2008.02.02 – Poznań – Abp. St. Gądecki: Być uczniem Chrystusa w życiu konsekrowanym. Światowy Dzień Życia Konsekrowanego

 

W dzisiejsze Święto Ofiarowania Pańskiego, tradycyjnie zwane w Polsce Świętem Matki Bożej Gromnicznej, przeżywamy kolejny już, XII Światowy Dzień Życia Konsekrowanego.

Cel Światowego Dnia jest potrójny. Po pierwsze, odpowiada on osobistej potrzebie uroczystego uwielbienia Pana i dziękczynienia za wielki dar życia konsekrowanego, które ubogaca i raduje wspólnotę chrześcijańską przez swoje wielorakie charyzmaty oraz przez budujące owoce tak wielu mężczyzn i kobiet całkowicie oddanych sprawie Królestwa Bożego. Po drugie – dzień ten przyczynia się do lepszego poznania przez wiernych świeckich i ich szacunku dla życia konsekrowanego. Trzeci tytuł dotyczy samych konsekrowanych, zaproszonych do wspólnych i uroczystych aktów dziękczynienia za niezwykłe dzieła, których Pan w nich dokonał, aby mogli odkryć w świetle wiary blaski Bożego piękna, które promieniują w ich sposobie życia, i uświadomić sobie niezastąpioną misję w Kościele i w świecie. Lepiej sobie uzmysłowić, że życie konsekrowane nie jest rzeczywistością odosobnioną i drugorzędną, ale jest integralną częścią życia Kościoła i znajduje się w samym jego sercu.

W ten dzień chciałbym zatrzymać się w naszej refleksji nad dwoma sprawami: najpierw nad tym, co znaczy być uczniem Chrystusa w życiu konsekrowanym, a następnie nad tym, w jaki sposób życie konsekrowane może ulec zniszczeniu.

1. CO ZNACZY ‘BYĆ UCZNIEM CHRYSTUSA’ W ŻYCIU KONSKEROWANYM

a. powołanie

Mówiąc najpierw o tym, co znaczy być uczniem Chrystusa w życiu konsekrowanym rozpoczynamy od kwestii powołania. Warto może przypomnieć sobie o tym, że w czasach Pana Jezusa prowadzono już akcję powołaniową. Faryzeusze obchodzili morza i lądy szukając, kto mógłby ich słuchać, kogo mogliby wychować. Rezultaty tej akcji nie były oszałamiające, ponieważ gdy wychowanek odkryje, że wychowawcy bardzo na nim zależy, to on zaczyna dyktować warunki wychowania, a nie wychowawca. Pan Jezus ocenia tę akcję powołaniową faryzeuszy w następujący sposób: „obchodzicie morze i ziemię, ażeby pozyskać jednego wyznawcę, a gdy się nim stanie, czynicie go dwakroć bardziej winnym piekła, niż wy sami” (Mt 23,15; patrz: refleksja ks. prof. Edwarda Stańka na temat różnicy między wychowaniem uczniów Chrystusa a uczniów faryzeuszy).

Chrystus inaczej podchodzi do sprawy powołania. Uważnie obserwuje ludzi i sam ich wybiera. Często zaskakuje powołanych swoim krótkim i stanowczym: „Pójdź za Mną”. Innym razem sami uczniowie zgłaszają się do Chrystusa i pytają: „Panie, gdzie mieszkasz? – Chodźcie i zobaczcie” (J 1,38). On na to odpowie, że mieszkać z Nim to znaczy „trwać” w Jego nauce (J 8,31; greckie słowo menein może oznaczać zarówno „trwać” jak i „zamieszkiwać”).

A zatem ewangelicznych podstaw życia konsekrowanego należy szukać w tej szczególnej relacji, jaką Jezus nawiązał w czasie swego ziemskiego życia z niektórymi spośród swoich uczniów, wzywając ich, by nie tylko przyjęli Królestwo Boże we własnym życiu, ale także by oddali swoje istnienie w służbę tej sprawy, porzucając wszystko i naśladując wiernie Jego sposób życia (por. Vita consecrata, 14).

b. wymagania

Wymagania, jakie Chrystus stawia tym, którzy się do Niego dobrowolnie zgłaszają, są niezwykle trudne.

Człowiek, który podejmuje powołanie do życia konsekrowanego musi porzucić wszystko (por. Mk 1, 16-20; 2, 14; 10, 21.28). Jak św. Paweł, uznaje całą resztę „za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa” i nie waha się głosić, że w porównaniu z Nim wszystko inne uznaje za śmieci, „byleby pozyskać Chrystusa” (por. Flp 3, 8). To porzucenie wszystkiego i pójście za Chrystusem (por. Łk 18, 28) stanowi właściwy program dla wszystkich ludzi powołanych i na wszystkie czasy.

