Zmartwychwstanie na Filipinach

Jak wyglądają Święta Wielkanocne na Filipinach? Tak jak w Polsce, czy może zupełnie inaczej…? Opowiada o tym kl. Kamil, który od kilkunastu miesięcy odbywa tam staż misyjny…

Ślę najserdeczniejsze życzenia wszystkim zaglądającym na stronę www.duchacze.pl! Niesamowity jest ten czas Wielkanocny, w którym teraz trwać będziemy przez kolejne 40 dni. Szczególnie przemawia do mnie angielski odpowiednik nazwy tego okresu, mianowicie Easter. East jako Wschód kojarzy mi się, mam nadzieje prawidłowo, ze wschodem słońca. Tak też teraz podobnie jak słońce każdego ranka wstaje, tak Chrystus pragnie mi dać znać, abym nie poddawał się w powstawaniu z moich słabości i grzechów, gdyż On właśnie za to został zabity i pokonał to na zawsze poprzez swoje Zmartwychwstanie.  Zbudź się o śpiący, powstań z martwych, niech zajaśnieje ci Chrystus! Tego właśnie życzę Wam i sobie na ten okres Wielkanocny!

A teraz do rzeczy. Po pierwsze, jak wyglądały obchody Wielkiego Tygodnia tu na Filipinach, a konkretniej w parafii, w której aktualnie się znajduję? Po drugie, dlaczego piszę te relację z takim opóźnieniem?

Niedziela Palmowa, czy raczej Niedziela Męki Pańskiej, była prologiem do Wielkiego Tygodnia. Procesję zaczęliśmy od kapliczki skąd ulicami doszliśmy do parafialnego kościoła. Wszystko odbywa się zupełnie tak samo jak w Polsce z tą różnicą, że tu mamy prawdziwe palmy. Miałem okazję pojechać z ojcem proboszczem na Msze Święte jeszcze do dwóch kapliczek.

