Home DokumentyPolskie dokumenty o życiu konsekrowanymEpiskopat PolskiEpiskopat Polski - BiskupiHomilie i kazania biskupów 2020.10.17 – Strachocina – Abp Marek Jędraszewski, Andrzej Bobola nieugięcie trwał przy prostym człowieku. Homilia w Sanktuarium w Strachocinie

2020.10.17 – Strachocina – Abp Marek Jędraszewski, Andrzej Bobola nieugięcie trwał przy prostym człowieku. Homilia w Sanktuarium w Strachocinie

Redakcja

Ekscelencje, Najdostojniejsi Księża Arcybiskupi,
Drodzy Bracia w Kapłaństwie z Księdzem Prałatem Kustoszem tutejszego Sanktuarium,
Drodzy Siostry i Bracia, Uczestnicy tej szczególnej pielgrzymki do Świętego Andrzeja Boboli z Szanownym Panem Prezesem,
Wszyscy Drodzy memu sercu Siostry i Bracia!

„Kto się przyzna do Mnie wobec ludzi, przyzna się i Syn Człowieczy do niego wobec aniołów Bożych” (Łk 12, 8). Kościół jest ze swej istoty szczególną wspólnotą świadków Boga – począwszy od tego Najwyższego Świadka, Jezusa Chrystusa, który w świątyni jerozolimskiej powiedział wobec faryzeuszów i uczonych w Piśmie: „Jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: «Jest naszym Bogiem», ale wy Go nie znacie. Ja Go znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnym jak wy – kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję” (J 8, 54b-55). To najwyższe świadectwo o Bogu, który jest miłością, o Bogu Ojcu, który jest miłością miłosierną, w sposób ostateczny i jedyny dał Jezus Chrystus na krzyżu Golgoty. Sam będąc kamieniem węgielnym Kościoła, jego fundamentem ustanowił Apostołów (por. Ef 2, 20). Oni także dali najwyższe świadectwo o Bogu i Jego Jednorodzonym Synu Jezusie Chrystusie – świadectwo swojego życia i przelanej krwi. To właśnie do nich, niejako zapowiadając chwilę ich męki, Pan Jezus powiedział: „Kiedy was ciągnąć będą do synagog, urzędów i władz, nie martwcie się, w jaki sposób albo czym macie się bronić lub co mówić, bo Duch Święty was nauczy w tej właśnie godzinie, co należy powiedzieć” (Łk 12, 11-12)

Do tych świadków Chrystusa, wysławianych przez cały Kościół od niemal samych jego początków, należy patron dzisiejszego dnia święty Ignacy Antiocheński, który według tradycji poniósł męczeńską śmierć w Rzymie około 107 roku za czasów skądinąd jednego z najbardziej mądrych i wspaniałych władców Imperium, jakim niewątpliwie był cesarz Trajan. Także początki wiary chrześcijańskiej na polskiej ziemi zostały naznaczone męczeńską krwią świętych: św. Wojciecha w 997 roku, Świętych Pięciu Braci Męczenników w roku 1003, św. Brunona z Kwerfurtu w roku 1009, następnie św. Stanisława Biskupa w 1079 roku. W roku 1657 dołączył do nich św. Andrzej Bobola, zwany Apostołem Pińszczyzny lub Apostołem Polesia, który poniósł śmierć w Janowie Poleskim.

Jak mało kto w tamtych czasach Andrzej Bobola osobiście poznał bogactwo narodów, kultur, wyznań i religii, składających się rzeczywistość Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Pochodził stąd, ze Strachociny na Podkarpaciu, w ówczesnej Małopolsce, ale studia odbywał w jezuickich szkołach w Braniewie, w Pułtusku, na koniec w Wilnie. Jako członek prowincji wileńskiej ojców jezuitów przez 35 lat swojego kapłańskiego posługiwania przemierzył ogromny obszar ówczesnej północno-wschodniej i częściowo środkowej Rzeczypospolitej – tam, gdzie spotykały się kultury i narody Korony, Litwy, Białorusi i Ukrainy. Był więc najpierw w Nieświeżu, następnie znowu we Wilnie, później w Bobrujsku, dalej w Płocku, Warszawie, Łomży, Pińsku, Wilnie i na koniec ponownie w Pińsku. Ostatnie pięć lat spędził jako wędrowny kaznodzieja na Polesiu. Tam też nastąpił kres jego życia w Janowie Poleskim.

