„Żyć, nie umierać”

sacUrodził się dokładnie w dzień służby zdrowia i to jej się poświęcił, posługując przy chorych w szpitalu jako kapelan. Ponad wszystko ceni życie. I jest na to dowód – 6 września ks. Tadeusz Płonka skończył sto lat, co czyni go najstarszym pallotynem w Polsce… a może i na świecie!

Recepta na udane życie? „Miłość i uśmiech” – tak w dwóch słowach ks. Tadeusz zawsze odpowiada ciekawskim. Każdy chce przecież poznać przepis na sukces – przeżyć sto lat z taką pogodą ducha i radością goszczącą na twarzy to nie lada sztuka. Ludzi przyciąga do siebie ciepłem i dobrocią. A przyjaciół od serca ma co niemiara i wszyscy, bez wyjątku, go uwielbiają. W czym tkwi sekret?

Przez trzydzieści lat ks. Tadeusz był kapelanem w dawnym Szpitalu Kolejowym w Gdańsku i posługiwał przy chorych. Posługiwał w sposób szczególny. – Chodziłem i rozdawałem witaminki M, U i C. Do dziś wszyscy je pamiętają. M, czyli miłość. U to uśmiech, a uśmiech to lek bez względu na wiek. Dla szczególnych dusz miałem jeszcze witaminkę C – czyli całus! – opowiada ks. Tadeusz. A co trzeba było zrobić, żeby dostać witaminę C? „Kochać” – śmieje się. – Wszystko u niego kręci się wokół miłości, no bo takie jest życie. To jest podstawa – mówi Joanna Ławniczak, przyjaciółka i pielęgniarka. Z ks. Tadeuszem znają się od ponad czterdziestu lat. – Ks. Tadeusz, kiedy tylko mógł, rozdawał miłość i witaminy. A mógł zawsze. Bez względu na porę. Jak tylko ktoś mu się zwierzył, opowiedział o problemach, on bardzo współczuł i wspierał modlitwą. Teraz my go wspieramy.

Ks. Tadeusz wstaje codziennie o 6 rano. Od poniedziałku do niedzieli w swoim pokoju w domu księży pallotynów w Gdańsku o 8:30 odprawia mszę św., która trwa godzinę. Każdy może na nią przyjść. – Zawsze po mszy św. przed śniadaniem mierzymy ks. Tadeuszowi ciśnienie krwi, jak trzeba rozkładamy leki – mówi Barbara Bogucka, przyjaciółka i emerytowana pielęgniarka.

Na śniadanie tradycyjna owsianka na mleku. Z błonnikiem. Zdrowa. Czasem jajecznica i obowiązkowo kawa zbożowa. – Owsianka przypomina mi jedzenie z dzieciństwa. To eliksir młodości. Dzięki niej wracam do lat dziecięcych – przyznaje ks. Tadeusz i zajada ze smakiem. – Niech każdy weźmie po łyżeczce jajeczniczki – częstuje po kolei każdego z gości. – Gościnność w tym domu jest nade wszystko (śmiech) – przyznaje pani Joanna. Po śniadaniu jest czas na tak zwaną prasówkę. Ks. Tadeusz codziennie czyta swoje ulubione tytuły, by być na bieżąco. Uwielbia też, gdy mu się śpiewa. – Jak nasz Tadeuszek kiedyś zachorował, to lekarze po obchodzie poszli do niego na internę zaśpiewać mu „Kiedy ranne wstają zorze…”, i od razu zrobiło mu się lepiej – przyznaje Joanna Ławniczak.

– Za każdym razem gdy ks. Tadeusz ma imieniny, 28 października, gromadzimy się w tak zwanej „Piwnicy pod Baranami”, która znajduje się u pallotynów w podziemiu i mieści około 60 osób. Tam też schodzi ks. Tadeusz z asystą, która go strzeże, żeby się czasami nie potknął. I każdego roku układamy hymn imieninowy na jego cześć. Te pieśni są ujęte w takiej grubej księdze od 1987 roku! Wszystkie są bardzo humorystyczne – dodaje pan Leszek. – Na przykład ten z 1995 roku, fragment brzmi tak: Witamina M i U, witamina M i U. Miłość uśmiech w każdym dniuGdy jest smutna twoja dusza, szybko szukaj Tadeusza.