Następnym wydarzeniem była Msza Krzyżma, która nie zawiera się w Triduum Paschalnym, ale mimo wszystko do Wielkiego Tygodnia się zalicza. Z reguły wszyscy wiedzą, że ta Msza Święta ma miejsce w katedrze i jest celebrowana przez biskupa. Sprawowana jest w Wielki Czwartek przed południem. Lecz tu gdzie jestem był wyjątek od jednej z reguł. Mianowicie Msza Krzyżma zamiast w Wielki Czwartek odbyła się dwa dni wcześniej.  Tak więc po śniadaniu pojechaliśmy do Pagadian. Tam w ośrodku diecezjalnym odbyły się krótkie rekolekcje, które poprowadził nasz ojciec proboszcz o. Peter Matthew (tu małe sprostowanie, ojciec ma na nazwisko Matthew a nie Wadzani. Przepraszam za pomyłkę w poprzednim artykule).  Trwało to aż do obiadu, a uczestnikami byli głównie księża z ponad 20 różnych parafii należących do diecezji Pagadian oraz siostry zakonne i ludzie świeccy. Po obiedzie nie od razu odbyła się Msza Krzyżma. Czekaliśmy na nią kolejne 4 godziny. Była to dla mnie okazja, aby pochodzić sobie po mieście. Jako, że katedra znajduje się blisko centrum mogłem sobie pozwolić na taki właśnie suroysuroy (spacer). Msza Krzyżma rozpoczęła się o godz. 17.00. Ubrałem się w albę i komżę, i usiadłem sobie z przodu, gdzie zarezerwowane było miejsce dla sióstr i braci. Msza była w języku lokalnym, ale nie wszystko zrozumiałem bo przecież nie mieszkam tu całe życie. Zrozumiałbym lepiej, gdyby mówili trochę wolniej i wyraźniej. W tym miejscu podzielę się moim faux pas, mianowicie jak wiadomo w trakcie Mszy Krzyżma księża i osoby zakonne odnawiają swoje przyrzeczenia. No i jako że siedziałem w ławce z siostrami i braćmi zakonnymi, tak sobie na szybko pomyślałem, że wstanę bo jeszcze przyjdą do mnie myśląc że jestem z zagranicy i języka nie rozumiem i będą kazali mi bym wstał i zrobi się zamieszanie. No to wstałem. Nic nie odnawiałem, bo nie mam co odnawiać, ale dziwnie się czułem, bo za mną mnóstwo ludzi i myślą, że ja już zakonnik, a ja jeszcze nie. Dlatego po Mszy Świętej przeczekałem i uciekłem żeby nikt mnie nie złapał i sobie zdjęcia z wysokim, niebieskookim, samozwańczym zakonnikiem nie robił.  Po Mszy była kolacja, a potem do domku szybko, bo następnego dnia w Wielką Środę wczesnym rankiem odbywała się Droga Krzyżowa ulicami miasteczka.  Mówiąc wczesnym rankiem mam tak naprawdę na myśli późną noc. Zgromadziliśmy się w jednej kapliczce o godzinie 3 w nocy i dwójkami, niosąc krzyż przeszliśmy 14 stacji modląc się i śpiewając. Nasza Droga zakończyła się Mszą Świętą. Bardzo mi się podobała. Myślę, że dobrze ją przeżyłem. Zaczynała się tak późno w nocy, gdyż było bardzo ciepło. Reszta dnia przebiegła dalej w podobnym pokutnym nastroju. Wielki Czwartek rozpoczął się wcześnie bo o godzinie 4 rano. Po wspólnie odmówione Liturgii Godzin, ojciec proboszcz jeszcze przez pół godziny opowiadał i tłumaczył główną liturgię każdego dnia Triduum Paschalnego. Następnym punktem dnia była Msza Wieczerzy Pańskiej z gestem obmywania nóg. Z angielskiego Maundy Thursday, maundy pochodzi od mandatum = przykazanie. Apostołowie (mężczyźni, bo Jezus właśnie takim umywał nogi, reprezentują sobą cały lud) zostali zrekrutowani dzień wcześniej z pobliskich wiosek i ubrani byli bardzo dostojnie i uroczyście. W trakcie Mszy do momentu obmycia nóg siedzieli nawet za ołtarzem.  Liturgia była bardzo uroczysta, ojciec proboszcz używał nawet po części języka łacińskiego. Chór był również niczego sobie. Wszystko byłoby pięknie, gdyby w czasie Prefacji nagle nie zgasły wszystkie światła i przestały działać mikrofony. Zabrakło prądu. I co gorsze nie zadziałał generator. Oświetlony blaskiem świec był jedynie ołtarz. Jako że asystowałem przy Mszale, przytrzymywałem ojcu świece aby wszystko widział. Kościół zamilkł wsłuchując się w modlitwy płynące z ołtarza. Tak było do końca Mszy Świętej. Tego dnia grupa dzieci po raz pierwszy przyjęła Komunię Świętą. Po Mszy Najświętszy Sakrament został procesyjnie przeniesiony do innego pomieszczenia (udekorowanej ciemnicy nie było). Ołtarz został obnażony, a świece zdmuchnięte. Apostołowie, ojciec proboszcz i ja poszliśmy na wspólną kolację, a w tym czasie mechanik naprawił generator. Przez całą noc była możliwość czuwania przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie. Dowiedziałem się, że młodzi czuwać będą od 1 do 3 w nocy, więc postanowiłem się do nich przyłączyć. Ładnie śpiewali i modlili się różańcem i koronką do Miłosierdzia Bożego, więc ani się spostrzegłem, a była już prawie 4 rano Potem była ostatnia Droga Krzyżowa dookoła kościoła. Następnie po niedługim czasie o godzinie 11.00 rozpoczynało się tak zwane Siete Palabras, czyli ostatnie siedem słów Jezusa na krzyżu. Otóż siedmiu mężczyzn, którzy są rozpoznawani i respektowani w tej małej społeczności ubrani byli jak senatorowie i odczytywali rozmyślania na temat każdego ze słów. Ludzi ubranych na czerwono w kościele zgromadziło się bardzo wielu, gdyż niedługo po tym nabożeństwie rozpoczynała się Liturgia Męki Pańskiej. Siete Palabaraszakończyło się na 30 minut przed Liturgią. Dokładnie o godz. 15.00 rozpoczęliśmy celebrację. Tym razem bez żadnych braków w dostawie prądu. Była adoracja krzyża, a po zakończeniu Liturgii odbyła się tak zwana procesja Santo Entierro(Święty Pochówek). Tak więc w procesji ulicami miasteczka szli kapłani, służba ołtarza, Posąg Jezusa zdjętego z Krzyża, Posąg Matki Bożej Bolesnej i wszyscy wierni.  