Andrzej Bobola był jednocześnie świadkiem swoich czasów, na które składały się najwspanialsze zwycięstwa i triumfy Rzeczypospolitej, ale także jej porażki i klęski. Na jej burzliwą historię pierwszej połowy XVII wieku składały się: wiktoria pod Kirholmem, błyskotliwe zwycięstwo pod Kłuszynem, zdobycie Moskwy, klęska pod Cecorą, zwycięstwo pod Chocimiem, następnie wojny kozackie, które tak tragicznie naznaczyły Rzeczpospolitą, dając początek jej wielkiemu wewnętrznemu kryzysowi, potop rosyjski – najdłuższa wojna prowadzona przez Rzeczpospolitą od 1654 do 1667 roku, następnie potop szwedzki i związane z nim zdrady: najpierw pod Ujściem w Wielkopolsce, a potem w Kiejdanach na Litwie. Później doszło do zwycięskiej obrony Jasnej Góry i powrotu króla Jana Kazimierza ze Śląska do Polski, co zaowocowało jego ślubami w dniu 1 kwietnia 1656 roku w Katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie. Pod koniec tego roku przedstawiciele Karola X Gustawa i Jerzego II Rakoczego zawarli w Radnot, w Siedmiogrodzie, sojusz, który w rzeczywistości był pierwszą próbą rozbioru Polski. W konsekwencji pojawiły się jej kolejne znaczące porażki: 21 marca wojska siedmiogrodzkie zdobyły Tarnów; tuż przed męczeńską śmiercią św. Andrzeja, 13 maja, wojska szwedzkie i siedmiogrodzkie zdobyły Brześć Litewski; po jego śmierci, 17 czerwca, te same wojska, wzmocnione jeszcze przez oddziały kozackie, zdobyły Warszawę. Jednakże w drugiej połowie 1657 roku zaczął się na nowo budzić wielki duch zwycięskiej Rzeczypospolitej. Wojska polskie odnosiły kolejne zwycięstwa z księciem Rakoczym w bitwach pod Magierowem i Czarnym Ostrowem, co doprowadziło do jego klęski i kapitulacji w Międzybożu. 25 sierpnia wojska polskie odzyskały Kraków, a trzy dni później, 28 sierpnia, odbiły Poznań.

Tymczasem w tym jakże burzliwym i niepewnym czasie Andrzej Bobola nieugięcie trwał przy prostym człowieku. Niezmiennie zatroskany, wręcz żarliwy o zbawienie ludzkich dusz, na ziemi pińskiej był powszechnie zwany „duszochwatem”, czyli „łowcą dusz”, przyprowadzając ludzi z prawosławia do Kościoła katolickiego, co budziło ogromną nienawiść Kozaków. Jako sodalis marianus odznaczał się przy tym głęboką pobożnością maryjną, którą uważał za swoisty rdzeń polskości. Już w Nieświeżu, na początku swej kapłańskiej drogi, wspólnie z księciem Albrychtem Stanisławem Radziwiłłem zastanawiał się nad tym, jak doprowadzić do uroczystego ogłoszenia – poprzez ślubowania króla – Matki Bożej jako Królowej Polski. Powrót Jana Kazimierza do kraju i jego pobyt we Lwowie stały się okazją, aby ów zamysł zrealizować. Napisał tekst „Ślubów”, które król złożył w Katedrze lwowskiej w dniu 1 kwietnia 1656 roku. Stąd w ich pierwszej części Jan Kazimierz uroczyście ogłaszał: „Wielka człowieczeństwa Boskiego Matko i Panno! Ja, Jan Kazimierz, Twego Syna, Króla królów i Pana mojego, i Twoim zmiłowaniem się król, do Twych Najświętszych stóp przychodząc, tę oto konfederacyję czynię: Ciebie za Patronkę moją i państwa mego Królową dzisiaj obieram. (…) Wojsko obojga narodów i pospólstwo wszystko Twojej osobliwej opiece i obronie polecam, Twojej pomocy i miłosierdzia w teraźniejszym utrapieniu królestwa mego przeciwko nieprzyjaciołom pokornie żebrzę…”. Natomiast w drugiej części „Ślubów” pojawiły się słowa, które w pełni ukazywały wielką wrażliwość Andrzeja Boboli na los ciemiężonych przez szlachtę i żołnierzy chłopów, w obronie Ojczyzny bohatersko walczących przeciwko Szwedom. „A że z wielkim żalem serca mego uznaję – ślubował dalej w Katedrze lwowskiej król – dla jęczenia w presji ubogiego pospólstwa oraczów, przez żołnierstwo uciemiężonego, od Boga mego sprawiedliwą karę przez siedem lat w królestwie moim różnymi plagami trapiącą nad wszystkich ponoszę, obowiązuje się, iż po uczynionym pokoju starać się będę ze stanami Rzeczypospolitej usilnie, ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa”.

