Bonifratrzy: SOS dla misji na Ukrainie

Rozmowa z przeorem klasztoru w Drohobyczu o. Kazimierzem Wąsikiem o biedzie miejscowej ludności i pilnych potrzebach Misji

Redakcja: Jak wygląda wasza działalność na bonifraterskiej placówce na Ukrainie?

Jest nas trzech braci; oprócz mnie jest br. Kazimierz i br. Jan Grande. Naszym zasadniczym celem, który bonifratrom przyświecał od początku powstania tej placówki, jest pomoc ludności pochodzenia polskiego na tych ziemiach. Myślę, że wielu Polaków po drugiej wojnie światowej nie zdecydowało się przejść do Polski w jej nowych granicach nie tylko dlatego, że byli przywiązani do swoich ziem jako dziedzictwa przodków. Równie istotne było to, że liczyli że Polska się o nich upomni, że polskość tam powróci.

R: Jak duża jest grupa ludzi przyznająca się do swego polskiego pochodzenia?

Nie znam pełnych danych statystycznych, ale z naszego podwórka mogę powiedzieć, że do kościoła katolickiego parafialnego przychodzi około 300 osób, które jednak uczęszczają też do katolickiego kościoła greckiego czyli kościoła rytu wschodniego. Wielu z nich utożsamia się jednocześnie z dwoma albo wieloma kościołami. Jest to typowe dla ich prostej, ludowej pobożności, w której się nie dostrzega teologicznych różnic i zawiłości. Niemniej większość katolików jest wyznania grecko – katolickiego. Tu chciałbym też podziękować naszemu proboszczowi ks. Mirosławowi Lechowi, za owocną współpracę na polu duszpasterskim.

R: Czy Polacy nie wstydzą się przyznawać do swojego pochodzenia?

Nie, Polskę większość naszych rodaków na Ukrainie postrzega się raczej jako jeden z krajów Zachodu i jako nadzieję na pomoc w ich trudnej sytuacji. W naszym okręgu działają trzy organizacje polonijne. Ta największa prowadzi szkoły polskie, w której uczą się dzieci z nadzieją na wyjazd i szansę na promocję w ojczyźnie ich przodków. Rzeczywiście, kilkoro z nich co roku jest wybierana na studia do Polski, dzięki pomocy polskiego konsulatu. Organizacje te promują też polską kulturę poprzez organizację spotkań np. z okazji świąt lub pomagając w sprawach prawnych np. w załatwieniu kart Polaka.

R: Co konkretnie Ojciec robi?

Chodzę do chorych wymagających pomocy, także w ramach posługi sakramentalnej, pomagam księżom w parafii i w pobliskich kościołach, szczególnie wtedy gdy z jakiś powodów czasowo wyjeżdżają poza parafię. Każdy z nas roznosi dary dla najuboższych. Ta pomoc materialna jaką przywozimy z Polski jest dla nich bardzo ważna, przede wszystkim jeśli chodzi o leki, artykuły spożywcze i odzież. Trzeba podkreślić, że w Drohobyczu nie istnieje coś takiego jak pomoc społeczna. Ludzie schorowani, samotni oraz osoby w podeszłym wieku są skazani na pomoc otoczenia i jeśli jej nie znajdują – umierają w rozpaczliwych warunkach.

R: Czy Ojciec mówi po ukraińsku?

Trochę mówię, gdyż moja matka urodziła się na Ukrainie, w Tarnopolu. Zawsze jednak przyznawała się do Polski. Miejscowi jak to słyszą to się cieszą i mówią z dumą: nasz ojciec przeor jest Ukraińcem. Zresztą, nie trzeba mówić po ukraińsku, żeby się z nimi porozumieć, wystarczy znać język polski.

R: Czy Polacy w Polsce rozumieją potrzebę pomagania rodakom za wschodnią granicą?

Spotykam się z wieloma gestami życzliwości i pomocy, choć ciągle to kropla w morzu potrzeb. Przeor z Marysina br Izydor zaoferował, że corocznie jest gotów przyjąć na rehabilitację kilka osób z Drohobycza. Za ten piękny gest mu dziękuję z serca w imieniu tej naszej ubogiej części społeczeństwa. Dodam, że stopa życiowa tam jest w ogóle nieporównywalna z Polską. Chory może dostać się do szpitala tylko pod warunkiem, że zapłaci pełną odpłatność za leki. Podobnie po szpitalu, jeśli nie kupi sobie leków nie będzie leczony. Niedawno jedna z parafianek mówiła mi że ma tylko 100 hrywni, aby wyżywić się przez cały miesiąc. Odpowiada to mniej niż 40 złotych. Tymczasem paczka pampersów kosztuje na Ukrainie ok. 300 hrywni.

Utrudnienia jakie napotykamy niemal na co dzień to opłakany stan dróg. Kiedy przed laty zorganizowana została wycieczka bonifraterska z Polski na Ukrainę, z okazji 400 lecia naszej Prowincji, na niektórych drogach dojazdowych do Lwowa musieli oni wysiadać z autobusu, żeby pojazd w ogóle był w stanie przebrnąć przez liczne i głębokie dziury na szosie. Trzeba też dodać, że bieda nie dotyczy tylko tej materialnej, ale także moralnej, zresztą widzimy to też w Polsce, mianowicie wiele dzieci pozostaje pod opieką dziadków lub wójowstwa, gdyż rodzice znikają na długie lata za granice w poszukiwaniu chleba.

Bardzo bym zachęcał, aby organizować w naszych ośrodkach grupy chętnych lekarzy, którzy by zgodzili się przyjechać do Drohobycza przebadać chorych. Niestety, jest spora grupa ludzi, których nie stać na żadną formę leczenia i żyją w opłakanym stanie, choć często potrzeba tak niewiele. Nie chcę powiedzieć, że na Ukrainie są tylko biedni. Są nowe osiedla, gdzie znam niektórych Polaków żyjących godnie, schludnie i wygodnie.

Przy okazji chciałbym też podziękować za pomoc przeorom i braciom z Zielonej, Krakowa i Wrocławia, w szczególności br. Grzegorzowi i br. Anzelmowi oraz o. Piotrowi Telmie, naszemu definitorowi odpowiedzialnemu za misje.

Za: www.bonifratrzy.pl