2005.05.10 – Częstochowa – Kard. Stanisław Nagy: Życie Konsekrowane w dziejowym momencie odejścia Jana Pawła II do domu Ojca

Przewielebni Ojcowie,

Ogromnie się cieszę, że spotykam się z fenomenem polskiego życia zakonnego. Bardzo się cieszę, że od czasu mojego całkowicie niezasłużonego wyniesienia miałem okazje spotkać się z głową Konsulty ks. prow. Parzyszkiem. Muszę powiedzieć, że czułem potrzebę wewnętrzną, żeby się z tym życiem zakonnym spotkać – do niego przecież należę, z niego wyszedłem, jestem nadal jego członkiem. Mam jasną świadomość tego i że mam pewne prawo i pewną radość z tego powodu, że jestem razem i że w tym składzie, w jakim się tutaj znajdujemy, możemy poczuć, że do siebie należymy. Muszę powiedzieć także, że ks. prowincjał, wyznaczając mi temat, dał mi dość wolną rękę. Powiedział ogólnie, że mam mówić na temat Eucharystii. Ale wydaje mi się, ze trzeba poruszyć także i pewien dział nieco innej problematyki aniżeli ściśle tematyka eucharystyczna.

Pragnę napomknąć i właściwie dość szczegółowo naświetlić ten dziejowy moment, tj. nie tylko zakręt Kościoła w ogóle, ale też i kościoła polskiego w szczególności, zakręt dziejów ludzkości. W tej chwili jeszcze nie doceniamy tego, nawet niektórych elementów tego zakrętu, nie uświadomiliśmy sobie jakie miały ogromne wymiary. Tym nie mniej trzeba mówić o zagęszczeniu dziejowym, jakie się dokonało w tych trzech głównych faktach, których byliśmy świadkami na przestrzeni ostatniego miesiąca. I to zagęszczenie dziejowe nakłada na nas wszystkich, zwłaszcza na polski episkopat, ale nie tylko, także zaraz po nim na konsultę zakonów polskich, ażeby odczytać sens tej godziny dziejów, bo w nim się kryją różne konsekwencje. Musimy to wziąć pod uwagę, a z tego są już przesłanki, że niektóre gremia w Kościele polskim ciągle nie mogą uświadomić sobie ogromnych wymiarów tego, co się stało, tej dziejowej chwili, jaką przeżywamy. A szkoda, gdyż powinno to być okazją do wyciągnięcia daleko idących wniosków.

Powiedziałem o trzech wydarzeniach, które się w tej chwili wydaje składają na ten zakręt dziejowy, w jakim w tej chwili znalazła się cała ludzkość i to przy kościele katolickim. Pierwszym elementem tego zakrętu dziejowego jest śmierć Jana Pawła II – pierwszego z rodu Polaków. A na tę śmierć składają się dwa główne elementy. Po pierwsze, ta pomnikowa postać, obawiam się, że choć żył miedzy nami i z nas wyszedł, był na nas otwarty, kochał Polskę, Kościół Polski tak, jak rzadko kto. Nie wystarczająco przeżyto w niektórych kręgach jego pomnikową osobowość. To nie był tylko człowiek, który powinien być santo subito -głosem ludu ogłoszonego świętym, łączyła się niesamowita osobowość. Łączył się geniusz w trzech na pewno ogromnych wymiarach: geniusz intelektualny – człowiek o nieprzeciętnych walorach, człowiek, który nie zdajemy sobie z tego sprawy – stworzył oryginalny system filozoficzny. Człowiek, który swoje otoczenie gasił w okręgu swojej myśli i swojej erudycji. Nieprzeciętny, genialny w swoim spożytkowaniu mocy Bożej. To nie tylko lud z ulicy wykrzyczał santo subito. Ci, którzy ocierali się o niego, mieli świadomość, że dotykają świętości realnej, świętości, która nie podlega absolutnej dyskusji. Świętość była dla niego przygodą od samego początku do końca. Gdy we czwartek S.Tobiana na chwileczkę odeszła od łoża boleści i potem wróciła, gasnącym głosem zapytał: – A byłaś w kaplicy? Dla niego życie było jednym wielkim obcowaniem z kaplicą. A przecież to tylko jeden z elementów człowieka ceniącego świętość i do świętości dążącego. Całą jego twórczość, tę właśnie papieską można łatwo odczytać w tym właśnie sensie – zwłaszcza ta ksiązka o jego życiu biskupim, ona przecież pulsuje ta wielka sprawą, że biskup musi być święty.

