1967.10.24 – Jasna Góra – Przemówienie na konferencji plenarnej wyższych przełożonych zakonów męskich w Polsce

Pragnę przede wszystkim podziękować Przewodniczącemu Konsulty Męskiej Wyższych Zakonów Męskich jak również całemu Zgromadzeniu za to, że stwarza mi sposobność do nowego kontaktu z sobą, co zawsze pragniemy wykorzystać w tym znaczeniu, że jesteśmy jak najbardziej powiązani z woli Bożej w służbie sprawy jednej, Chrystusowej.

Już poprzednio, Najmilsi, chciałem jak najbardziej uwydatnić tę prawdę, która jest zawarta nie tylko w Konstytucji dogmatycznej o Kościele, ale która jest zawarta w życiu codziennym – zrozumienia więzi teologicznej, że tak powiem, struktury duchowej i jurysdykcyjnej i teologicznej Kościoła, w której jesteśmy wszyscy wzajemnie powiązani, od siebie w różnym zakresie uzależnieni. I właśnie w tym duchu wzajemnego powiązania i wzajemnej zależności w służbie dziełu Chrystusowemu pragnę i dzisiaj kilka myśli przedstawić, myśli, które nurtują Episkopat Polski, w którego imieniu w tej chwili pragnę przemawiać. Do mnie będzie należało, Najmilsi, przedstawić chociaż zwięźle, bo nie chcę nadużywać tej „amplitudo temporis”, przyznanej mi przez Przewodniczącego Konsulty, ale w zwięzłych słowach to, czym Episkopat Polski dzisiaj się zajmuje, jakie ma zadania, troski, niepokoje i nadzieje. Czynię to z tym większym zrozumieniem, że ostatnio została przy Konferencji Episkopatu Polski powołana do życia specjalna Komisja dla Spraw Zakonnych, o czym będzie mówił Biskup Dąbrowski. Ale właśnie to, że taka instytucja powstała, złożona z biskupów i przełożonych zakonnych – to jest dalszy krok realizacji Konstytucji dogmatycznej o Kościele, w której Sobór, jak mówi liśmy to sobie już kilkakrotnie przy różnych okazjach, zawarł całe życie zakonne, które związał z misterium Chrystusa i Kościoła, z całym Ludem Bożym, z hierarchią i ze wszystkimi celami, które nam wyznacza Chrystus do realizacji. W tym duchu pracuje Episkopat w Polsce i do tej pracy zachęca wszystkie człony życia religijnego w Polsce. A więc i rodziny zakonne.

Słusznie tutaj podkreślił Przewodniczący Konsulty i tego spotkania, tej konferencji, że normalne rozwijanie zadań Kościoła polega nie na odchodzeniu od właściwości duchowych poszczególnych instytucji Kościoła, ale polega na dobrym wczuciu się w ducha tych instytucji i woli życia tym duchem. I tak jak Kościół uświadamia dzisiaj Ludowi Bożemu jego miejsce i zadania w Kościele, jak to samo mówi o hierarchii, wziętej z Ludu Bożego, jak to mówi o świeckich, których wezwał na Kongres Apostolstwa Świeckich do Rzymu, to samo mówi i o instytucji życia zakonnego w kościele. I to nie tylko „en bloc”, ale mając na uwadze każdą rodzinę zakonną i jej duchową specyfikę, która ma się nie zagubić, nie stracić swej duchowej barwy, nie rozpłynąć się w tej rzeszy Ludu Bożego, jak się rozpływa cukier w herbacie, ale właśnie ma zachować swe właściwości, głębiej je zrozumieć, uszanować niekiedy wiekowy dorobek danej instytucji zakonnej, wziąć świadomie za ten dorobek odpowiedzialność i nie rozpraszając dóbr zgromadzonych przez poprzedników, przez wieki, umieć z tego duchowego kapitału dobrze służyć współczesności.

Podkreślam to dlatego, że niekiedy, na szczęście nie w Polsce, ale niestety w innych krajach, zrozumiano to aggiornamento  jako powszechne jakieś stosowanie dyspens i ulg, a więc pojęto odnowę opacznie, nie w tym charakterze, w jakim Sobór to pojmuje, ale idąc po linii ludzkich słabości i dogadzania tym ludzkim słabościom, jak gdyby oczekując lub upatrując aprobatę Soboru dla tych słabości. Tego rodzaju nurty myślowe albo też jakieś wrażenia wypowiedziały się również na ostatnim Kongresie Apostolstwa Świeckich, gdzie – zastrzegam się, nie mamy dokładnych relacji – jednakże więcej głosów w dyskusji padało na rzecz tych spodziewanych ułatwień życia chrześcijańskiego niż na rzecz pogłębienia tego życia. I ostatecznie mógłby taki Kongres zmienić się na jakiś wiec polityczny, gdyby nie właściwa czujność kierownictwa kongresu, który starał się przede wszystkim pogłębiać teologicznie, filozoficznie, religijnie, duchowo to zebranie, które zresztą świadome jest swego miejsca i zdań w świecie współczesnym, ale świadome tego miejsca i zadań, nie może ono zatracić więzi z organizmem żyjącym Chrystusowego Kościoła, z którego czerpie mandat do wypełnienia w świecie współczesnym, nie może więc być na odwrót.

Podobnie jest, Najmilsi, i w życiu zakonnym. Echa, które do nas dochodzą, na szczęście z bardzo daleka, bo z Ameryki Północnej, wskazują na złe ukierunkowanie tego aggiornamento soborowego, bo właśnie tam głównie ten niepokój, to odejście, ta apostazja nawet w szeregach duchowieństwa czy diecezjalnego czy zakonnego, zakonów męskich czy żeńskich, bardzo często odwoływała się dla uspokojenia swojego sumienia na ile zrozumiane wskazania i pouczenia Soboru Watykańskiego II. Rozpoczął się ruch, który zaniepokoił Stolicę Świętą, Ojca Świętego, hierarchię kościelną w Ameryce i nawet wielu przełożonych wyższych zakonów, którzy nie spodziewali się właśnie takiego ruchu odpływu i apostazji. Mówimy o tym z wielkim bólem, a jednocześnie mówimy i z pewną nadzieją, że ten niepokój właściwy każdemu okresowi posoborowemu, że on szybko minie i wszystko wróci do dojrzałości, do tej mądrości i roztropności, która musi odznaczać i cechować i hierarchię i przełożonych zakonów męskich czy żeńskich.

Obecnie jesteśmy wszyscy, czym się Episkopat Polski również bardzo intensywnie na swych Konferencjach zajmuje, jesteśmy wszyscy w całym świecie katolickim w tym wstępnym okresie realizacji Soboru. I dlatego też praca Episkopatów krajowych nie tylko na Synodzie Biskupów w Rzymie, ale zwłaszcza na konferencjach Episkopatów, zmierza do tego, ażeby jak najbardziej upowszechnić naukę Soboru, wszystkimi dostępnymi sobie sposobami. Stąd wielka troska o wydanie tekstów soborowych, o co zabiega i polski Episkopat, chociaż na razie z niewielkim powodzeniem. Może bardziej korzystną była inicjatywa Stolicy Świętej, gdy Papież polecił wydać dla Polski teksty soborowe w językach łacińskim i polskim w wydawnictwie Pallotinum w Paryżu i te teksty przesłać do Polski. Ukazał się piękny tom tych tekstów łacińsko-polskich. Kierownictwo wydawnictwa Pallotinum wysłało swoich pracowników tu do Polski, by omówić sprawę przesłania tych tekstów do Polski. Zdaje się, że przynajmniej w założeniu trudności zostały pokonane. Sporządziliśmy odpowiednie kalendarium i według tego kalendarium będzie to wydawnictwo rozprowadzone w Polsce na Kurie Biskupie, seminaria diecezjalne, i zakonne, na Kurie Prowincjalne i Generalne w Polsce, tak że można oczekiwać w najbliższym czasie, że odpowiednie przesyłki zaadresowane bezpośrednio na was, między innymi na Księży Prowincjałów, będą do Polski przychodziły. Mówię o tym dlatego, żebyście byli, Confratres, poinformowani i by te przesyłki były podejmowane. Stolica Święta pokryła koszta tego wydawnictwa i ufamy, że każda rodzina zakonna dostanie kilkanaście, kilkadziesiąt woluminów tego wydawnictwa. Oczywiście „rebus sic stanbibus”, jak to zostało ustalone i uzgodnione w Urzędzie Spraw Wyznań, za Naszą aprobatą. Jakie będą losy – zobaczymy.