Powołany pragnie utożsamić się z Chrystusem, przyjmując Jego dążenia i sposób życia. A Jego sposób życia niesie ze sobą określone wymagania. „Lisy mają nory, ptaki powietrzne gniazda, a Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” (Łk 9, 58). Wasze życie – z natury – musi być życiem tułaczym.

A kiedy człowiek chce jeszcze załatwić pogrzeb swego ojca, słyszy: „Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych” (Mt 8, 22). Nie można stracić ani jednego dnia. Gdy większość zabiegów na tym świecie koncentrują się wokół zabezpieczania siebie i stanu swojego posiadania – co jest jakąś formą troski o „zmarłych” – uczeń ma wyrwać się z kręgu „martwej” z punktu widzenia Ewangelii pracy i głosić Życie.

Zgoda, Mistrzu, ale pozwól mi się pożegnać z rodziną. Jezus rezygnuje z takiego ucznia. „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego” (Łk 9, 62). Trzeba szanować Jezusa bardziej niż ojca i matkę („Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” – Łk 14, 26).

Bogaty młodzieniec usłyszy: „Sprzedaj wszystko, co posiadasz, rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną”. Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł smutny (Mt 19, 16-22; Łk 14, 28-33).

Wymogiem powołania jest również rezygnacja z rywalizacji, czyli z chęci podporządkowania sobie innych ludzi („Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” – Mk 10, 44-45).

Ponadto, uczeń Chrystusa winien sobie zdawać sprawę z tego, że jest grzesznikiem. Kiedy Piotr wraca po cudownym połowie, nie dziękuje Jezusowi rzucając się Mu na szyję, ale pada do kolan i mówi: „Odejdź ode mnie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5, 8). Dopiero wtedy człowiek poznaje siebie naprawdę; staje się prawdziwy. Zanik doświadczenia Boga rozpoczyna się od obumierania świadomości grzechu. Bez nawrócenia nie dojdziemy do Jezusa. „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił” (Łk 5, 10) – słyszy Piotr po swoim wyznaniu grzechów.

Trzeba też mierzyć siły na zamiary i umieć ponosić mniejsze straty, na rzecz większego zwycięstwa („Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego” – Łk 14, 28-29; „Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy […]” – Łk 14, 31), by ostatecznie zdobyć większą wartość.

Trzeba podjąć swój krzyż („Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem” – Łk 14, 27). I nie chodzi jedynie o krzyż męczeństwa, ale i o cierpienie będące częścią codziennego życia chrześcijańskiego (wrogość otoczenia, pogarda, dyskryminacja, cierpienia duchowe). Pójście za Jezusem osoby konsekrowanej nie jest podyktowane zwykłą sympatią czy przejściowym porywem serca, ale doświadczone w ogniu cierpienia i obumierania. „Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo” (J 12, 24).

Chrystus – żywa i konkretna osoba – jest więc miarą, wzorcem, normą i ostatecznym kryterium powołania osób konsekrowanych. Żyjąc w posłuszeństwie, niczego nie posiadając na własność i zachowując czystość, osoby konsekrowane wyznają, że Chrystus jest ich Pierwowzorem, w którym wszelka cnota osiąga swoją doskonałość. Jego sposób życia jawi się dla nich jako najbardziej radykalna forma życia Ewangelią na tej ziemi; można rzec boska forma, skoro ją przyjął On sam. Oto dlaczego chrześcijańska tradycja mówi o obiektywnej wyższości życia konsekrowanego, które jest naśladowaniem specjalnym, wiernym, bliskim, całkowitym, bezwarunkowym, wspólnotowym i radykalnym.

c. motywacja

Ważną jest również motywacja ucznia. Apostołowie doskonale rozumieli podejście Chrystusa i dlatego motywem ich postępowania jest wyłącznie pragnienie wypełnienia woli Boga i zrealizowanie tego, co się Bogu podoba.

„Strzeżcie się, byście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli” (Mt 6, 1). Nie czynić niczego dla ludzkiej pochwały, dla świętego spokoju, dla przełożonych, bo tego sobie życzą, dla oklasków. I zaraz konkrety: „Kiedy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy” (Mt 6, 2). „Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy” (Mt 6, 5). „Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy (Mt 6, 16). „To wy właśnie wobec ludzi udajecie sprawiedliwych, ale Bóg zna wasze serca. To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych” (Łk 16, 15). Uczeń ze szkoły Chrystusa musi się liczyć jedynie z Bogiem.

