Ks. Majewski o minionym roku z watykańskiej perspektywy

Był to przede wszystkim Rok Święty Miłosierdzia i Światowych Dni Młodzieży, ale także rok ekumenizmu, uchodźców i męczeństwa wielu chrześcijan. Tak z watykańskiej perspektywy na miniony czas patrzy dyrektor programowy papieskiej rozgłośni ks. Andrzej Majewski, z którym rozmawia Beata Zajączkowska.

Podsumowując z watykańskiej perspektywy miniony rok możemy powiedzieć, że był to przede wszystkim czas miłosierdzia i młodzieży…

Tak, z pewnością. Był to Rok Święty Miłosierdzia i Światowych Dni Młodzieży w Krakowie… Ale nie zapominajmy i o innych ważnych sprawach, jakie naznaczyły ten czas. Był to więc również rok ekumenizmu: Papież spotkał się po raz pierwszy z patriarchą moskiewskim, odwiedził starożytne Kościoły Armenii i Gruzji, a w Szwecji uczestniczył w uroczystościach rozpoczynających światowe obchody 500. rocznicy reformacji. Był to też bez wątpienia rok uchodźców: wspomnijmy wizytę Papieża na Lesbos w Grecji oraz tragiczne wydarzenia, jakie przez cały rok działy się i nadal dzieją w basenie Morza Śródziemnego. Tylko w tym roku w jego wodach utonęło już ponad 5 tys. ludzi. To prawdziwy dramat, o którym nie możemy zapomnieć, podsumowując miniony rok. Był to też niestety rok męczeństwa wielu chrześcijan. Mówi się o 90 tys. zamordowanych wyznawców Chrystusa i o ponad 500 mln prześladowanych za wiarę.

Decyzją Papieża Jubileusz Miłosierdzia dotarł na najdalsze peryferie. W jego obchodach wzięła udział większość katolików świata. Sam Franciszek nazwał go „nadzwyczajnym sukcesem”. Wyjątkowe były chociażby papieskie piątki miłosierdzia…

Dla mnie osobiście najmocniejszym „piątkiem miłosierdzia” był chyba ten ostatni, kiedy Franciszek spotkał się z księżmi, którzy, jak to się mówi, porzucili kapłaństwo i zdecydowali się założyć rodziny, często – bądźmy szczerzy – przymuszeni sytuacją, w której się znaleźli i to nie bez własnej winy. To, że Franciszek poszedł do nich, że po prostu z nimi był, łamie wiele stereotypów. To tak, jakby powiedział: „I ja was nie potępiam”. Ta wizyta u ex-księży na pewno zostanie zapamiętana. Ten, kto ją widział, jeśli sam jest księdzem, nie będzie musiał czuć się zażenowany, gdy przyjdzie mu spotkać się z podobnymi sytuacjami.

Te piątki miłosierdzia wskazywały na różne sytuacje, w których znaleźli się ludzie. Inny zapamiętany przez mnie „piątek” to wizyta Papieża w więzieniu i to jego pytanie, którym  niejednokrotnie już się dzielił: Dlaczego oni, a nie ja?. Czy naprawdę jest niemożliwe, żebym to ja znalazł się w sytuacji ludzi, nad którymi dziś kiwam z politowaniem głową?. Biedni, bezdomni, których codziennie mijam, nieuleczalnie chorzy, na których jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość o chorobie, zapomniani przez swoje własne dzieci starcy w domach opieki, porzucone kobiety, które już u początku życia muszą się zmierzyć z odejściem ukochanego i poczuciem, że „zostało się oszukanym”, narkomani, nałogowi hazardziści… Czy naprawdę nie jestem sobie w stanie wyobrazić siebie samego na ich miejscu? Dlaczego mnie się poszczęściło, a im nie? „Dlaczego oni, a nie ja?” –  pyta siebie samego Franciszek i tymi swoimi myślami z nami się dzieli.

Zamykając Rok Święty Papież stwierdził, że „czas miłosierdzia trwa nadal”, zachęcił do nadania nowego oblicza starym uczynkom miłosierdzia. To takie zadanie dla nas na Nowy Rok? Zachęta do nieustannej przemiany, odnowy, zaufania?

