Salezjanie – Syria: Na drogach wojny

Inspektor salezjanów Bliskiego Wschodu, ks. Munir El Rai, w ostatnich tygodniach odwiedził wspólnoty w Syrii. W korespondencji nadesłanej na adres ANS podzielił się refleksją ze swojego pobytu wśród ludzi przerażonych wojną, młodych spragnionych nadziei i salezjanów, którzy zdecydowali się pozostać, aby pomagać ludności. W nich wszystkich odzywa się ten sam krzyk rozpaczy: „Haaj” (wystarczy)!

Wizyta rozpoczęła się od Bejrutu, gdzie ks. El Rai spotkał się z salezjanami, którzy przebywają w Libanie. Wśród poruszanych tematów znalazły się także te dotyczące sposobu przyjęcia uchodźców syryjskich, którzy przybywają do tego kraju “cedrów” w poszukiwaniu pokoju i pracy. „Wiele rodzin syryjskich chrześcijan chciałoby uciec przed wojną, emigrując do Libanu – pisze ks. El Rai – wymarzonego dla nich kraju ze względu na znaczącą obecność chrześcijan, możliwość znalezienia pracy i emigracji do innych krajów. Tak więc poprosiłem salezjanów o przygotowanie programu pomocy i przyjęcia syryjskich uchodźców, jak to już miało miejsce w przypadku Libańczyków w czasie wojny w tym kraju”.

W środę 26 września rozpoczęła się podróż do Domaszku środkiem publicznej komunikacji. W czasie tej podróży ks. El Rai rozmawiał z ludźmi o sytuacji uchodźców syryjskich w Libanie, o cierpieniu, którego teraz doświadcza miejscowa ludność. Jego przybycie do Domaszku zbiegło się z końcową fazą ataku na siedzibę Ministerstwa Obrony: całe miasto było postawione w stan pogotowia i było pełne wojskowych blokad. Wszędzie panował klimat strachu, smutku i niepewności, to wszystko utrudniło salezjańskiemu inspektorowi dotarcie do salezjańskiego ośrodka.

Miejscowa wspólnota, złożona z 4 salezjanów, znajduje się w stosunkowo bezpiecznej okolicy i stara się nieść oznaki nadziei ludzom młodym i rodzinom, organizując spotkania formacyjne, duchowe i reakreacyjne. Ośrodek ten staje się oazą pokoju, dzielenia się i przyjęcia, coraz cenniejszym dla okolicznej młodzieży. „Wszyscy współbracia potwierdzili swoją stałą gotowość do pozostania w Syrii i służby młodzieży” – stwierdził ks. El Rai. „Z okazji mojej wizyty wznowiliśmy odwiedziny rodzin dzieci i młodzieży, którzy już nie przychodzą do ośrodka z obawy przed niebezpieczeństwami, które napotykją na swojej drodze, starając się im pomóc zarówno na poziomie duchowym, jak i moralnym i materialym”.

“Ten widok wielu młodych, którzy utracili całą nadzieję co do przyszłości swojej i swojego kraju, bardzo mnie zasmucił, jako że oznacza on klęskę dla życia według zasad bazujących na ufności w przyszłość; przywołuje to obraz Syrii bez chrześcijan i bez przyszłości, jak to się dzieje na innych obszarach Bliskiego Wschodu” – zauważa ks. El Rai.

W sobotę 29 września w Tartous ks. El Rai spotkał się z biskupem maronickim, który podziękował za działalność prowadzoną przez salezjanów w Kafroun. „W Kafroun spotkałem salezjanina, który został przeznaczony do tego domu na okres letni wraz z innymi dwoma młodymi współbraćmi, a który pozostał potem z nowym współbratem, który dołączył, aby pomóc mu w ten nowej misji. Zdycydowaliśmy o otwarciu tego domu na cały rok, aby nadal móc przyjmować uchodźców z Aleppo: około 40 osób z rodzin współbraci salezjanów, salezjanów współpracowników i naszych młodych współpracowników. Obecnie liczba tych uchodźców rośnie w szybkim tempie z powodu nasilenia się starć. Ośrodek prowadzi także zajęcia edukacyjne i rekreacyjne dla dzieci uchodźców z miasta Homs, które najbardziej ucierpiało w tych starciach. A poza tym angażuje się w działalność oratoryjną na rzecz młodzieży z okolicy” – dodaje ks. El Rai.

