Santiago: franciszkanie na szlaku Jakuba

Droga św. Jakuba jest jednym z najważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych już od ponad tysiąca lat. Od 2007 roku franciszkanie pomagają w jednym ze schronisk znajdujących się na jej trasie. Opowiada o nim br. Saul, który pracował tam podczas wakacji.

Posługiwał brat w jednym ze schronisk na trasie Camino de Santiago. Gdzie dokładnie znajduje się to schronisko i na czym polega projekt prowadzenia takiego miejsca?
Pochodzę z Peru, a obecnie studiuję na uniwersytecie w Madrycie. Częścią moich wakacyjnych działań jest praca w schronisku „San Nicolás de Flüe” na trasie Camino de Santiago. Znajduje się ono na tzw. szlaku francuskim, w mieście Ponferrada, liczącym ok. 80 000 mieszkańców. Nasza obecność w tym miejscu jest częścią projektu Zakonu Franciszkanów, zakładającego ich udział w pielgrzymkach do Santiago de Compostela. Nie jest to jedynie projekt prowincji hiszpańskiej, Matki Bożej z Monserrad, ale dzieło całego Zakonu Franciszkanów Konwentualnych. Ten projekt rozwija się już od 7 lat przy jednej parafii, w której pracują księża diecezjalni. Parafia ta zajmuje się trzema schroniskami, a my jako franciszkanie, pomagamy w jednym z nich w czasie od lipca do września.

Oprócz tego projektu Zakonu, nasza prowincja hiszpańska również jest zaangażowana w wędrowanie i towarzyszenie pielgrzymom na drodze św. Jakuba. To jest już jednak oddzielnie dzieło prowincji.

Ciekawa jest sama historia powstania tego schroniska. Jak wspomniałem, znajduje się ono na trasie francuskiej, którą uczęszcza bardzo dużo ludzi różnych narodowości. Pewnego razu szedł tamtędy jeden Szwajcar, który zauważył, że jest tam zapotrzebowanie na większe schronisko. Razem ze swoimi przyjaciółmi postanowili zebrać pieniądze i zbudować tam właśnie taki budynek. Dlatego schronisko nosi nazwę San Nicolás de Flüe”, ponieważ święty ten jest patronem Szwajcarii. Wspomniany pielgrzym dał początek budowie, którą kontynuowali miejscowi ludzie przy wsparciu samorządów lokalnych.

Ile osób może przyjąć ten dom?
Obecne schronisko może przyjąć nawet 250 pielgrzymów i zajmuje bardzo ważne miejsce w miasteczku. Jeżeli zdarzy się, że przybędzie więcej osób, też ich przyjmujemy, ponieważ przy domu mamy kilka podwórek, jedno z nich pokryte jest dachem z gałęzi winogrona. Tam również pielgrzymi mogą sobie posiedzieć i odpocząć przez resztę dnia. Oprócz tego jest pole namiotowe, na którym mogą także przenocować.

Schronisko to duży, piętrowy budynek. W podziemiu są dwie wielkie sale, które służą jako sypialnie, są w nich poustawiane piętrowe łóżka. Na parterze znajduje się kuchnia, duża jadalnia oraz mniejsze pokoje dla rodzin lub pojedynczych pielgrzymów. Na pierwszym piętrze jest sala komputerowa, w której za drobną opłatę można skorzystać z Internetu. Na piętrze mieszkają również pracownicy obsługujący schronisko. Za pobyt w schronisku nie ma ustalonej ceny – pielgrzymi składają za nocleg dobrowolną ofiarę.

Ponferrada to miasteczko, które ma bardzo dobre połączenia z innymi miastami Hiszpanii, więc ułatwia to pielgrzymom dojazd. Poza tym, żeby otrzymać dokument pielgrzyma, tzw. paszport, trzeba przebyć przynajmniej 200 km. To schronisko spełnia taki wymóg, więc wielu pielgrzymów właśnie tam rozpoczyna swoją wędrówkę.

