Werbiści: Pożar na stacji misyjnej

W nocy z 3 na 4 marca doszczętnie spłonęły domy, w których mieszkali werbiści pracujący w Parafii Świętej Rodziny Lainya w Sudanie Południowym. Na szczęście nikt nie ucierpiał, ale zabudowania mieszkalne misji praktycznie nie istnieją.

Jednym z misjonarzy pracujących na misji jest o. Andrzej Dzida SVD. Według niego pożar wygląda jak celowe podpalenie, choć nie ma na to jednoznacznych dowodów. Oto relacja o. Andrzeja.


W nocy z wtorku na środę, o godz. 2.15 w nocy, nagle się obudziłem i zobaczyłem spadający z mojego dachu ogień wraz z trawą. Wybiegłem na zewnątrz, ale nic nie można było zrobić, gdyż ogień rozprzestrzeniał się w zawrotnym tempie.

Jeszcze nigdy nie widziałem tak szybko przemieszczającego się ognia, który strawił kompletnie wszystko w kilka minut. Już po minucie nie można było wchodzić do sroka, bo cały dach a raczej paląca się trawa, opadała na wszystko. Paląca się moskitiera, łózko, stół, szafa i mnóstwo książek potęgowały ogień.

fot. o. Andrzej Dzida SVD

W sąsiednim domku, lub raczej afrykańskiej chatce o. Prafula z Indii, też był ogień, ale nieco wolniej trawił łatwo palącą się trawę na dachu. Kolejny domek, który uległ spaleniu to domek o. Bernarda z Konga. Co ciekawe nie sąsiadował z nami, ale był oddzielony chatką o. Francisa, który przebywał do piątku na leczeniu w Indiach. Inne domki, w tym brata Vincenta z Indonezji (przebywającego na leczeniu w Kenii) i budynki gospodarcze, nie uległy spaleniu.

Jest to nieco zaskakujące, że całkowitemu spaleniu ulegają tylko te budynki, w których spaliśmy tej nocy tj. o. Prafula, o. Bernarda i mój. Tajemniczy ogień raczej nie mógł przeskoczyć nad domkiem o. Francisa lub go ominąć (gdyż tej nocy nie było dużego wiatru) i spalić chatkę o. Bernarda. Kolejne pytanie to skąd ogień w środku nocy. Dwa dni wcześniej o. Bernard słyszał jakieś kroki o podobnej porze, pomiędzy 2.00 a 3.00 w nocy, ale nie przywiązywaliśmy do tego zbytniej uwagi, bo różne odgłosy można usłyszeć w Sudanie Płd.

Nie wiemy, czy to było celowe podpalenie, ale pożar trzech rożnych domków, w tym jednego oddalonego, daje do myślenia. Tym bardziej, że to były jedyne domki, w których spaliśmy. Mogliśmy więc spłonąć żywcem. Na szczęście cało wyszliśmy z tej opresji. Ja mam mały znak oparzenia na szyi i lekki na głowie, ale nie jest to nic poważnego. Pozostałym ojcom nic się nie stało. Miejscowi chrześcijanie pomogli przy gaszeniu pożaru, albo raczej powstrzymaniu jego rozprzestrzeniania, gdyż trzy chatki uległy kompletnemu spaleniu.

Nad ranem przyjechała policja i spisała protokół. Miejscowi parafianie zaczęli przychodzić z płaczem i kondolencjami, a niektórzy tylko siedzieli, aby być w tym trudnym momencie razem z nami. Czasem bycie razem, nawet w milczeniu, więcej znaczy niż słowa.

W środę rano poprosili mnie o celebrowanie mszy św. Nie miałem żadnej alby, a stula też dobrze się nie prezentowała na mojej przypalonej koszulce i spodniach, ale nie to było najważniejsze. Mszę św. celebrowałem jako znak wdzięczności za nasze życie. Jednocześnie wspomniałem, że jesteśmy tu by być razem, a kruchość życia przypomina nam o konieczności bycia bliżej Boga i ludzi, bo nie wiemy jak długo jeszcze będziemy żyć.

Po mszy pojawili się przedstawiciele diecezji i rozpoczęliśmy składanie raportów i wizyt. Poprzez lokalny Payam (rodzaj urzędu miejskiego) udaliśmy się do pani Comissionare (rodzaj Wojewody). Comissionare była bardzo wzburzona, gdyż za jej kadencji, a także jej dwóch poprzedników, nie wydarzyło się nic takiego. Obiecała pomoc w wyjaśnieniu zdarzenia. Po złożeniu raportu policji udaliśmy się do naszego domu. Spalonego domu. Na szczęście dwie chatki, które nie uległy spaleniu były wolne.

Odwiedziły nas też nasze Siostry Werbistki z Yei [Siostry Służebice Ducha Świętego – przyp. Red.] i udzieliły nam wsparcia. Ich dom, jak również dom diecezji, jest dla nas otwarty, za co jesteśmy wdzięczni.

Bardzo miłe gesty spotkały nas ze strony miejscowych parafian. Wspólnota ofiarowała nam materace, a kobiety z akcji katolickiej przyniosły pościel. Będąc w mieście szukałem paska, gdyż moje przypalone spodnie trzymały się tylko na sznurku i gdy chciałem płacić podbiegła jedna dziewczyna, która koniecznie chciała zapłacić za mnie. W drodze powrotnej zatrzymała mnie kolejna kobieta, która chciała mi kupić spodnie. Jak się okazało, przypalenie moich spodni było większe niż mi się wydawało… I było tez widoczne dla innych. W każdym razie kupiła mi parę używanych spodni. Bardzo się cieszyłem tymi miłymi gestami ze strony tych biednych i prostych ludzi, którzy w przeróżny sposób okazywali swoja sympatie i współczucie.

W piątek [6 marca – przyp red.] celebrowaliśmy wspólnie Drogę Krzyżową na miejscowej kalwarii, zrobionej dzięki Waszemu wsparciu z Polski. Dla mnie też to był dobry dzień, gdyż po 3 miesiącach leczenia w Indiach, wrócił nasz „Mission Superior”. Tak wiec jako „Vice Mission Superior” będę miał mniej papierkowej pracy i raportów.

Prosimy Was o wsparcie modlitewne. Dziękujemy za dobre słowa i solidarność płynąca z Polski i całego świata.

o. Andrzej Dzida SVD

 


Wszyscy, którzy zechcieliby wesprzeć odbudowę pomieszczeń mieszkalnych na misji w Parafii Świętej Rodziny w Lainya, mogą ofiarą pieniężną wpłacać na knto Referatu Misyjnego Księży Werbistów w Pieniężnie.

Bank PEKAO S.A. O/Elbląg
Nr konta: 42 1240 1226 1111 0000 1395 9119

Dopisek „Serce dla Sudanu”

Za: www.werbisci.pl