Kilka słów o pallotynach i wojnie na wschodzie Ukrainy. Mój punkt widzenia.

Drodzy Bracia! Półtora roku temu byłem wyznaczony odpowiedzialnym za sprawy związane z pomocą na wschodzie Ukrainy, gdzie niestety do dziś trwa wojna. Wizyty na wschodzie Ukrainy, wspólnie z innymi współbraćmi i wolontariuszami, rozpocząłem w czerwcu 2015 r. Jako pallotyni, praktycznie do końca listopada 2016 r., prowadziliśmy bardzo aktywną działalność zarówno charytatywną jak i duchową dla przesiedleńców ze wschodu w centralnej i południowej Ukrainie, a także bezpośrednio na terenach wojennych. Organizowaliśmy pomoc materialną w postaci żywności, ubrań, materiałów budowlanych; pomoc psychologiczną i duchową poprzez spotkania indywidualne, rozmowy, różne warsztaty, letnie obozy dla dzieci, młodzieży, wyjazdy dla rodzin. Staraliśmy się przywrócić normalność w życiu tych poszkodowanych ludzi, pomóc im wrócić do społeczeństwa.

Mówmy jak jest

Ukraina to nie jest kraj prosty. Czasy komunistyczne nauczyły ludzi kraść co tylko możliwe, jeśli coś nie jest twoje własne, można o to nie dbać. Sytuacja na wschodzie Ukrainy wniosła wpędziła ludzi w biedę, pogłębiła nieufność, kombinowanie, kłamstwo. Współpraca w tej sytuacji niestety także nie jest prosta. 

W dzisiejszym świecie istnieje również pewna tendencja, tak zwana „fala”. Życie „na fali” jest uprawiane jak kult w całym świecie. Fala noszenia jakiegoś ubioru, fala posiadania jakiegoś gadżetu, fala uczenia się czegoś, fala pomocy jakiemuś człowiekowi czy ludziom. 

Kiedy na Ukrainie zaczęła się wojna, ludzie przez nią dotknięci zaczęli uciekać, a zewsząd popłynęła fala pomocy dla Ukrainy, dla ludzi poszkodowanych przez wojnę, dla miejscowych przesiedleńców. Kiedy w marcu 2015 r. zaczynałem zbierać pomoc właśnie „na wschód”, udało się to bardzo szybko zorganizować. Ludzie byli otwarci. Europa huczała o sytuacji na Ukrainie. Współbracia z Polski, księża diecezjalni, różne organizacje rozumiejąc to wszystko szczerze starali się pomóc. Ale z każdym miesiącem było coraz trudniej. Ludzie się męczyli. Ciągle ktoś coś zbierał na Ukrainę. Media praktycznie ucichły. W jednej chwili uświadomiłem sobie, że ta wojna raczej nie skończy się szybko. Jest zbyt wygodna i korzystna materialnie dla wielu, tych „przy władzy” szczególnie. Jest to ogromny biznes, budowany na ludzkiej krwi. Uświadomiłem sobie jak ważne jest dbanie nie tylko o stan materialny czy prawny osób poszkodowanych, ale (a może przede wszystkim?!) o zmianę ich myślenia. A z pomocą było coraz trudniej.

Dużo osób, rodzin naprawdę potrzebuje pomocy. Czasem mieszkają w nieludzkich warunkach. Bo uciekli od bombardowania. Bo zostawili wszystko. Starają się coś zmienić, jakoś rozpocząć życie od nowa. Niestety jest i druga grupa, która też przeżywa biedę, ale wszelkimi sposobami próbuje skorzystać z zaistniałej sytuacji stając się, w świadomy lub nie, sposób swoistym pasożytem.

Humanitarny żer

Podczas jednego z wyjazdów na początku 2016 r. zrozumiałem kolejną rzecz. Niestety ta „fala” do której sam się włączyłem, przyczyniła się do tego, że zaczęliśmy ludzi tam na wschodzie przyzwyczajać do tzw. „humanitarki”. Część ludzi zaczęła się przyzwyczajać, że państwo im pomoże, przyjadą wolontariusze, inne organizacje charytatywne i przywiozą pomoc. Po co więc pracować, czy coś zmieniać. Oczywiście wszystko to bardzo starannie skrywają, pokazując ciągle tylko biedę i problemy. Powstał kolejny problem: rozróżnienie jednych od drugich. Tych, co potrzebują pomocy rzeczywiście i tych, którzy korzystają. Nie planując nic zmieniać, prowadzą pasożytniczy styl życia.

