Moja pierwsza misyjna wigilia

Wigilia i Boże Narodzenie na misjach przeżywane są inaczej niż w Polsce. Swoją pierwszą misyjną Wigilię w Sucre w Boliwii, wspomina o. Ryszard Jarmuż OFMConv, obecny sekretarz ds. misji, który – pomimo upływu czasu – żywo opisuje swoje osobiste przeżycia związane z boliwijskim Bożym Narodzeniem.

Mijały prawie dwa miesiące od mojego przyjazdu do Boliwii. Od czterech tygodni mieszkałem w naszym franciszkańskim klasztorze w Sucre (stolica konstytucyjna Boliwii, gdyż La Paz jest tylko stolicą administracyjną).

W Polsce Wigilia to dzień szczególny. Za oknem przeważnie pada śnieg, a w domach trwa ubieranie choinki, sprzątanie, gotowanie, przygotowywanie się do Wieczerzy oraz Pasterki. W Sucre wigilia to dzień, jak co dzień. Na zewnątrz gorąco, bo to przecież lato (śniegu tu nie znają), ruch na ulicach, na targu handel, wszyscy zabiegani, zwyczajny dzień pracy… Żadnego nastroju świątecznego, gorąco i skwar. Tylko tu i ówdzie jakaś sztuczna choinka w sklepowej witrynie. Myślałem, że po południu będzie inaczej, ale nic się nie zmieniło, wszystko tak samo jak z rana.

Około godz. 16:00 wraz z przełożonym udałem się na teren budowy nowego kościoła p.w. Ducha Świętego, aby robotnikom złożyć życzenia świąteczne. Zaproszono nas do stołu. Każdy z obecnych otrzymał po jednej słodkiej bułce i kubku kakao z mlekiem. Tylko tyle, a dla niektórych był to pierwszy i jedyny posiłek w tym dniu. Ja byłem o tyle w szczęśliwszej sytuacji, że w klasztorze mieliśmy później jeszcze kolację. Poczułem się w tym momencie bardzo dziwnie. Byłem bezsilny, nasuwały mi się liczne pytania: dlaczego tyle biedy? Skąd taka niesprawiedliwość? Uczucie to stawało się silniejsze, ponieważ wiedziałem, że w Polsce w tym dniu stoły będą pełne jedzenia. Choć może nie u wszystkich, ale w większości domów pojawi się tradycyjne dwanaście potraw.

Wieczorem, po powrocie do klasztoru, w naszym małym polskim gronie (było nas czterech polskich misjonarzy) mieliśmy małą symboliczną kolację wigilijną na wzór polskiej, wprawdzie bez wielkich przysmaków, ale chodziło jednak bardziej o formę niż o dania. W Boliwii nie spożywa się Wieczerzy przed Pasterką, ale o północy, po Pasterce. Mając jednak przed oczyma wciąż obraz z budowy – robotników, bułkę i kakao – nie mogłem nic przełknąć myśląc o nich. O tym, że oni nie będą mieli co jeść… Modliłem się za nich. Była to pierwsza taka Wigilia i Boże Narodzenie nie tylko w Boliwii, ale w całym moim dotychczasowym życiu. Wigilia pełna nostalgii, zadumy i refleksji. Jedyna w swoim rodzaju,  tak inna, a zarazem najpiękniejsza, bo pomogła mi lepiej zrozumieć nastrój, klimat i ubóstwo stajenki betlejemskiej, ubóstwo Świętej Rodziny i sytuację, w jakiej się znalazła, poszukując dachu nad głową. W moich uszach brzmiała polska kolęda „Nie było miejsca dla Ciebie…”. 

Nie wytrzymałem i poszedłem na ENTEL (miejsce skąd można dzwonić na cały świat) i zadzwoniłem do Polski by przynajmniej przez chwilę usłyszeć głos kogoś bliskiego, głos moich najlepszych przyjaciół, bo moi rodzice już nie żyli.

W Boliwii, podobnie jak i w innych krajach Ameryki Południowej, Pasterka, czyli Msza Św. „de los Pastores”, lub „de Noche Buena” a pospolicie „Misa del Gallo” odprawiana jest zawsze przed północą, aby o godz. 24:00, zasiąść wspólnie z całą rodziną do stołu. W bogatych rodzinach wznosi się toast szampanem, w rodzinach biednych (jeżeli ich stać)  napojem SIDRA – winem musującym z jabłek. Następnie składa się życzenia i je się tradycyjną potrawę tzw. picana. Jest to rosół z ostrymi, a zarazem słodkimi dodatkami: kukurydzą, mięsem wołowym i z kurczakiem, marchewką, pomidorami, cebulą, ziemniakami  oraz przyprawami do zupy. Bogaci, na wzór Amerykanów, jedzą indyka, a biedniejsi zadawalają się kurczakiem (oczywiście, jeżeli ich stać, ci najbiedniejsi jedzą tylko ryż). Jest też zwyczaj ofiarowania jedni drugim tzw. panetonów lub Pan Dulce (ciasto z rodzynkami, migdałami i innymi suszonymi owocami, coś jak w Polsce keks a kształtem przypomina babkę, Panettone – tradycyjny deser bożonarodzeniowy we Włoszech, a zwłaszcza w Mediolanie)., które je się przez cały okres Bożego Narodzenia Nie ma też typowego dla Polski zwyczaju łamania się opłatkiem… Był to kolejny element, którego bardzo mi brakowało.

Sam dzień Bożego Narodzenia obchodzi się uroczyście, ale świętuje się tylko jeden dzień, a nie tak jak w Polsce dwa. Nie ma tam również tak pięknych i głęboko teologicznych kolęd, jak w naszym kraju, są natomiast liczne pastorałki – „Villancicos” pochodzące głównie z Hiszpanii. Najbardziej popularną kolędą jest „Cicha noc, święta noc…” po hiszpańsku „Noche de paz, noche de amor..” (w tłumaczeniu dosłownym: „Noc pokoju, noc miłości…”).

W niektórych parafiach nieco inaczej obchodzi się Boże Narodzenie. Po Mszy Św. – Misa del Gallo, którą odprawia się o północy, wychodzi się na zewnątrz kościoła w procesji z figurką Dzieciątka Jezus – „Nińo Jesús”. Po procesji wszyscy wracają do domów i tam  – przy śpiewie Pastorałek – tańczą aż do świtu przed żłóbkiem, który zrobiony jest w każdym domu.

Są oczywiście ludzie, którzy te święta obchodzili bogato, nawet na styl europejski czy też amerykański. Oświetlają swoje domy, organizują nawet konkursy na najpiękniej udekorowany iluminacjami dom. Większość jednak świętuje w ubóstwie na wzór stajenki betlejemskiej.

Tak wyglądała moja pierwsza Wigilia i Boże Narodzenie przeżywane na misjach, w Sucre, w Boliwii. I choć od opisanych świąt minęło już trochę lat, to sytuacja wielu boliwijskich rodzin, szczególnie tych zamieszkujących wioski, niewiele się zmieniła. Pamiętajmy zatem o nich w naszych modlitwach, zasiadając do wigilijnego stołu. Nie zapominajmy również o misjonarzach, zwłaszcza franciszkańskich, którzy z dala od swojej Ojczyzny przeżywają – może po raz pierwszy – swoje misyjne święta Bożego Narodzenia.

o. Ryszard Jarmuż/ ak.

Za: www.franciszkanie.pl