Natomiast trudniej jest w kraju opublikować teksty, za które my wzięlibyśmy odpowiedzialność co do ich integralności i poprawności przekładu, bo nad tym wydawnictwem krajowym zaciążą niekiedy schemat polityczny i on przeszkadza w tym upowszechnianiu się myśli soborowej, chyba że z jakimś komentarzem użytecznym „ad usum defini” – jak to robiono w okresie Soboru w relacjach i jak to ostatnio w prasowych relacjach czyniono również na tle obradującego Synodu i Kongresu Apostolstwa Świeckich. Te relacje, albo nieścisłe albo tendencyjne, raczej uwydatniały te spory, które niekiedy wyolbrzymiano, te zamówienia nie zawsze dające się zrealizować, zwłaszcza padające na Kongresie Apostolstwa Świeckich. Jednakże to wszystko musimy spokojnie przezwyciężyć, starając się w swoim zakresie o dostarczenie rodzinom zakonnym, hierarchii a może i świeckim katolikom autentycznych tekstów soborowych. Szło by o to, by nie zdobiły one półek, ale by stały się materiałem do rozmyślań, do rozważań, do dyskusji w rodzinach zakonnych.

Ten wysiłek, który ostatnio tak wspaniale się zarysował na Synodzie, on musi mieć swoje miejsce również i w Polsce. I tak jak Episkopat opracowuje pewne programy homiletyczne, katechetyczne, daje instrukcje duchowieństwu, przeszkalając to duchowieństwo w odpowiednich wykładach i kursach, podobnie ta praca musi pójść i w rodzinach zakonnych, żeby właściwie ująć, uchwycić nurt myślowy, obudzony na Soborze przez Ducha Świętego, który według zapowiedzi Chrystusa ma zawsze nas wszystkiego nauczyć i wszystko nam przypominać, czegokolwiek Chrystus nas uczył. Do tych dokumentów soborowych dzisiaj należałoby jako przeszkolenie aktualne dawać i inne dokumenty, która są wydawane przez Stolicę Świętą, zwłaszcza instrukcje liturgiczne, szczególniej Instrukcję o Eucharystii i Encyklikę o celibacie, jak również i inne encykliki papieskie, zwłaszcza „De progressione populorum promovenda”, która jest, że tak powiem, aplikacją praktyczną dla Konstytucji pastoralnej o Kościele w świecie współczesnym. To również, Drodzy moi, musi być przedmiotem szczególnej uwagi. Jest mi wiadomo, że w Wydziale Spraw Zakonnych prowadzone są specjalne zestawienia przemówień Ojca Świętego i o to domaga się dzisiaj duchowieństwo diecezjalne i zakonne. Tam zawsze pada mnóstwo ciekawych myśli wybitnie na czasie, kierujących nasze osobiste prace i dających odpowiednie naświetlenia dla bieżącego życia Kościoła

Na tle zwłaszcza ostatnich wydarzeń – Synod i Kongres – zaznacza się wiele niepokoju i to niepokoju może teologicznego, niepokoju może w pewnym stopniu nawet i pastoralnego. Jest dużo zamówień ze strony katolików świeckich, dużo też i krytyki ze strony kół ateistycznych, czy to będą ateiści racjonalni czy też ateiści polityczni. Może ten nalot tego niepokoju nas denerwować, drażnić, a może potęgować w nas niepokój, ale myślę, że dobrze będzie przyjąć sugestię, którą daje jeden z wybitnych ateistów, politycznych oczywiście, współczesnej Rosji Sowieckiej, który chce powiedzieć temu aparatowi ateizacji, że jeżeli dzisiaj wśród chrześcijańskich narodów i w Kościele Katolickim jest tyle niepokoju wśród katolików, to nie myślcie, że to jest niepokój rujnujący, to jest raczej przejaw głodu, głodu Boga i że współczesny człowiek im bardziej będzie pogrążony w ten porządek techniczno-materialistyczny, tym bardziej ten głód będzie odczuwał i będzie manifestował. Chciałby więc niejako obudzić w tym aparacie ateistycznym nowe energie, żeby się nie łudzono, że niepokój udzielający się Kościołowi jest niepokojem przedśmiertnym. Raczej – powiada – to jest niepokój, który wywoła nową falę wzrostu życia religijnego, to jest niepokój, nawet niepokój ateistów, jest niepokojem duszy głodnej. Tak te rzeczy sobie tłumaczy wielki aparatczyk tego ateizmu politycznego. Jeżeli więc i z okazji Synodu i Kongresu to się wybitnie zaznaczyło, to nie może nas również, tym bardziej nas, niepokoić.

Wiemy, że sam Synod Biskupów w Rzymie jest zdarzeniem dużym, zainteresował on cały świat, nawet ten świat polityczny i dlatego ten świat polityczny usiłował wywierać wpływ, tak jak to czyniono w czasie Soboru, na skład osobowy Ojców synodalnych, jak przedtem czyniono to samo, usiłując wywierać wpływ na skład ojców soborowych – zwłaszcza w Polsce. Było zjawisko takie, że Ordynariusze niekiedy nie otrzymywali paszportów na Sobór, – niektórzy sufragani tych ordynariuszów otrzymywali. To była taka zewnętrzna forma tej próby rozszerzania ingerencji władz politycznych w wewnętrzne życie i w jurysdykcję sprawowaną w kościele. Episkopat Polski odcyfrował należycie te tendencje i dlatego stanęliśmy na stanowisku, że sufragan tylko wtedy będzie korzystał z paszportu na Sobór, gdy otrzyma paszport jego ordynariusz, biskup Ordynariusz. Tej zasady trzymaliśmy się i dzięki temu zachowaliśmy wolność Soboru i składu polskiego przedstawicielstwa na Soborze.

Ta próba ponowiła się i obecnie. To już jest dobrze, sądzę, znane wszystkim, ale wystarczy tutaj chociaż krótko te przypomnieć jak rzecz się miała. Według instrukcji wewnętrznej na Synod Konferencje wybierały swoich delegatów, każdego w głosowaniu indywidualnym. Polsce przysługiwało trzech delegatów. Nadto, zgodnie z pismem Sekretarza Synodu, Biskupa Rubina, można było również wybrać odpowiednią ilość zastępców. Wobec tego Biskupi Polscy wybrali trzech delegatów i dwóch zastępców.

Delegaci według instrukcji regulaminu powinni byli być zatwierdzeni przez Papieża i to zostało dokonane. Gdy więc wynikła sprawa trudności paszportowych dla mnie, Konferencja Episkopatu stanęła na stanowisku, na wniosek, na oświadczenie właściwie Kardynała Wojtyły, że jeżeli Prymas nie dostanie paszportu, Kardynał Metropolita na Synod nie pojedzie. Do takiego oświadczenia przyłączył się również biskup lubelski, który był delegatem wybranym, jako przewodniczący Komisji „Ad Codicem Iuris Canonici Instaurandam” i z tego tytułu był wybrany na Synod i przyłączyli się również Biskupi zastępcy. Konferencja Episkopatu unanimiter to stanowisko nie powiem zatwierdziła, ale w każdym razie przyjęła do wiadomości, bo w tym wypadku zatwierdzenie należało raczej do Ojca Świętego. Stało się więc tak, że Episkopat Polski nie był reprezentowany na Synodzie na skutek takiego właśnie stanowiska Konferencji Episkopatu.