Jest i trzeci element jego genialności – to niewątpliwe element administracyjny. Taki był niepozorny. Mówiono o nim, że wędruje po świecie, a nie pilnuje Kurii Rzymskiej. To jest nieprawda. Od samego początku z Kuria się zetknął, Kurie zorganizował, miał oko wprawnie otwarte na wszystkie ogniwa tej Kurii.

Dlatego też ta Kuria, gdy zaczął się chylić ku końcowi, również z przerażeniem myślała, co dalej. Wiedziała bowiem, że Kościół traci człowieka o ogromnych walorach administracyjno – religijnych. Daliśmy – polski Kościół – postać na miarę wieków. Osobiście miałem długo opory przeciwko nazywaniu Jana Pawła „wielkim”. Po tym, co się stało ostatnio, po jego śmierci, zacząłem się skłaniać, że to jest ranga tych największych, którzy kierowali Kościołem. Historia zresztą na ten temat wyda werdykt. Ale straciliśmy tylko osobę. Pięknie napisała „Rzeczpospolita” w swoim numerze po śmierci. Na pierwszej stronie całej wypełnionej czernią napisano: „Żegnaj Ojcze”. A potem synowskie i dziecięce wyznanie przywiązania podpisane: „Zespół Redakcyjny”. Może nie wiedzieli do końca, ale wiedzieli, że coś się wielkiego stało przez tę śmierć. Musimy sobie zdać z tego sprawę, że to było coś na miarę wieków. Pan Bóg ma swoje sposoby działania. W epoce mediów, które wdzierają się wszędzie, ale te media i tak nie dały rady wypowiedzieć całego ogromu dramatyzmu tej śmierci.

Byłem na drugi dzień po śmierci w Rzymie i za zasadnicze moje zadanie uważałem, żeby wypytać naocznych świadków, i to nie jednego, nie dwóch, nie trzech, najbardziej miarodajnych i autentycznych, przeżywających ostatnie sekundy tej śmierci. Niesamowita śmierć, śmierć w ogromnym cierpieniu. Wtedy kiedy pulsowała jeszcze w pełni świadomość . Tego wyrazem było to bicie ręką o łóżko, uwiezioną przez kroplówkę, a także przez te inne instrumenty, które były zaczepione, by go ratować. Nie mówiąc o innych cierpieniach całej śmierci. Ale śmierć cała zatopiona w Bogu, śmierć, która wycisnęła na tej twarzy śmiertelnej niesamowita cechę. Gdy stanąłem przed zwłokami i dotknąłem tych zimnych rąk, miałem świadomość, że to nie jest zmarły, że to jest ktoś żyjący innym życiem. To był refleks, tych momentów ostatnich. Do nich należy i to, że jak lekarze stwierdzili po pięciu dniach, ciało jest zupełnie wiotkie, zupełnie nie stężałe. Ale wracam do śmierci w sobotę, która rozpoczynała ustanowione przez niego Święto Miłosierdzia Bożego, śmierć, która już było pewne, że nastąpi, ale śmierć olbrzymich pożegnań. Wszystko, co było wielkie na Watykanie, przyszło z kardynałem Ratzingerem na czele. Rozpływał się we łzach Arturo Mari – fotograf, bo i jego ks. abp Dziwisz przyprowadził do łoża śmierci. Ojciec święty tak pięknie powiedział: Grazie, Arturo. Pożegnał się ze wszystkimi, którzy byli mu bliscy i którzy w niego w taki czy w inny sposób inwestowali. Ten wielki, wierny sługa będący ustawicznie w cieniu – ks. abp Dziwisz – zadysponował Mszę Św. o Miłosierdziu Bożym. Rzadko się zdarza, żeby Msza święta była odprawiana przy człowieku żegnającym się ze światem. Była nie tylko Msza, ale i Komunia – ten swoisty wiatyk z odrobiną wina konsekrowanego, które jeszcze Ojciec święty na parę godzin przed śmiercią spożył. A potem gdy się wydawało, że przychodzi moment odprężenia, że to jeszcze nie nastąpi, niektórzy wyszli z mieszkania, w którym Ojciec święty konał. I wtedy właśnie nastąpiły, ni stąd ni zowąd, w ogromnej ciszy i skupieniu dwa coraz to bardziej krótsze oddechy. Aparaty wskazały, że odszedł Wielki Papież.