Wspólne życie uchodźców i Rodziny Salezjańskiej odznacza się stylem rodzinnym, który nadaje ton podejmowanym działaniom i wspólnym momentom życia. Goście angażują się w prace domowe, związane z utrzymaniem domu, pielęgnacją ogrodu, prowadzeniem kuchni i pralni, jak również w pracę duszpasterską wśród uchodźców i dzieci z okolicy. U salezjanów te rodziny czują się bezpiecznie, ale tęsknią za bliskimi, których pozostawili w Aleppo, i niepokoi ich myśl o przyszłości, znaczona lękiem, chęcią ucieczki za granicę, ale i żyją nadzieją, że kiedyś będą mogli powrócić do swoich domów.

“Wyruszyłem do Aleppo w dniu 2 października po południu, podróżując dwudziestopięcioosobowym autobusem wraz z jednym salezjaninem współpracownikiem z Aleppo. Autobus, już pełen rzeczy, które uchodźcy zabrali ze sobą, był także przepełniony napięciem i strachem z racji podróży, która wiodła przez tereny najbardziej zdominowane przez starcia. Ale nie był pozbawiony także oczekiwań uchodźców, którzy mieli nadzieję wrócić na ziemię swojego pochodzenia, aby spotkać się ze swoimi bliskimi”. Po zaopatrzeniu się w benzynę u sprzedawcy, który ukrywał swoje zasoby – zważywszy na to, że dystrybutory już nie były czynne – rozpoczęła się podróż.

“Wzdłuż pustynnej drogi można było dostrzec różne oznaki wojny: spalone samochody i czołgi, zniszczone i opuszczone domy, liczne blokady obstawione przez syryjskich żołnierzy, którzy nas zatrzymali, aby skontrolować nasze dokumenty. Także jakąś godzinę drogi przed Aleppo spotkaliśmy blokadę rebeliantów, którzy także skontrowali nasze dokumenty, pozwalając nam potem jechać dalej. Mijając jeszcze jedną blokadę rebeliantów, dotarliśmy w końcu do Aleppo, szczęśliwi, że dotarliśmy tutaj cali”.
Po dotarciu wieczorem do domu salezjańskiego Inspektor, ku swojemu miłemu zaskoczeniu, został powitany z wdzięcznością przez dwóch salezjanów syryjskich, syryjskiego prenowicjusza i kilku ludzi młodych, którzy grali na małym podwórzu. Dziesiątka Różańca pozwoliła zakończyć ten dzień w miarę pogodnie.

Ale pobudka następnego dnia była cierpka: “Budynek zatrząsł się z powodu wielkiego wybuchu na głównym placu w Aleppo, 8 minut drogi od salezjańskiego domu. O godz. 9.00 chciałem udać się, wraz z innym salezjaninem, na miejsce tego wybuchu, który spowodował śmierć 50 ludzi i zranił przeszło 100 osób w centrum Aleppo, ale było to jednak niemożliwe, ponieważ istniała obawa kolejnych ataków”.

Ks. El Rai i inni salezjanie odwiedzili dzielnice chrześcijańskie – stamtąd pochodzą wszystkie dzieci i młodzież, którzy uczęszczają do ośrodka – które obecnie stały się terenem moździerzy, snajperów i samochodów-pułapek. “W czasie odwiedzin zostaliśmy rozpoznani przez wielu oratorianów, którzy nas zapraszali do swoich domów i opowiadali różne historie. Chłopiec, którego znałem, powiedział mi, że jego rodzina szykuje się do wyjazdu, pozostawiając samego ojca, aby pilnował domu. Jakkolwiek chłopiec ten stwierdził: Kocham Syrię!, a zaraz potem: Pragnę jak najszybciej powrócić do Syrii”.