W ostatnim czasie zaczęły się pokazywać sugestie i w listach prywatnych i w prasie, zwłaszcza w „Le Monde”, że Episkopat Polski wziął pełną satysfakcję i okazał społeczeństwu swą zwartą jedność i mógłby teraz Prymas wspaniałomyślnie zrezygnować z wyboru i w ten sposób umożliwić innym delegatom udział w Synodzie. Sprawę tę rozważaliśmy specjalnie, tę sugestię, na Komisji Głównej i Komisja Główna w dniu 29 września stanęła na tym stanowisku, że musi podtrzymać postawę Konferencji Episkopatu, a więc podtrzymać tę decyzję, że albo wszyscy albo nikt. Wobec tego i ja nie miałem nic tutaj do zrobienia, a gdybym chciał w tej dziedzinie coś robić, to procedura musiałaby być taka. Musiałbym zwołać Konferencję Episkopatu, tam się zrzec wyboru, uzyskać zatwierdzenie Ojca Świętego, po czym na następnej Konferencji dokonać wyboru nowego, uzyskać dla ewentualnego delegata wybranego zatwierdzenie Stolicy Świętej i dopiero wtedy mógłby ten zespół pojechać.

Na skutek wypowiedzi Ojca Świętego już w pierwszych dniach Synodu, zwłaszcza 30 września, nie mieliśmy żadnych nadziei, by papież zwolnił mnie, tak że daremne byłyby nasze wspaniałomyślne posunięcia. Nadto szło przecież tutaj nie o gest z mej strony taki czy inny, szło o rzeczy bardziej zasadnicze, nie szło o takie czy inne postawy, uczucia, nastroje, dekla­racje, szło o obronę wolności jurysdykcyjnej Kościoła i w tym wypadku raczej trzeba było zrezygnować z gestu, a utrzymać postawę, postawę czytelną, zrozumiałą dla społeczeństwa katolickiego w Polsce. I ta postawa, jak sami, Fratres, wiecie, została utrzymana, pozyskała aprobatę Ojca Świętego, opinii katolickiej w Polsce niemal całkowicie, no i społeczeństwa i katolików za granicą, Ale właśnie na tle tego faktu ujawnił się raz jeszcze problem obrony wolności wewnętrznej Kościoła, wolności do decyzji, wolności jurysdykcyjnej, wolności w sprawach najbardziej wewnętrznych i zasadniczych.

Gdy podkreślam ten wyraz, pragnę Wam, Najmilsi, przypomnieć nasz Akt z 3-go maja ubiegłego roku, gdy Episkopat Polski w sposób nie dla wszystkich zrozumiały – niekiedy budzący zastrzeżenia – na Jasnej Górze oddał Naród w Macierzyńską Niewolę Maryi za wolność Kościoła w świecie i w Polsce. Wyglądało to wtedy na demonstrację. W rzeczywistości nie była to demonstracja. Jak pięknie wyłożył w swoim wywodzie Kardynał Wojtyła, był to znak heroicznego zawierzenia się Matce Najświętszej w nadziei, że tego rodzaju akt wyjedna wolność Kościołowi w świecie i w Polsce, taką wolność, bez której realizacja soborowej odnowy właściwie byłaby niemożliwa. I gdy nam się wydawało, że to są takie wielkie słowa i dalekie od rzeczywistości, to na tym przykładzie, na tej przygodzie z Synodem dobrze widzimy, że jest to zadanie dla nas wszystkich w Polsce – obrona wolności Kościoła, wolności wewnętrznej, jurysdykcyjnej, że nie jest to więc tylko demonstracja, ale wyczucie jakiejś wielkiej potrzeby Kościoła. A więc te słowa, zda się tak wielkie, tak patetyczne, są rzeczywistością codziennego życia. Zresztą widzieliśmy to i przy innej okazji, mianowicie, delegacji na Kongres Apostolstwa Świeckich.

Episkopat Polski zgodnie z regulaminem wybrał dwudziestu delegatów, do których miało się dołączyć dziesięciu z emigracji światowej polskiej, bo wszystkich miejsc mieliśmy przyznanych trzydzieści. Otóż i tutaj lista przedstawiona kierownictwu Kongresu – wydelegowani zaproszeni, ale wielu było wezwanych, ale mało wybranych, bo znowu ta sama trudność – usiłowanie wywarcia wpływu politycznego, tym razem, na skład osobowy polskiego przedstawicielstwa na Kongresie Apostolstwa Świeckich. I to tylko kilka zaledwie osób z tych, które były w kraju, mogło uczestniczyć w obradach Kongresu, a inni, którzy mieli paszporty i byli wtedy za granicą i byli desygnowani przez konferencję Episkopatu, dołączyli się.

Natomiast były wysiłki niektórych ośrodków dyspozycyjnych politycznych, ażeby na ten Kongres się dostać, ale na razie daremnie i te koła właśnie dzisiaj piszą o wielkim fiasko Kongresu, bo w ten sposób się odbijają za zawód, którego doznali, że na Kongres nie byli dopuszczeni. Oni też lansują myśl, że delegacji na Kongres powinni być z wyboru. Pytanie, kto miałby tego wyboru dokonywać? Czy miałyby być jakieś wybory powszechne czy jak i jak by to one mogły w Polsce u nas wyglądać takie wybory na Kongres świeckiego laikatu. No to jest ogromny rozdział – ein kapitel fűr siech – ale rzeczywiście świadczący również o tym, że te koła polityczne nie rezygnują z każdej okazji, ażeby zakres swojej ingerencji w wewnętrzne życie Kościoła rozszerzyć.

Gdybym z tej szerokiej areny życia katolickiego w świecie, zresztą areny, na której i my jesteśmy, gdybym przeszedł tutaj na odcinek polski, to Episkopat nasz w tym okresie zajmuje się w szczególny sposób nauczaniem posoborowym. Przyjęliśmy Rok Wiary, chociaż rok ubiegły w Polsce, Rok Millenijny był dla nas par excellence rokiem wiary i oka­zał i pracę duchowieństwa i postawę społeczeństwa katolickiego. Umocniła się wiara. Ale ponieważ tak się złożyło, że i Stolica Święta ze słusznych owoców ogłosiła Rok Wiary, włączyliśmy się w ten Rok Wiary i to przez odpowiednie zapowiedzi, a zwłaszcza przez list o ateizmie, który był zdaje się przez społeczeństwo katolickie dobrze przyjęty i który jest, i że tek powiem, listem wstępnym do serii listew na ten temat. Musimy się tą sprawą zająć, ponieważ zagadnienie jest niesłychanie doniosłe dla naszego życia w Polsce, gdzie ateizm rozwija się nie na mocy przemian indywidualnych i przesileń duchowych w osobie ludzkiej, ale jako ateizm propagandowy. To jest jeden element, jakim się Episkopat zajmuje.

Drugi element, którym się zajmuje, jest Krucjata Społeczna Miłości. Z jej pomocą, językiem bardziej przystosowanym do umysłowości katolickiej Polaków, zwłaszcza ludu, chcemy realizować obecność kościoła w świecie współczesnym, a więc Konstytucję pastoralną o Kościele. I znowu ten temat podjęty będzie rozwijany już w szczegółowych najrozmaitszych inicjatywach.

