Chcę zanieść im światło – misja franciszkańskiego biskupa

21 czerwca 2017 r. we Lwowie miały miejsce niezwykłe uroczystości. Sakrę biskupią otrzymał o. bp Edward Kawa, franciszkanin, który jeszcze do niedawna był gwardianem lwowskiego klasztoru franciszkanów i kapelanem wojskowym w Doniecku.

Przypominamy artykuł o. Andrzeja Zająca właśnie o nim, zatytułowany „Co franciszkanin robi na wojnie?”, który ukazał się na łamach „Posłańca św. Antoniego z Padwy” rok temu. Zapraszamy do lektury!

Co franciszkanin robi na wojnie?

Spotkałem go w Sankt Petersburgu w styczniu 2001 r. Miły, skromny, niepozorny. Oprowadzał mnie po zabytkach zimowej Wenecji Północy. Wtedy studiował tam teologię. Dziś jest delegatem prowincjała na Ukrainę, do ostatniej kapituły gwardianem klasztoru franciszkanów w Boryspolu pod Kijowem, a teraz we Lwowie. To o. Edward Kawa – od ponad roku również kapelan wojskowy w niespokojnym Doniecku.

Noc Nikodema

Wyjeżdżając od żołnierzy, zmęczony i osmolony, marzył już tylko o nocnym pociągu. Potrzebował wreszcie się wyspać. Tym razem jednak się nie dało. Jak zawsze, zanim wsiadł, przebrał się w cywilne ubranie. Wszedł do przedziału, usiadł. Z naprzeciwka zaczęła mu się przyglądać młoda kobieta. Od razu zorientowała się, że wraca z wojny. Bez możliwości prysznica nie da się ukryć tego specyficznego zapachu wojny, przypominającego swąd spaleniska. Ona, bogata prorosyjska Ukrainka z Doniecka. Wybierała się do rodziców, którzy uciekli do Słowenii. Sama została, bo prowadzi jakiś swój biznes. Dziwiła się, że on, nie będąc żołnierzem, w ogóle tam jeździ. Rozmawiali o wszystkim, najpierw o wojnie, aż w końcu doszli do Pana Boga. Jak to jest być człowiekiem wierzącym? Jak się doświadcza obecności i pomocy Boga? Na czym polega modlitwa? O co chodzi w życiu zakonnym? Dlaczego Bóg dopuścił wojnę, czemu ludzie giną? Przegadali całą noc. Już w Kijowie, zanim wysiedli, poprosiła go, żeby się za nią modlił. Taka nocna rozmowa, niczym ta z Ewangelii, Jezusa z Nikodemem.

W ogóle rozmów jest sporo podczas tych wyjazdów. Czasami – jak tylko czas pozwoli – spotyka się też z ludźmi, którzy nie mając gdzie wyjechać pozostali na miejscu mimo działań wojennych. Oni są naprawdę biedni i porzuceni. Raz na przykład był u takiego bezdzietnego małżeństwa. Akurat miał, więc przyniósł chleb i konserwy. Pokazali mu piwnicę, do której schodzą, jak robi się niebezpiecznie. Znieśli tam łóżko, na którym w lecie śpią, bo w zimie za zimno. Mają tam lampę, świeczki, nawet zrobili taki kanał powietrzny, żeby się nie podusić, jakby się coś zawaliło. Taki jeszcze inny świat pośród niepokoju hardych, zimnych, gotowych na śmiercionośne działania wojenne żołnierzy. To z nimi jednak rozmawia najwięcej, w końcu podjął tę niełatwą posługę właśnie dla nich. Cały czas poznaje ich, ich mentalność, problemy, oczekiwania. Bywają agresywni. Kiedy się odzywają, używają zasadniczo wulgaryzmów, przeplatając je z rzadka jakimiś normalnymi słowami. Ale w toku rozmowy potrafią złagodnieć.