Chrystus wzywa, aby życie religijne było tak dyskretne, by otoczenie nie zwracało na nie uwagi – lewa ręka ma nie wiedzieć, co czyni prawa. „Gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi” (Mt 6, 6). „Gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz” (Mt 6, 17). Całe życie religijne ucznia Chrystusowego ma być ukryte przed ludźmi, znane przede wszystkim Bogu.

Często w naszych środowiskach regułą postępowania bywa nie to, czego Bóg od nas oczekuje, ale to, co wypada lub nie wypada czynić. Nierzadko nawet ci, którzy autentycznie starają się żyć Ewangelią, kierują się zasadą faryzeuszy. Uwidacznia się to szczególnie wyraźnie, gdy w zastarzałe środowisko wchodzi osoba myśląca odmiennymi kategoriami.

d. hierarchia wartości

Następnym istotnym elementem powołania osoby konsekrowanej jest jasno ustalona hierarchia wartości.

Według faryzeuszy ważniejsze było prawo ustanowione przez ludzi, niż prawo boskie. Pan Jezus stawia faryzeuszom pytanie: „Dlaczego przestępujecie przykazania Boże dla waszej tradycji? Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi” (Mt 15, 3.8-9).

Także dzisiaj wielu powołuje się na prawa ustanowione przez ludzi, a zapomina o prawie boskim. Tymczasem Jezus mówi: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo lub Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę, bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się to wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszym w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim” (Mt 5, 17-19).

Niebezpiecznym zjawiskiem w życiu zakonnym jest usuwanie w cień Ewangelii przez regułę i konstytucje zakonne. W ten sposób mogą wyrosnąć faryzeusze Nowego Testamentu. Tylko ten, kto ma ducha ewangelicznego, może właściwie zrozumieć przepisy i wymagania dokumentów soborowych, synodalnych, prawa kanonicznego, reguł i konstytucji.

e. prymat ducha

Faryzeusze rozumieli grzech jako przekroczenie przepisu prawa. Posiadali w sumie ponad sześćset nakazów i zakazów, których trzeba było przestrzegać. Kto tego nie robił, ten stawał się niedoskonały.

U Chrystusa jest zupełnie inaczej. Jemu chodzi o zachowanie ducha. Grzech w ujęciu Jezusa nie jest rozważany w kategoriach wierności literze, ale w kategoriach wierności miłości. U Chrystusa grzechem jest zerwaniem więzi z Bogiem. Rachunek sumienia faryzeusza mógł mieć sześćset pytań. Rachunek sumienia ucznia Jezusa sprowadza się do pytania o zachowanie przykazania miłości Boga i bliźniego.

f. duch służby

Następnym punktem różniącym wychowanie faryzeuszy od wychowania w szkole Chrystusa jest duch służby.

Władza ucznia Chrystusowego nie realizuje się w pierwszeństwie, ale w wykonywaniu wszystkiego w duchu służby. Dlatego spokojnie pozwala mu zajmować ostatnie miejsce. W doskonałości ewangelicznej chodzi o autentycznie pojętą pokorę. „Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym. Bo Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mk 10, 42-45).

Oto krótkie refleksje na temat dwu koncepcji wychowania. Każdy, kto otwiera Ewangelię, aby według niej żyć, musi dokładnie sprawdzić, w czyjej jest szkole i jakie zasady stosuje w swoim życiu. Realizacja wymagań Jezusa nie jest łatwa, ale w Jego szkole człowiek nigdy nie jest sam, bo Mistrz jest z nim. Wytrwanie w tej szkole i sprostanie jej wymaganiom jest uzależnione od osobistego spotkania z Jezusem.

2. SKUTKI NIEBYCIA UCZNIEM CHRYSTUSA

Ojciec Benedict Groeschel, należący do reformatorskiego ruchu odnowy kapucynów, w swoim opracowaniu na temat życia i śmierci życia konsekrowanego w Stanach Zjednoczonych (First Things. Edycja polska 5/2007/90-93) przekazuje nam ciekawe i dość ważne obserwacje. Gdziekolwiek istniał Kościół katolicki – mówi on – tam wszędzie byli obecni przedstawiciele życia konsekrowanego. Mężczyźni i kobiety prowadzący prosty i skromny żywot pełen wspólnej modlitwy i pracy oraz świadectwa o królestwie Bożym, którzy porzucali swoje rodziny, ojczyznę, wszystko, co posiadali, by iść za Jezusem.