Dalszy punkt, którym się Episkopat bardzo czynnie zajmuje, to Instrukcja liturgiczna i przebudowy, przemiany życia liturgicznego. W tej jednakże dziedzinie musimy działać rozwojowo, bo nie mamy jeszcze autentycznych dokumentów, zwłaszcza na ołtarz, nie mamy mszału ołtarzowego, zresztą jest to ciągle in fieri. Jest on drukowany w Paryżu, w tym samym wydawnictwie Pallottinum, jest on finansowany przez Stolicę Świętą i powinniśmy go w niedługim czasie, może w ciągu zimy, już ujrzeć?. Na szczęście druk był tak prowadzony, że kanon odkładaliśmy na koniec, druk kanonu, tak że mogliśmy jeszcze w porę wprowadzić drugą instrukcję liturgiczną, chociaż wolelibyśmy, żeby te wszystkie instrukcje były naprzód wydane, by była opracowana centralnie jakaś iuxta typicam edycja i by później post congruram vacationem legis żeby dopiero to wszystko było wprowadzone w życie, co zdaje się uchroniło by nas od pewnego zamieszania i relatywizmu, który się niekiedy duchowieństwu naszemu udziela. No, ale ponieważ jako zasadę w Komisji „Ad instaurandam Sacram Liturgiam” przyjęto metodę eksperymentu, dlatego też musimy przyjąć wszystkie zalety i ujemne strony eksperymentu.

Jednak w Polsce idziemy po linii uchwał Konferencji Episkopatu, bo zgodnie z brzmieniem Konstytucji o Liturgii, do Episkopatu krajowego należą wszelkie w tej dziedzinie decyzje i uchwały, nie do poszczególnych ordynariusz ów, tylko do całego Episkopatu.

Dalsza sprawa, którą się zajmujemy, to jest organizacja katechizacji, ochrona powołań kapłańskich i wypracowanie zasad współpracy z zakonami. To są rzeczy już bardziej nam znane. W niektórych diecezjach usiłuje się organizować tak zwane studium soborowe dla duchowieństwa. Tak, że w tych diecezjach dla najmłodszych roczników duchowieństwa zawieszono na kilka lat programy egzaminów wikariuszowskich i proboszczowskich, a wprowadzono specjalny program, mianowicie w oparciu o dokumenty soborowe. I młodzi wikariusze i księża ad beneficia curata – oni muszą się wykazać znajomością dokumentów soborowych. Tak jest między innymi w Archidiecezja Gnieźnieńskiej.

Z tych spraw z zakresu nauczania chciałbym przynajmniej na moment przejść na teren spraw kościelno-państwowych. To właściwie należy do Biskupa Dąbrowskiego, czego ja nie dopowiem, to Ksiądz Biskup będzie miał sposobność powiedzieć, bo nie wiem o wszystkim, jako że Ksiądz Biskup Dąbrowski siedzi „po uszy” w tych sprawach i do niego należy lepiej wiedzieć aniżeli do mnie. Ja dotknę tylko niektórych spraw, inne pozostawiając Biskupowi Dąbrowskiemu.

Mianowicie, rozważając całokształt sytuacji Kościoła w Polsce, musieliśmy wystąpić do Rządu z najrozmaitszymi oświadczeniami. Zwłaszcza, gdy szło o tegoroczne kolonie wakacyjne, bo musieliśmy znowu przypomnieć władzom oświatowym, że gro młodzieży na koloniach to młodzież katolicka, która zgodnie z Konstytucją ma prawo do wolnego uczestnictwa w służbie Bożej, zwłaszcza w niedziele i święta, odpowiedź, którą otrzymaliśmy w tej sprawie nas nie zadawala.

Na skutek wzrastających nacisków na duchowieństwo z racji punktów katechetycznych i księgi inwentarza musieliśmy znowu ogłosić pewne pro memoria, które ponawiane będą w najbliższym czasie, żeby podkreślać, że idzie o sprawy nie małej wagi, w których hierarchia musi powiedzieć „non possumus”. Nie możemy zgodzić się na interwencję władz oświatowych w dziedzinie katechizacji kościelnej, nie możemy zgodzić się na inwentaryzację zwłaszcza obiektów sakralnych i obiektów kultu, bo to za daleko wchodzi w życie wewnętrzne i życie liturgiczne Kościoła.

Tego rodzaju trudności wymagają od nas niezwykłej czujności. Zmuszeni byliśmy ostrzec duchowieństwo przed wystąpieniami takimi, które wywołują zgorszenie wśród świeckich katolików, jak np. wystąpienia tak zwanych „księży postępowych” pod ochroną „Caritas”. Zgodnie z Porozumieniem Episkopat zgodził się na to, ażeby pewna kategoria księży pracowała w „Caritas”, ale nie może zgodzić się na to, ażeby „Caritas” tworzył między- diecezjalną organizację duchowieństwa. Jak wynika z ostatniej relacji „Caritas” – liczba tych księży wynosi około dwóch tysięcy. Podczas gdy dla współpracy z „Caritas” wystarczy w każdym zarządzie wojewódzkim, dwie, trzy osoby. Tyle jest etatów, po które księża się chętnie zgłaszają, biorąc udział w tych zarządach wojewódzkich. Episkopat nie może się zgodzić na to, co przekracza jego kompetencje, co należy do Stolicy Apostolskiej, ażeby tworzyć instytucję między czy też ponad diecezjalną, jak to wynika z ostatniej relacji, ogłoszonej na zebraniu Stowarzyszenia Caritas w Warszawie. I w tej sprawie musieliśmy dać ostrzeżenie do duchowieństwa, wezwanie do lojalności, a zwłaszcza do unikania współpracy z ludźmi, którzy działają na szkodę Kościoła.

To, co wymaga oświetlenia z mojej strony, jako może sprawa zbyt osobista, bo była ona przedmiotem zarzutów w związku z odmówieniem mi paszportu, to jest sprawa wizyty prezydenta Francji de Gaulle’a w Polsce. Sprawę tę przedstawiono opacznie w prasie krajowej. Stosunkowo mało jeszcze na ten temat pisano, bo odpowiednie koła wiedzą, że sprawa ma słabe nogi. Jednak trzeba przynajmniej poinformować Konfratrów, że to nie ja zabiegałem o widzenie się z panem de Gaulle’m, przeciwnie – jeszcze na wiosnę tego roku prezydent de Gaulle przez ambasadę francuską w Warszawie chciał się upewnić, czy ja bym go przyjął i czy odprawił bym w katedrze warszawskiej Mszę świętą, na której on chciałby być. Na obydwa pytania odpowiedziałem pozytywnie. I tak sprawa chwilowo ucichła. Pierwszy termin wyznaczony na wizytę został zmieniony. Wtedy był problem ewentualnego mego spotkania się w ramach rautu w Wilanowie. Sami widzicie po mnie, Najmilsi, że ja się na rauty nie nadaję, ale nie dlatego, że na tym raucie mieliby być bracia komuniści, dlatego, że z nimi zbyt dużo w swoim życiu rozmawiałem i jakoś cało wyszedłem i nie z lęku – tak to przedstawiono w niektórych pismach zagranicznych – ale dlatego po prostu, że jeżeli bym się tam zjawił, byłaby niewątpliwie kłopotliwa sytuacja i dla Gościa i dla gospodarzy, A mnie to osobiście ani Kościołowi w Polsce nic nie daje. Po co więc wytwarzać sytuacje kłopotliwe. Wobec tego oświadczyłem, że w tym raucie udziału wziąć nie mogę.

W międzyczasie dowiedziałem się o ostrych sprzeciwach, kierowanych do Gościa wobec jego zamiarów skontaktowania się ze mną. W każdej sytuacji, czy to byłoby osobiście czy też mediante Missa, choć przecież Paryż wart jest Mszy. Gdy się o tym dowiedziałem tym bardziej doszedłem do wniosku, że powinienem raczej zostać na boku, tym więcej, że prezydent pojedzie, a my tu zostaniemy. Tym bardziej, że dzisiaj pisze się artykuły pozytywne, a wkrótce zacznie się pisać negatywne i ci wszyscy, którzy w tym palce maczali, będą obwiniani zwłaszcza, że tak zwana polska racja stanu na tym odcinku ciągle się zmienia. Ponieważ nie widziałem innego rozwiązania, dlatego też wystosowałem w dniu przybycia Prezydenta list do niego i odpowiedni dar i na tym się ograniczyłem. Wydaje mi się, że inaczej nie można było zrobić. Ponieważ i ta sprawa wywołała znaną ocenę, a zwłaszcza usprawiedliwienie dla odmowy mi paszportu, dlatego w tej sprawie wystosowałem odpowiedni list do Pana Premiera i wyjaśniłem, co o tym sądzę.

