Ojciec Karol, proboszcz zagubionej polskiej parafii na Syberii

Na łamach „Dziennika Łódzkiego” opublikowano wywiad z O. Karolem Lipińskim OMI, przeprowadzony przez redaktora Dariusza Piekarczyka.

Ojciec Karol Lipiński ze Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów MN, który od ośmiu lat jest proboszczem polskiej parafii w Wierszynie na Syberii, opowiada o tym, jak wygląda posługa kapłańska na końcu świata.

Polski kapłan na Syberii. Kiedyś byłoby to zesłanie. Z tego, co wiem, ojciec pojechał tam dobrowolnie. Prawda?
Zacznę od tego, że nigdy nie myślałem o pracy misyjnej na Syberii. W pierwszych latach mojego kapłaństwa myślałem co prawda o pracy misyjnej, ale na Madagaskarze. Nie doszło to jednak do skutku. Za to po 39 latach kapłaństwa przyszedł czas na Syberię. Jak do tego doszło? W pierwszą niedzielę sierpnia 2009 roku zostałem zaproszony na obiad do znajomego, mieszkającego w Terespolu. W czasie obiadu zabrzęczał telefon. Znajomy mówi, że to dzwoni biskup z Irkucka. Ja, na wesoło, bez przemyślenia, mówię, żeby zapytał, czy nie przygarnąłby mnie. A biskup na to, że kamień z serca mu spadł, bo akurat szuka księdza do posługi w Wierszynie. Cóż, stało się, za słowa trzeba odpowiadać. Powiedziałem więc biskupowi, że przedstawię całą sprawę ojcowi prowincjałowi i odpowiem najszybciej, jak to będzie możliwe. Po dwóch dniach dostałem odpowiedź: mogę jechać, ale tylko na pół roku. Po pół roku otrzymałem zgodę na rok, potem jeszcze rok, jeszcze rok. Ostatecznie decyzja moich władz była taka, że mogę pracować w Wierszynie tak długo, jak tylko wystarczy mi sił.

Nie bał się ksiądz Syberii?
Jadąc do Wierszyny, nie obawiałem się Syberii. Obawiałem się czego innego. Od nowicjatu, czyli od 46 lat, zawsze byłem w klasztorze, gdzie najmniej było 12 zakonników, pomyślałem, że na Syberii będę sam, jak eremita. Pan Bóg pomógł i pomaga. Strach pokonałem.

Jak ojciec trafił do zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokonanej. Dlaczego akurat to zgromadzenie?
Do zgromadzenia Misjonarzy Oblatów trafiłem poprzez misjonarzy z Lublińca, Kędzierzyna i Wrocławia, którzy głosili rokrocznie rekolekcje lub misje w mojej parafii w Bąkowie koło Kluczborka. Zafascynował mnie krzyż, który mieli zatknięty za paskiem. Nie było jednak łatwo zostać misjonarzem. Będąc w nowicjacie, dostałem powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej. W ostatnim miesiącu służby prawie każdego dnia miałem rozmowę z kapitanem, który namawiał mnie na rezygnację z seminarium i proponował w zamian miejsce na każdej uczelni bez jakiegokolwiek egzaminu. Ostatnia rozmowa miała miejsce jeszcze na dwa dni przed wyjściem do cywila. Proponował mi stopień kaprala. Odpowiedź moja się nie zmieniła, więc zostałem tylko szeregowym. Gdy byłem już w seminarium, w prawie każde wakacje odwiedzali mnie ludzie z SB. Kiedyś przyszli do mnie do domu. Kiedy mama dowiedziała się kim są, następnym razem przepędziła ich miotłą. Dzielna kobieta. Oni nie dali jednak za wygraną, otrzymywałem wyzwania na posterunek MO w Kluczborku. 23 maja 1970 roku zostałem wyświęcony na kapłana. Od 19 listopada 2009 roku jestem w Wierszynie zwanej Małą Polską.

