Z bloga „Krzysiek i misje”: To tu, to tam

Tak jak to było ustalane wcześniej, święta Wielkanocne miałem spędzić w Phom (New Fangak). Jeszcze krótka podróż do Wanglel na 2 dni (30km) i oczekiwanie na łódź. Plecak przygotowany tylko łodzi jeszcze nie ma. Jak ktoś lubi mieć wszystko na czas, to niestety nie jest to miejsce dla niego. Odpłynie, może jutro, może pojutrze, a może popojutrze. Rano dowiedziałem się, że łódź ma wypłynąć. Po godzinie przyszła do mojego domu Nyador, córka Teresy, która jest bardzo aktywna w naszym kościele. Po chwili, powiedziała – płyniemy razem. Zdziwiło mnie to, że mając 10 lat, płynie sama do Phom, aby odwiedzić swoją chorą siostrę. Łódź się opóźnia, a tu trzeba coś zjeść. Zabrałem Nyador na market i kupiliśmy sobie walwal, sorgo z zsiadłym mlekiem. O około 15.00 udało nam się dostać na łódź. Siedzimy na jakiś workach, niewygodne, ale nie jest źle. Wypłynęliśmy o 16.00 – zapłynęliśmy o północy. Oczywiście w łodzi było kupę śmiechu, bo Nyador została moją adoptowaną córką – nyada, radosna i żywiołowa.

Katechista Abel już spał jak dopłynęliśmy – nie dziwne, ale szybko uporządkował chatę i przygotował mi miejsce do spania. Nyador zabrał do pobliskiej chaty. Kolejnego dnia przyszedł ktoś z jej rodziny, aby ją zabrać do domu siostry. (Dokładnie wczoraj przyniosła mi kurę – będzie uczta.)

Kolejny dzień to niedziela palmowa. Katechiści wszystko przygotowali. Poświęciliśmy palmy i w procesji ruszyliśmy do kaplicy. Jest to dobry moment, aby uświadomić ludzi, że ten tydzień jest wyjątkowy, a w szczególności Wielki Czwartek, Piątek i Sobota. Dla ludzi dniem modlitwy jest niedziela, co by się nie działo w środku tygodnia, niewielu przychodzi.

Mając kilka dni przed świętami udało mi się jeszcze dostać do Pakan. Była modlitwa i był czas, aby popływać w rzece. Tutejsi ludzie zawsze ze zdziwieniem patrzą na białego pływającego w rzece. Dla nich rzeka jest do kąpieli – wejdą i po pięciu minutach wyjdą. Tylko dzieci się bawią i pływają. Nie mogą uwierzyć w moje historie, jak im opowiadam, że w Polsce siedzimy nad wodą całymi dniami, gramy w wodzie, jeździmy rowerkami wodnymi i wypoczywamy. Dla tutejszej ludności nie do pomyślenia.

W Wielki Czwartek ludzie zaczęli się schodzić do Phom. Zaczęło się przygotowywanie jedzenia; mięso, yotyot, sorgo, mula itp. Mięliśmy umywanie nóg, eucharystię, adorację krzyża, liturgię światła o zmroku tak jak to ma zwyczaj i w naszym polskim kościele. W sobotę 30 chrztów. Oczywiście największe święto z największą ilością ludzi było w niedzielę.

W poniedziałek i wtorek miałem czas, aby odwiedzić inne kaplice. W środę czekałem już na helikopter do Dżuby. Przyleciał pierwszy, ale niestety to nie mój. Wyszły z niego jakieś chyba ważne osobistości w niebieskich kaskach, bo mieli pełno obstawy. Po godzinie zjawił się mój helikopter – po trzech godzinach znalazłem się w Dżubie.

Miałem czas na odpoczynek i modlitwę. Tydzień rekolekcji postawiły mnie na nogi w duchu i ciele. Dla nas jest to ważny czas, aby nabrać sił do dalszej pracy, powierzyć wszystko Panu Bogu i prosić o błogosławieństwo. Czas na zastanowienie się nad naszą pracą i nad tym, co zrobić, aby być jeszcze lepszym misjonarzem.

Był to wyjątkowy czas, ponieważ przed wylotem mieliśmy także spotkanie młodych Kombonianów i Kombonianek. Piękny czas na wymianę doświadczeń, problemów i radości. Wiemy, że nie jesteśmy sami i że nie tylko my przeżywamy trudności. Każdy chyba wspominał ubiegły rok; jak wielu z nich musiało się chować przed ostrzałem czy spadającymi bombami, jak niektórzy wciąż żyją w traumie, a na odgłos samolotu w głowie mają spadające bomby i myśli gdzie się schować. Jednak Bóg jest wielki, chroni nas od wszelkich niebezpieczeństw i każdy z nas był Mu wdzięczny za to, że wciąż tu jesteśmy, wciąż żyjemy. Bo mamy dla kogo.

Więcej (zdjęcia) na: www.krzysiekimisje.pl