Ile razy brat już posługiwał w tym miejscu?
Biorę udział w tym projekcie już od trzech lat. Pierwszego roku posługiwałem tam 15 dni, drugiego 20, a ostatnio byłem tam 18 dni. Widzę, że w pracę w schronisku angażują się też inni bracia z różnych krajów – z Włoch, Francji, Stanów Zjednoczonych… W mojej grupie w tym roku było trzech Hiszpanów, dwóch z Rumunii, którzy studiują we Włoszech, jeden Francuz i ja – jeden Peruwiańczyk.

Jak wyglądała Brata praca i codzienne obowiązki?
Grupa, w której pracowałem miała za zadanie przyjmować pielgrzymów, wysłuchać ich, organizować liturgię mszy świętej i inne modlitwy dla przybywających do schroniska. Pomagaliśmy także wolontariuszom w sprzątaniu tego wielkiego domu.

Jeśli chodzi o porządek dnia, wygląda mniej więcej tak: pielgrzymi mają czas, by do 7:00 rano opuścić swój pokój – zostawić łóżko i spakować się. Później zaczyna się już sprzątanie. My mamy modlitwy wspólnotowe o 7:30. Część pielgrzymów chętnie do nas dołączała. Po modlitwach również my pomagaliśmy grupie sprzątającej w porządkowaniu domu.

Od godziny 13:00 zaczyna się już przyjmowanie pielgrzymów. Każdego z nich witamy i wyznaczamy mu miejsce. Wieczorem w ośrodku odprawiana jest msza święta, najczęściej o 19:30 lub o 20:00. Eucharystia celebrowana jest po hiszpańsku, ale Ewangelię kapłan czyta w różnych językach – w zależności od tego, skąd pochodzą przybywający pielgrzymi i która grupa językowa jest największa. Kapłani, którzy pielgrzymują dołączają się do koncelebry. Śpiewy wykonywane podczas mszy świętej to przede wszystkim pieśni z Taize. Homilia jest krótka, ale za to głoszona w kilku językach – najpierw po hiszpańsku, później po angielsku i ewentualnie w innych. Po mszy odmawia się specjalną modlitwę pielgrzyma, która składa się z hymnu i kilku psalmów. Każdą ich zwrotkę odmawia się w innym języku. Po psalmach wszyscy wspólnie mówią „Ojcze nasz”, każdy w swoim języku. Wszystko kończy się błogosławieństwem indywidualnym pielgrzymów. Dla wielu z nich jest to bardzo wzruszający moment, pielgrzymi są nam wdzięczni za takie zakończenie dnia. To również ich bardzo umacnia.

W jakim czasie do schroniska przybywa najwięcej pielgrzymów?
Największe nasilenie ruchu pielgrzymkowego można zauważyć od 15 lipca. Wcześniej oczywiście ludzie też pielgrzymują, ale nie w takich ilościach. Najliczniejsi na tej trasie są Włosi, Amerykanie, i Koreańczycy z Korei Południowej. Można również spotkać wielu pielgrzymów z Portugalii, Francji czy Niemiec. Nie ma jednak na to reguły – są dni, kiedy większość pielgrzymów stanowią Hiszpanie i są takie, w których spotyka się prawie samych obcokrajowców.

W czasie, gdy tam pracowałem, pielgrzymów było tak dużo, że zapełniał się prawie cały dom, zostawało tylko kilka wolnych łóżek. Jak wspomniałem istnieje zawsze możliwość, że przyjmujemy więcej osób. Niektórzy idą nawet ze swoimi namiotami. Zdarza się, że przychodzi czterdziestoosobowa grupa i oni chcą tam być razem. Pielgrzymi, którzy do miejscowości Ponferrada dochodzą 25 lipca, w święto Jakuba Apostoła, nie mogą dotrzeć do samego sanktuarium, które od tego miejsca oddalone jest o 202 km, więc zostają i świętują uroczystość w tym schronisku.