Jeśli już jesteśmy przy Wierszynie. Polacy są tam od ponad 100 lat.
Polakom Syberia kojarzy się z zesłaniami. Zresztą o naszych zesłańcach w okolicach Irkucka, bo Wierszyna leży od tego miasta jakieś 100 kilometrów, mówi się bardzo ciepło. Zwłaszcza o polskich naukowcach, którzy odkrywali góry otaczające Bajkał, ale i życie w tym jeziorze. Jednak jest i druga grupa Polaków, którzy w roku 1906, a więc po reformie rolnej w Rosji, wyjechali na Syberię za chlebem. Mieli zagwarantowane pięć hektarów ziemi, darmowy transport oraz pewną sumę rubli na zagospodarowanie. Do Wierszyny w roku 1910 przybyło 59 rodzin, głównie z Kielecczyzny oraz Zagłębia Dąbrowskiego. W następnych latach dojechało jeszcze kilkanaście osób. W sumie było tam 70 rodzin. Początkowo mieszkali w ziemiankach, ale szybko zbudowali szkołę, drewniany kościół pod wezwaniem świętego Stanisława Biskupa Męczennika, następnie tartaki, kuźnie. Żyłoby im się tam dobrze, gdyby do władzy nie doszli bolszewicy.

Jak obecnie żyje się w Wierszynie?
Wierszyna liczy obecnie około 580 mieszkańców. Około 500 ma polskie korzenie. Pozostali to Rosjanie, ale i inni. Nie ma żadnych tarć narodowościowych. Jest zgoda. Jeśli chodzi o pracę, niektórzy wyjeżdżają do Irkucka. Inni pracują na roli, kilkanaście osób w sklepach, bo jest ich bodajże osiem. Są też trzy tartaki. Pyta pan o polskie nazwiska w Wierszynie. Proszę bardzo, wymienię Nowaków, Pietrzyków, Sojów, Niedbałów, Pietrasów, Figurów.

To pewnie język polski jest tam powszechny?
Z językiem polskim jest dobrze. Wiadomo, w szkole jest język rosyjski. Język polski jest jednym z przedmiotów od klasy drugiej do ósmej. Obecna nauczycielka, pani Henryka z Olecka, uczy tu drugi rok i myślę, że podpisze kontrakt na trzeci rok.

Czy mieszkańcy Wierszyny czują się Polakami?
Zapytać przeciętnego człowieka z Wierszyny, czy jest Rosjaninem, to się obraża. Każdy powie, że jest Polakiem i katolikiem. Dam przykład. Grupa dzieci była na Boże Narodzenie w Polsce i miło spędziła święta w polskiej rodzinie. Po przybyciu do Warszawy dzieci dostały kieszonkowe. Poszły na zakupy i wie pan co kupiły? Piękny biało-czerwony szalik i mapę z napisem Polska.

Jak ci Polacy z „Małej Polski” zachowali przez tyle lat język i religię?
Polskość i religia przetrwały dzięki rodzinie. W pierwszych latach pomocą dla nich był także kapłan, który dojeżdżał z Irkucka raz lub dwa razy do roku. Potem, gdy nie było kapłana, gromadzili się sami na niedzielne nabożeństwa i modlitwy. Gdy pojawili się bolszewicy, od razu przystąpili do rozbiórki kościoła. Zdążyli zniszczyć dzwon kościelny, rozebrali wieżę. Na ten widok mężczyźni skrzyknęli się, otoczyli wianuszkiem kościół i nie pozwolili na jego rozbiórkę. Kościoła bolszewicy nie rozebrali, ale go zamknęli. Wszystko wewnątrz zniszczyli. Jedna, jedyna rzecz, która udało się, w wielkiej tajemnicy zresztą, przechować, to figura Baranka, która dziś zdobi fronton ołtarza.

W Wierszynie jest nie tylko kościół, jest też Dom Polski.
Co do kościoła, pierwszą mszę świętą odprawiono tu po 62 latach, ale nie w świątyni, która była jeszcze zamknięta, lecz w szkole. W kościele po 64 latach. Został on oddany do użytku w 1992 roku. W tym roku, 12 grudnia, obchodzimy 25-lecie tego wydarzenia. Kościół jest mocnym filarem języka polskiego. Nabożeństwa odprawiane są zresztą w języku polskim. Tak sobie życzą ci, którzy do kościoła uczęszczają. Jeśli chodzi o Dom Polski, to obecnie nie spełnia swojej roli, tak jak powinien. Mieszka tam nauczycielka języka polskiego, która prowadzi też dodatkowe lekcje.