 Kilkanaście miesięcy później, 16 maja 1657 roku, Andrzej Bobola wpadł w Janowie Poleskim w ręce Kozaków. Przez kilka godzin torturowano go w sposób, który jeszcze dzisiaj, ze względu na swoje okrucieństwo, budzi przerażenie. Pan Jezus mówił, że w chwili sądu sam Duch Święty nauczy Jego uczniów, co „należy [wtedy] powiedzieć” (por. Łk 12, 11-12). Kiedy jeszcze mógł mówić, zanim wyrwano mu język, Andrzej miał na ustach tylko dwa słowa: „Jezus, Maryja”.

Pomimo zawarcia w 1660 roku w Oliwie pokoju ze Szwedami nad dalszymi losami Rzeczypospolitej zaciągały się coraz bardziej ciemne chmury. Król Jan Kazimierz swoich ślubów z Katedry lwowskiej, odnoszących się do losów polskich chłopów, nie dotrzymał. Z kolei następstwa potopu szwedzkiego były przeogromne. Na skutek wojen, a także plag zaraz, głodu i chorób zginęło około 40 procent ludności; zniszczenia materialne sięgały 50 procent; ponadto okupant zagrabił niezliczone skarby w dziedzinie kultury; w sferze politycznej Rzeczpospolita utraciła zwierzchność nad Prusami Książęcymi i Inflantami, ponadto w przestrzeni międzynarodowej umocniła się Brandenburgia. Jednak mimo takiego stanu rzeczy Rzeczpospolita nadal była targana podziałami i wewnętrzny walkami, konfliktami i buntami. Najbardziej wyraźnym tego przejawem stał się rokosz wzniecony przez Jerzego Lubomirskiego. Była to swoista „kłótnia w rodzinie” między tymi, którzy jeszcze do niedawna tworzyli trzon zmagań ze Szwedami. Lubomirski był przy tym jedynym polskim magnatem, który nie ukorzył się i nie złożył ślubów posłuszeństwa wobec króla Karola Gustawa X, a jednak to właśnie on wystąpił w imieniu braci szlacheckiej w obronie ponoć deptanych praw wolności. Nie chciał się bowiem zgodzić na konieczne reformy państwa, mające na względzie wzmocnienie jego wewnętrznej siły. Zbuntował się przeciwko projektowi wyboru nowego króla vivente rege, czyli jeszcze za życia poprzedniego władcy. W konsekwencji w 1666 roku doszło do nieszczęsnej wojny domowej, polegającej na swoistym „tańcu gonionym” między wojskami Lubomirskiego a wojskami Jana Kazimierza. Wojna zakończyła się tragedią w postaci nieudolnie prowadzonej przez dowódców wojsk królewskich bitwy pod Mątwami w dniach 12 i 13 lipca 1666 roku. Podczas niej wielu żołnierzy królewskich poddało się wojskom Lubomirskiego, nie zdając sobie sprawy, jaki przez to zgotowali sobie los. Prawie cztery tysiące jeńców zostało bowiem okrutnie zamordowanych – a był to prawdziwy kwiat polskich żołnierzy zaprawionych w bojach, które wcześniej prowadzili Czarnecki czy Wiśniowiecki na wielu polach w Polsce, w Danii, na Ukrainie. W liście do Marysieńki hetman polny koronny Jan Sobieski, jeden z dowódców wojsk królewskich, pisał: „Nie tylko Tatarowie, Kozacy nigdy takiego nie czynili tyraństwa, ale we wszystkich historiach o takim od najgrubszych narodów nikt nie czytał okrucieństwie. Jednego nie najdują ciała, żeby czterdziestu nie miał mieć w sobie razów, bo i po śmierci się nad ciałami pastwili…”.