W przeddzień Soboru Watykańskiego II armia tych ludzi liczyła w Stanach co najmniej 300 tys. osób; sióstr, zakonników i braci zakonnych. Osoby konsekrowane można było spotkać na każdym kroku; w szkole, szpitalu, w kościele. Większość z tych zgromadzeń zakonnych znajduje się dziś w stanie upadku. Średnia wieku oscyluje w granicach późnej siedemdziesiątki a nowych powołań nie widać. Życie konsekrowane poszło w niewłaściwym kierunku i padło ofiarą tej samej rewolucji kulturalnej, która od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku zrujnowała rodzinę oraz szkolnictwo wyższe.

Ostatnimi laty pojawia się pytanie: co robić, by życie zakonne się odrodziło? Odpowiedź wydaje się nie tyle niemożliwa, co trudna. Otóż życiu konsekrowanemu trzeba przywrócić jego autentyczny rys, którym jest tzw. „graniczność” (liminalność). Od samego początku życie konsekrowane cechowało się granicznością, odróżniającą je od zastanego porządku każdej innej, nawet bardzo religijnej społeczności. Było życiem poza normami przyjętymi w danej społeczności. Gdzie życie rodzinne stanowiło normę, „granicznością” była czystość, ubóstwo i posłuszeństwo przełożonemu. Osoby graniczne różniły się od innych, nawet najbardziej prawych i cnotliwych członków społeczności. Każdy człowiek obeznany z upadkiem życia konsekrowanego wie, że – za małymi wyjątkami – obecnie owa „graniczność” została dzisiaj w USA prawie całkowicie utracona.

a. błędy

Miejsce Pisma Świętego i Tradycji zajęły niepewne teorie psychologiczne. Do życia duchowego wprowadzono elementy obce i zupełnie doń nie pasujące, częściowo zapożyczone z błędnie pojętych tradycji azjatyckich. Niemniej zabójcze okazało się zastosowanie psychoterapii z założeniami Freuda skoncentrowanymi głównie na niszczeniu wszystkiego, co postrzegano jako elementy represyjne. I chociaż niektórzy ludzie rzeczywiście poczuli się lepiej po takiej terapii, to niekoniecznie stali się lepsi. Jak zauważył Aaron Beck – jeden z twórców psychologii pozytywnej – od lat czterdziestych do osiemdziesiątych ubiegłego wieku w psychoterapii zabrakło całkowicie zdrowego rozsądku.

Ponadto zlekceważono całkowicie niezbędność łaski dla rozwoju życia duchowego. Na każdym kroku dominował semipelagianizm, albo wprost pelagianizm, czyli herezja głosząca błędną naukę o łasce. Błąd ten zapoczątkował Pelagiusz (ok. 400), który – najpierw w Rzymie, a później w Północnej Afryce – uczył, że ludzie mogą osiągnąć zbawienie dzięki własnym wytrwałym wysiłkom. Pelagiusz sprowadził grzech pierworodny w najlepszym razie do złego przykładu danego nam przez Adama; który to zły przykład rzekomo nie wyrządził żadnej wewnętrznej szkody potomkom Adama, a przede wszystkim pozostawił nietknięte naturalne używanie wolnej woli. Sprowadzając łaskę do dobrego przykładu danego nam przez Chrystusa, Pelagiusz zachęcał do prowadzenia ściśle ascetycznego sposobu życia i popierał konieczność istnienia Kościoła ograniczonego dla moralnej elity. Herezji tej zdecydowanie sprzeciwił się św. Augustyn (354-430). Tzw. „psychologia zorientowana na klienta” stworzona przez Carla Rogersa według założeń pelagiańskich, w ciągu kilku miesięcy zlikwidowała duże zgromadzenie w Kalifornii.

Następnym błędem życia konsekrowanego było osłabienie wiary w wiarygodność Pisma Świętego. Pełne sceptycyzmu i racjonalizmu podejście do Pisma Świętego wprowadziło najpierw wątpliwości w prawdziwość tej czy innej wypowiedzi Ewangelii a następnie do podcięcia korzeni życia zakonnego. Jeśli poważni – jak się wówczas wydawało – uczeni zapewniali, że Pan Jezus tego nie powiedział, a tamtego nie miał na myśli, to zniknął fundament, na którym do tej pory oparte było życie zakonne, które od zawsze zasadzało się najpierw na Ewangelii.

Nastąpił też upadek liturgii, a potężna tradycja benedyktyńska, oparta na medytacji, ustąpiła miejsca nieporozumieniom, jakoby liturgia miała być przede wszystkim widowiskiem, którego celem jest włączenie w nią wszystkich. We wspólnotach zakonnych i parafiach – jak Ameryka długa i szeroka – pojawiły się komisje liturgiczne złożone z ludzi, którzy w swoim życiu nie przeczytali żadnej poważnej pracy z zakresu liturgii Kościoła, ale decydowali o radykalnych zmianach w kształcie odprawianej Eucharystii.