Proszę Księży, jak się z tej pespektywy spojrzy na to, co się działo dookoła, na to co się zaczęło dziać miedzy innymi w Polsce, to się jeszcze bardziej wyraziście rozumie, że to był element cudu. Zacichnął on i zacichnął cały świat. Nawet ci najbardziej obojętni, pomijając świat całkowicie obcy Bogu, wszyscy zamilkli, bo nie mogło być inaczej. Umierał Ojciec ludzkości i ta ludzkość to odczytała, wyciągnęła wnioski. Także w postaci tego miliona zgromadzonego w Krakowie, tych setek tysięcy naszych polskich wiernych i nie tylko wybierających się w nocy do kościoła, bo się czuło potrzebę skupienia, zadumy, żalu, a przede wszystkim tego natężenia modlitwy.

A wnioski ostateczne? Nie możemy ich wyciągać na razie w ogóle, bo one są dalekosiężne, skomplikowane i złożone. Ale jedno jest pewne, że ten pokorny kościół polski, tak znajdujący się w kącie Europy i cywilizowanego świata jest jednak światem, z którego wyszedł ktoś wstrząsający świadomością ludzkości jak nikt jeszcze do tej pory wstrząsnąć nie był w stanie. To jest tytuł do świętej dumy, ale równocześnie tytuł do tego, żeby wyciągnąć życiowe wnioski dla siebie i dla drugich z perspektywy tych, którzy pełnicie funkcje przełożonych.

Uzupełnijmy to jeszcze fenomenem pogrzebu. Nie będę komentował tego, bo niektórzy mieli okazję dotknąć tego nerwu, tego pogrzebu w samym Rzymie. Tym nie mniej ta śmierć i ten pogrzeb stanowią element składowy tego ogromnego wydarzenia. Wtedy nastąpiło kolejne wydarzenie nasze, własne, katolickie, niesamowicie szybkie – wybranie następcy. Konklawe – i następcą zostaje towarzysz drogi, bo kard. Joseph Ratzinger, przedtem zanim został Benedyktem XVI. Był po prostu towarzyszem drogi, trudnej, skomplikowanej drogi. Wielu stawia sobie pytanie, czy Jan Paweł II mógłby być tym kim był bez kardynała Ratzingera? A przecież nie było jasne, że wybór nastąpi właśnie w taki sposób. Byli tacy, którzy dbali o to, żeby dokonać wyboru po innej linii. Został dokonany taki wybór, który zaskoczył poważną część świata, ale także szybkością tego, kiedy się dokonał. Krakano dookoła, że długotrwałość konklawe będzie świadczyć o tym, iż w jakiś sposób Kościół jest w kryzysie. I tu szok. Pierwszy papież po Piusie XII, który został w takim tempie wybrany, jednoznacznie wybrany.

Kimże jest Benedykt XVI? Prasa szczególnie europejska, już po ostygnięciu z tego wszystkiego, z tego zamilknięcia i zaciszenia, powiedziała, żeby tylko nie był sklonowaniem Jana Pawła II. Benedykt XVI nie jest z całą pewnością sklonowaniem Jana Pawła II, niemniej jest człowiekiem, który jednoznacznie powiedział jaką drogą będzie szedł. Wyraził to zdecydowanie w przemówieniu do kardynałów po swoim wyborze. Nie można mieć najmniejszej wątpliwości, że ani na krok nie odstąpi od linii, którymi jego poprzednik szedł przez całe życie i dlatego doszedł do takich rezultatów. Tym nie mniej, jeszcze raz powtarzam, nie jest człowiekiem sklonowanym, nie jest i to jest bardzo dobrze, że najpierw wprowadził taka różnicę, jaką jest podejście do beatyfikacji. Nie będę beatyfikował ja – papież, ja będę tylko kanonizował, z tego względu, że beatyfikacje stały się masowe i ja nie widzę jak bym to umieścił w programie życiowym. I tak – idąc za Janem Pawłem II – odszedł od Jana Pawła II, ale bynajmniej nie zmienił kierunku swojego postępowania w pontyfikacie. Już w swoim przemówieniu inauguracyjnym, w którym takie ogromne miejsce zajęło to powiedzenie: – Nie bójcie się otworzyć drzwi Chrystusowi. On je powtórzył, ale równocześnie tak pięknie i bogato uzupełnił. Jan Paweł II zawołał: – Nie bójcie się Chrystusa, a Benedykt XVI dodał: – Bo Chrystus nie przychodzi po to, by cokolwiek odbierać. Przychodzi tylko, żeby dać. Dlatego też motywuje to wielkie zawołanie Jana Pawła II poprzez swój komentarz teologiczny, jakże głęboki. A przecież to nie jest tylko jeden z elementów, który w jakiś sposób dowodzi, że Benedykt XVI przy całej swej trosce o to, aby iść tą samą drogą, jednak stara się nie zbaczać za daleko.