Myślę, że trafiłaś w sedno. To jest to samo, co już Jan Paweł II mówił przy okazji wielkiego Jubileuszu Roku Dwutysięcznego, kiedy apelował o „wyobraźnię miłosierdzia”. Sztuką jest pomagać innym, ale większą jeszcze sztuką jest wiedzieć, „jak” pomagać, by ta pomoc nie była „z łaski”, by nie była wymuszona, pretensjonalna, nakazana czy motywowana tym, że „tak wypada”.  Wiemy, że tylko „hojnego dawcę Bóg miłuje”. Ileż własnych interesów można załatwiać przy okazji pomocy innym! Potrzeba więc tej „nowej wyobraźni miłosierdzia”, która ma w sobie coś z prawdziwej sztuki. Przychodzi mi tu na myśl brat Albert Chmielowski, którego rok właśnie się zaczyna. Już o tym kiedyś mówiłem. Pomagając innym można być takim „dobrym panem”, który jednak pozostaje panem. Albert, by pomagać nędzarzom, sam stał się nędzarzem.

Miniony rok to wiele ważnych papieskich podróży, ale i zachęta do tego, by samemu nie stać w miejscu. Choćby wezwanie skierowane do młodych, by zeszli z kanapy i założyli wyczynowe buty. Jaką wizję Kościoła i chrześcijaństwa w wydaniu Franciszka pokazał nam ten rok?

Bo ja wiem? Chyba Kościoła, który jest w drodze, tego, o którym mówimy, że jest „Kościołem pielgrzymującym”. Jezus sam powiedział o sobie, że jest drogą. Jego życie było życiem wędrowca. Tylko ten, kto jest w drodze, widzi świat z różnych perspektyw, patrzy na coraz to nowe i inne krajobrazy, spotyka nowych ludzi. Był czas, kiedy mówiono o religii, że jest „opium dla ludu”, że uspokaja, rozleniwia, przenosi szczęście z tego świata do wyimaginowanej przyszłości, że jest ucieczką od trudów codziennego życia. Ale przecież jest odwrotnie. To życie nas rozleniwia, wygoda nas rozleniwia, rozleniwia nas „przeciętność”, którą się zadawalamy. Wiara budzi człowieka do życia – przywraca wolność; sumienie, które budzi wiara, otrzeźwia nas.

Bardzo przemówiło do mnie to, co działo się podczas króciutkiej, zaledwie kilkugodzinnej pielgrzymki Franciszka do Azerbejdżanu. Wspólnota katolicka w tym kraju to raptem kilkaset osób. Witając Papieża mówili: Jest nas tu mało, nie mamy wielkich struktur, nie musimy się o wiele martwić. Nie mamy nic do stracenia. Nie mamy nawet jakiejś wielkiej tradycji. Ale może i przez to czujemy się bardziej wolni i możemy autentycznie przeżywać radość Ewangelii. Myślę, że takiego radosnego, wolnego, bliskiego ludziom i wędrującego Kościoła chce Papież Franciszek.

Wspomniałeś już, że w minionym roku w wodach Morza Śródziemnego utonęła rekordowa liczba migrantów. Migranci i uchodźcy stanowią na pewno problem, z jakim musi skonfrontować się świat. Są też w sercu Papieża. Dla nich pojechał on na grecką wyspę Lesbos. Co z tej właśnie peryferii nam pokazał, na co nas uwrażliwił?

Peryferie to w pewnym sensie sposób patrzenia na świat zaproponowany przez Franciszka. Ale łatwo tu o uproszczenie i sprowadzenie wszystkiego do geografii, czyli do miejsc zapomnianych, którymi mało kto się interesuje, do krajów biednych, do peryferii wielkich metropolii – brazylijskich faveli. To oczywiście też są peryferie. Ale dla Franciszka, jak i dla jezuitów, peryferie to granice: w sensie dosłownym i w sensie przenośnym. Na granicach dużo się dzieje. Tu spotykają się różni ludzie. Opuszczają swoje domy by udać się „zagranicę”. Papież sam to kiedyś tłumaczył w jednym z wywiadów. „,Zazwyczaj – mówił – poruszamy się w granicach, które znamy i w których bardziej lub mniej wszystko pozostaje pod naszą kontrolą”. Dla Franciszka to dobre samopoczucie wynikające z tego, co jest znane, to właśnie centrum. Gdy więc oddalamy się od tego centrum, w którym dobrze się czujemy, gdzie wszystko kontrolujemy i idziemy w kierunku peryferii, tracimy oczywiście te nasze punkty oparcia – „nasze pewniki”, ale zyskujemy nową perspektywę, spotykamy nowych, innych od nas ludzi, stawiamy sobie pytania, jakich wcześniej nie stawialiśmy, i poznajemy problemy, z których istnienia nie zdawaliśmy sobie dotąd sprawy. Ta konfrontacja z nieznanym zmienia nas i pozwala widzieć świat w całej jego złożoności. Do takiej konfrontacji zachęca nas Franciszek. Może dlatego go nie rozumiemy, że oceniamy wszystko pozostając w centrum. Tymczasem on proponuje nam popatrzeć na świat oczyma ludzi, którzy potracili wszystko i z narażeniem życia dotarli do Lesbos. On widzi w nich, bo i oni tak siebie postrzegają, ofiary, a nie agresorów, braci, a nie nowe problemy. Jest to punkt widzenia bardzo niepoprawny politycznie, ale przecież tak opisuje świat Ewangelia.