Franciszkański kapelan wyznaje, próbując stale rozumieć ich sytuację: Oni nie czekają na jakieś wielkie kazania, tylko na to, żeby ktoś ich wysłuchał. I to jest chyba najcenniejsze. Ja coraz mniej mówię, więcej słucham. Oni doceniają to, że nie przerywam im, nie poprawiam ich, nie strofuję. Ostatnio jeden, z takimi pretensjami nawet do Boga, ponarzekał, wyrzucając z siebie całą złość. Później przychodzi do mnie i mówi: Dziękuję ci, że mnie nie zgasiłeś, że pozwoliłeś się wygadać. I mówi dalej: Wiesz, ja tak nie myślę, ale cały ten żal i ból, który mam, powoduje, że tak mówię. I ty to przyjąłeś, nie udowadniałeś mi, że nie mam racji. Dopiero wtedy mogłem go podtrzymać na duchu, dać mu jakąś radę. Ale wcale nie jest to łatwe.

Kapelan wojenny

Jeździ tam raz na dwa miesiące i pozostaje na tydzień. Najpierw pociągiem z Boryspola do Kijowa i dalej całą noc do Konstantynówki. Zawsze z niemałym bagażem, a w nim skarpety, bielizna, buty, środki czystości dla żołnierzy. Stąd do Krasnoarmijska jakimś autobusem poprzez różne punkty kontrolne. Jak wsiadł pierwszy raz, to zdziwił się, że ludzie siedzieli tylko z jednej strony. Były wolne miejsca z drugiej, więc usadowił się. Dziewczyna naprzeciw niego uświadomiła mu, że jak jest ostrzał, to właśnie od tamtej strony. Choć nie było do śmiechu, uśmiechnął się i powiedział, że w takim razie – gdyby był ostrzał – ochroni ją swoim ciałem i będzie miała szansę przeżyć. Ona tylko potwierdziła: no tak, dzięki. Szczęśliwie ostrzału nie było. Dalej pozostaje ostatni odcinek, już samochodem wojskowym, który po niego wyjeżdża. Wjeżdża w strefę, do której zwyczajnie nie ma dostępu. Po drodze kolejne kontrole i codziennie zmieniane hasło. Pozostaje tylko zgłosić się do dowódcy, by zaplanować z nim, co, kiedy i jak.

Kiedyś, będąc jeszcze w Kremenczuku, przez ponad 4 lata pełnił posługę w więzieniu. Chodził tam dwa razy w tygodniu. I był przekonany, że to najtrudniejsze środowisko, najbardziej zdeprawowane. Teraz przekonał się, że środowisko żołnierzy czynnie uczestniczących w działaniach wojennych, jest o wiele trudniejsze. Poczucie agresji, złości, odwetu, nienawiści, do tego posługiwanie się bronią, zmienia ludzi w niewyobrażalny sposób. To jak najcięższe uzależnienie czy jakaś psychoza. Zresztą oni sami o tym mówią. Kiedy wracają na jakiś czas do siebie, do własnych rodzin, nie potrafią się odnaleźć, nie mogą spać, są niezdolni, by przytulić żonę czy dzieci, czy też normalnie się do nich odezwać. Boleją nad tym, ale czują się bezradni. Dopiero po paru dniach są w stanie wykrzesać z siebie jakieś normalne, dobre emocje. Ale znów trzeba wracać do jednostki. Oni mają w świadomości – mówi franciszkanin – że są patriotami, że poświęcają się dla kraju, ale to zabija w nich człowieczeństwo. A ja w tym wszystkim? Nie jeżdżę tam po to, żeby zajmować się polityką, bo gdyby mnie wysłali do przeciwnej strony, to też bym pojechał. Ja chcę po prostu zanieść im Boga, żeby oni nie utracili swojego człowieczeństwa.

