1963.09.07 – Warszawa – Przemówienie do Wyższych Przełożonych Zgromadzeń Zakonnych Żeńskich

Drogie Matki i Siostry!

Przesyłam Wam pozdrowienie w Chrystusie i w Kościele. Raduję się, że jesteście znowu na Jasnej Górze, w tej kolebce naszego ducha religijnego, w gościnie u Matki Najświętszej i Waszej Dziewicy Wspomożycielki, Patronki Zakonów żeńskich. Żałuję, że nie mogę być razem z Wa­mi. Jednakże prace, związane z przygotowaniem da zbliżającego się Soboru, konieczne zajęcia przed wyjazdem na dłuższy czas, nie pozwa­lają mi być wszędzie, gdziekolwiek należałoby być tam, gdzie mnie oczekują i gdzie kilka słów pragną. Muszę się więc posłużyć tym środkiem, który jeszcze jest dostępny, a który też jest na pewno błogosławionym głosem Boga, który pospiesza ludziom nieudolnym z pomocą, ażeby ich nieudolność zastąpić nawet środkami i pomocami technicznymi. Przecież Chrystus nie zawsze okrążał morze Galilejskie pieszo, ale niekiedy posługiwał się technicznym środkiem – łodzią. I Kościół Boży na przestrzeni czasów i wieków coraz bardziej posługiwał się tymi środkami, które mogły w pracy mu pomóc i siły słabe zwielokrotnić. Nic więc dziwnego, że dzisiaj misjonarze jeżdżą samolotami na misję, a od jednego do drugiego osiedla misyjnego dążą samochodami lub też samolotami. I ja też z pomocą tego środka technicznego, jakim jest taśma magnetofonowa, przenoszę się do Was, aby razem a Wami być przynajmniej przez kilka minut.

Praca, którą podejmujecie, jest niezwykle doniosła i na czasie. Nawiązuje przecież do hasła, pod jakim pracuje Sobór Watykański II zwłaszcza teraz, w przededniu II Sesji. Rzucił on sobie, jako hasło „accomodata renovatio”. Można by to określić jako „odnowa przystosowana”. Można inaczej powiedzieć: Odnowa niezbędna, po­trzebna, stosowna do potrzeb naszych czasów. Z góry musimy tutaj wykluczyć to wszystko, co nie jest odnową, co mogłoby być nie­kiedy odejściem.

Odnowa wygląda tak, jak porządkowanie, upiększanie starego domu, w którym fundamenty, ściany i dach pozostają zazwyczaj nietknięte, a tylko wewnętrzny jakiś wystrój, wewnętrzne urządze­nie ulega niezbędnym zmianom.

Tak samo trzeba myśleć i o odnowie w Kościele. Istotne po­zostaje. Istotne to jest krzyż Chrystusowy i spływająca zeń łaska. Istotne to prawda ewangeliczna, której słowa nie przemijają, choćby niebo i ziemia przeminęły; istotna to jest więź nadprzyrodzona, która jednoczy wszystkich w Chrystusie i w Kościele; istotna jest prawda ewangeliczna, nauka Chrystusa, prawdy teologiczne, które nam przyniósł od Ojca, i zasady moral­ne, których nas nauczył. W ustroju Kościoła istotne jest powiązanie wszystkich przez łaskę uświęcającą, przez Trójcę Świętą, która w nas mieszka, przez sakramenty święte i modlitwę, które nigdy mocy swej nie tracą i łaski swej nie wyczerpują. Istotny jest też ustrój hierarchiczny Kościoła, który wiąże nas wszyst­kich w Chrystusie, przez Apostołów, ich następców – biskupów i przez kapłanów, z ludem Bożym.