Inny młody Syryjczyk wyznał księdzu El Rai, że pierwszą pomocą, jakiej ludzie potrzebują ze strony Kościoła, “jest silne wsparcie duchowe i moralne, a dopiero na drugim miejscu – solidarne wsparcie materialne”. Wojna nie tylko jest znaczona aktami przemocy, ale posiada także wymiar psychologiczny i moralny. Ulice są pełne blokad, ludzi, wszędzie znajdują się opancerzone samochody. Już wszyscy posługują się językiem wojny, dzieci rozpoznają rodzaje broni, a kiedy słychać strzały, umieją rozpoznać, z jakiej broni one pochodzą. Wieczorem strzały się nasilają, a dzieci i młodzież marzą o śnie, mając nadzieję, że kiedy się obudzą, będzie po wszystkim.

W Aleppo ks. El Rai spotkał się ze wspólnotą salezjańską, aby zastanowić się nad dalszą pomocą na rzecz dzieci, młodzieży i ich rodzin, zarówno tej duchowej, jak i materialnej. Także dom w Aleppo jest swoistą oazą pokoju. Tych niewielu młodych, którzy do niego przychodzą, począwszy od godz. 16.30, pozostaje do wieczora, kończąc dzień modlitwą do Maryi.

Salezjanie, z pomocą salezjanów współpracowników i innych osób świeckich, rozpoczęli zajęcia z uchodźcami w szkołach państwowych, ale później je zawiesili z powodu zagrożenia. Teraz te zajęcia zostały na nowo podjęte, także dzięki zaangażowanieu młodych kapłanów różnych obrządków oraz różnych grup świeckich. „Poświęcenie się na rzecz innych i wiara w pokojowe współżycie, które w swoim czasie był powodem do dumy dla Syrii, to jedne z oznak nadziei, których doświadczyłem w czasie mojej podróży”.

Inspektor opuścił Aleppo w dniu 7 października, aby udać się samolotem do Damaszku. „Taksówka kosztowała więcej niż lot samolotem z uwagi na ryzyko, na jakie był narażony taksówkarz, który mi towarzyszył”.

“Ta podróż – mówi na zakończenie ks. El Rai – wywarła wielki wpływ na moje życie pod względem ludzkim, chrześcijańskim i salezjańskim. Dane mi było przyjrzeć się okrucieństwom wojny, która tak bardzo szybko doprowadziła do zniszczenia, braku bezpieczeństwa, smutku, nienawiści i podzielenia narodu. Ukazała mi również ducha ludzi, którzy usilnie błagają tylko o jedno: o pokój i bezpieczeństwo, i którzy zrozumieli, że porozumienie jest jedynie możliwe na drodze dialogu. Byłem także świadkiem wielkiego powrotu do wiary i modlitwy i nieodpartej chęci życia, czego dowodem jest to, że paradoksalnie w tej sytuacji wzrosła liczba zawieranych małżeństw”.

“Wydaje mi się, że istnieją dwa wyzwania: wesprzeć ludność w tej krytycznej sytuacji, także w obliczu obecnego braku pomocy humanitarnej, co jest również spowodowane tym, że przypadek Syrii jest jedynie rozpatrywany z punktu widzenia politycznego i medialnego, a zostaje zaniedbany aspekt humanitarny; oraz starać się usunąć nienawiść po tej tak wielkiej nienawiści, kiedy już w końcu powróci pokój”.

“W imieniu licznych Syryjczyków, których spotkał w czasie mojej podróży – kończy ks. El Rai – proszę o modlitwę w naszej intencji”.

ANS – Aleppo

Za: www.infoans.org