Tak naprawdę pomocy potrzebują i jedni, i drudzy, ale zupełnie innej. Trzeba mieć radykalnie różne podejścia do tych grup. Na rozeznanie kto do jakiej grupy należy potrzeba trochę czasu i pracy, gdyż nauczyli się świetnie maskować. Nie da się obiektywnie ocenić na przykład sytuacji jakiejś konkretnej rodziny będąc u nich pierwszy raz, czy zajeżdżając tylko na kilka minut nawet trzy razy. Nie jeden raz się przekonałem, że niektórzy mają dar aktorstwa we krwi. 

Komu wędkę?

Każdy wie, że na pieniądze trzeba jakoś zapracować, jakoś je zdobyć. I to jest tylko jedna strona medalu. Druga strona to mądre wykorzystanie już zdobytych środków. Niestety, czasem, ta druga strona jest jeszcze trudniejsza niż samo zdobycie środków. Pewnego dnia zrozumiałem, że muszę to rozumieć nie tylko ja, ale także i ci, którzy dostają środki na przykład na jakiś remont budynku, czy wsparcie w leczeniu. Uświadomiłem sobie, że trzeba w tym wspomóc osoby objęte pomocą, między innymi postawić konkretne wymagania. Ale pasożyt nie chce iść na takie warunki. Chce za darmo być nakarmiony, nic nie robić i jutro znów czeka na jedzenie. Nawet mowy nie ma o jakiejkolwiek „wędce”. 

Jako pallotyni już zorganizowaliśmy bardzo konkretną pomoc dla ludzi poszkodowanych na wschodzie Ukrainy, ale też mamy jeszcze pulę pieniędzy niezagospodarowanych, ofiarowanych przez prowincje na te cele. Z jednej strony, można szybko lecąc z falą wykorzystać te środki i nawet się chwalić jacy to jesteśmy szczodrzy, ale osobiście nie chciałbym, żeby trafiły do pasożyta. Widzę ile kosztuje zdobycie i jak się zastanawiają przed wydaniem każdego grosza chociażby moi rodzice, którzy też ciągle wspomagają nasze dzieła charytatywne. Nie chciałbym również, żebym stał się przyczyną kolejnego uzależnienia od „humanitarki”.

Mądrość Kościoła

Jednym z ciekawych rysów Kościoła jest to, że nigdy nie śpieszy z decyzją. Tak zwana Pomoc Papieska na Ukrainę nadal leży na kontach. Od momentu zbiórki już minął rok. Ale mądre wykorzystanie tych kosztów potrzebuje głębokiego rozeznania i dużo pracy. Kościół nie poszedł za falą. Robi wszystko swoim tempem. W ukraińskim społeczeństwie inwestycje, to nie jest prosta sprawa. Również większość zachodnich organizacji charytatywnych „odpłynęła” z fali pomocy Ukrainie. A niestety są nowe wyzwania i problemy. 

Bo wojna na wschodzie dalej trwa. Praca z ludźmi jest wciąż potrzebna. Zdobycie środków coraz trudniejsze. I tu wkracza Papież z realizacją projektów pomocy Ukrainie. Wkraczamy i my, jako pallotyni z jeszcze większą pomocą niż dotąd. Mamy swoją falę. Niezależną. Nawet mi się wydaje, że bardzo mądrą. Nie sztuka wyjść raz w tygodniu do psa, nasypać mu jedzenia na cały tydzień i przyjść dopiero za tydzień. Zje niemal wszystko na raz. I ma problem, bo się przejadł. A potem 3 czy 4 dni siedzi bez niczego. Myśmy się powstrzymali. Nie daliśmy wszystkiego. Chodzimy codziennie. Realizujemy swoje projekty powoli, ale systematycznie. Nawet jak się fala zakończyła, my dalej jesteśmy. I to może nawet jeszcze nie w połowie drogi. Dlatego nas bardziej cenią. To jest po prostu mądrzejsze. Z czym tu dyskutować.

Konkretniej o projekcie pallotyńskiej pomocy na wschód Ukrainy.