Wyraźnie zaznaczył jednak Benedykt XVI swój stosunek do poprzedniego pontyfikatu w odniesieniu do Roku Eucharystycznego. Z całą powagą uświadomił sobie, że wybór został dokonany w Roku Eucharystycznym i że Rok Eucharystyczny musi trwać, musi spełnić swoje zadania jakie mu zostały wyznaczone. Dlatego też Rok Eucharystyczny, jest nie tylko rokiem Jana Pawła II, ale także rokiem Benedykta XVI, jak powiedział w Krakowie kard. Meissner o spotkaniu młodzieży w Kolonii, że będzie tam dwóch papieży – jeden z nieba, a drugi chodzący po ziemi. Ma chyba rację. Ten żyjący papież tam, przy tronie Boga, z całą pewnością tam będzie. Wtedy tam będzie także aktualnie papież żyjący.

Tak samo jest z Rokiem Eucharystycznym. To jest idea ogromnej sprawy, którą rzucił Ojciec Święty po określonym przygotowaniu, o czym przepięknie mówi w pierwszym rozdziale encykliki Ecclesia de Eucharistia. Grunt był przygotowany przez Wielki Jubileusz, przez Rok Różańca, przez nasilenie się zwłaszcza katolickiego ruchu młodzieżowego przy Kościele do tego, ażeby wejść we wielka tajemnicę Eucharystii i przezywać ją tak, aby ona zaczęła w pełni owocować w życiu i działalności Kościoła.

Drugą część poświęcę tylko rozważaniu jednego punktu tematyki eucharystycznej na gruncie dwóch dokumentów, które w tej mierze stanowią dla nas bazę źródłową, a mianowicie: Ecclesia de Eucharystia oraz Mane nobiscum Domine.

Problematyka Eucharystii w życiu Kościoła, w życiu chrześcijaństwa z jednej strony ogromnie wyraziście zarysowana od samego początku, a z drugiej strony w dziejach Kościoła różnie się kształtująca, gdy idzie o jej rzeczywistość. I tak przy czytaniu ewangelii świętej do tej pory właściwie ciągle się akcentowało to, że motywem wiodącym całego nauczania Pana Jezusa jest idea Królestwa Bożego, dostrzeżono właściwie dotąd, że drugą ideą jest idea Boga Emanuela, idea Boga będącego z ludźmi, jak najbardziej głęboko i jak najdalej idąca z punktu widzenia egzystencjalnego. Jeśli czyta się Ewangelię rzetelnie, to się dostrzeże, że właściwie tajemnica Wcielenia to nic innego tylko to, co na końcu dzieje się w Eucharystii, to finalne działanie. Potem jest Nazaret polegający na tym, że wcielony Syn Boży żyje zanurzony w zwyczajne życie ludzkie. Jak się przedtem chował w szopie betlejemskiej, tak potem na trzydzieści lat ukryje się także, ale ciągle ten sam Bóg w ludzkiej sprawi, w ludzkich wartościach, w ludzkiej ontologii, jaką jest życie człowieka.