To samo może dotyczyć tej accomodata renovatio, gdy idzie o życie zakonne. Jest ono w Kościele istotne, albowiem sam Chrystus Pan wskazał na jego potrzebę, gdy mówił o tych, którzy chcą być doskonałymi i czego trzeba, by byli doskonałymi. Historia to potwierdza, bo Zakony stale towarzyszą Kościołowi w jego drodze; muszą one należeć do istoty wewnętrznego życia w Kościele i jego pracy apostolskiej. I dlatego, gdy mówimy wśród rodzin zakonnych o accomodata renovatio, to nie dotyczy to instytucji zakonnej. Dotyczy raczej takiej czy innej pracy, zadań, które przecie, stale się zmieniają, bo ta praca przystosowuje się do dzisiejszych potrzeb Kościoła i jego dzieci. W życiu zakonnym niezmiennym pozostanie duch ślubów zakonnych, zwłaszcza czystości, posłuszeństwa czy też ubóstwa, chociaż nożna tak lub inaczej interpretować te śluby, takie lub inne stawiać wymagania tym, którzy ślubami są związani. Istotna też będzie zawsze zależność w zakonie, nadprzyrodzona więź członków, przekonanie, że przełoże­ni, w ręce których składamy śluby zakonne, są zawsze dla nas przedstawicielami Boga, z którego czerpią władzę, posłannictwo i powa­gę tak, iż zawsze można powiedzieć o przełożonych zakonnych: „Kto was słucha, mnie słucha”, jak to Chrystus Pan mówił o Apostołach i swoich uczniach.

Nie chcemy w tej chwili dotykać tych spraw, które są kamieniami węgielnymi wszelkiego budowania i ładu w życiu zakonnym. Pozostaje jednakże prawdą, że cała społeczna praca Kościoła, całe jego społeczne posłannictwo, to wszystko, co jest jak gdyby drugo­rzędnym zadaniem zakonów, tak różnie ubogaconym w środki uświęcenia rodzin zakonnych, może ulegać zmianie, może przybierać takie lub inne formy, tak lub inaczej służyć Kościołowi, tak lub inaczej zaradzać potrzebom Kościoła. Może stąd pochodzi, że tak często różne, niekiedy bardzo stare i bardzo zasłużone rodzi­ny zakonne przechodziły przez reformy. I bodajże nie ma ani jednego ze starszych zakonów, które by nie uległy jakimś re­formom, dokonywanym przez ich kapituły, niekiedy przez Władze Kościelne, przez Ojca św., czy przez biskupów. I dzisiaj to wi­dzimy, w wyniku różnych wizytacji w zakonach, że wydaje się decretum reformationis, który niekiedy jest wskazaniem dróg i kierunków pracy, potrzebnych w czasach dzisiejszych.

Gdy pracuje Sobór w Rzymie, stara się zrozumieć potrzeby dzi­siejszego Kościoła. Właśnie Sobór zmierza przede wszystkim do accomodata renovatio Kościoła. A Idzie o to, ażeby Kościół, który jest żyjącym Chrystusem, tym Chrystusem, który nie umiera, nad którym śmierć więcej mocy nie ma, żeby Kościół spełnił zadania na czasy dzisiejsze. Zawsze to czyniły sobory, że przystoso­wywały prace Kościoła, biskupów i kapłanów do potrzeb dnia. Zaw­sze też stawiamy wiernym dzieciom Kościoła nowe wymagania, potrzebne na czasy dzisiejsze. Nic dziwnego, że Sobór stara się nam przed oczy postawić Kościół Boży w nowej niejako postaci, i z nowymi barwami.

Właśnie dzisiaj, zwłaszcza po encyklice Piusa XII o Mistycznym Ciele Kościoła, tak wiele się mówi o wewnętrznej i nadprzy­rodzonej strukturze Kościoła, o tych licznych powiązaniach, które istnieją w Kościele z Chrystusem, a przez Chrystusa z dziećmi Bożymi. Przecież jesteśmy członkami jedni drugich, nie możemy być sobie obojętni. „Jeśli z czego raduje się jeden członek, radu­ją się inne, co cierpi jeden, współcierpią inne”. Kościół dąży do tego, żebyśmy tę wewnętrzną wrażliwość na wszystkie członki Koś­cioła odzyskali, żebyśmy jak najbardziej się jej poddali, żebyśmy wyszli z izolacji, z zamkniętych kół, w których zajmujemy się tyl­ko osobistymi, własnymi sprawami. Kościół jest żywym organizmem, a my komórkami żywymi, wyrastającymi z tego organizmu.

