2007.05.19 – Lubiń – Abp. St. Gądecki: Ora – labora. Święcenia diakonatu i prezbiteratu u Benedyktynów

 

Dzisiaj spotykamy się na liturgii święceń w Lubiniu, miejscu wyjątkowym, naznaczonym duchem św. Benedykta (480-ok.550), czyli inspirowanym przez jednego z najznamienitszych duchów Kościoła zachodniego, który – za pośrednictwem założonego przez siebie zakonu – przyczynił się do pogłębienia wiary i kultury najpierw w Europie a potem na świecie.

Jego Reguła zakonna nie była tak surowa jak Reguła św. Kolumbana, Kasjana czy prawodawców rodzin mniszych Wschodu. Nie kładła też nacisku na studia, jak reguła Kasjodora. We wszystkim zalecała umiar; w modlitwie, uczynkach pokutnych, w pracy i w spoczynku, w jedzeniu i piciu polecała „złoty środek”. Jej zasadniczym celem była służba Boża; całe życie zmierzające do głoszenia chwały Stwórcy.

Dzieło św. Benedykta jest imponujące i niepowtarzalne. Dzięki niemu, jego duchowi synowie, benedyktyni, stali się przez długie wieki (VI-XII) najpotężniejszą rodziną zakonną na całym świecie. Liczba ich klasztorów dochodziła do kilku tysięcy, a liczba mnichów – do dziesiątków tysięcy. Zakony te dały Kościołowi kilka tysięcy świętych i błogosławionych oraz ponad 20 papieży.

1. BENEDYKTYNI W LUBINIU

Kiedy po raz pierwszy przybyli do Polski – w X wieku – mieli już za sobą już cztery wieki istnienia i działalności. Zapewne najpierw dotarli – razem z biskupem Jordanem – do pierwszej polskiej diecezji, do Poznania. Im też Polska zawdzięcza z wielkim prawdopodobieństwem chrzest święty.

A potem, podczas napływu drugiej fali benedyktyńskiej, po 1039 roku ujrzymy ich w Gnieźnie, Trzemesznie, w Łęczycy, Tyńcu, na Łysej Górze, w Czerwińsku, Płocku, Kruszwicy, Sieciechowie, we Wrocławiu, Oleśnicy, Gdańsku i Lubiniu. W tym okresie starano się wzmacniać opactwem benedyktyńskim każdą diecezję. Nieopodal Gniezna założono opactwo mogileńskie, opodal Poznania – lubińskie, obok Krakowa – tynieckie.

Tutaj, do Lubinia, benedyktyni przybyli ok. 1070 roku z opactwa św. Jakuba w Leodium, z terenów dzisiejszej Belgii. Tam właśnie, w Leodium biskup Herakliusz (od 959) wybudował wcześniej klasztor, a bp Notger (972-l008) rozwinął edukację. Dzięki niemu szkoła klasztorna z Leodium przez ponad wiek zajmowała przodujące miejsce w Europie. Było to najświetniejsze miejsce edukacji literackiej tamtego okresu. Balderik z Looz (1008-18), Walbodon (1018-21), Durandus (1021-25), Reginard (1025-38), Nitard (1038-42), Wazo, Teoduin (1048-75) dzielnie rozwijali dziedzictwo Notgera. Ich szkoła wydała dwóch papieży: Stefana IX (1047-1048) i Mikołaja II (1059-1061). Zasłynęła szczególnie ze starań o reformę kościelną i jako pierwsza rzuciła hasło pełnej niezależności Kościoła od władzy świeckiej. Ideę tę przejął potem inny benedyktyn, Hildebrand, który jako papież Grzegorz VII (1073-1085) głosił wolność Kościoła od wszelkiej władzy świeckiej.

2. ŚWIĘCENIA DIAKONA I KAPŁANA DLA LUBINIA

Po z górą czternastu wiekach od powstania Reguły i prawie dwóch wiekach od pruskiej kasaty, duch benedyktyński Lubinia ulega umocnieniu. Dzień dzisiejszy przynosi bowiem z sobą święcenia diakona i prezbitera benedyktyńskiego, wpisując się złotymi zgłoskami w ponad dziewięćsetletnią historię tutejszego klasztoru. Znowu Reguła przybiera konkretny kształt: „Jeśli opat chce mieć w klasztorze wyświęconego kapłana lub diakona, niechaj wybierze ze swych mnichów takiego, który byłby godny sprawować kapłańską posługę (Reguła 62, 1: O kapłanach klasztornych). I oto właśnie dzisiaj mamy świecić dla tego klasztoru diakona i prezbitera.

a. Kim są diakoni w Kościele? W przeszłości apostolskiej byli to ludzie posługujący przy stole, czyli zajmujący się opieką nad biednymi, przechodniami, przybyszami, wdowami i sierotami. Narodziny instytucji diakonatu w Kościele opisują Dzieje Apostolskie: «Gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. „Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły” – powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. „Upatrzcież zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości! Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa”. Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce» (Dz 6, 1-6). Później ludzi tych nazywano po prostu „Siedmioma” (por. Dz 21, 8). Ich zadaniem miała być przede wszystkim troska o ubogich i potrzebujących, chociaż niektórzy z nich – na przykład Szczepan i Filip – pełnili także funkcję apostolską, polegającą na modlitwie i posłudze Słowa.