Jak zaczyna się okres nauczania według Ojca Świętego w życiu Chrystusa? Na to odpowiedź daje szósty rozdział Ewangelii św. Jana. Taki ogromnie bogaty, szeroki – ma ponad sześćdziesiąt wierszy, który nie jest niczym innym, jak wielką wykładnią doktryny o tym, że Bóg chce być Emanuelem, ze Bóg chce być blisko, jak najbliżej człowieka, że cały świat stworzony jest po to, żeby te zaślubiny Boga z człowiekiem się dokonywały i to jak najbardziej istotnie. Ten rozdział VI Ewangelii św. Jana jest tak zaskakujący, że jak wiemy treść, którą Chrystus zawarł w tym rozdziale była tak bulwersująca, że poważna część ludzi odeszła. Chrystus sam był świadom tego i nie maił pretensji, że oni odchodzą, dlatego, że w sobie ma tę energię bulwersującą, zwłaszcza w wypadku tych prostych Żydów tak bardzo mających swój pogląd na zagadnienie istoty Boga. To jest coś ogromnie dalekie, nie do pojęcia, żeby Bóg mógł stać się pokarmem. Pan Jezus się nie wycofuje tylko pyta – czy i wy chcecie odejść. Ale pod warunkiem, że ja tę naukę będę dalej kontynuował całym sobą.

Rozdział VI potem oczywiście będzie miał dalszy ciąg u św. Jana, w której ten problem zaślubin między Bogiem a człowiekiem będzie bardzo mocno uwydatniony aż do finału w postaci Wieczernika i Kalwarii oraz Zmartwychwstania. W tym miejscu w Wieczerniku dokonało się to, co stanowi całe jądro chrześcijaństwa i całego pojęcia zbawienia. Wieczernik bowiem był przedsionkiem triduum paschalnego, to był przedsionek z triduum paschalnym związany. Cóż się wtedy stało we Wielki Czwartek? Niezwykły dar. W encyklice Ecclesia de Eucharistia ten fragment został w kapitalny sposób zinterpretowany. Fragment Wieczernika, za którym dzieje się po pierwsze – już rozpoczęta ofiara , która się spełni za parę godzin w Wielki Piątek – Ofiara Krzyża. W pełni świadom tego na czym będzie polegał krzyż, w pełni go akceptuje. Jego śmierć jest więc już antycypowana na parę godzin przed faktycznym zaistnieniem w Wieczerniku. Jest to więc ofiara, która stanowi definitywne, ostateczne zawarcie przymierza między Bogiem a człowiekiem, między Bogiem a nową ludzkością. Wszystko w Starym Testamencie zmierzało do tego momentu jakim było to, co się stało na Ostatniej Wieczerzy, do Nowego Przymierza – To jest Krew Nowego Przymierza. Ale równocześnie tam, gdzie było przymierze, także w Nowym Testamencie, musiał powstać lud – nowa społeczność religijna. I faktycznie we Wielki Czwartek zaczyna się początek Kościoła, jest w pełni to, co w kościele jest istotne, jest Bóg wcielony autentyczny, obecny, Bóg pomiędzy gronem dwunastu apostołów, którzy reprezentują Kościół, a równocześnie ludzie, którzy za chwilę po ustanowieniu Najświętszego Sakramentu, staną się uczestnikami życia tego Mesjasza. W konsekwencji tego, ze spożywają jego ciało, nie staja się osobnymi ciałami Chrystusa, ale staja się wspólnie Ciałem Mistycznym przeniknięci już tą nową ekonomią, która została ustanowiona przez to nowe przymierze.

A więc Nowe Przymierze, nowy Lud, ale równocześnie niesamowity mechanizm, e który został człowiek wciągnięty, mechanizm Sakramentu Eucharystii. Ten sakrament, który ostatecznie wciąga człowieka to wielkie misterium tego Triduum Sacrum prostego i zwyczajnego człowieka. To dzięki Niemu, godność jaką otrzymał w To czyńcie na moją pamiątkę – człowiek będzie kontynuował aż do skończenia wieków. To wszystko co stało się tam we Wielki Czwartek, podczas ostatniej Wieczerzy. I stąd ta ogromna rola kapłaństwa. Kapłaństwo to podstawowa przesłanka do właściwej oceny, Eucharystia to właściwa przesłanka do oceny kapłaństwa. Dopiero w perspektywie Eucharystii, która jest, która wciąga człowieka poprzez zjednoczenie z Chrystusem w te tryby funkcjonowania Nowego Przymierza i Nowego Ludu Bożego. Kapłan staje się kimś wyjątkowym i oddzielonym od reszty świata.