Kiedy zdano sobie sprawę z tego, co się naprawdę stało, szok był tak wielki dla jednej i drugiej strony, że już dwa tygodnie później, 31 lipca, zawarto ugodę w Łęgonicach. Lubomirski musiał się ukorzyć i udać na wygnanie, gdzie rok później, we Wrocławiu, zakończył swe życie. Natomiast Jan Kazimierz zrezygnował ze swoich planów naprawy Rzeczpospolitej i elekcji vivente rege. W 1668 roku abdykował, a w następnym opuścił Polskę i wyjechał do Francji. Próby wzmocnienia państwa podjął jeszcze Jan III Sobieski – ale bez powodzenia. Wobec wewnętrznego oporu nie wystarczyła sława zwycięzcy spod Chocimia, Wiednia i Parkanów. Od chwili wyboru jego następcy, Augusta II Mocnego, Polska stała się już igraszką w rękach swych potężnych sąsiadów. To rosyjski car, Piotr Wielki, narzucił Polsce nowego, pochodzącego z Saksonii króla. W ten sposób zaczęły się tak nieszczęsne dla Polski czasy saskie. Próby wzmocnienia państwa na okres niemal całego wieku uległy zamrożeniu. Reformy, podjęte przez Sejm Wielki i uchwalone w Konstytucji 3 Maja, okazały się pod wieloma względami spóźnione. Przed Polską stanęło widmo długich 123 lat rozbiorów…

Jest jednak rzeczą znamienną, że od początku tych trudnych dla Rzeczpospolitej czasów, kiedy zaczynała się ona powoli chylić ku upadkowi, w jej dziejach pojawił się Andrzej Bobola. Było to najpierw w 1702 roku, w czasie wojny północnej. Ukazał się wtedy o. rektorowi Marcinowi Godebskiemu jako ten, kto zagwarantował ocalenie Pińska przed szwedzkimi wojskami za cenę odnalezienia trumny ze swoim ciałem. Okazało się wtedy, że mimo wilgoci otoczenia, w jakim się znajdowało, nie uległo ono żadnemu rozkładowi. Wiek później, w 1819 roku, kiedy Polska została wykreślona z map politycznych Europy, Andrzej Bobola ukazał się w Wilnie dominikaninowi, o. Alojzemu Korzeniewskiemu, zapowiadając prowadzoną z wielką zaciętością wojnę, w wyniku której Polska odzyska niepodległość. Kolejnym potwierdzeniem szczególnej obecności Andrzeja Boboli w życiu narodu, dającej nadzieję i wlewającą otuchę w serca Polaków, stała się jego beatyfikacja, dokonana przez papieża Piusa IX w 1853 roku.

Rzeczywiście, Wielka Wojna wybuchła w 1914 roku, a cztery lata później, jesienią 1918 roku, Polska odzyskała niepodległość. Jednakże o utrwalenie jej bytu przyszło Polakom się zmagać jeszcze przez kolejne lata, zwłaszcza podczas wojny bolszewickiej. Kiedy latem 1920 roku zbliżały się do Warszawy sowieckie armie, Episkopat Polski słał dramatyczne listy do episkopatów całego świata. 28 lipca skierował list także do papieża Benedykta XV z prośbą o kanonizację bł. Andrzeja Boboli. Do tego listu dołączył się naczelnik Józef Piłsudski, pisząc między innymi: „Od początku wojny światowej, która się zda obecnie dobiegać do końca, Bóg Wszechmogący widocznie błogosławił wysiłkom naszej bohaterskiej armii. Wbrew zamiarom naszych wrogów Ojczyzna nasza zmartwychwstała, co według rachub ludzkich zdawało się prawie niemożliwym. Przypisujemy to dokonanie się aktu sprawiedliwości dziejowej możnemu wstawiennictwu naszych Świętych Patronów, a zwłaszcza Błogosławionemu Andrzejowi Boboli, w sposób szczególny czczonemu przez naród polski, który w nim położył swą ufność. Pragniemy mu okazać wdzięczność za Jego opiekę nad Polską i zapewnić ją sobie na przyszłość dla dalszego rozwoju naszego Państwa. Dlatego błagamy Cię, Ojcze Święty, by Wasza Świątobliwość raczył zaliczyć w poczet świętych Błogosławionego Andrzeja Bobolę”.