Drodzy moi, to są takie sprawy kościelno-państwowe. Ksiądz Biskup tam na pewno bardziej szczegółowe rzeczy chce dodać.

Obecnie dużo się szerzy pogłosek na temat porozumienia, jakoby ono było przygotowywane, jakoby moje posunięcia odsunęły sprawę porozumienia na czas bliżej nie dający się określić. Na pewno po wizycie arcybiskupa Casaroli jakieś rozmowy są prowadzone w ramach oczywiście jego osobistych doświadczeń i spostrzeżeń. Nigdy jednakże, zgodnie z oświadczeniem, które mamy, do takiego porozumienia nie może dojść bez uprzedniej konfrontacji wniosków czy też postulatów z Episkopatem Polski, bo to jest zasada, to jest zasada. Wiem, że sprawa paszportowa miała dalszy oddźwięk, aniżeli myślano, zwłaszcza w kołach komunistycznych, bo tak się składa, że mam troszkę tych przyjaciół, zwłaszcza we włoskiej partii komunistycznej. Więc oni wystąpili z moją obroną przed polską partią komunistyczną. Więcej na ten temat nic nie wiem, ale tak jest niewątpliwie – to wytworzyło pewne zamieszanie w tych kołach, w których ja nie mam żadnych wpływów. To tyle, gdy idzie o te sprawy.

Pozwólcie, moi drodzy, że na tym tle, tak jak tu przedstawiłem, dotknę teraz spraw już bliżej nas tu wiążących, będących racją naszych spotkań. Episkopat Polski patrzy zawsze na rodziny zakonne, męskie czy żeńskie, jako na to konieczne dla nas, dla naszej pracy, wsparcia i naszą nadzieję.

W niemałym trudzie pracy duszpasterskiej Kościoła, w którą rodziny zakonne włączają się coraz ofiarniej, z przekonaniem, że jest to zadanie niezbędne choć trudne i że to jest zadanie na czasie, że jest potrzebą Kościoła w Polsce, a nawet i potrzebą życia zakonnego, bo bardzo częste sprawowanie pracy duszpasterskiej przez rodziny zakonne usprawiedliwia ich istnienie, zwłaszcza w szeregach politycznych, które nie mogą pogodzić się z istnieniem życia zakonnego, czyli ustrojem.

Wiemy, że wszędzie poza Polską to życie zakonne poniosło wielkie straty, a gdzieniegdzie zostało zupełnie zniszczone. Dzięki Opatrzności Bożej i szczególnej opiece Królowej Zakonów w Polsce jest lepiej. Ale jednym z elementów, który ratuje wspólnotę życia zakonnego w Polsce jest to, że te rodziny zakonne bardzo głęboko weszły w życie kościelne w Polsce, czy to duszpasterskie czy dobroczynne, opiekuńcze, liturgiczne i w tym siedzi. Podtrzymywaliśmy celowo i zachęcaliśmy przełożonych zakonnych, ażeby w miarę możności przyjmowali duszpasterskie placówki i je prowadzili, bo tam wszędzie otrzymuje się jakąś gwarancję utrzymania się wspólnoty zakonnej przy placówce duszpasterskiej. I przełożeni zakonni nas w tej linii rozumieli. Oczywista z tym się wiąże sprawa formacji zakonno-duszpasterskiej. Gdy mówię to słowo „formacja zakonno-duszpasterska”, myślę, że to musi być taka formacja zakonna, która nie zagubiając ducha zakonnego jednakże uzdalnia i przygotowuje, uwrażliwia na zadania duszpasterskie. Gdyby któregoś z tych dwóch elementów tutaj w tej formacji zabrakło, mogłoby być to, co się niekiedy obserwuje, że młodzi zakonnicy oddelegowani do pracy duszpasterskiej przenoszą się do życia diecezjalnego, bo takie wypadki odejścia, niestety, są, nieraz bardzo nawet bolesne. O czym by to świadczyło? O tym, że widocznie ta formacja w zakonach kapłanów zakonnych oddelegowanych do pracy duszpasterskiej nie jest dostatecznie pogłębiona, albo też warunki pracy tego kapłana zakonnego w duszpasterstwie nie są tak zorganizowane, by on, prowadząc pracę duszpasterską, dochował wierności duchowi swojego zakonu, o, bo za taką cenę nie moglibyśmy korzystać z pomocy duszpasterskiej, chociażby dlatego, że życie zakonne jest potrzebne Kościołowi tak jak i praca duszpasterska.

Trudno więc byłoby zgodzić się na to, żeby szli do pracy duszpasterskiej zakonnicy niedostatecznie uformowani w swoim duchu zakonnym, albo gdyby oni pod pozorem zadań duszpasterskich chcieli się nadmiernie dyspensować ze swoich obowiązków zakonnych lub wyzbywać ducha zakonnego, bo nie o to idzie, by z kapłanów zakonnych robić świeckich kapłanów, broń Boże. Tego my nie chcemy, bo mamy doświadczenie, że kiepski zakonnik będzie też i kiepskim duszpasterzem, ale dobry zakonnik na pewno będzie dobrym duszpasterzem i doświadczenia tego pouczają. Dlatego też bardzo pragniemy tego, ażeby wyżsi przełożeni zakonni w zakresie swoich kompetencji docenili niezbędność formacji zakonno-duszpasterskiej i tutaj też trzeba by jak najbardziej już w seminariach i instytutach zakonnych stawiać należycie problematykę formacji do kapłaństwa, tak jak ona jest ustawiana na Soborze i na Synodzie Biskupów, to jest rzecz niezbędna. Formacja duszpasterska wymaga, ażeby w wyższych seminariach zakonnych te dziedziny studium duszpasterskiego i sposobność do doświadczeń duszpasterskich, by były jak najbardziej na oku wyższych przełożonych i o to Episkopat Polski bardzo prosi, by w programach instytutów zakonnych nauki duszpasterskie były jak najbardziej rozwijana, by miały swoje miejsce, zgodnie z programami seminariów diecezjalnych.

Oczywista, gdy idzie o formację zakonną, ważną rzeczą jest, Najmilsi, samo rekrutowanie powołań. Jednakże to rekrutowanie powołań musi być jak najbardziej na płaszczyźnie nadprzyrodzonej. Nie idzie więc, o ilość, ale o stale poprawianą jakość, żebyśmy nie ulegli magii cyfry, która jest tak właściwa dla ustrojów materialistycznych.

Gdy idzie o metody pogłębiania duchowości zakonnej, tak jak podkreśla to Papież w ostatnim swoim przemówieniu, idzie nie tyko o wiedzę filozoficzno-teologiczną, bo ona wszystkiego nie daje. Okazuje się, że rozwijanie i pogłębianie programów od strony filozofii i teologii nie zastąpi wiary w kandydatce do kapłaństwa i dlatego też dzisiaj jest taka tendencja, ażeby – może znowu skrajna – ażeby nie przeładowywać programów wychowania młodzieży duchownej wykładami, tylko żeby umacniać w nich wiarę. Nawet w niektórych próbach zagranicznych myśli się o tym, ażeby zanim przejdą alumni do studiów filozoficznych, nauczyć ich przedmiotu wiary uczciwie, rzetelnie, a potem dopiero może przejść, i to dopiero w dalszych latach do stadiów filozoficznych. To byłby taki wielki przewrót, czy dałby należyte rezultaty – nie wiadomo? Z eksperymentami trzeba zawsze ostrożnie, bo można się na nich zawieść.