Ilekroć rozmawiałem z Polakami z Ukrainy, to ich marzeniem jest, aby dzieci trafiły do Polski. Jak jest w Wierszynie?
Wierszyny nie można równać z Ukrainą, gdzie była Polska. Wierszyna to polska, od ponad 100 lat, wieś w tajdze, otoczona choćby Buriatami. Wielu mieszkańców Wierszyny po pierestrojce było w Polsce, choćby na Wielkanoc czy Boże Narodzenie. Nie ma jednak tęsknoty za tym, aby wyjechać do Polski na stałe.

Czy polskość w Wierszynie przetrwa?
Trudne pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Z moich obserwacji wynika, że jeszcze przez wiele lat tak. Jak długo? To będzie zależało także od samej Polski.

Jak ojciec radzi sobie z mrozami syberyjskimi?
Mrozy syberyjskie są do przyjęcia, są nawet piękne. Zima, to zima. Dla mnie w zimie czymś rewelacyjnym jest bania, kiedy to wypocony człowiek może wyskoczyć na śnieg, wytarzać się w nim i ponownie wskoczyć do bani. Fantastyczne.

Do Wierszyny przyjeżdżają Polacy. Mogą liczyć, że zostaną przez miejscowych ciepło przyjęci?
Prowadzę księgę gości i mogę powiedzieć, że z każdym rokiem jest coraz więcej grup oraz indywidualnych gości odwiedzających Wierszynę. Głównie latem, zimą sporadycznie, a szkoda, bo zima jest tu przepiękna. Pewnie, że zostaną ciepło przyjęci. Pyta pan o ceny za gościnę, nie wiem, po prostu nie wiem. Mogę za to powiedzieć o gościach, którzy bywają u mnie. Sami poczuwają się do złożenia ofiary, za które czynię zresztą różnie prace w kościele. Ostatnio wymieniłem 11 okien.

A jeśli zapytam o atrakcje w Wierszynie.
Specjalnych atrakcji tu nie ma. Dla mnie atrakcją wydaje się już sam spacer po wiosce. Na plebanii można zobaczyć dwa filmy o miejscowości. Ponadto program artystyczny w wykonaniu naszego zespołu folklorystycznego Jarząbek. Kto lubi ciepło, zapraszam od połowy maja do końca sierpnia. Tych, co preferują zimno i śnieg, od grudnia do końca marca.

Czy w okolicach Irkucka są także inne skupiska Polaków?
Wokół Wierszyny spotkać można potomków polskich zesłańców. Ja osobiście spotkałem ich w promieniu około tysiąca kilometrów. Jednak takiego zwartego skupiska jak w Wierszynie nie ma. Znana jest mi jedynie miejscowość Białystok, ale ona leży w okolicach Tomska. To wieś założona pod koniec XIX wieku. Trafili tam przesiedleńcy z ówczesnej guberni grodzieńskiej. Przyjechali dobrowolnie, bo skusiła ich ziemia.

No i jest Irkuck. Tam mamy katedrę Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Miałem okazję, aby odprawiać tam mszę świętą. Jest też kościół wybudowany przez polskich zesłańców. Spytać starszych mieszkańców miasta o polski kościół, od razu powiedzą, jak trafić.

Obecnie w tym kościele jest filia filharmonii. Msze święte odprawiane są tam jedynie w niedzielę. W ciągu tygodnia w małej kaplicy, mieszczącej się w piwnicy. Frekwencja na nabożeństwach? Nie jest źle, choć nie aż tak dobrze jak w Polsce.

Proszę opowiedzieć o religijności syberyjskich Polaków. Jak ona się przejawia? Może jest coś szczególnego, co wyróżnia ich od rodaków z ojczyzny?
Zacznę może od mojej parafii. Jeśli chodzi o praktyki religijne, najważniejsza jest niedzielna msza święta, odpust św. Stanisław 8 maja, czyli patrona parafii i Boże Narodzenie. Te ostatnie święta obchodzimy podobnie jak w Polsce. Uroczysta wigilia z zachowaniem wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych, pięknie przystrojona choinka, opłatek, kolędy i obowiązkowo pasterka o północy.