Na Ukrainie kapelan nie ma stopnia wojskowego. Rada Kościołów na Ukrainie podjęła taką decyzję, by nie tworzyć barier, szczególnie w odniesieniu do żołnierzy niższych rangą. Mają mundur. O. Edward wkłada go jedynie na miejscu, kiedy jest już pośród żołnierzy. W rzeczywistości jest nie tyle kapelanem wojskowym, co wojennym. Kiedyś w Kijowie był na spotkaniu z kapelanami z krajów unijnych. Oni wszyscy eleganccy i dostojni, o nienagannych manierach. Dzielili się wzajemnie swoimi doświadczeniami. Mundurowy franciszkanin doszedł do wniosku, że chyba nie odnalazłby się jako kapelan w regularnej jednostce. Pytali go, jak wygląda jego praca. Opowiedział im trochę, stwierdzając, że chodzi przede wszystkim o to, by być z nimi, i to najprościej jak się da. Bo kiedy komuś urwie nogę i krwawiący leży, nie wiedząc czy przeżyje, to można jedynie przy nim być, trzymając za rękę i modląc się. Niektórzy z unijnych kapelanów nie kryli, że nie daliby tak rady. Ja się nawet nie zastanawiałem – konkluduje franciszkanin – czy dam radę czy nie. Była taka potrzeba, to po prostu pojechałem.

Pod ostrzałem

Wspomina jedną śmiertelnie niebezpieczną sytuację. Miał już wracać. Jechał – w kamizelce kuloodpornej i w kasku – wojskowym dżipem z dwoma uzbrojonymi żołnierzami. Wyjechali na otwartą przestrzeń. I nagle jak grom z jasnego nieba zaczęła się strzelanina. Od razu stanęli i wyskoczyli z samochodu. Zsunęli się do rowu, mając świadomość, że zaraz samochód może wybuchnąć, bo poprzestrzelali go jak sito. O. Edward pamięta doskonale, jak wtedy modlił się. Zresztą co innego miał robić. Jeden z żołnierzy nawet chciał dać mu broń, bo mieli więcej, ale kiedy odmówił, to tamten aż się zdenerwował, wyrzucając mu: jaka z ciebie tutaj korzyść! Na szczęście dostrzegli ich swoi, podjechał wóz opancerzony, który osłaniając ich, dał im szansę ucieczki spod ostrzału do bezpieczniejszego miejsca. Franciszkanin wspomina o tym ze spokojem: Ciekawe doświadczenie. Na filmach to się fajnie ogląda, ale w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Ktoś do ciebie strzela, a ty w tym rowie nawet nie chcesz drgnąć, bo boisz się, że jak się ruszysz, to może być po tobie.

Takie sytuacje z jednej strony stwarzają okazję do prawdziwej modlitwy, a z drugiej bardzo ją utrudniają. Podczas ostrzału człowiek próbuje wołać do Boga, ale gubi się w najprostszych słowach, bo w przerażeniu można nagle zapomnieć o wszystkim, wpaść w panikę. Ma się poczucie, że tak naprawdę nigdzie nie jest bezpiecznie, że nie można się schować. Jak pada deszcz, można wziąć parasol, jak jest upał, można znaleźć kawałek cienia. A tu w każdej chwili strzał może człowieka dopaść. Żołnierze nawet modlą się, by – gdyby już mieli zginąć – to od razu. Kapelan często zachęca innych do modlitwy za tych żołnierzy. W takich ekstremalnych sytuacjach nawet modlitwa Ojcze nasz staje się poważnym wyzwaniem. On sam wspomina, jak kiedyś miał trudność, by powiedzieć ją do końca. Co wystrzał, to zaczynał od nowa. Inna rzecz, że w takich sytuacjach najprostszą, a może i najbardziej autentyczną modlitwą, jest po prostu wyrywający się z głębi krzyk: O Boże!

O. Edward opowiada o innej sytuacji: Jechałem ciężarówką z żołnierzami, a w środku były skrzynki z nabojami. I zaczął się ostrzał, obok gdzieś wybuchy, a jeden z nich mówi: no jak trafią teraz w tę ciężarówkę, to zostanie po nas tylko bratnia mogiła. To znaczy? A on: moje zęby będą w twojej trumnie, twoje jeszcze gdzie indziej, bo nikt nie będzie dochodził, co jest czyje. Mówi dalej: Dla mnie cały ten wyjazd to duże przeżycie. Za każdym razem jadę i tak naprawdę nie wiem, czy wrócę. Ale nie zastanawiam się nawet, czy będzie bezpiecznie, czy nie. Bardziej myślę o tym, czy znajdę jakiś klucz, by dotrzeć do tych ludzi. Czuję wyraźnie, że Pan Bóg ma mnie w swojej opiece. Zresztą wiele razy tego doświadczyłem, kiedy cudownie omijały mnie różne niebezpieczeństwa.