– Podstawą sukcesu księdza, jego żywotności, i tych chochlików w oczach jest miłość. Jak mawia: „Miłość dawać, a miłość wraca” – dodaje pani Joanna. – My się wykruszamy, a ks. Tadeusz cały czas trwa. Dlatego tyle się modli za nas, za naszą pracę, za nasze dzieci, za służbę zdrowia, za pielęgniarki. Wszyscy możemy dzięki niemu kwitnąć w miłości.

– To były takie piękne spotkania – wspomina pracę w szpitalu ks. Tadeusz. – Jak lekarze mieli obchód, to codziennie przystawali, by ze mną chwilę pogawędzić. Miałem zawsze specjalnie dla nich przygotowaną złotą myśl z mojego kalendarza, jedną na każdy dzień. Czytałem tę sentencję, a potem o tym rozmawialiśmy. I ja raz im postawiłem takie pytanie: „co jest obecnie najgorszą chorobą na świecie?”. Jedni mówili, że suchoty, drudzy, że nowotwory… trochę jeszcze wymieniali, aż spytali, czy o taką odpowiedź chodziło. Ja mówię, że nie, bo najgorszą chorobą jest miłość. A dlaczego? Bo dwoje zdrowych ludzi nagle kładzie do łóżka (śmiech). I tak lekarze codziennie pytali, co tam nowego dla nich mam.

– Raz, gdy ks. Tadeusz zachorował i musiał leżeć w szpitalu, zastępował go inny ksiądz. Szybko wszyscy odczuliśmy ten brak – mówi Barbara Bogucka. –Nawet nasz ordynator się żalił, mimo że na początku podchodził do tego z pewną rezerwą, i pytał: „A to dzisiaj żadnej myśli nie będzie, żadnego czytania?” – no nie, bo ksiądz leży na internie. Okazało się, że te spotkania na szpitalnym korytarzu i krótkie pogawędki na różne filozoficzne i życiowe tematy były nam naprawdę potrzebne. Tak sobie ks. Tadeusz zjednywał ludzi. Wyciągał rękę do każdego.

Wszystko zaczęło się 6 września 1916 roku, gdy ks. Tadeusz przyszedł na świat w miejscowości Wieprz koło Wadowic. – Jak miałem 11 lat przyszła do naszego domu moja kuzynka Wiesia z zapytaniem, czy pojechałbym do Lwowa. Mój wujek był tam profesorem. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie. „To proszę się we wrześniu szykować, zabieramy do Lwowa” – powiedziała. Po chwili zapytałem: „Mamusiu, a po co ja mam właściwie jechać do tego Lwowa?”, a mamusia odpowiedziała: „No, uczyć się”. I mnie wtedy mina zrzedła (śmiech). Ale raz danego słowa nie mogłem cofnąć. I tak się zaczęło. Od 11 roku życia do domu do Wieprza przyjeżdżałem tylko na wakacje. Kiedy mamusia modliła się, żebym został księdzem, mój wujek mówił do niej: „Tekluniu, Tadziu to na pewno księdzem nie będzie”. (śmiech) I stale się o to sprzeczali. A jednak los tak pokierował, że chłopak z Wieprza poszedł do pallotynów – opowiada ks. Tadeusz.

I tak, tuż po maturze, w 1935 roku, Tadeusz Płonka wstąpił do seminarium księży pallotynów w Warszawie. 7 kwietnia 1941 roku, w czasie okupacji hitlerowskiej, został wyświęcony z rąk abp. Stanisława Galla. Była godzina 5 rano. Wszystko po to, by uniknąć aresztowania. W czasie wojny ks. Tadeusz studiował również polonistykę. Potem w Wadowicach przez pięć lat uczył języka polskiego w gimnazjum. Tam też nadano mu pseudonim – „Siekiera”. – Byłem wymagającym nauczycielem, wytrwale walczyłem z błędami ortograficznymi (śmiech). Ale jak stamtąd odchodziłem, pytali „dlaczego?”, więc odpowiadałem, że siekiera się stępiła, to chcieli oddawać do kowala. Mówiłem żartobliwie, żeby się tak tym nie martwili, bo po mnie przyjdzie „Piła”.