Kim są pielgrzymi? Jakie mają motywacje, by wyruszyć w tak długą drogę?
W ciągu tych trzech lat miałem okazję poznać bardzo wielu ludzi – kobiet i mężczyzn różnych narodowości i ras. Często też zadawałem im to pytanie: dlaczego wyruszyli w tę drogę? Ich motywacje były najczęściej bardzo osobiste – niektórzy szli, aby podziękować za otrzymane łaski, inni po to, aby zastanowić się nad swoim życiem. Ponieważ pielgrzymi przemierzają tę drogę długo: najczęściej kilka tygodni, mają dużo czasu na przemyślenie swoich spraw. Podczas mojego pobytu, spotkałem tam Amerykanina, który szedł całą drogę o kulach, ponieważ nie miał jednej nogi. Kiedy przyszedł do nas, był już od 32 dni w drodze. Szedł z Francji, by dotrzeć do Santiago. Spotkałem też pielgrzyma z Belgii, który pokonywał całą drogę do sanktuarium boso. Obaj szli w intencjach dziękczynnych, by podziękować za otrzymane dobro dla nich i ich rodzin.

W tę drogę wyruszają także całe rodziny razem z dziećmi. Spotkałem dwa małżeństwa, jedno z Francji, drugie z Portugalii. Zarówno Portugalczycy jak i Francuzi pielgrzymowali z trójką dzieci. Jeden z tatusiów pchał wózek z bliźniakami, które miały zaledwie półtora roku. Inny człowiek, tym razem Hiszpan z Burgos, szedł do Santiago, bo – jak powiedział – może nie przeżyć następnego roku, ale chciał przed końcem życia mieć świadomość, że przemierzył tę drogę.

Warto wiedzieć, że droga „Camino de Santiago” jest dla wszystkich, również dla tych, którzy nie mają najlepszego zdrowia, a nawet dla tych, którzy nie są wierzący, nie są chrześcijanami, ale mają jakąś potrzebę przemyślenia swego życia i przejścia drogi św. Jakuba. Do wyboru są różne formy pielgrzymowania – większość idzie pieszo, niektórzy pokonują trasę na rowerach, i bardzo nieliczni także konno. Największą grupę stanowią ci, którzy chodzą pieszo. Na rowerze pielgrzymują najczęściej Hiszpanie, bo wielu z nich przeszło już wcześniej tę drogę. Szlak francuski nie jest też jedynym ze szlaków.

Jaka historia utkwiła Bratu najbardziej w pamięci?
Pewnego dnia już po południu, koło piątej, spotkałem jednego pielgrzyma, który miał rysy wskazujące na to, że jest Chińczykiem. Byłem w habicie, więc spytał, czy jestem franciszkaninem. Odpowiedziałem, twierdząco i zapytałem, czy on nie jest z Chin, okazało się, jednak, że mieszka i pracuje w Madrycie. Mówił, że jest katolikiem i przemierza tę drogę konno, aby odpocząć i nabrać sił do pracy w ciągu roku. Pytałem go, jak sobie radzi i skąd ma pożywienie dla konia, bo przecież w tych schroniskach nie ma pastwisk. Odpowiedział, że jego koń także musi się przygotować na taką drogę, dlatego zmienił nawet swoją dietę. Okazało się przy tej okazji, że oprócz dostępnej w sklepach na trasie marchewki, zwierzę bardzo lubi twardy stary chleb z majonezem i musztardą. Takie jedzenie smakuje także Amerykanom, dlatego w schroniskach takiego chleba nie brakuje.

Co Bratu dały rozmowy i czas spędzony z pielgrzymami?
Nauczyłem się doceniać życie – swoje i innych. Widząc ludzi niepełnosprawnych, którzy podejmują ten wysiłek, uczyłem się wytrwałości i siły życiowej, hartu ducha. Od tych ludzi, którzy idą dalej, pomimo że mają odciski na stopach, niejednokrotnie już rany, którzy idą pomimo tych cierpień radośni, uczyłem się cierpliwego znoszenia życiowych przeciwności.

Czy Brat również kiedyś planuje wyruszyć w tę drogę?
Miałem już taki zamiar w tym roku, ale plany ułożyły się inaczej. Jednak jeśli nic się nie zmieni, mam nadzieję wyruszyć tam w przyszłym roku.

Rozmawiała Agnieszka Kozłowska

misje.franciszkanie.pl

Za: www.franciszkanie.pl.