Powstaje, szczególnie dzisiaj, zagadnienie debrze rozumianej wolności. Jest ona ciągle stawiana jako zagadnienie i szczególniej w dyskusji na Synodzie, zresztą i na Soborze to samo było. Padały głosy niekiedy bardzo ryzykowne, jak by należało wychowywać ku wolności i jak by należało korzystać z dobrze rozumianej wolności. Otóż to jest zagadnienie, które i nas tutaj musi zajmować i to bardzo nad tym pracowaliśmy, przygotowując ratio studiorum na życzenie Kongregacji Seminariów w Rzymie, a ostatnio domagano się od nas nie tylko ratio studiorum, ale też jaszcze i programu formacji duchowej. Nad tym nasza Komisja tutaj w kraju pracowała i to zostało przesłane do odpowiedniej Kongregacji. Idzie o takie formowanie tej dojrzałości psychicznej, religijnej i zakonnej, by w miarach koniecznej karności i niezbędnej dyscypliny kościelnej wolność rozumiana była nie jako swawola, nie jako swoboda, nie jako system dyspens od wszystkich zobowiązań, tak jak niekiedy w krótkich abcugach się to argumentuje: jest sobór, więc sutanna, habit na kołek. I to jest zrozumienie problemu…

Świadczy o powierzchowności, braku dojrzałości, braku szacunku dla tradycji, która też jest konstruktywną socjologicznie i ascetycznie i społecznie dla rodziny zakonnej, i dlatego też trzeba to uszanować.

Poprzednio, gdy na ten temat mówiłem do was, Fratres, powiedziałem, że żałuję, że niektórych habitów już na ulicach nie widać, i powtarzam to, bo zjawisko jest jeszcze bardziej bolesne dziś. Mówił mi niedawno jeden zakonnik na Miodowej, którego mijało jakieś rozbawione towarzystwo. On przechodził w swoim habicie i któraś z dziewcząt powiada: „No, nareszcie jakiegoś księdza widzę”. No, nareszcie! Przypuszczam, że nie była tym zgorszona, że nareszcie zobaczyła księdza w sutannie, w habicie tym razem. I tutaj musi być bardzo dojrzeli osobiście, zdolni do ofiary i domagający się ofiary od naszych konfratrów w rodzinach zakonnych.

Często też opacznie się rozumie i samo pojmowanie dialogu. Tak jak często rozumie się opacznie sprawę znajomości świata. Mój Boże, czy przy dzisiejszych środkach komunikacji społecznej może gdzieś ktoś uchować bez jakiejś znajomości tego świata tak, iż trzeba by go specjalnie ustawiać w pozycji zwalczania pokus.

Przecież nasza młodzież w seminariach i instytutach prawie, jeżeli nie więcej, jest cztery miesiące poza instytutem wychowawczym. Ma prasę, ma radio, ma telewizję, ma rodzinę, z którą się kontaktuje i w której się ten świat jakoś jak w soczewce małej koncentruje. Ma tych kontaktów aż nadto dużo, a tej znajomości tego świata to niekiedy ci młodzi mają więcej niż my, starsi panowie. I dzisiaj nieustannie powtarzać ten slogan: „młodzież musi tak być wychowana, żeby znała ten świat”. To jest też jeden ze sloganów bez znaczenia, tak jak może być wyprany z treści i ten szlachetny w swej intencji apel wezwani do dialogu z otaczającym światem. Bo bardzo często ten dialog polega w intencjach drugiej strony na tym: „słuchajcie nas”.

Drukuje się teraz rozmowy Jeana Guittona z Pawłem VI. W jednym z obcinków Papież miał powiedzieć: tak, jak Pan rozumie rolę świeckich w Kościele, to oni mają więcej autorytetu i znaczenia w Kościele, aniżeli ja papież. I niestety tak się też często pojmuje i ten problem dialogu, że nie każdy umie prowadzić dialog, to znaczy nie każdy umie zamknąć buzię i nic nie opowiedzieć na wszystkie bzdury, które niekiedy są opowiadane. A tymczasem trzeba raczej ludzi uczyć. My widzimy to szczególnie po tym doświadczeniu z Kongresu. Ciągle zastrzegam, że nie znamy akt Kongresu, a na relacjach, które były w naszej prasie podawane nie można się opierać. Nie mniej jednakże widzimy, że dzisiaj trzeba tych ludzi naprzód nauczyć myśleć teologicznie, filozoficznie zanim dopiero można się będzie czegoś od nich nauczyć, dowiedzieć.

Drodzy moi, będę zmierzał powoli do końca, ale jeszcze o odrobinę cierpliwości poproszę. Mianowicie, chciałbym tutaj dotknąć przynajmniej kilku spraw, które w szczególny sposób Episkopat rad by przekazać rodzinom zakonnym z prośbą, żeby wzięły sobie tę sprawę do serca.

Jedną z tych spraw, którą chciałbym szczególnie przekazać – wysuwam ją na czoło – chociaż początkowo myślałem inaczej, ale to jest sprawa naszej więzi teologicznej i duchowej w życiu zakonnym i kościelnym z Matką Najświętszą. Wczoraj w katedrze mieliśmy nabożeństwo za duszę śp. Księdza Kardynała Augusta Hlonda, rocznica jego śmierci 22-go i wtedy wziąłem do ręki takie notatki: „Ostatnie chwile Księdza Prymasa” i tam uderzyło mnie to, te jego apele, które rzucał już umierającymi wargami. Jedno ze słów wypowiedziane 21-go października, a więc w wigilię śmierci: „Et nunc ego benedico vos et gregem vestrum, populum vestrum et Varsaviam ut regnum Christi augeatur et ut in hac gravissimo luctamine violentiarum sat nicarum cum Christo istud regnum Christi augeatur et victoriam obtineat. Luctamini cum fiducia, sub Patrocinio Beatae Mariae Virginis laborate”.

Inne powiedzenie jego: „Nihil desperandum sed victoria qui erit – erit victoria Beatae Mariae Virginis. In noc certamine, quod certatur inter satanicos conventus et Christum, aliquid eorum qui se credebat vocatus esse, revocatur in altum et erit sicut Deus ipse disponet. Gratia vobis et pax”. 

Jak wiemy umarł w dzień Matki Bożej Szczęśliwej Śmierci. Uwydatniłem to we wczorajszym swoim krótkim przemówieniu, bo szczególnie mnie to nurtuje i zawsze uważam to za testament, przynajmniej dla siebie. Jeżeli Chrystus umierający na krzyżu ukazał Janowi: „Oto Matka Twoja”, to jest jakaś – powiedzmy – z myślami Kardynała skromna analogia. Umierający człowiek, powołany do walki o Królestwo Chrystusowe, wskazuje Matkę Bożą, pod Jej opieką walczcie. I stąd, Moi Drodzy, zrodziła się nasza wrażliwość na to wszystko, co w tej dziedzinie Kościół czyni. Czy to będzie ósmy rozdział Konstytucji Dogmatycznej czy to Deklaracja o Matce Kościoła czy allokucja „Signum magnum”, gdzie ukazany jest wzór do naśladowania czy nasz Akt z 3-go maja 1966 roku. Te dokumenty są wymowne.