Wasze życie wewnętrzne zależne jest w dużym stopniu od tego, czy moja komórka utrzymuje powiązanie z Kościołem, czy czerpie z Koś­cioła, czy też może jest martwą, może się odizolowała. Kościół oczekuje, ażeby wierni zrozumieli lepiej swój związek z Chrystusem, swe powiązanie przez biskupów i kapłanów z całym organizmem. Kościół pragnie, ażebyśmy dobrze wiedzieli te nadprzyrodzone powią­zania, które powstają przez chrzest święty, przez sakrament bierzmowania, czy przez sakramenty społeczne kapłaństwo i małżeństwo, czy przez Eucharystię; abyśmy również lepiej zrozumieli nasze powiązanie z Kościołem przez zatwierdzenie i uświęcenie formy życia zakonnego, które też są formami życia nadprzyrodzonego, wyrastają z Kościoła, żyją nim, rozwijają się w Kościele, i o tyle potęgują swoje znacze­nie i wpływ, swój dorobek dla chwały Bożej, o ile ściślej są z Koś­ciołem związane.

Kościół oczekuje dziś od Zakonów wyciągnięcia wszystkich nie­mal wniosków ze swej obecności i w organizmie nadprzyrodzo­nym Kościoła. Kościół stawia zakonom nowe wymagania, nowe postulaty. A przede wszystkim pragnie obecności rodzin zakonnych w życiu apos­tolskim, w pracy duszpasterskiej, katechetycznej, misyjnej, w dobro­czynności czy też w tylu innych formach, które mają zaradzać potrze­bom Kościoła.

Accomodata renovatio życia zakonnego to z jednej strony wierność swojej duchowości zakonnej, wewnętrznej hierarchii życia zakonnego, duchowi własnej rodziny zakonnej, wierność ślubom, ład i pokój wew­nętrzny, współżycie w miłości zakonnej.

To jest jedna strona zagadnienia, a zarazem spojrzenie z gniazda rodzinnego, zakonnego, spojrzenie na drzewo Kościoła, na którym nasze gniazdo jest umieszczone. Zrozumienie, jak bardzo gałąź Kościo­ła podtrzymuje gniazdo, jak my właściwie wszystko bierzemy z Kościoła, czym w zakonie żyjemy. Niekiedy nawet środki materialne czerpiemy od dzieci Kościoła, dzięki autorytetowi, którym nas otacza Kościół i hierarchia. Dlatego wszystko, czym jesteśmy, czym roz­porządzamy, zawdzięczamy Kościołowi. Stąd obowiązek wywdzięczenia się Kościołowi, świadczenia i pomagania Kościołowi.

Zapewne, że sama obecność zakonów w Kościele, ich modlitwa, duch umartwienia, to wszystko już jest jakąś formą wywdzięczenia się Kościołowi, jakąś formą pracy z Kościołem. Ale Kościół ma dzi­siaj swoje specjalne potrzeby i zadania.

Kościół domaga się dzisiaj od biskupów i kapłanów ich obecności wśród owczarni, uwrażliwia biskupów i kapłanów na potrzeby Owczarni. Dobry pasterz zna owce swoje i znają go owce. Kościół wymaga dzisiaj od biskupów i kapłanów jak najbliższego kontaktu z wiernymi. To, czego Kościół wymaga od hierarchii, w jakimś zakresie wymaga i od zakonów: obecności zakonów w życiu i sprawach, w cierpieniach i troskach, w zasadach i w potrzebach wszystkich dzieci Bożych.

Stąd powstaje zagadnienie, żeby rodziny zakonne jak najbardziej przygotowały się do obecności wśród ludu Bożego, wśród ludu wybra­nego, ludu nabytego, wśród tego królewskiego kapłaństwa. Mamy do­brze zrozumieć, że wszystkie dzieci Boże mają prawo do nas. My Jesteśmy ochrzczeni, jak i oni, stanowimy więc wspólnotę przez chrzest, wspólnotę w Trójcy Świętej, która w nas i w nich jest obec­ną. Zawieramy wspólnotę z całym światem przez to, że ten ochrzczo­ny świat jest światem bierzmowanym, a więc pasowanym na rycerzy Chrystusowych i my i oni. Wiemy, co to znaczy rycerz w szeregach, jak bardzo trzeba zharmonizować i wyrównać krok, ażeby nasze drogi były zrównane z drogami wszystkich dzieci Bożych. Jak bardzo przez to wzrasta nasza odpowiedzialność i konieczność walki za sprawy Boże.