Papież na Kubie z patriarchą Cyrylem, jego mediacja w sprawie pokoju w Syrii, Kolumbii czy Sudanie Południowym, wyciągnięta dłoń ku luteranom w Szwecji. Spróbujmy spojrzeć na papieskie działania przez pryzmat kultury spotkania, czegoś, co coraz częściej staje się nam obce.

Dobrze, że mówisz o kulturze spotkania, bo chyba o to chodzi Franciszkowi. Dla nas jezuitów bardzo ważny jest dialog, wymiana myśli i opinii. Nie chodzi o to, by kogoś przeciągać na swoją stronę argumentami, ale by nie bać się spotkania. A nawet konfrontacji. W Ćwiczeniach Duchownych św. Ignacego – może wiesz – zawarta jest podstawowa zasada dialogu – tzw. presupponendum. Chodzi o to, że podstawą dialogu jest założenie dobrej woli tego, z kim się rozmawia. Jeśli tego nie ma, a jest np. tylko podejrzliwość i nieufność, żaden dialog udać się nie może. Myślę, ze Papież Franciszek przede wszystkim ufa ludziom. Czy może się mylić ? Z pewnością tak, ale tylko w ten sposób, zakładając dobrą wolę drugiego i ryzykując, da się rozmawiać, przepraszać, korygować, naprawiać, zmieniać, da się po prostu po ludzku spotykać, a nawet przyjaźnić. Myślę, że ta proponowana przez Franciszka postawa, zakładająca dobrą wolę drugiego, jest nam dziś, może szczególnie w Polsce, bardzo, ale to bardzo potrzebna.

Co było najważniejszego w papieskich pielgrzymkach, tych, które się odbyły, i tych, których wciąż nie było, jak chociażby jego wizyta w rodzinnej Argentynie?

Do Argentyny, jak zapowiedział, nie wybiera się i w 2017 r. Może dlatego, że Argentyna to dla niego nie są peryferie. Myślę, że miejsca, które Papież odwiedził w minionym roku, pokazują, że nie ma dla Kościoła krajów lepszych i gorszych, ważnych i mniej ważnych. Gruzja, Azerbejdżan, a wcześniej Armenia to kraje o znikomej obecności katolików; Szwecja to kraj protestancki, a do tego głęboko zlaicyzowany; no i były katolickie Meksyk i Polska. Dla nas w Polsce była to na pewno też ważna konfrontacja z tym Papieżem „z krańca świata” i z jego inną niż przywykliśmy wrażliwością. Warto jest wracać do tego, co Papież nam powiedział. A może jeszcze bardziej do tego, co przeżyliśmy przez te kilka dni, gdy on był z nami.

Podsumowaniem dwuletnich obrad synodalnych o rodzinie i małżeństwie jest adhortacja „Amoris letitia”. Wokół tego dokumentu wciąż trwa wiele dyskusji. Co przez niego chce nam powiedzieć obecny Papież?