Ponadto lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte zostały przeniknięte gwałtownym zamieszaniem w sferze teologii. Sam pamiętam hierarchizowanie katolickich uniwersytetów na świecie według obowiązującego na nich, lub nie liberalizmu. Według tych kryteriów rzymskie uniwersytety katolickie uważano wówczas za zacofane i niechętnie uczęszczane.

Wreszcie – co może wydawać się najbardziej kuriozalne – we wspólnotach zakonnych zaczęły się pojawiać elementy filozofii marksistowskiej, która przecież wyrządziła niepowetowane szkody milionom ludzi. Biednemu Engelsowi nigdy by do głowy nie przyszło, że ostatnimi ludźmi, którzy go traktują poważnie są zbłąkane zakonnice katolickie. Trudno znaleźć błąd, którego nie popełniłyby współczesne zakony.

b. reforma

W konsekwencji – twierdzi ojciec Groeschel – albo życie konsekrowane podda się radykalnej reformie, albo zniknie. Czy zatem istnieje jakaś nadzieja na zachowanie starych zgromadzeń, których jest wiele, a które przeżywają obecnie swój upadek? Jak dotąd brakuje przykładu starego zgromadzenia, które zdecydowałoby się na reformę pozwalającą odzyskać straconą witalność. Zazwyczaj w ich łonie istnieje znaczny i zdecydowany opór powiązany z obroną przeciętności i letniego sposobu życia starych ciotek i starych kawalerów, które nie odbiega wiele od życia w świecie. Jeśli nie nastąpi autentyczny i pełen modlitewnego żaru powrót do Ewangelii, można porzucić wszelką nadzieję na odrodzenie wspólnot.

Mimo tego, od tysięcy lat jakiś czynnik ludzkiej natury wzywa dalej niektórych do życia konsekrowanego, któremu tradycja Kościoła nadała mocny i wyrazisty kształt chrześcijańskiego poświęcenia. Zakonnicy i zakonnice – jako uczniowie Chrystusa – zostali powołani bez wyjątku do podążania za nauką Pisma Świętego i Tradycji. Tam gdzie niektóre wspólnoty twardo trzymają się tego kierunku, wierne własnej tożsamości i raz wytyczonemu celowi, tam nie istnieje niebezpieczeństwo powolnego obumierania. Łatwo rozpoznać te zgromadzenia po nieustannym napływie postulantów i nowicjuszy. Podobnie się dzieje tam, gdzie nowe wspólnoty powstają na ruinach starych wspólnot zakonnych. Nowe zgromadzenia mogą wzrastać na starych fundamentach, wystarczy tylko na nowo podjąć i ożywić odrzucone wcześniej tradycje. Przykładem tego zgromadzenie Misjonarek Miłosierdzia Matki Teresy z Kalkuty.

ZAKOŃCZENIE

Drodzy zakonnicy i zakonnice, członkinie instytutów życia konsekrowanego i stowarzyszeń życia apostolskiego, „Idźcie na spotkanie Chrystusa – uczy św. Sofroniusz. […] Niechaj nikogo nie zabraknie na tym spotkaniu, niech każdy niesie zapaloną świecę. Blask gorejących świec oznacza najpierw Bożą chwałę Tego, który przychodzi, przez którego wszystko jaśnieje od czasu, kiedy blask światła wiecznego rozproszył złe ciemności. Oznacza także i nade wszystko, że trzeba nam z jasną duszą wyjść na spotkanie Chrystusa.

Jak bowiem Bogurodzica, Dziewica niepokalana, niosła w swoich ramionach Światło prawdziwe idąc na spotkanie tych, którzy pozostawali w mroku śmierci, tak też i my oświeceni jego promieniami i trzymając w ręku widoczny dla wszystkich płomień, pośpieszajmy naprzeciw Tego, który jest prawdziwym Światłem. […]

Niechaj nikt z nas nie pozostaje z dala od tego Światła. Niechaj nikt, kto go otrzymał, nie trwa dłużej w ciemnościach. Idźmy wszyscy jaśniejący, idźmy razem wszyscy oświeceni i przyjmijmy wraz ze starcem Symeonem jasne i wieczne Światło. Wraz z nim wychwalajmy i dziękujmy Bogu, Ojcu światłości, który zesłał prawdziwe Światło, rozproszył ciemności i nas wszystkich uczynił jaśniejącymi (św. Sofroniusz, Kazanie 3 na święto Ofiarowania Pańskiego, 6. 7)