Zanieść światło

Człowiek nie jest zły sam w sobie. Każdy, nawet najbardziej wściekły, zacietrzewiony bojownik, jest dzieckiem Boga. Został przecież stworzony na Jego obraz i podobieństwo. Owszem, to podobieństwo w nieludzkich warunkach może się zacierać. Każdy jednak ma swoje tęsknoty za dobrem i szczęściem, choć i te wartości mogą być opatrznie rozumiane. Rolą kapelana jest być jakimś światełkiem, przypominającym o Bogu kochającym i miłosiernym. Takim światełkiem może są też i fosforyzujące białe różańce, które daje im o. Edward. Żołnierze je przyjmują, jedni chowają do kieszeni, inni przywieszają na mundurze. Trudno powiedzieć, czy traktują je jak amulet, czy też są swoistym wyznaniem wiary i cichym wołaniem do Boga o ochronę. Franciszkanin uczy ich, jak się na nich modlić. Przygotował nawet małe folderki z tajemnicami różańca i innymi modlitwami.

Zazwyczaj po posiłku zbiera ich razem. Z dwustuosobowej jednostki przychodzi 18-20. Czyta im słowo Boże, głosi krótkie konferencje biblijne. Czasami któryś poprosi o rozmowę, albo o spowiedź. Kapelan idzie też odwiedzić rannych w punkcie medycznym, tam znów są kolejne rozmowy, modlitwa, błogosławieństwo. Czasami przychodzi ktoś z zewnątrz, żeby skorzystać z obecności kapłana. Raz zobaczył w takim punkcie poważnie rannego żołnierza, którego spotkał wcześniej w innym miejscu. To właśnie on – na widok kapelana, którego przedstawił dowódca – wziął do ręki karabin, uniósł go i powiedział: To jest nasza prawda, nie ma innej i innej nie potrzebujemy! Ty też nie jesteś tu potrzebny! Wtedy o. Edward wycofał się stamtąd i pojechał dalej. Podczas nocnego ostrzału właśnie ten żołnierz został ranny. Wydawało się, że nie przeżyje. Kapelan był akurat w pobliżu, więc w dżipie w drodze do szpitala rozgrzeszył go. Okazało się, że przeżył, ale ma niesprawną lewą rękę. Teraz, kiedy jego kompani znów go zobaczyli, nawet bez zachęty sami poprosili o spowiedź.

O. Edward ma świadomość misji: Chcę zanieść im światło, choć czasami sam po ludzku jestem nagle zgaszony – przez odrzucenie. Słyszę: ty nie jesteś tu potrzebny, ty nie jesteś nasz. Ale jak się spokojnie przetrzyma taką niechęć i zacznie się z nimi rozmawiać, to dzieje się coś Bożego. Kiedy jechał do nich pierwszy raz, to zabrał ze sobą aparat fotograficzny. Gdy znalazł się już na miejscu, wiedział, że na pewno go nie wyjmie. Oni sami wręcz dziwili się, że nie robi zdjęć, bo zdarza się im pozować przyjezdnym, by mogli zabrać ze sobą oryginalną pamiątkę. O. Edward czuje to inaczej. Pamięć o tym, czego tam doświadczył i doświadcza, nie pozostanie na żadnej fotografii, ale w nim samym, w jego życiowej historii.

Andrzej Zając OFMConv

Artykuł ukazał się na łamach dwumiesięcznika franciszkańskiego „Posłaniec św. Antoniego z Padwy” nr 4/2016 (lipiec/sierpień), str. 30-32.

Za: www.franciszkanie.pl.