Adhortacja papieska to szczególny dokument. Zbiera on jakby to wszystko, co działo się na Synodzie, na dwóch zgromadzeniach. Podczas obu zgromadzeń synodalnych Papież, jak nam donoszono, słuchał i prawie nic nie mówił. Franciszek słuchał biskupów, głosu Kościoła. Dopiero na koniec i on zabrał głos, a po kilku miesiącach opublikował dokument końcowy Synodu – adhortację. To obszerny dokument, który trzeba widzieć jako całość. Jeśli zatrzymamy się tylko na 8. rozdziale i na poziomie: „wolno – nie wolno”, nie zrozumiemy Franciszka. Nie mówię już o absurdalnych czasem zarzutach, jakoby Papież miał mieć wątpliwości co do nierozerwalności małżeństwa. Adhortacja nie jest podręcznikiem dla spowiedników. Podręcznikiem jest konkretne doświadczenie i konkretni ludzie. Jedno jest pewne: nikt nie powinien się czuć zagrożony, Papież nikomu niczego nie odbiera. Zagrożony mógłby się czuć Pan Jezus obecny w Eucharystii, ale to przecież On wskazał Kościołowi – jak wierzymy – Franciszka, czyli, jak to się wzniośle mówi, „Piotra naszych czasów”. Czytając niektóre krytyki Papieża nasuwa mi się obraz oskarżycieli, którzy przyprowadzili do Jezusa kobietę pochwyconą na cudzołóstwie. Zamiast jasnego „tak lub nie” Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi.  Dobrze, że i taką opowieść też czytamy w Ewangelii…

W ubiegłym roku za wiarę w Chrystusa zabitych zostało 90 tys. chrześcijan. Bestialskie zabójstwo księdza we Francji czy Misjonarek Miłości w Jemenie pokazuje, że nie ma kontynentu wolnego od tego zjawiska. Prześladowania narastają, a ich główną przyczyną jest hiperekstremizm islamski. Jak w tym świecie pomagał się nam odnaleźć i żyć Franciszek?

Podczas pielgrzymki Papieża do Azerbejdżanu widziałem, jak muzułmanie są mu wdzięczni za to, że nie utożsamia terroryzmu z islamem. Trzeba mieć odwagę, by upierać się przy takim rozróżnieniu. Dużo łatwiej jest związać skutek z przyczyną. Był zamach. Zamachowiec to muzułmanin, a więc winny jest islam. No dobrze, ale i my chrześcijanie przez wieki walczyliśmy nieraz ze sobą nawzajem i to okrutnie. W czasie nie tak dawnej wojny w Bośni i Hercegowinie to muzułmanie ponieśli najwięcej ofiar, a dziś w Syrii giną muzułmanie i chrześcijanie. Przemoc jest przemocą i na pewno nie rodzi się w żadnym sercu otwartym na Boga. Dziś może bardziej niż kiedykolwiek trzeba bronić wiary przed posługiwaniem się nią jako argumentem w walce z innymi. Są już pierwsze oznaki tego, że w islamie budzi się świadomość potrzeby zrobienia czegoś dla obrony autentycznej wiary przed „nie-wiernymi”, a więc ludźmi nie liczącymi się z Bogiem.

Wydarzeniem, na które czekali wszyscy, była kanonizacja Matki Teresy z Kalkuty. Papież prosił wówczas: „Niech ta niestrudzona pracownica miłosierdzia pomaga nam zrozumieć coraz bardziej, że naszym jedynym kryterium działania jest bezinteresowna miłość, wolna od wszelkiej ideologii i od wszelkich ograniczeń, skierowana do wszystkich niezależnie od języka, kultury, rasy czy religii”. To taki drogowskaz, w jakim kierunku ten nasz coraz bardziej podzielony i pozbawiony bezpieczeństwa świat powinien zmierzać w tym roku?

Nie da się przewidzieć przyszłości. Na nic nasze dobre rady, w jakim kierunku powinien zmierzać świat. On i tak pójdzie swoją drogą. Możemy sobie życzyć, by ten nasz mały świat, jaki tworzy każdy z nas, był choć trochę lepszy. Naszym jedynym, pewnym oparciem są słowa Jezusa zapisane u Mateusza, do których niejednokrotnie powracamy w liturgii: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata”. Mówi się, że każdy czas jest ciekawy, ale my żyjemy naprawdę w ciekawych czasach. Kto z nas mógłby sobie jeszcze kilka lat temu wymyślić takiego Papieża, jakim jest Franciszek? Dobrze, że na koniec przywołałaś Matkę Teresę. Ona też powywracała nam w głowie. A skoro mówiliśmy już o tak wielu wzniosłych rzeczach, to na koniec zacytujmy jej słowa: „Nie martw się tak bardzo problemami, jakimi żyje świat, ale po prostu odpowiadaj na potrzeby konkretnych ludzi”.

bz/ rv

Za: Radio Watykańskie