Zakończyło się to złożeniem Jezusa w prowizorycznym grobie. Następnie wierni w ciszy rozeszli się do domów. Wielka Sobota rozpoczęła się również o godzinie 4 rano modlitwą. Dalej nie było żadnych urozmaiceń jakie mamy w Polsce, np. nasza tradycyjna święconka. Czas do Wigilii Paschalnej przeznaczony był na modlitwę i adorację przy Grobie Pańskim. Wigilia Paschalna, którą przeżyłem w tej parafii, zalicza się do jednej z najdłuższych w jakich kiedykolwiek brałem udział i to wcale nie za sprawą Liturgii Słowa. Czytań i psalmów było po cztery. Było za to wielu przystępujących do sakramentu Chrztu Świętego i Bierzmowania. Razem chyba 50 osób (od niemowląt, aż po osoby starsze). Tak więc cała ta liturgia Wigilii Paschalnej trwała od 17.30 do ok. 22.00. Później nie było żadnej procesji… Później w nocy odbyło się tzw. Sugat(spotkanie). Z kościoła w dwie różne strony wyszły procesje. Na czele jednej była niesiona statua Zmartwychwstałego, a na czele drugiej statua Matki Bożej Bolesnej. Za Jezusem szli sami mężczyźni, a za Maryją same kobiety. Spotkanie tych dwóch procesji miało miejsce na placu przed kościołem, gdzie na ozdobionej platformie stały Aniołki (czyli małe dziewczynki). Ich zadaniem było zdjęcie żałobnego welonu z głowy Maryi i nałożenie korony. Czyniąc to proklamowały zwycięstwo Chrystusa śpiewając Alleluja.  Na koniec rozrzuciły płatki kwiatów, a ludzie zgromadzeni na placu łapczywie te płatki łapali. Szczerze mówiąc nie wiem dlaczego, ale domyślam się, że to wyraz pobożności. Następnie o 3.00 w nocy rozpoczęła się Msza Święta (Misa sa Sugat). Msza zakończyła się ok. 5 rano. Wyglądałem w tej mojej komży jak przerośnięty aniołek, więc dałem się sfotografować z aniołkami i służbą ołtarza. Całe to wydarzenie rozpoczęło się w środku nocy, czyli gdzieś o godz. 2.00. Ostatnim już elementem tych wszystkich celebracji była Niedziela Zmartwychwstania. Msza Święta w dzień Uroczystości rozpoczęła się o godz. 9 rano. Pięknie i uroczyście przeprowadzona, zakończona ogłoszeniami, z których dowiedzieliśmy się, że ojciec proboszcz wyjeżdża na przymusowy miesięczny urlop (odnawianie wizy). Jako że rozpoczyna się tu okres wakacyjny, a pogodowo pora sucha, wiele osób z otoczenia plebanii również wybiera się na urlopy, albo w poszukiwaniu wakacyjnej pracy. Tak więc od Poniedziałku Wielkanocnego (nie ma tu pojęcia Śmigusa Dyngusa i nie mam pojęcia jakbym miał im to przetłumaczyć) we wspólnocie mieszkam z wikariuszem, ojcem Donatusem. Jest to o tyle dobre, że już tworzyliśmy wspólnie wspólnotę w Cebu, więc się znamy. Teraz tylko spadły na mnie obowiązki nieobecnych. Jako że wszystkie Msze zostały przesunięte na godziny poranne, przez ostatnie dni kościół otwieram o 5.00 rano i dzwonię dzwonami (jest nagrana płyta i ja ją puszczam). Jak dotychczas jakiś jeden ministrant wyznaczony przychodzi, więc nie wszystko jest na mojej głowie. Prowadzę także modlitwy wspólnotowe. Bardzo mi się to podoba. Od przyszłego tygodnia zacznę prowadzić katechizację dla dzieci i młodzieży (w języku lokalnym). Jeszcze nawet nie zacząłem się do tego przygotowywać, więc gorąca prośba o Światło Ducha Świętego dla mnie! Myślę, że tymi ostatnimi linijkami pokrótce odpowiedziałem na pytanie dlaczego tak późno piszę tę relację… W Wielkim Tygodniu naprawdę mało było czasu. Staram się do końca wykorzystać  dany mi tu czas. Póki co jestem szczęśliwy robiąc to co mogę. A czego jeszcze nie mogę to się nauczę i kiedyś będę mógł. Zdecydowanie takie doświadczenie otwiera oczy na pewne sprawy. Ufam, że kolejne lata formacji przygotują mnie dostatecznie do pracy misyjnej.

Proszę dalej o modlitwę za mnie. Na ile potrafię staram się pamiętać. Serdecznie pozdrawiam! Błogosławionej Wielkanocy!

… a teraz bonus, te cztery ostatnie zdania piszę w języku cebuano

Palihug i-ampo pa ninyo ako. Nakahinumdum unta ko kaninyo sa akong pag-ampo. Akong mainitong pangomosta maanaa kaninyo. Malipayong Pasko sa Pagkabanhaw!

kl. Kamil Bejgier

Więcej (zdjęcia) na: www.duchacze.pl