W sumie więc mamy do czynienia w tym wielkim objawieniu się Boga, który chce być z człowiekiem, jak najbliżej aż do zjednoczenia mistycznego, jakie dokonuje się w każdej Komunii Świętej. Ogromna Boża sprawa , która nie jest tylko sprawa tamtego momentu dziejowego, ale jest sprawą, która ma twać na wieczność. To czyńcie na moja pamiątkę…..Ja jestem z wami po wszystkie dni do końca świata. To kapłaństwo przedłuża tamten moment Wielkiego Czwartku – w przeszłość ginącą, oczywiście przy końcu świata. I stad ogrom każdej Mszy Świętej, ale jednocześnie ogrom godności kapłańskiej, która w każdej Mszy Świętej dokonuje tego ogromnego czynu, jest współczynnikiem tego cudu, że tajemnica zjednoczenia się Boga z człowiekiem, która dokonała się w Chrystusowej męce, będzie tajemnicą trwającą aż do końca. To kapłan poprzez apostołów jest tym głównym pilotem, tej wiecznotrwałości, tego misterium Boga, który chce być blisko z człowiekiem aż do końca w dwojaki sposób. Poprzez to, że będzie wkraczał w jego życie poprzez pokarm eucharystyczny, ale także poprzez to co zatracił zwłaszcza protestantyzm, ze będzie towarzyszem człowieka w głębiach tabernakulum. Tu należałoby dotknąć problemu, który może nas troszeczkę zaskoczyć. A mianowicie tej jedyności autentyczności Kościoła katolickiego w stosunku do Eucharystii. Co prawda Kościół miał wahnięcia odnośnie tego czy podkreślać sprawę Eucharystii, ale zawsze wracał do pionu i zawsze ostatecznie kończyło się tym, że ta wiara w Eucharystie była bardzo fundamentalną wiara, fundamentalnym elementem wierzenia chrześcijańskiego. Podczas gdy zwłaszcza protestantyzm zagubił te właśnie rolę kapelaństwa w tym mechanizmie uwieczniania tego zjednoczenia Boga z człowiekiem, jakiego dokonał Pan Jezus na ostatniej wieczerzy. Stąd też takie nasze poważne wątpliwości doktrynalne odnośnie tego, czy możemy protestantyzmowi przyznać elementy kościelności. Wydawało się po soborze, że tak, tymczasem właśnie Kardynał Ratzinger w swoim kapitalnym dokumencie Dominus Jesus wyraźnie powiada, że nie musimy się spieszyć, ażeby wspólnotom protestanckim przyznawać godność kościelną, bo tam brakuje istotnego elementu, a mianowicie pewności co do tego, że w tym modelu chrześcijaństwa dokonuje się faktyczne zjednoczenie Boga z człowiekiem, tak jak je dokonał Chrystus Pan w Wielki Czwartek. Dlatego też mamy poważne trudności, gdy idzie o nasze zbliżenie do protestantyzmu z tego właśnie względu, że poprzez niwelowanie czy niedocenianie tego momentu kapłaństwa oni, niestety, podważyli role i znaczenie Eucharystii w życiu chrześcijańskim. Dominus Jesus przyznaje prawosławiu eklezjalność również z tego tytułu, że jak katolicyzm przyjmuje kapłaństwo, które jest tym istotnym ogniwem kontynuacji zjednoczenia z Bogiem na drodze Eucharystii. Mają ważną Eucharystię, przyjmują faktycznie istnienie Chrystusa między ludźmi. Niestety, mają pewną słabość, która polega na tym, że w konkretnym życiu kościelnym na miejsce tego stymulatora głównego, jakim jest Eucharystia, weszła właściwie ikona. Brak właściwie tego, co się w Kościele katolickim zachowało – stałej obecności i wyciąganie wszystkich konsekwencji z tej stałej obecności Jezusa w tabernakulum. Dlatego też tylko Kościół katolicki może i musi się nazywać częścią chrześcijaństwa Chrystusowego, jest Kościołem eucharystycznym. Stąd ogromna waga tego, żebyśmy wiedzieli jak ważną i doniosłą role odgrywa Eucharystia w całokształcie chrześcijaństwa, abyśmy umieli wyciągnąć wszystkie wnioski życiowe, które z tego płyną. Między innymi te wnioski dotyczą naszego kapłaństwa, które jest ogromnie ważnym czynnikiem i ogniwem w tej tajemnicy Boga wcielonego, która jest tajemnicą per excellence Boga, będącego Emanuelem, który za wszelką cenę jak najdalej chce pozostawać w zjednoczeniu z człowiekiem.

(Tekst spisany z taśmy)