My wiemy, że zawsze będzie czyhanie na stopę Maryi – wszędzie, w świecie, w Kościele i w Polsce, ażeby poderwać Jej pozycję. Ale zawsze trzeba pamiętać: „Sub Patrocinio Beatae Mariae Virginis laborate” – i to zwycięstwo musi przyjść i przyjdzie właśnie przez Nią. Oczywiście, nie wyobrażamy sobie tego zwycięstwa zbyt batalistycznie, zbyt militarystycznie. Ale ono już dzisiaj poniekąd jest, już dzisiaj, że ten Kościół Boży tak niesłychanie trudnych warunkach pracujący, zachował bądź, co bądź swoją jedność hierarchiczną i obronił mocą Bożą wspólnotę życia zakonnego. I dlatego też byłoby rzeczą, Najmilsi, bolesną, gdybyśmy zapomnieniem lub milczeniem, małodusznością wywdzięczali się Matce Najświętszej, której tyle zawdzięczamy.

Nieraz się słyszy, że młodzi zakonnicy nie chcą mówić o Matce Najświętszej i nawet w niektórych sanktuariach maryjnych. Z chleba Jej żyją, bo przecież nie skąd, jeżeli nie dlatego, że przychodzą rzesze, szukając pociechy u Matki Najświętszej, wspierają ojców pracujących w sanktuariach maryjnych, a młode pokolenie nie chce mówić o Niej, bo się boi narazić na zarzut uwstecznienia. Niestety, tak niekiedy jest. Na szczęście nie jest to zjawisko powszechne, ale jest! Bo za dużo się naczytali tych wywodów teologów amatorskich. Za dużo pisało się u nas i w Polsce na ten temat, o tej religijności dewocyjnej, maryjnej, rzekomo szkodliwej dla Kościoła. A tymczasem gdzie nie tkniemy się jakiejkolwiek sprawy, wszędzie czujemy Jej obecność i Macierzyńską pomoc. Czy w takiej sytuacji sama wdzięczność by nie nakazywała większej jakiejś wrażliwości i obrony, którą musimy dać naszej Matce, która nas żywi – ta Święta Boża Karmicielka? Ile rodzin zakonnych żyje, że tak powiem, z Jej chleba, który my dostajemy dzięki zaufaniu wiernych do Niej. I już więcej o tym nie będę mówił.

Otwierając swój Synod Biskupów w Rzymie, w dniu 29-go września, Ojciec Święty podkreślił, że głównym zadaniem Soboru, którego Synod Biskupów jest jedną z form realizacji, było szerzenie i obrona wiary i miłości, misterium fidei et misterium caritatis. Przy trudnościach wszelkiego rodzaju, jakie Kościół napotyka w naszym wieku, uczestnicy Synodu powinni być jednym sercem i jedną duszą. Papież wylicza tu szereg trudności i niebezpieczeństw grożących Kościołowi, a przede wszystkim zobojętnienie na Boga i sprawy religijne, straszliwy laicyzm i ateizm. Ojciec święty swoje wezwanie kończy słowami – taki właśnie powinien być Synod Biskupów! Niech nam Bóg pomoże, aby stał się on w rzeczywistości tym, czym chce być w intencjach, to jest misterium miłości, pochodzącym z misterium Bożej miłości.

Mnie się wydaje, Moi Drodzy, że nasze spotkanie tutaj musi coś zaczerpnąć właśnie z tego ducha i musi być również tym misterium miłości – misterium fidei et misterium caritatis. I bardzo bym was zachęcał, abyście wczuli się, Drodzy Moi, w to zadanie, które Papież wyznaczył Synodowi: szerzenie i obrona wiary i miłości. To jest zadanie – obrona wiary i miłości. Chociażbyśmy wiele rzeczy innych obmyślili słusznych i potrzebnych, pilniejszych, trzeba jednak zawsze odszukać tę bazę fundamentalną, na której my się opieramy. Kościół Millenijny w Polsce stawia sobie te same zadania, co dowodzi niezwykłej synchronizacji naszego Millenium z Soborem; obronę wiary i obronę miłości. Obronę wiary i wolności Kościoła, aby mógł on spełnić zadania posoborowe. I to się mieści w naszym Akcie heroicznym z 3-go maja.

Obrona miłości, jak wspomniałem, tej w programie Episkopatu krucjata Społeczna Miłości. Idzie o to, ażeby ten Akt z 3-go maja nie pozostał tylko aktem archiwalnym, bo tu idzie o wytrwałą pracę, ażeby wywalczać Kościołowi wolność i żeby ubezpieczać wiarę. Dokument 3-go maja jest wybitnie eklezjologiczny, to znaczy wyrasta z ducha i Konstytucji dogmatycznej o Kościele i zwłaszcza tego Roku Wiary, ogłoszonego przez Papieża. I dlatego też nie może on przejść już do archiwum.

My jesteśmy ciągle pod tym zmobilizowanym naciskiem ateizacji i zakres tej ateizacji jest znacznie szerszy i aparat bardziej zwarty, chociaż biurokratyczny, a więc mający wszystkie cechy ujemne pracy biurokratycznej, ale jednakże zwarty. To jest olbrzymia rzesza ludzi, dziesiątka tysięcy urzędników, którzy są oddelegowani do tej sprawy. Oczywista, oni pracują jako urzędnicy. Na szczęście, my pracujemy jako powołani, jako „dispensatores misteriorum Dei”, jako „testes fidei”, które nosimy w sobie. To jest różnica między postawą biurokratyczną, a postawą człowieka posłanego w imię stygmatu wiary, który Bóg wszczepił w jego duszę.

Musimy, Najmilsi, i sami i nam poddanych usposabiać do tego heroizmu. Ludzie tego potrzebują. Jeszcze niekiedy łudzimy się, że ludziom potrzebni są gładcy księża, dobrze wychowani, z odpowiednimi manierami itd. Obszarpańcy, bez koszul niekiedy więcej mogą tu zrobić, aniżeli naperfumowani panowie w wyprasowanych spodniach, konkurujący na ulicach miasta z różnymi elegantami. Takich Kościołowi dzisiaj nie potrzeba. Jeszcze św. Hieronim przed takimi panami ostrzegał w jednym z listów swoją penitentkę, to tam możecie znaleźć bardzo aktualny opis wyglądu takiego właśnie człowieka. Nie kształćcie lalusiów w swoich rodzinach zakonnych i instytutach, ich jest dość już, dość. Nie są zresztą szczęśliwi, bo widzimy jak łatwo zmieniają formy swego wyglądu. Nie nadążymy za nimi. Niedawno mi mówiono o kapłanie, który w swojej szafie ma nawet strój Chińczyka i ubiera się niekiedy, dodając sobie szyku na ulicach Warszawy. Ksiądz! Na szczęście ksiądz diecezjalny, a nie zakonnik, ale bywa i to! Trzeba dzisiaj ludzi odważanych i zdolnych do skompromitowania się swoją wiarą, męstwem wiary i tacy są potrzebni temu społeczeństwu.

Powiedziałem, że Papież wzywa nas do szerzenia i obrony wiary i miłości i wspomniałem przy tym programie na razie skromnym społecznej Krucjaty Miłości. Ale, Drodzy Moi, to jest wielkie dzieło, to jest wielkie dzieło, dlatego, że ono musi pokazać tę stronę praktyczną obecności Kościoła w świecie współczesnym. Gdyśmy nie mieli już możności prowadzić instytucji dobroczynnych, znaleźliśmy dla zakonnic zwłaszcza dobre formy przenikania w teren – zwłaszcza przez pomocnice parafialne, przez opiekunki domowe, które przenikają do życia parafialnego, rodzinnego.