Święta wielkanocne nie są celebrowane już tak uroczyście, ale wierni przynoszą do kościoła pokarm do święcenia. Dlaczego? Pewna pani tak to wytłumaczyła. Kiedy urwał się kontakt z Polską, nasi rodzice nie mieli kalendarza i nie wiedzieli, kiedy jest Wielkanoc. Dlatego też ranga tych świąt znacznie upadła. Jeszcze do kolędy. W tym roku odwiedziłem 113 domów, a wszystkich mam 126. Niektóre były jednak zamknięte, bo w Rosji na początku stycznia, a ja kolęduję od 2 do 5, jest dużo dni wolnych. Wszyscy, do których wstępuję, są ucieszeni, że ksiądz ich odwiedził.

Jest ojciec proboszczem w Wierszynie, a czy ktoś pomaga ojcu w posłudze duszpasterskiej?
Tak. Siostry służebniczki przyjeżdżają do Wierszyny raz na dwa tygodnie. W czasie roku szkolnego katechizują dzieci, przygotowują do sakramentu chrztu świętego, spowiedzi, komunii świętej, bierzmowania. Aby dzieci lepiej zrozumiały katechizm, należy go prowadzić w języku rosyjskim.

Czy my, tu w kraju, jesteśmy w stanie pomóc Polakom z Wierszyny?
Oczywiście, że tak. Pomóc można w różnoraki sposób, jednak najlepsza i najłatwiejsza pomoc, to złożenie ofiary pieniężnej. Takie ofiary zresztą są. Z tych pieniędzy nie tylko remontuję kościół, ale też robię zakupy. Najczęściej są to przybory szkolne, takie od ołówka, długopisu po tornister. Te wszystkie rzeczy spokojnie u nas na Syberii można kupić. Niektórzy wysyłają do nas rzeczy, ale to przedłuża całą sprawę i jest drogie.

Każdą pomoc przyjmujmy z radością. Modlimy się za ofiarodawców w każdą trzecią środę miesiąca o godzinie 17.

Ostatnio grupa polskich dzieci z Syberii, w tym i z Wierszyny, miała okazję spotkać się między innymi z parą prezydencką.
Na święta Bożego Narodzenia grupa 16 dzieci została zaproszona przez Katolicką Szkołę z Warszawy do polskich rodzin. Pełni wrażeń byli, tak dzieci, jak i ich opiekunowie.

Jest ojciec pełen werwy, a tu już 76 lat na karku. Opowiada ojciec o swojej posłudze w Wierszynie z niebywałą pasją. Wierszyna to ojca miejsce na ziemi?
Dobrze pan to zauważył. Tak, Wierszyna to moje miejsce na ziemi, mój cały świat. Wyjechałem do Wierszyny na pół roku, potem na rok, a jestem już osiem lat i chcę tu pozostać do końca moich dni.

I jeszcze ostatnie pytanie. Marzenie proboszcza „Małej Polski” na dalekiej Syberii?
Moim wielkim marzeniem jest, aby z każdym rokiem przybywało parafian, aby kościół się wypełniał. Jeśli w Wierszynie, na stałe, nie z doskoku jak to ongiś bywało, będzie kapłan przez tyle lat, ile go tu nie było, to sytuacja zmieni się na plus. A więc potrzeba jeszcze 54 lat. Nie dożyję tego, ale czekam na następców.

Kończąc, serdecznie pozdrawiam czytelników „Dziennika Łódzkiego” i zapraszam do „Małej Polski” w Wierszynie. Przez cały rok drzwi są tutaj otwarte, a i na stole zawsze coś będzie.

Z tego, co wiem, ma ojciec także związki z Polską centralną?
Byłem ostatnio w Uniejowie, na zaproszenie miejscowego proboszcza oraz Józefa Kaczmarka, burmistrza. Burmistrz był, z delegacją, w zeszłym roku w Irkucku. Uczestniczył w Dniach Papieskich w katedrze. Gościł także w Wierszynie. Nie jest zresztą obojętny na pomoc rodakom na Syberii.

W najbliższą sobotę będzie już ojciec wśród swoich parafian.
Najpierw jest lot z Warszawy do Moskwy, potem z Moskwy do Irkucka. Do Irkucka przyjedzie po mnie ktoś z parafian. Wierszynę od Irkucka dzieli jakieś 150 kilometrów.

W Polsce bywam, co najmniej, raz do roku, właśnie na przełomie stycznia i lutego. Tym razem postaram się jeszcze być w połowie sierpnia. Wtedy jest wielki odpust w Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej. Byłem na 39 odpustach rok za rokiem. Chcę zaliczyć 40.

Za: www.koden.com.pl