Z Wadowic ks. Tadeusz trafił na Mazury, by 17 lat być tam proboszczem. Potem był Gdańsk. Na początku ks. Płonka był kapelanem w trzech gdańskich szpitalach, by na trzydzieści lat osiąść w Szpitalu Kolejowym.

– Cały kolejowy spowiadał się u ks. Tadeusza we wszystkie święta. Przeważnie jeden gabinecik lekarski był wydzielony na miejsce do spowiadania. I czekała do niego kolejeczka. Dzięki temu jeszcze bardziej wszyscy się do siebie zbliżyliśmy. Był naszym powiernikiem w problemach. Zawsze można było do niego zadzwonić, nawet po północy. Pora nie miała znaczenia. Jak ktoś cierpiał, mówił: „Już wstaję i się modlę”. Podstawą jest modlitwa, miłość i śpiew. „Miłość dawać, miłość wraca” – to jedno z jego powiedzonek – mówi Joanna Ławniczak.

– W ks. Tadeuszu bardzo podobało mi się to, że jak przychodził z Panem Jezusem do chorych, to nigdy ich nie namawiał – opowiada Barbara Bogucka. – Stał z boku. Jak pacjent się zastanowił i chciał się wyspowiadać, zawsze był gotów, nigdy nie robił nic na siłę. Pokornie czekał.

– Ja natomiast poznałam ks. Płonkę w 1978 roku – mówi Danuta Danaj, wieloletnia przyjaciółka. – Kiedy uległam bardzo poważnemu wypadkowi samochodowemu i byłam w ciężkim stanie, to właśnie ks. Tadeusz dał mi chęć do życia, zaszczepił we mnie ten jego optymizm. Podczas odwiedzin przyniósł mi prezent – kalendarz z myślą na każdy dzień. Zapytałam go, czy mam zacząć w nim pisać, ale nie odpowiedział, bo nie chciał mnie do niczego zmuszać. Sama miałam zdecydować. Zaczęłam więc pisać. Z tego względu, że dawniej był nauczycielem, miał doskonałe podejście pedagogiczne, a mi było wtedy tego najbardziej trzeba. Rok kalendarzowy się skończył i notes był zapisany. I tak co roku dostawałam od niego taki prezent. Pewnego dnia zapytał, jak długo będę jeszcze pisać, a ja odpowiedziałam, że tak długo, jak będę otrzymywała kalendarze, musi więc ksiądz bardzo długo żyć (śmiech). Mam ich zapisanych już piętnaście. Do dzisiaj jestem mu wdzięczna i teraz ja staram mu się pomagać. Raz było tak, że spóźnił się na mszę św. do kaplicy, minęło pół godziny i pomyślałam, że coś musiało się stać, że to do niego nie pasuje. Pobiegłam więc szybko do klasztoru do jego pokoju. A on leżał nieruchomo i modlił się, żeby ktoś przyszedł, i ja go uratowałam. To i on teraz jest mi wdzięczny. I modli się za mnie, a ja za niego.

Mimo że ks. Tadeusz ma tyle lat, w każde święta, w każde imieniny pamięta o swoich bliskich. Zawsze wysyła im życzenia. – A my mu pomagamy i wypisujemy te kartki – mówi pani Barbara Bogucka. – Adresujemy je, a ksiądz dyktuje nam jeszcze starym zwyczajem, jak mamy je zatytułować, na przykład „Wielmożna Pani Magister”. Nieraz się śmiejemy, że pół koperty to zajmie, ale widocznie kiedyś się tak pisało, przecież to sto lat minęło! I tak wysyłamy te kartki na cały świat.