31 lipca 1920 roku metropolita warszawski Aleksander Kakowski skierował do duchowieństwa list, w którym pisał: „Na ubłaganie pomocy z Nieba, której Bóg nigdy nie skąpił, prosząc o nią, ufny w przyczynę bł. Andrzeja Bobolę, patrona Polski, i bł. Władysława z Gielniowa, patrona Warszawy, zarządzam nabożeństwa błagalne za wstawiennictwem tych błogosławionych”. Od 6 do 15 sierpnia w warszawskich kościołach ojców jezuitów na Starym Mieście, św. Anny i Świętego Zbawiciela rano o godzinie dziewiątej i wieczorem o siódmej miały być odprawiane nowenny z wystawieniem Przenajświętszego Sakramentu i odmawiane litanie do Najświętszego Serca Pana Jezusa z Aktem Poświęcenia oraz litanie do bł. Andrzeja Boboli i bł. Władysława z Gielniowa. W ostatnim dniu nowenny – 15 sierpnia – doszło do „Cudu nad Wisłą”.

W roku 1922 do sowieckich władz w Moskwie dotarła wiadomość, że Polacy swoje zwycięstwo nad nimi przypisują niejakiemu Boboli. Dlatego też delegacja bolszewików przybyła do Połocka, gdzie wtedy znajdowało się ciało bł. Andrzeja. Bolszewicy wyjęli je z trumny i rzucili na ziemię. Ku ich zdziwieniu zwłoki nie rozsypały się. Miesiąc później ciało Błogosławionego zostało zawiezione do Moskwy i ukryte w magazynie gmachu Higienicznej Wystawy Ludowego Komisariatu Zdrowia. Gdy wielki głód dotknął Związek Sowiecki, pomocy udzieliła mu Papieska Komisja Ratownicza. Przebywając w Moskwie, jej dwaj przedstawiciele – amerykańscy jezuici Edmund Walsh i Leonard Gallagher – w imieniu Ojca Świętego Piusa XI poprosili o oddanie relikwii bł. Andrzeja. 21 września 1923 roku w towarzystwie sowieckiego podsekretarza stanu Komisariatu Spraw Zagranicznych i trzech członków Czeka udali się do budynku Higienicznej Wystawy, gdzie na jej zapleczu, w rupieciarni odnaleźli szczątki bł. Andrzeja Boboli. Ponieważ rząd sowiecki nie wyraził zgody na to, aby jego trumnę przewieziono do Watykanu przez Polskę, ciało Błogosławionego w specjalnym relikwiarzu umieszczono na statku „Cziczerin” w Odessie i przewieziono do Konstantynopola. Stamtąd statkiem „Carnero” zostało ono przewiezione do Brindisi. Do Rzymu relikwie dotarły w uroczystość Wszystkich Świętych 1 listopada 1923 roku i zostały umieszczone najpierw w kaplicy św. Matyldy na Watykanie, a następnie w kościele Il Gesù.