To samo dotyczy rodziny katolickiej, która powstaje przez łaskę sakramentalną małżeństwa, tej rodziny, której duch chrześcijański wypielęgnował naszą religijność, a może i nasze powołanie zakonne. Gdyby nie małżeństwo, gdyby nie rodzina chrześcijańska, nie byłoby nas, a może i naszego powołaniu. Stąd, z tą Bożą instytucją, jaką jest rodzina, związani jesteśmy przyczynowo i musimy też się wywdzięczać jej w jakiś sposób, w jakiejś formie, chociaż opuściliśmy ojca i matkę i wyrzekliśmy się życia rodzinnego. Jednak to, cośmy z rodziny jako z instytucji Bożej wzięli, zobowiązuje nas do wywdzięczenia się na rzecz rodziny w ten sposób, w jaki to jest dla nas dostępne. Nie tylko przez modlitwę, ale też przez współdziałanie z rodzinami dzisiejszymi, którym trzeba pomóc do wypełnienia ich zadań.

Jeżeli dzisiaj według nauki Kościoła, jak to przypomniał Jan XXXII w Ency­klice Pacem in terris, nawet państwo jest zobowiązane z prawa przyrodzonego do niesienia rodzinie pomocy, w wychowaniu młodego po­kolenia, to istnieje również zobowiązanie nadprzyrodzone, które nas może zobowiązywać do niesienia pomocy rodzinom z pobudek nadprzyro­dzonych.

Stąd i dla Rodzin zakonnych życie rodzin domowych nie może być obojętne. Musimy dla nich mieć zainteresowanie, nieść jakąś pomoc. Szczegółowe formy na pewno będą omawiane, jak powinna ta pomoc wyglą­dać, czego rodziny katolickie od rodzin zakonnych oczekują.

Kościół widzi jedną formę pomocy w katolickim wychowaniu młode­go pokolenia. Wołali do Was tyle już razy biskupi i kapłani we wszyst­kich diecezjach Polski, o pomoc: pomóżcie nam łamać chleb Boży, chleb prawdy, chleb Ewangelii wśród tylu głodnych. Pomóżcie i dostarczcie nam dobrej woli, swoich ust, byśmy się posłużyli nimi w przepo­wiadaniu Ewangelii, dobrej nowiny. Przecie, wiecie, że „błogosławio­ne stopy, zwiastujących pokój, zwiastujących dobra”. Tak bardzo dzi­siaj głodnemu światu potrzeba dobrej nowiny, takie mnóstwo jest dzieci, pozbawionych prawdy Bożej, mnóstwo rodzin, do których Chrystus nie zagląda, które nic o Nim nie słyszą. Drzwi często są zamknięte przez złość, przez trwogę, a niekiedy przez zwykłą niewiedzę. Dzisiej­szemu człowiekowi, małemu dziecku na ulicy miast nic nie mówi ani su­tanna, ani habit. Ono nawet nie ma zainteresowania dla budynku, który się nazywa kościołem, nic o nim nie wie, nic nie słyszało o krzyżu, nawet nie ma siły niekiedy wstąpić do kościoła, zatrzymać się tam, a gdy już weszło przez ciekawość, nie rozumie nic z tego, co się tu dzieje. Pogaństwo, nieobecność Boga, szeroką falą roztacza się nie tylko na skutek propagandy bezbożnictwa, ale i na skutek warunków, w jakich współczesny człowiek żyje, zajęty pracą, kłopotami domowymi, nie mając możności wejścia do świątyni, bo często żyje w dzielnicy, w której świątyni nie ma, w której kapłana przechodzącego nigdy nie widziano. Są takie dzielnice już dzisiaj w polskich miastach. Są ta­kie miasta, które nie znają świątyń ani krzyżów.

To by wskazywało na to, jak doniosłą dzisiaj rzeczą jest stanąć przy biskupach i kapłanach, ażeby im pospieszyć z pomocą. Zapewne – i ta dziedzina i wiele innych, a zwłaszcza nawiedzanie rodzin, szukanie tych, co zginęli – to wszystko w jakiejś formie odciąga nas od wspólnoty zakonnej, od życia domowego, od ładu i porządku spokojnego życia. Pamiętajmy jednakże o jednym, że wspólnota zakonna, śluby zakonne, habit i kierownictwo – to wszystko nie są cele, tą są środki, którymi mamy się uzdolnić do właściwej pracy i właściwego posłannictwa. Nie można więc ich wyżej stawiać, aniżeli samo posłan­nictwo. Musimy tak się posługiwać tymi środkami, byśmy uzdalniali się do pracy, do której nas dziś Kościół powołuje, byśmy tym, co zdobędziemy dla siebie, nie poprzestawali. Przeciwnie – mamy ze wszystkiego dawać jałmużnę: z darów materialnych i duchowych. Nie tylko mamy łamać chleb, ale mamy łamać i słowo Boże. Nie tylko mamy opatrywać rany cielesne, ale interesować się ranami ducha. Nie wystarczy, że jesteśmy zajęci rozliczną troską około bardzo wiela, jak Marta. Musimy mieć coś z Marii, która sama bierze i innym daje, co ma w duszy, co kocha, czym żyje i czego pragnie, może nieświadomie. Inni ludzie w tylu przelicznych głodach wyczekują dzisiaj, zwłaszcza od tych, co wierzą, jakiejś życzliwości, dobroci, uśmiechu, który by im mówił, że istnieje inny świat, lepszy, Boży świat. Istnieje taki świat, który Bóg wewnętrznie rozradowuje i przez to pragnie rozradować smutnych i tych, co siedzą w ciemności i w krainie śmierci. I właśnie takiego otwartego dążenia do ludzi za­gubionych oczekuje dzisiaj Kościół i pragnie nas do niego przygoto­wać. Stąd też przygotowanie naszego ducha zakonnego jest dziś o wiele trudniejsze.

Kiedyś zamykaliśmy się w klauzurze, zamykaliśmy oczy na świat, aby nic nie widzieć. I to było jakąś formą doskonałości. A dzisiaj trzeba wyjść z klauzury i otworzyć szeroko oczy na świat, żeby widzieć ten świat i jego mękę, żeby go zrozumieć, żeby z nim współcierpieć i żeby być zdolnym do pomocy.

Nie wystarczy już dzisiaj taka formacja duchowa przez ślub czystości, posłuszeństwa czy też ubóstwa, żeby to tylko nam służyło. To musi służyć też i innym. Nasza czystość, którą my mamy uformować, nie zależy tylko od tego, że się odizolujemy od ludzi i już nic nie widzi­my z tego, co mogłoby nas brudzić. Ale my musimy niekiedy brudne rzeczy widzieć w taki sposób oczyma, żebyśmy je zachowali czystymi. Nie sztuką jest być dobrym, nie widząc zła. Ale właśnie większą sztu­ką jest być dobrym i czystym, widząc wiele zła i wiele brudu i wiele męki świata dzisiejszego. Stąd formacja naszej czystości wewnętrznej nie może tylko na tym polegać, żeby niczego nie widzieć, tylko na tym właśnie, żebyśmy idąc nawet poprzez największe męki i cierpienia współczesnego człowieka, widząc nawet największe grzechy, zachować równo­wagę, wewnętrzny spokój i czyste oczy, choćby padały na kałuże i błoto. To jest o wiele trudniejsze, ale właśnie tej trudniejszej czystości dzisiaj od nas Bóg wymaga.

To samo dotyczy cnót posłuszeństwa. Jeżeli ta cnota jest ujęta w konstytucje, regulaminy, przepisy, porządek dnia i porządek domowy, zatrzaśnięty na zatrzask klauzury, to w takich warunkach posłusznym być nie trudno, chociaż posłuszeństwo zawsze jest cnotą trudną i ślu­bem bodaj najtrudniejszym. Ale być posłusznym wtedy, kiedy musimy się kierować raczej duchem niż literą przepisów, jest o wiele trud­niej. Taką miarę posłuszeństwa w sobie wypracowywać, gdy jesteśmy poza domem, gdy nas nie widzą przełożeni, gdy nie pilnuje klauzura, wtedy być posłusznym, wewnętrznie podporządkowanym Bogu, przełożonym zakonnym, pomimo tych licznych prac zewnętrznych, jak najbardziej sta­rać się o posłuszeństwo przepisom zewnętrznym – to jest o wiele trud­niejsze, ale też o wiele dzisiaj potrzebniejsze. Norma naszego ślubu posłuszeństwa dzisiaj jest nie tyle zewnętrzna, ile raczej wewnętrzna, nasze usposobienie wewnętrzne.

Już nie mówię o współczesnym duchu ślubu ubóstwa, bo to jest bodaj ślub najłatwiejszy, tym więcej, że niewiele mamy, więc niewiele tracimy. Nie trzeba się bać, że się do czegoś przywiążemy. Ale niekiedy przywiązanie do własnego stylu życia może być dowodem, że jeszcze ducha ubóstwa nie posiadamy. Siostry niekiedy za wiele płaczą nad tym, że straciły taki lub inny dom zakonny, że straciły taką czy inną możność czynienia dobrze, bo się przyzwyczaiły do spokojnego, w ła­dzie, życia domowego. Dzisiaj Pan Bóg każe nam z pomocą ubogich i skromnych środków czynić wiele dobra: gdy rozporządzamy materialny­mi wartościami, oszczędnie nimi posługując się, byśmy umieli jak najwięcej dobra uczynić. Dzisiejsze ubóstwo na tym polega, że się raczej chętnie dzielimy dobrami, które Bóg nam powierzył, i nie staramy się za bardzo ubezpieczać się na przyszłość, tym więcej, że ta przyszłość zawsze jest niepewną. O przyszłości będą myślały późniejsze dni. Do nas należy myśleć o tym, co dziś jest potrzebą ludzi cierpiących.

A więc pozostaną nadal te wspaniałe, potężne środki naszej formacji duchowej: ślub czystości, posłuszeństwa i ubóstwa, ale interpretacja ich, formacja wewnętrzna, kształtowanie tych sprawności jest inne, w innych warunkach, o wiele trudniejsze. Stąd też jest bardziej związane z naszą dobrą wolą i z naszą wewnętrzną uległością łasce uświęcającej, kierownictwu Ducha św., który w nas rządzi.

W ten sposób możemy się przygotować do pracy, do której nas Kościół dzisiaj woła. A w szeregu cnót, które dominują, na czele ich jest miłość apostolska, entuzjazm apostolski, z jakim wziąwszy tyle dobra, chcemy z wielką gorliwością, dobrami nadprzyrodzonymi obdzielać Kościół Chrystusowy, wszystkie dzieci Boże. Miłość apostolska, usposobienie apostolskie, to dążenia przez ducha apostolskiego do wszystkich głodnych, cierpiących, pozbawionych Boga, szukających Boga, a może i nie wiedzących nic o miłości Bożej na tej ziemi.

Chciałbym Wam Drogie Dzieci, przekazać przynajmniej tę jedną prośbę, byście wykorzystały dla swej formacji w życiu wewnętrznym okres „Soborowego Czynu Dobroci”. Z takim entuzjazmem wzięłyście się do tej pracy. Wiem, że bardzo nam pomogły rodziny zakonne, zwłaszcza w czasie ostatniej konferencji Episkopatu, gdy spóźniony list Episkopatu o Soborowym Czynie Dobroci umiałyście w kilka dni przepisać w kilka tysięcy egzemplarzy tak, iż wszyscy biskupi dostali na czas odpowiednią ilość egzemplarzy, potrzebną w diecezjach. I Wydział Spraw Zakonnych i Instytut Ślubów Prymasowskich stanęły przy sobie ręka w rękę, aby usłużyć biskupom. To chyba był pierwszy Soborowy Czyn Dobroci przez Was dokonany.

A teraz, za nim, pójdą inne. I Wy będziecie dopełniały ten Soborowy Czyn Dobroci wśród siebie, w waszych rodzinach zakonnych, przez spotęgowaną dobroć, życzliwość, miłość, uczynić wzajemną w waszych domach, w waszych rodzinach zakonnych. A tak, krzepiąc się tym duchem, będziecie umiały wyjść do innych ludzi, który też oczekują Soborowego Czynu Dobroci. Do tego Was zachęcam. Za kilka tygodni biskupi wyjadą na Sobór, ale oglądać się będą za Wami i oczekiwać będą od Was, Najmilsze Dzieci, wsparcia. Wasz temat accomodata renovatio ślicznie się zgadza z programem Episkopatu „Soborowy Czyn Dobroci”. A wszystko to będzie służyło wielkiej rodzinie Kościołowi świętemu, w której żyje Chrystus.

Pozdrawiam Was mocą Ojca, który Was przez miłość powołał do bytu, mocą Syna, który o miłości Ojca opowiedział ludziom na ziemi i mocą Ducha Świętego, który miłość Bożą rozlał w sercach naszych. Błogosławię Was – In Nomine Patris et Fili et Spiritus Sancti. Amen.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Deo gratias.

/Tekst autoryzowany/