Dzisiaj nałożymy ręce dla posługi diakońskiej na brata Maksymiliana. Będzie on odtąd spełniał tę posługę w Kościele na trzech płaszczyznach: Słowa, Liturgii i Miłości. Najpierw ma obowiązek głosić Słowo Boże i żyć tym, czego naucza, by uczynić Je bardziej wiarygodnym. Następnie będzie pełnił „służbę liturgii”; odmawiał Liturgię Godzin, udzielał Chrztu św., asystował biskupowi i prezbiterom przy celebracji Boskich misteriów, czytał Ewangelię i intencje Modlitwy Wiernych, rozdawał Komunię św., asystował przy zawieraniu małżeństwa, udzielał sakramentaliów, przewodniczył obrzędom pogrzebu. „Posługę miłości” zaś spełni wybierając przede wszystkim miłość Chrystusa ponad wszystko; stąd zobowiązanie celibatu, aby mógł prowadzić życie święte, niewinne i nieskalane. Potem przejmując – niejako instytucjonalnie – troskę o biednych i potrzebujących.

Włączenie do stanu diakonów to coś więcej niż zwykłe wybranie, wyznaczenie, delegacja lub ustanowienie przez wspólnotę Kościoła. Jest to akt sakramentalny, udzielający daru Ducha Świętego, pozwalający wykonywać „świętą władzę” (sacra potestas), która pochodzi od samego Chrystusa, przez jego Kościół. Święcenia diakonatu określa się także jako consecratio, są bowiem wyłączeniem ze świata i przyjęciem przez samego Chrystusa w służbę Kościołowi. Włożenie rąk przez biskupa i modlitwa konsekracyjna stanowić będą widzialny znakiem tej konsekracji. Dzięki niej, uczestnicząc w posłaniu i łasce Chrystusa, brat Maksymilian nie będzie szukał niczego innego, jak tylko upodobnienia się do Chrystusa, który również stał się „diakonem” (diakonos), to znaczy sługą wszystkich (por. Mk 10, 45; św. Polikarp, Ep. ad Philippenses, 5, 2). Jako dobry diakon będzie zawsze starał się być piękną ikoną Chrystusa.

b. Z kolei kapłan Chrystusowy to najpierw świadek prawdy, czyli ktoś, kto uczy patrzeć w głąb, odkrywać sens życia, odróżniać to, co nas rozwija, od tego, co nas krzywdzi i co prowadzi do cierpienia. Prawdy, która wyzwala z iluzji, z naiwności, z grzechu. To także – i przede wszystkim – świadek Bożej miłości. To ktoś, kto serdecznie cieszy się ludźmi, do których został posłany; kto potrafi kochać miłością Chrystusową każdego spotkanego człowieka; kto jest powołany po to, by kochać tych, których nikt nie kocha i którzy nie potrafią kochać samych siebie. To ktoś, kto tworzy wspólnotę miłości, w której silni pomagają słabszym, zdrowi chorym, radośni smutnym, a bogaci biednym. To ktoś, kto przyprowadza ludzi do Chrystusa i pomaga im myśleć, kochać i modlić się tak, jak On.

Godność kapłańska – uczy św. Efrem – przewyższa wszystko: «Kochajmy kapłanów, bo oni są przyjaciółmi dobrego Boga i wstawiają się za nami i za całym światem. […] Choć nie wiesz o jakim kapłanie, czy jest godny urzędu, szanuj go dla przykazania Chrystusa! Bo jak nie traci wartości złoto, choćby się zanieczyściło w błocie, ani nie traci blasku najpiękniejsza perła wśród brudnych rzeczy, tak nie staje się brudnym kapłaństwo, choćby je otrzymał nawet człowiek niegodny. Kto zasługuje na ten wzniosły urząd i żyje w nim nienagannie, zyska życie wieczne i niewiędnący wieniec; kto zaś odważy się sięgać po niego niegodnie, ściągnie na siebie ciemności zewnętrzne i sąd bez miłosierdzia» (Św. Efrem, Mowa o Kapłaństwie, tłum. ks. Wojciech Kania, Tarnów 1983, s. 9-10).