W niedzielę 17 kwietnia 1938 roku, w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, spełniły się wielkie oczekiwania polskiego narodu: papież Pius XI dokonał na Watykanie kanonizacji bł. Andrzeja Boboli. Jako nuncjusz papieski abp Achille Ratti osobiście podziwiał modlącą się Warszawę owego gorącego lata 1920 roku. Głęboko pojmował wagę błagań o ocalenie zanoszonych do Boga za przyczyną błogosławionych Andrzeja Boboli i Władysława z Gielniowa. Z kolei jako papież doskonale rozumiał ogromne niebezpieczeństwo dla świata, jakie zaistniało wraz z powstaniem obydwóch totalitaryzmów: bolszewickiego i nazistowskiego. Dlatego w marcu 1937 roku niemal jednocześnie ogłosił on dwie encykliki: pierwszą Mit brennender Sorge przeciwko hitlerowskiemu nazizmowi, drugą Divini Redemptoris „O bezbożnym komunizmie”. Równocześnie zdawał sobie sprawę, w jak wielkim niebezpieczeństwie znalazła się sama Polska, będąc niejako w kleszczach obydwóch tych totalitaryzmów. Dlatego z jego woli relikwie świętego Andrzeja Boboli miały wrócić do Polski, aby samą swoją obecnością podnosić ducha Polaków i nieść im nadzieję w ostateczne zwycięstwo. Specjalnym pociągiem z Rzymu, przez Jugosławię, Węgry i Czechosłowację, relikwie zdążały do Polski. Między 11 a 20 czerwca 1938 roku odbyły one prawdziwie tryumfalny przejazd przez naszą Ojczyznę. Od Zebrzydowic przez Czechowice-Dziedzice, Oświęcim, Libiąż, Kraków, gdzie przebywały przez prawie trzy dni, następnie przez Katowice i Poznań, gdzie przez cztery dni oddawano im cześć, przez Ostrów Wlkp., Kalisz i Łódź zdążały do Warszawy, dokąd na koniec dotarły 17 czerwca. Uroczystości w stolicy trwały również cztery dni. Jeden z najbardziej znaczących dla nich momentów miał miejsce 18 czerwca, kiedy prezydent RP Ignacy Mościcki na Placu Zamkowym jako swoje osobiste wotum złożył na trumnie-relikwiarzu św. Andrzeja Boboli Krzyż Niepodległości z Mieczami. W ten sposób symbolicznie zaznaczył, że nie byłoby Niepodległej Polski bez św. Andrzeja. Tym gestem umacniał równocześnie wiarę swych rodaków: „Jeszcze Polska nie zginęła…”.

Do tamtych wydarzeń z Krakowa nawiązał Jan Paweł II, kiedy 29 maja 1988 roku podczas audiencji generalnej w Rzymie wspominał to, co osobiście przeżył jako dopiero co upieczony maturzysta: „W roku 1938 byłem naocznym świadkiem powrotu męczennika do Ojczyzny. Albowiem jego trumna, jego relikwie wracały do Polski poprzez różne miasta, między innymi przez Kraków, zanim dotarły do Warszawy. I pamięć tego spotkania ze świętym męczennikiem pozostaje dla mnie niezatarta”. W swym dość długim przemówieniu Jan Paweł II użył następnie kilka bardzo ważnych sformułowań odnośnie do św. Andrzeja Boboli i jego znaczenia dla Polski współczesnej i przyszłej. „Jego życie symbolizuje jakiś wielki okres dziejów Polski, Polski unijnej, Rzeczpospolitej trzech narodów” – stwierdził najpierw. „Święty Andrzej Bobola jest nie tylko szczególnym, syntetycznym znakiem naszej historii, (…) jest [on] równocześnie jakimś znakiem prorockim”. Jego nienaruszone ciało jest „znakiem danym od Boga”. „Bóg pozwolił świętemu Andrzejowi stać się znakiem, znakiem nie tylko spraw przeszłych, ale także i spraw, na które czekamy, do których się przygotowujemy, znakiem nie tylko tego, co dzieliło i dzieli, a dzieliło aż do śmierci męczeńskiej, ale także tego, co ma połączyć”.