Ks. Tadeusz mówi, że spotyka samych dobrych ludzi. Modli się w intencji, tych, co go kochają i tych, których on kocha. Jak roztacza się tyle miłości, to potem nie dziwi, że i sto lat życia to dla przyjaciół księdza mało. – Ostatni raz w szpitalu byłem w marcu – przypomina sobie ks. Tadeusz. – I mój doktor Andrzej Szczerba przyjechał tutaj, żeby mnie zawieźć, a ja mówię: „Panie doktorze, przecież ja się dobrze czuję, dlaczego doktor chce mnie do tego szpitala koniecznie zabrać?”. A on odparł: „Bo chcę księdzu o kilka godzin życie przedłużyć”. I nie ma rady – mówi z uśmiechem.

Z kolei ponad dwa lata temu ks. Tadeusz przeszedł operację ściągania zaćmy z oka. – Wrócił do domu i powiedział na głos, ale trochę do siebie: „Jaki piękny świat! Ja nie wiedziałem, że jest taki kolorowy!” – wspomina ks. Janusz Łuczak, rektor domu księży pallotynów w Gdańsku. – Potem popatrzył na swój zegarek i spytał: „To ja mam taki ładny złoty zegarek?”. (śmiech) W ten sposób wyraził swoją radość z tego, że widzi. Ucieszył się z kolorów. I to jest autentyczne, to jest jego cieszenie się światem, jego dar.

Ks. Tadeusz zna też odpowiedź na najczęstsze pytanie świata, jak dobrze przeżyć życie i być szczęśliwym. Okazuje się ona prosta i trudna zarazem. – Trzeba być radosnym. Nie narzekać i cieszyć się życiem. Wtedy jest szansa, że będzie ono długie. Nigdy nie gderać, ale być zadowolonym. Jak będziemy widzieli kogoś strapionego, osuszać mu łzy, pocieszać, nie roznosić chmur po świecie. Tylko uśmiech. To jest moja zasada.

A co jest najważniejsze w życiu? – Miłość. Miłość Boga i ludzi – mówi pewnym głosem. – Bez tego człowiek nie wie, po co żyje. Z miłości nas Bóg stworzył, a nie musiał nas stwarzać. I tak nas ukochał, że życie za nas oddał. Dlatego też nie znajdzie się szczęścia, jeżeli człowiek nie będzie potrafił zapomnieć o sobie. Trzeba o sobie zapomnieć i szukać drugiego człowieka, żeby go poznać i zrozumieć. Nie narzucać mu swoich poglądów, zostawić mu swobodę. Niektórzy chcą na swoje kopyto, a to niedobrze. To nie przynosi szczęścia. Kto będzie o tym pamiętał, będzie szczęśliwy.

W realizowaniu tego postulatu pomaga ks. Tadeuszowi Matka Boża Uśmiechnięta, która jest jego patronką. – Ona się mną opiekuje. Szukałem jej dość długo i znalazłem ją na Śląsku. 7 km od Raciborza w Pszowie. Jak byłem w Cieszynie u wnuczki brata, zapytałem ją: „Słuchaj, Bożenka, ty wiesz, gdzie jest Pszów?”. A ona odpowiedziała, że jej mąż jeździ codziennie przez Pszów do pracy. Wsadzili mnie do auta i zawieźli. Była piękna niedziela, weszliśmy do kościoła, a promienie słońca padały na Matkę Bożą. I od tego czasu wsiadałem w Wadowicach do autobusu i jechałem 80 km do Pszowa odświeżyć uśmiech, żeby potem było można dzielić się nim z ludźmi. I tak się zaczęło. Szukałem, aż znalazłem. I teraz daję wszystkim obrazki z jej wizerunkiem, żeby rozpędzała i innym chmurki.

Za rozpędzanie smutków ks. Tadeusz dostaje od swych przyjaciół przede wszystkim kwiaty. – Uwielbiam kwiaty, a najbardziej te chodzące – śmieje się. Na pytanie o to, co jest jego urodzinowym życzeniem, odpowiada z rozbrajającym uśmiechem. – Żeby mnie wszyscy kochali i modlili się za mnie. Niczego innego w życiu nie trzeba.

Fragmenty artykułu pt. „Żyć, nie umierać” Mai Przeperskiej, który ukazał się w 19. numerze dwutygodnika „Pielgrzym” (11/18.09.2016).