A przecież, przy całej wielkości kapłaństwa, prezbiter będący jednocześnie benedyktynem jest tym bardziej zobowiązany do pokory: «Wyświęcony zaś niech się wystrzega wyniosłości i pychy. Niech się nie ośmiela robić czegokolwiek ponad to, co mu zleci opat. Powinien wiedzieć, iż [od tej chwili] musi się tym bardziej podporządkowywać karności zakonnej. Niech z racji swojej godności kapłańskiej nie zapomina o posłuszeństwie należnym Regule i nakazanej przez nią karności, lecz coraz gorliwiej dąży do Boga» (Reguła 62, 2-4: O kapłanach klasztornych).

«Poza służbą przy ołtarzu niech zajmuje zawsze to miejsce, które wynika z czasu jego wstąpienia do klasztoru, chyba że wybór wspólnoty i wola opata zadecydują, iż swoim życiem zasłużył na miejsce wyższe. […] Gdyby bowiem ośmielił się postępować inaczej, traktowany będzie nie jako kapłan, lecz jako buntownik. A gdyby nie poprawił się mimo wielokrotnych upomnień, trzeba odwołać się do samego biskupa, jako do świadka. A jeśliby się i wówczas nie poprawił, a wina jego była oczywista, należy go usunąć z klasztoru, ale tylko w takim przypadku, gdy zacięty w uporze nie zechce się podporządkować ani okazać posłuszeństwa Regule» (Reguła 62, 5-11: O kapłanach klasztornych).

3. O COKOLWIEK BYŚCIE PROSILI OJCA, DA WAM W IMIĘ MOJE

O cóż więc wypada nam prosić Boga w tym uroczystym dniu dla święconych dzisiaj benedyktynów? Czytany dzisiaj fragment Ewangelii Janowej radzi: „O cokolwiek”.

Św. Augustyn komentuje to w następujący sposób: nie jest prośbą w imię Zbawiciela modlitwa o to, co jest przeciwne porządkowi zbawienia. Wyrażenia „w imię moje” nie należy rozumieć według materialnego dźwięku słów, lecz wedle prawdziwego, rzeczywistego sensu, który zawiera i zapowiada imię Chrystusa. Kto zatem ma wyobrażenie Chrystusa nie odpowiadające rzeczywistości jednorodzonego Syna Bożego, ten nie prosi w Jego imię, choćby wymawiał litery i sylaby składające się na imię Chrystusa, ponieważ kiedy zabiera się do modlitwy, prosi w Jego imię o to, co ma w [swojej] głowie. Kto natomiast ma wyobrażenie Chrystusa odpowiadające prawdzie, prosi w Jego imię, i jeśli jego modlitwa nie jest przeciwna wiecznemu zbawieniu, otrzymuje to, o co prosi. Jednakże otrzymuje to, co powinien otrzymać (por. św. Augustyn, In Iohannem, 102: o siedmiu warunkach poprawnej modlitwy; por. św. Tomasz z Akwinu, Lectio super Iohannem, VI, 2).

Prośmy więc „w imię Chrystusa”, ale prośmy też o to, by nasza radość nie była częściowa, ale była pełna. A pełną radością jest tylko ta, do której nic więcej nie można już dodać. A nic więcej nie można dodać tylko do życia wiecznego. Prośmy wiec dla obu święconych o życie wieczne, ponieważ prosić o cokolwiek innego, to prosić o nic. Nie w tym sensie, jakoby inne rzeczy były niczym, ale ponieważ każda inna rzecz, której by można zapragnąć, w porównaniu z tą, faktycznie jest niczym.

ZAKOŃCZENIE

Niech w trosce o życie wieczne własne i osób sobie powierzonych obaj wyróżniają się gorliwością. Niech ona wyróżnia ich «tak, aby w okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzali.
Niech swoje słabości duchowe i cielesne znoszą cierpliwie.
Niech prześcigają się nawzajem w posłuszeństwie.
Niechaj nikt nie szuka tego, co uważa za pożyteczne dla siebie, lecz raczej tego, co [pożyteczne] dla drugiego.
Niech darzą się wzajemnie czystą miłością braterską.
Niech boją się Boga, dlatego, że Go miłują.
Swojego opata niech kochają miłością szczerą i pokorną.
Niech nic nigdy nie będzie dla nich ważniejsze od Chrystusa, który oby nas razem raczył doprowadzić do życia wiecznego» (Reguła 72, 1-12: O dobrej gorliwości, jaką mnisi mieć powinni).