Misjonarze Kombonianie: Krok po kroku, dzień za dniem…

Świat jest piękny, pełen uzupełniających się różnorodności. Podczas gdy mieszkańcy połowy globu cieszą się słonecznym światłem, ci z drugiej połowy spowici są nocnymi ciemnościami. Kiedy na północnej półkuli jest zima, na drugiej mamy lato w pełni itd. I tak też jest z rokiem szkolnym.

W Polsce zaczyna się we wrześniu, a kończy w czerwcu, a u nas, w Sudanie Południowym, rozpoczyna się w lutym i kończy w grudniu.

W czasie gdy uczniowie polskich szkół przygotowują podręczniki, piórniki i tornistry na rozpoczęcie roku, nasi trzęsą portkami (ci, którzy je mają) przed zbliżającymi się egzaminami końcowymi. Tutaj rok szkolny podzielony jest na trzy okresy oddzielone krótkimi, tygodniowymi feriami. Pierwszy trymestr rozpoczyna się w drugiej połowie lutego i kończy w maju. Drugi w czerwcu, a kończy na początku września, trzeci zaś trwa od połowy września do połowy grudnia. Grudzień, styczeń i luty to najgorętsze miesiące, kiedy temperatura powietrza dochodzi do 45°C. Pewnie dlatego rok szkolny jest tak zorganizowany, aby podczas najgorętszej pory roku uczniowie nie musieli przegrzewać umysłów. Okres wakacji zbiega się również z czasem przygotowań pól pod uprawę. Wielu spośród naszych uczniów udaje się wtedy do oddalonych od centrum domostw, aby pomagać rodzicom w tych nielekkich z reguły pracach.

W tym roku w prowadzonych przez nas trzech szkołach podstawowych, znajdujących się w obrębie naszej mieściny, uczy się ponad 3200 uczniów w przedziale wiekowym 5 – 25 lat. Jeszcze kilka lat temu w pierwszych klasach można było spotkać nawet piętnastoletnich uczniów, ponieważ ci, którzy chcieliby pójść do szkoły we wczesnych latach dzieciństwa, nie mieli takiej możliwości. Szkoły wówczas nie istniały i rządy arabskie bardzo troskliwie dbały o to, aby ich nie było. Sytuacja zmieniła się wraz z przyjazdem misjonarzy katolickich i protestanckich, którzy na dobrą sprawę szkolnictwo w naszych rejonach zapoczątkowali i rozwinęli. Dziś, z upływem lat, powoli wiek naboru do szkół normalizuje się i stabilizuje. Pierwszoklasiści mają przeważnie około 5/6 lat.

Większość naszych uczniów to chłopcy i młodzi mężczyźni. Dziewcząt jest stosunkowo mało. I nad tym właśnie chciałbym się nieco zatrzymać. Bo jak to możliwe – mógłby ktoś zapytać – że w społeczeństwie zdominowanym ilościowo przez kobiety, liczba szortów w szkolnych klasach jest o wiele wyższa procentowo od liczby sukienek? Powodem, na pewno, nie jest moda przyzwalająca dziewczynom na noszenie spodni.

 

Niestety, żeńska część społeczeństwa nie ma tych samych szans co męska. Kultura plemienia Dinka, czyli ludzi, z którymi i pośród których pracujemy, jest raczej kulturą MACHO. Raczej, raczej!