Pierwsze wyjazdy na wschód Ukrainy zaczął ks. Wjaczesław Gryniewicz SAC, dzisiejszy student w Rzymie. Później dołączył się ks. Paweł Goraj SAC i dopiero potem ja. Na początku było tylko służenie duszpasterskie, już po dwóch tygodniach zaczęliśmy organizować paczki żywnościowe. Trzeba podkreślić też poparcie w całym tym służeniu ze strony Rady delegatury i bezpośrednio ks. Delegata Stanisława Kantora SAC, który w przeróżny sposób sam angażował się szczególnie przez poszukiwanie środków materialnych na organizację pomocy i nasze utrzymanie się na tych wyjazdach. Różne zbiórki we wszystkich naszych parafiach pallotyńskich na Ukrainie, udało się zacząć współpracę z innymi księżmi i zgromadzeniami, a także organizacjami świeckimi. Dużo pomocy również udało się zorganizować z Polski. Kielce, Radom, Zakopane, kilka diecezjalnych parafii na pewno byli i inni, na różny sposób zaangażowani w tę sprawę. Bez tej pomocy nie mielibyśmy czasem możliwości nawet wyjechać, nie mówiąc już o zawiezieniu darów. Dziwiła też ofiarność miejscowych, którzy i tak żyjąc często bardzo skromnie, potrafili się jeszcze dzielić. Staruszki przynosiły ręcznie robione ciepłe skarpety albo pieczywo.

Nasza posługa trwa już ponad dwa lata. W roku 2016 stałą pomocą objętych było ponad 40 młodych, 40 dzieci, prawie 20 rodzin, 15 osób samotnych, około 50 żołnierzy w szpitalach, dodać trzeba jeszcze wsparcie remontu jednej ze szkół przy linii frontu. Nieokreślona jest liczba osób, którym służyliśmy jednorazowo, poprzez przypadek czy nagłą potrzebę. Niestety nie mam danych o pomocy dla rodzin w niektórych naszych parafiach, gdzie współbracia też aktywnie włączają się posługiwanie. W ostatnim roku udało się zrealizować pomoc skierowaną do poszkodowanych przez wojnę na wschodzie Ukrainy na ponad 15 tys. euro, nie licząc różnych zasobów w postaci leków, żywności, ubrań, zbiórki materiałów budowlanych przyniesionych przez ludzi. 

Pod koniec 2015 r., po Europejskim Spotkaniu Wyższych Przełożonych SAC i decyzji wsparcia przez prowincje poszkodowanych w skutek wojny na wschodzie Ukrainy, odwiedził nas ks. Martin Manus SAC odpowiedzialny w Radzie Generalnej za ten projekt. Po ocenie sytuacji i rozmowach zaczęliśmy przygotowanie planu realizacji. W czerwcu 2016 r. został on zatwierdzony przez Radę delegatury. Ale z racji kończenia innych projektów związanych z pracą z rodzinami, młodzieżą i dziećmi, z obozami integracyjnymi, które organizowaliśmy przez całe lato, nie rozpoczynaliśmy nowego. Ostatni oficjalny projekt „integracyjny”, na który mieliśmy finansowanie od różnych organizacji został zakończony we wrześniu. A już w październiku przyszła smutna wiadomość o chorobie ks. Stanisława Kantora SAC, z którym tworzymy wspólnotę w odeskim domu przy parafii św. Klemensa. Niestety miało to wpływ na całość naszego projektu. W ostatnich kilku miesiącach nasza działalność, prócz posługi w szpitalach Żytomierza, Kijowa i Odessy, nieco zmniejszyła tempo. Nieobecność w domu wprawdzie uniemożliwiła wyjazdy, gdyż ani parafia, ani Szkoła Apostolstwa Świeckich (wreszcie ponownie ruszyła), ani dom rekolekcyjny nie może normalnie funkcjonować bez księdza. Odległości nie pozwalają też na regularne zastępstwa przez innych współbraci. Ale już w marcu ks. Stanisław wraca. Myślę, że tempo się wzrośnie i moc naszego działania na rzecz ludzi poszkodowanych zwiększy się. 

Na koniec

Fala pomocy Ukrainie ze strony różnych organizacji charytatywnych coraz bardziej wygasa. A my rozpoczniemy kolejny etap. Kolejny krok, jeszcze szerszy. Bo poważniejsze fundusze, a i nogi już urosły przez zdobyte doświadczenie. Wielu już straciło nadzieję. Niektórym zabrakło kilka kroków do osiągnięcia celu. Do zintegrowania się. I właśnie teraz my wkroczymy. Żeby pomóc w zakończeniu walki. 

Wierzę, że w tym wszystkim czuwa nad nami Opatrzność Boża!

Z modlitwą

Ks. Jurij Siciński SAC

Za: InfoSAC 07/03/2017 [10]