Mówiąc o św. Andrzeju Boboli jako znaku upragnionej jedności, św. Jan Paweł II Wielki miał na uwadze przede wszystkim wymiar religijny, a zwłaszcza ekumeniczny – pojednanie między katolicyzmem a prawosławiem. Pozostaje on jednak dla nas znakiem koniecznej jedności także w innych wymiarach naszego życia narodowego i państwowego. Drodzy i Szanowni Państwo, przybyli na dzisiejsza pielgrzymkę do Strachociny, w sposób szczególny odpowiedzialni za obecny los Rzeczpospolitej, najlepiej wiedzą, jak wiele niebezpieczeństw na nią czyha, począwszy od pandemii koronawirusa. Z drugiej strony powstanie właśnie w czasie jej trwania tej nowej świątyni, tu, na Bobolówce, jest niezwykłym, budzącym nadzieję znakiem, że pandemia nie jest w stanie złamać naszej wiary w Bożą Opatrzność – że św. Andrzej Bobola skutecznie pomaga, ilekroć z wiarą zwracamy się do niego, prosząc o pomoc i wsparcie u Boga.

Tego wsparcia z jego strony potrzebujemy bardzo. Zdajemy sobie bowiem sprawę z tego, pod jak wielkimi presjami znajduje się dzisiaj nasza Ojczyzna i jak wielu wielkim tego świata bardzo zależy na tym, aby Polska nie była ani w pełni wolna ani w pełni suwerenna. Wiemy, jakie są zagrożenia polityczne płynące zarówno ze Wschodu, jak i Zachodu – i wiemy, jak z tymi zagrożeniami współdziała współczesna Targowica. Wiemy także, jak wielkie niebezpieczeństwa płyną ze strony nowych ideologii, które uderzają w same fundamenty człowieczeństwa, w cały Boży zamysł odnośnie do człowieka stworzonego jako kobieta i mężczyzna na Boży obraz i Boże podobieństwo. Stąd czeka nas wszystkich ogromny wysiłek, wydawałoby się ponad ludzkie siły, powracania do fundamentów. Powracanie to musi polegać na tym, że w naszym szlachetnym zatroskaniu o Rzeczpospolitą musi tkwić przede wszystkim zatroskanie o człowieka, zwłaszcza tego słabego, opuszczonego, bezbronnego – zatroskanie na wzór świętego Andrzeja Boboli. Powrót do fundamentów to również troska o autentyczną polską kulturę, dzięki której mamy prawo do naszej suwerenności także w wymiarze politycznym. O to właśnie upominał się na forum UNESCO w Paryżu w 1980 roku św. Jan Paweł II Wielki. Nie możemy przy tym zapomnieć, że w pełni humanistyczną kulturę istotowo wpleciona jest integralna wizja człowieka od chwili jego poczęcia do momentu naturalnej śmierci. Wraz z taką właśnie antropologią nasza kultura narodowa musi być również budowana na rzetelnym nauczaniu naszej historii – tak często dotąd zakłamywanej, opluwanej, wyśmiewanej. Z tak nauczanej historii musi rodzić się autentyczny patriotyzm, w ramach którego znajduje się miejsce dla szacunku w odniesieniu do każdego człowieka, jak również do innych wyznań, innych religii, innych poglądów. Tylko tak rozumiany szacunek może być uznany za prawdziwą tolerancję – tolerancję, która buduje wspólnotę, a nie staje się ideologicznym narzędziem do odrzucania i wyśmiewania ludzi, zwłaszcza tych, którzy przyznają się publicznie do swej chrześcijańskiej wiary. Równocześnie w imię tej kultury musimy wyrażać zdecydowany sprzeciw przeciwko tym neomarksistowskim ideologiom, które chciałyby nas w naszym człowieczeństwie pomniejszyć i sprowadzić do rangi zwierząt czy jakichś dziwnych istot, dla których gra seksu staje się jedynym celem życia. Wielkie zadania, o których teraz mówię, wynikają z odpowiedzialnego rozumu i zdrowego rozsądku. Są to jednocześnie te zadania, na które pragniemy tutaj, w Bobolówce, spojrzeć w kategoriach wiary poprzez te fundamenty teologiczne, jakie nam jednoznacznie nakreślił Jan Paweł II podczas swych pielgrzymek do ojczystej ziemi. W sposób szczególny chciałbym się odnieść do jego I Pielgrzymki z 1979 roku. Na Placu Zwycięstwa w Warszawie mówił, że nie zrozumie się człowieka bez Chrystusa, że żaden człowiek, nawet niewierzący, bez Chrystusa nie zrozumie ani swojej godności, ani sensu swojego życia, ani sensu swoich cierpień, zmagań, nadziei, miłości czy śmierci. Podobnie też nie zrozumiemy siebie jako polski naród bez tego klucza, którym jest Jezus Chrystus. Mówiąc o tym, Ojciec Święty odwołał się najpierw do niemal cudownie ocalałego pomnika Chrystusa sprzed kościoła Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, niedawno tak boleśnie dla nas sprofanowanego. Próbując następnie syntetycznie opisać to wszystko, co Polskę stanowi, nawiązał do milenijnego Aktu, złożonego przez kardynała Wyszyńskiego i Episkopat Polski na Jasnej Górze 3 maja 1966 roku, i skierował wzrok w stronę Grobu Nieznanego Żołnierza. „Przyklęknąłem przy tym Grobie – mówił wtedy – wspólnie z Księdzem Prymasem [Stefanem Wyszyńskim], aby oddać cześć każdemu ziarnu, które – padając w ziemię i obumierając w niej – przynosi owoc. Czy to będzie ziarno krwi żołnierskiej przelanej na polu bitwy, czy ofiara męczeńska w obozach i więzieniach. Czy to będzie ziarno ciężkiej, codziennej pracy w pocie czoła na roli, przy warsztacie, w kopalni, w hutach i fabrykach. Czy to będzie ziarno miłości rodzicielskiej, która nie cofa się przed daniem życia nowemu człowiekowi i podejmuje cały trud wychowawczy. Czy to będzie ziarno pracy twórczej w uczelniach, instytutach, bibliotekach, na warsztatach narodowej kultury. Czy to będzie ziarno modlitwy i posługi przy chorych, cierpiących, opuszczonych. Czy to będzie ziarno samego cierpienia na łożach szpitalnych, w klinikach, sanatoriach, po domach: «wszystko, co Polskę stanowi»”.