Dzisiaj bardzo się upowszechnia jako forma pracy i daje duże rezultaty, dużą sposobność w obronie wiary, duszpasterstwo rodzinne. Wchodzi w nową fazę i sami duszpasterze zaczynają dostrzegać wagę tego zagadnienia i chcą pracę podjąć. Ale tutaj jest niezbędną rzeczą pogłębienie znajomości teologii rodziny wśród nas samych. Podjęcie nowych form akcji duszpasterskiej wobec rodziny wymaga zarówno znajomości soborowych dyrektyw Kościoła; umiejętności ukazywania wiernym wszystkich pozytywnych wartości rodziny chrześcijańskiej jak i znajomości szeregu osiągnięć naukowych oraz orientacji w ścierających się w tej dziadzinie prądach ideologicznych. W związku z tym programem, zwłaszcza ateizacji naszego społeczeństwa, skierowanym w pierwszym rzędzie do rodziny – weźmy do ręki program Towarzystwa Szkoły Świeckiej – rodzina musi się znaleźć w centrum troski duszpasterskiej całego Kościoła, a więc i rodzin zakonnych. Stąd oczekiwanie aktywniejszego włączenia się rodzin męskich w duszpasterstwo rodziny i to zarówno przez szersze uwzględnianie problemów duszpasterstwa rodziny w programach seminariów zakonnych, pogłębianie znajomości zarówno samego zagadnienia jak i metod duszpasterskich wśród ogółu duchowieństwa zakonnego. W sposób specjalny pogłębianie omawianych tematów przez zakonnych misjonarzy i rekolekcjonistów. Przeznaczenie wybranych ze Zgromadzenia osób celem specjalizowania się w duszpasterstwie rodziny, zgłaszanie chociażby kilku księży zakonnych do bliższej współpracy z krajowym ośrodkiem duszpasterstwa rodziny.

Episkopat Polski w ostatnim czasie poszedł w kierunku rozdrobnienia Komisji Duszpasterstwa Episkopatu, do której należą i przedstawiciele zakonów, przez to, że stworzył odrębne i samodzielne komisje, Komisję Duszpasterstwa Rodzin, komisję Duszpasterstwa Kobiet i Komisję Apostolstwa Świeckich, trzy komisje, niezależnie od tej Komisji Duszpasterstwa. Każda z tych komisji otrzymała swojego przewodniczącego (Biskup Pluta dla rodzin, Biskup Tokarczuk dla duszpasterstwa kobiet i Kardynał Wojtyła dla apostolstwa świeckich). I wszędzie nam tam potrzebni są współpracownicy z Konsulty zakonnej. I bardzo byśmy pragnęli ich tam mieć, a Księdzu Przewodniczącemu wraz z tym plikiem uwag na ten temat – to jest to samo, co mówię – kilkadziesiąt egzemplarzy składam jako specjalną prośbę, ażeby Konsulta i rodziny zakonne w tej dziedzinie bardzo nas wsparły.

To jest dział, który jest pilny, nowy. Nie ma on jeszcze wyrobionych doświadczeń, ale – Drodzy moi – penetracja w życie rodzinne idzie tak daleko, że trzeba tutaj się uwrażliwić. Głosi się na ten temat rzeczy wprost nieprawdopodobne, drukuje się. Niedawno czytałem artykuł jednego z warszawskich profesorów, który ni mniej ni więcej, tylko stanął w obronie homoseksualizmu. W innym artykule w tym samym piśmie, to są pisma, że tak powiem, dla pracowników wychowawczych, wywodzi inny profesor: ponieważ w Polsce ilość kobiet przerasta ilość mężczyzn, dlatego też trzeba kobietom zalecać miłość lesbijską. I to głoszą ludzie trzeźwi, na pozycji, na etatach, z autorytetem w swoim środowisku. Jeżeli my w porę się tu nie zorientujemy i nie włączymy przez rozpoznanie rzetelne zagadnienia i pokazanie go ludziom trzeźwo przez włączanie się w pracę i wychowanie życia czystego – to może być bardzo niebezpieczne.

To nie znaczy, żeby niektóre rodziny zakonne tej pracy już nie prowadziły. Owszem, mamy bardzo piękne formy współpracy nad duszpasterstwem rodzin już dzisiaj, ale to wymaga jeszcze większej uwagi. Może tutaj, Najmilsi, mieć duże znaczenie, jeżeli te rodziny będziemy zachęcali zarówno do Krucjaty Miłości, bo trzeba im dać konkret pracy, co w nich mają robić, jak też i uwrażliwienie ich na Kościół przez oddawanie się rodzin w Macierzyńską Niewolę Maryi i to za Kościół, żeby w tan sposób jak najbardziej wiązali te rodziny z życiem Kościoła. To jest przecież w programie, ale nie zawsze jeszcze weszło w teren, bo program wymaga oczywiście i czasu i opracowania. Ja na razie tę rzecz sygnalizuję Jako potrzebę, którą Episkopat Polski coraz głębiej odczuwa i z którą zwraca się z prośbą do Wyższych Przełożonych Zakonnych, ażeby troski nasze podzielali i w tej sprawie nam pomogli.

Zmierzam do końca. Pragnę wyrazić słowa uznania dla postawy solidarności, jedności Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich z Episkopatem, szczególnie w związku z różnymi pokusami, które płynęły z Urzędu Spraw Wyznań i Urzędu Bezpieczeństwa. Już mamy pewien przesyt, pewne doświadczenie i już znamy się na tym śpiewie, który niekiedy tam jest nam nucony, granie na ambicji, na miłości własnej. Jesteśmy już zbyt wyrobieni, żeby nas to miało chwytać. Jak doniosłe znaczenie ma ta postawa solidarności to dobrze widzimy. Najmilsi, chociażby w ostatniej tej pokusie parcelacji delegacji Episkopatu na Synod. Cała prasa zagraniczna, na ile ją znam, a przeglądam bardzo dużo, podkreśliła, że Episkopat dał światu wzór jedności hierarchii, chociaż to było bolesne i niewątpliwie było bolesne dla mnie, ale my wiemy, że przez krzyż się wchodzi do chwały, przez niejedno cierpienie. Więc, Najmilsi, jest to jakieś zamówienie społeczne dla dobra Kościoła.

Daliście, w ostatnich szczególnie czasach, wiele dowodów tej jedności Wyższych Przełożonych z Episkopatem Polski. Sądzę, że od chwili, gdy rozpocznie stałą pracę Komisja Spraw Zakonnych przy Konferencji Episkopatu, to się jeszcze zacieśni.

Również wyrazy uznania dla zrozumienia i zaradzenia potrzebom Kościoła świętego w Polsce i coraz owocniejszego i harmonijnego współdziałania z duchowieństwem diecezjalnym dla dobra w Kościoła w Polsce. Mogą się niekiedy zdarzyć nieliczne wyjątki przełożonych, którzy chodzą troszkę swoimi drogami, ale trudno tego uniknąć tam gdzie istnieje wolność nawet grzeszenia. Więc można to wyrozumieć, ale można pokornie prosić zarazem, żeby tego było jak najmniej i to dla dobra własnych rodzin zakonnych i całego Kościoła, bo nie możemy inaczej patrzeć dzisiaj na życie zakonne, zbyt osobiście, pod własnym kątem, tylko jak na Kościół, jak na cały Kościół. Jesteście Kościołem.

Może zbędne jest tutaj powtarzanie tych słów, które Paweł VI w dniu 15 października powiedział do Kongresu Apostolstwa Świeckich. Podkreślił prymat hierarchii kościelnej nad laikatem w takich słowach: „Kto usiłuje działać bez hierarchii kościelnej lub przeciw niej, przypomina gałąź, która usycha, jeśli odłączona jest od pnia, dającego jej żywotne siły”. Rzecz znamienna, że pod koniec tego przemówienia Ojciec święty zapowiedział, że przyzna tytuł doktora Kościoła zakonnicy, świętej Teresie z Avila. To ma być doktor Kościoła, podobnie jak Katarzyna ze Sieny, a więc ma uczyć cały Kościół, zakonnica ma uczyć postawy jedności i wspólnoty. I w tym duchu też, Najmilsi, pracujmy nadal. Tak jak do uczestników Kongresu, tak można i tu powiedzieć słowami Papieża. Kościół to jest nasz wspólny dom, dom wiary.

/tekst nieautoryzowany/