Kobieta jest swego rodzaju własnością mężczyzny i mężczyźnie ma służyć. Nie ma prawa decydować w sprawach rodzinnych. Nawet lepiej jeśli nie decyduje o żadnej sprawie. Od tego jest mężczyzna, który na rozmyślanie i podejmowanie decyzji ma odpowiednio dużo czasu, gdyż większą część doby spędza w cieniu drzewa, rozmyślając lub grając w karty i popijając herbatkę. Kobieta w tym czasie musi utrzymywać porządek w domostwie, przygotować coś do zjedzenia i zadbać o wychowanie dzieci. Dogląda kóz i owiec pasących się dookoła, przynosi wodę z najbliższej studni, pierze ubrania męża itd. Długo można by tak wyliczać. To jednak co najważniejsze dla nas w tym momencie to sprawa edukacji. Otóż żeńska część naszego społeczeństwa nie uczęszcza do szkoły, gdyż musi zajmować się sprawami domu. Mimo tych stereotypów coraz więcej dziewczynek pojawia się w niższych klasach (I-IV). W późniejszych klasach ich liczba maleje w stosunku do chłopców. Wiele bowiem dziewcząt, które rozpoczynają edukację, opuszcza szkołę bez jej ukończenia. W większości przypadków powodem przerwania nauki jest przymusowe małżeństwo, które w tej kulturze jest bardziej regułą niż wyjątkiem. Rodzice mają prawo wydać córkę za mąż już w wieku 15-16 lat. Tutaj za ożenek mężczyzna płaci wyznaczoną liczbę krów. Proporcjonalnie do szacunkowej wartości dziewczyny, której ręka wchodzi w grę. Kto chce się ożenić, musi być gotowy, aby oddać rodzinie dziewczyny wyznaczoną liczbę pogłowia rogatego. Często rodzice, którzy dostają dobrą „ofertę”, przerywają edukację córki, aby przymnożyć sobie rogatego przybytku. Bo „od przybytku głowa nie boli”, a od pustej zagrody może. Niejednokrotnie się zdarza, że dziewczyna chciałaby kontynuować naukę, ale zgodnie z panującym zwyczajem nie ma prawa przeciwstawić się decyzji rodziców i starszych braci.

 

Miejscowa mentalność i kultura powoli jednak ulegają zmianom pod wpływem innych kultur oraz edukacji. Jak wcześniej wspomniałem, z każdym rokiem liczba sukienek w naszych klasach wzrasta. Potrzeba jeszcze trochę czasu. Ludność Sudanu Południowego przez długie lata, jeśli nie od wieków, była odizolowana od innych kultur. A to z powodu warunków klimatyczno-geograficznych, a to wojny, która toczyła się tu przez pięćdziesiąt lat. Największy wpływ na kształtowanie mentalności miała kultura arabska, bo to w rękach Arabów spoczywała władza, która od początku istnienia Sudanu (największego kraju Afryki) starała się narzucić muzułmański styl życia wszystkim mieszkańcom. Południowcy od czasów kolonialnych przeciwstawiali się temu procesowi. Mimo to obecność arabskiej ludności na południu kraju w paradoksalny sposób wpłynęła na obyczaje i kulturę tych, którzy tejże kulturze byli przeciwni.

Wraz z pojawieniem się szkół i ustaniem wojny zaczął poszerzać się horyzont myślowy Sudańczyków z południa. Ci, którzy do szkoły uczęszczają, mają okazję poznać różne systemy społecznościowe i zwyczaje innych mieszkańców Afryki i nie tylko. Po podpisaniu rozejmu pokojowego w 2005 r. do Sudanu przybyło wielu cudzoziemców, ludzi z Ugandy, Kenii, Konga, Etiopii i Europy. Początkowo większość nauczycieli w naszych szkołach pochodziła z Ugandy i Kenii, gdzie system oświaty jest o lata świetlne przed systemem Sudanu Południowego. Obecnie znaczna część naszych nauczycieli to rdzenni mieszkańcy. Jeden więc krok do przodu.

Kto ma kontakt z naszymi uczniami lub ex-uczniami, z łatwością się zorientuje, że tradycyjny schemat myślowy w jakiś sposób został dotknięty. Mnie osobiście najbardziej cieszy fakt, że wielu z nich wypracowało pewien rodzaj myślenia krytycznego. Każda kultura ma elementy pozytywne i negatywne. W kulturze tradycyjnej zazwyczaj nie poddaje się krytyce tego, co robili i co mówili przodkowie. Motto, wedle którego porusza się taki świat, można by streścić w jednym zdaniu: „Nie ważne, czy to dobre czy złe, trzeba tak robić, bo tak robili nasi przodkowie”. Wielu młodych, którzy uczestniczą w procesie edukacji w naszych szkołach, jest już w stanie poddać krytyce elementy kultury i obyczajów obecnie panujących. Często jednak nie są w stanie przeciwstawić się temu co negatywne, ale przynajmniej są świadomi. To znów jeden krok do przodu.

 

 

Przykładów jest wiele. Choćby przypadek Jamesa i Margaret. Ona, młoda dziewczyna, którą rodzice chcieli wydać za staruszka posiadającego duże stado krów, i on, młody nauczyciel, który się w niej zakochuje. Kiedy nadszedł czas zaślubin Margaret ze wspomnianym staruszkiem, ona uciekła do wioski Jamesa i tam się ukrywała. Ostatecznie zamieszkali razem, ale ze strachu przed zemstą jej rodziny, którzy w jakiś sposób muszą odreagować nieposłuszeństwo córki i potencjalną utratę stada rogatych bydlątek, musieli się ukrywać. Po roku, kiedy rodzina dziewczyny odpuściła zniewagę, James i Margaret stali się pełnoprawnym tradycyjnym małżeństwem. James ma jednak dług względem swojej rodziny, który nakazuje mu ożenić się ponownie. Tu bowiem wciąż panuje poligamia i lewirat. Ale on nie chce drugiej żony, gdyż kocha Margaret i chce tylko ją. Rodzina jednak stanowczo się domaga, by ponownie się ożenił, w przeciwnym razie duchy zmarłych będą mścić się na całej rodzinie. Teraz James, nasz nauczyciel, i jego ukochana żona Margaret są szczęśliwi i mają dwójkę dzieci. Przeciwstawili się niewolniczym aspektom swojej kultury. Żyją jednak w ciągłym strachu, bo jeśli cokolwiek złego przytrafi się w rodzinie Jamesa, starszyzna obwini za to jego i jego młodą żonę. To cena za wolność, za krytyczne myślenie i działanie zgodne z sumieniem, za pragnienie nowego stylu życia, który jest zgodny z proponowanymi przez Ewangelię wartościami.

 

 

W lipcu tego roku świętowaliśmy piątą rocznicę niepodległości i zarazem istnienia Republiki Sudanu Południowego. Ale ta niepodległość jest raczej problematyczna. Rozpoczęła się w roku 2011 wielkim entuzjazmem i radością, ale przygasła już w grudniu 2013, kiedy konflikt pomiędzy prezydentem i wiceprezydentem doprowadził do ponad dwuletniej wojny domowej zakończonej oficjalnie pod koniec ubiegłego roku. 80 % tegorocznego budżetu państwa poszło na zbrojenie. A na początku tego roku rząd ogłosił bankructwo. Żołnierze, policjanci i nauczyciele nie otrzymali pensji za ostatnich kilka miesięcy pracy. Wypłat nie ma, a ceny śmiało maszerują w górę. I napięcie rośnie.

Na kilka dni przed Świętem Niepodległości rząd ogłosił, że z braku środków finansowych tegoroczne oficjalne obchody zostają zawieszone. Jednak w stolicy w przeddzień święta zrobiło się hucznie. Ale zamiast oczekiwanych fajerwerków na nowo odezwały się karabiny i granaty. Nieporozumienia, brak środków do życia oraz stare zadry w sercach dały o sobie znać. Niestety, niepodległość Sudanu Południowego rośnie w atmosferze napięcia i przy akompaniamencie karabinowych wystrzałów. Miejmy nadzieję, że to tylko krok w procesie tworzenia przyszłości państwa. Nie wiadomo jednak, czy jest to krok do przodu czy wstecz? A może właśnie wiadomo…

 

Pomimo politycznego zamieszania nasze szkoły mają się w miarę dobrze. Staramy się podążać do przodu, realizując w naszej rzeczywistości – i w swoisty sposób – „Plan odrodzenia Afryki”, którym żył św. Daniel Comboni: „Zbawić Afrykę przez Afrykańczyków”. Tylko w ten sposób, krok po kroku, dzień za dniem, starając się być obecnym w tym, co dzieje się na co dzień, służąc w małych i wielkich sprawach, można mieć nadzieję na lepsze zmiany.

Na koniec chciałbym serdecznie podziękować czasopismu oraz ruchowi TUCUM za zorganizowanie akcji pomocy dla naszych szkół. Otrzymaliśmy od Was kwotę, która w tym roku, w czasie wielkiego finansowego kryzysu, o którym pisałem, pomogła nam nieco wypełnić ubożejącą w zastraszającym tempie szkolną kasę.

Wielkie DZIĘKI dla Wszystkich, którzy o nas pamiętają.

BR. JACEK POMYKACZ, POŁUDNIOWY SUDAN

Za: www.kombonianie.pl