To „wszystko, co Polskę stanowi”, te rozmaite ziarna stanowiące zalążek jej dobrej, budzącej nadzieję przyszłości, Jan Paweł II łączył z Przenajświętszą Ofiarą Jezusa Chrystusa, którą składał wtedy na ołtarzu na Placu Zwycięstwa. Dzisiaj, gdy znajdujemy się w tym wyjątkowym dla naszej Ojczyzny i Kościoła miejscu – w miejscu urodzin św. Andrzeja Boboli, i gdy stąd możemy patrzeć w bardziej odległe i bliższe nam dzieje, jak również na współczesność i przyszłość, mamy prawo z całą pewnością powiedzieć: ,,Tu jest Polska”.

Stąd właśnie tutaj, podczas tej uroczystej Mszy świętej, żarliwie modlimy się za tych, którzy na mocy demokratycznej decyzji naszych rodaków wzięli na siebie ciężar odpowiedzialności za teraźniejszość i przyszłość tych wszystkich ziaren, jakie nieustannie wrzucane są w Polską ziemię. Za tych, którzy wzięli na siebie odpowiedzialność za przyszłą historię tego, co z tych ziaren się na nowo narodzi. Modlimy się za Was, Drodzy Bracia i Siostry. A nasza modlitwa zanoszona do Boga za przyczyną św. Andrzeja Boboli, Patrona Polski, to modlitwa, która nawiązuje do św. Pawła i czytanego dzisiaj podczas Liturgii Słowa fragmentu jego Listu do Efezjan: „Aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. [Niech da] wam światłe oczy serca tak, abyście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły” (Ef 1, 17-19). ,,Na podstawie działania Jego potęgi i siły” – którą widzimy w tym wszystkim, czego dokonał Bóg w świętym i przez świętego Andrzeja Bobolę. Bo właśnie takie poznanie Boga i Jego mocy pozwala nam z najwyższą siłą wiary wypowiadać imię świętego Michała Archanioła „Któż jak Bóg”, a jednocześnie powtarzać z ufnością za św. Pawłem Apostołem, tym razem z jego Listu do Rzymian: „Jeśli Bóg z nami, to któż przeciwko nam?” (Rz 8, 31b). Amen.

SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda