lat muszę się zbierać.I są świadomi tego, że to wstawanie trwa latami. Bracia nie mają złudzeń co do swoich podopiecznych, ale też widzą w nich więcej niż przeciętny człowiek. – Trzeba dla nich po prostu być – podkreślają.

W przytulisku przez trzydzieści lat był pan Józef. Miał rodzinę, ale po drodze zniszczył wszystko. Kręcił się wokół przytuliska, pił, odchodził i wracał i znów pił. – Mieliśmy do niego słabość, był taką naszą złotą rączką. Jak zebrał się w sobie to wszystko potrafił zrobić. Kiedy zapił to miał krótki czas tych „kar” i szybko wracał – wspomina z uśmiechem brat Paweł. -Kiedy stał się już zupełnie niedołężny trafił do domu pomocy i tam zmarł w swoim łóżku, trzeźwy. Tyle mogliśmy zrobić. – wyznaje.

Ilu bezdomnych tyle historii

Z każdym człowiekiem przychodzącym do przytuliska Brata Alberta przychodzi inna historia. Wśród obecnych mieszkańców są wychowankowie domów dziecka i Ci, którzy przez alkohol stracili wszystko. Są tacy, którzy zniszczyli własną rodzinę i tacy, którzy nigdy w życiu nie zaznali miłości. Niektórzy po kilku wyrokach, ale bracia nie pytają za co. Zdaniem albertynów najważniejsze aby czuli, że są akceptowani.

Ci z braci, którzy pracują już dłużej wiedzą, że nie wszystkich da się z biedy wyprowadzić i że najważniejsze są drobne rzeczy, gesty jak mawiał Brat Albert „które można wyzwolić dobrym słowem czy też miłosiernym znakiem, jak choćby miską strawy”. – Nawet jak wróci na ulicę to będzie pamiętał, że otrzymał u nas pomoc i przeżył coś dobrego – podkreślają albertyni.

– Mieliśmy kiedyś Zbyszka, który nam dużo rozrabiał. Nie ma go już u nas i dobrze, bo taki był cel. Miał uszkodzenie mózgu, przeszłość sportowa, był bardzo sprawny. Przychodził do nas, był miesiąc, później pił, trafiał pobity do szpitala. Co chwilę odbieraliśmy telefony ze szpitala, że przeżył i wraca do nas – opowiada br. Paweł. – W końcu powiedziałem mu, że musi iść do domu pomocy, żeby mieć opiekę, bo jak dostaje pieniądze to głupieje – wspomina. Pan Zbyszek poszedł do domu pomocy, ale za pół roku wrócił i prosił braci aby go znów przyjęli. – Powiedziałem mu, że ja już się nie decyduję. Pomogliśmy Ci jak mogliśmy. Jeżeli chcesz na swoich pomysłach organizować życie to proszę, ale nie u nas. Był bardzo zdenerwowany. Dosadnie powiedział co o tym myśli i rozstaliśmy się – opowiada br. Paweł. – Po kilkunastu latach pojechałem na spotkanie AA do innego miasta i spotkałem tam Zbyszka. Podszedł i powiedział mi, że jak go wtedy nie przyjąłem to tak się wściekł, że już 12 lat nie pije – opowiada z radością brat Paweł.

– To pokazało mi, że tak naprawdę nie wiemy, w którym momencie pomagamy. Potrzebne jest otwarte serce, chcemy dla nich samego dobra. Mówimy wprost jak jest. Bywa, że oni nami manipulują, bo tak ciężko jest przeżyć na ulicy nie mając nic. Jaki to jest stres. On się kładzie na ławce i nie wie czy go nie skatują, czy przeżyje do rana. Co się tam musi dziać w tej osobowości? – pyta ze wzruszeniem.

Do przytuliska przywieziono też człowieka, którego nie przyjęto w szpitalu, ponieważ lekarze stwierdzili, że wystarczy go umyć i nakarmić. – Widać było, że naprawdę jest w ciężkim stanie. Zaczęliśmy go myć, ale kiedy zaczęła się agonia wezwaliśmy karetkę. Przynajmniej się modliliśmy. Nie był sam na korytarzu w szpitalu, czy w kanale ciepłowniczym w samotności. Kiedy zaczęliśmy odmawiać różaniec i czekaliśmy na pogotowie, ten człowiek nagle się ocknął i zaczął się z nami modlić. Po chwili zmarł – wyznaje br. Paweł.

Dzieło, które trwa

Św. Brat Albert posłudze dla osób bezdomnych poświęcił swoje życie, porzucając dobrze zapowiadającą się karierę artystyczną. Z myślą o nich przywdział habit Trzeciego Zakonu św. Franciszka z Asyżu i w 1887 r. zamieszkał w ogrzewalni, w miejscu schronienia bezdomnych z Krakowa. Po trzech latach Adam Chmielowski otrzymał od Miasta trzy budynki przy ul. Krakowskiej, do których przybył wraz z kilkoma braćmi około 1892 roku. Jego dzieło przetrwało do dziś i wciąż przynosi owoce.

– To wrażliwość Adama Chmielowskiego doprowadziła do tego, że postanowił służyć potrzebującym. Był bardzo bezkompromisowy w osiąganiu celów, które sobie wyznaczał. Jak już był przekonany do czegoś to to robił. Do powstania poszedł jako osiemnastolatek. Tam byli zawodowi żołnierze, więc dlatego tak się to skończyło. Adaś narysował wtedy swojej ciotce rysunek i podpisał: Adam Chmielowski z kikutem – ofiara zawieruchy wojennej. Widać, że miał do tego dystans – opowiada br. Paweł. – Uważał, że nie wolno naśladować stylu, czyli trzeba być sobą, nie wolno malować po to, żeby sprzedawało się dobrze, że istotą sztuki jest dusza. Mówił, że ta sztuka, którą tak podziwiamy to czasem jest najgorszy rodzaj bałwochwalstwa i że nie ma większej głupoty niż to, gdy człowiek ubóstwia siebie – podkreśla br. Paweł.

Liliana Leda / Kraków

Za: www.diecezja.pl.