1972.04.10 – Warszawa-Karolkowa – Odnowa życia zakonnego według potrzeb Kościoła w Polsce. Przemówienie do Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich

Chciałbym na wstępie prosić, aby Zebrani nie brali dosłownie trwogi referenta – Ojca Opata – wobec mnie, zwłaszcza w tak wielkim „entourage’u”, bo nieraz już rozmawialiśmy nawet w cztery oczy i jak widzicie. Najmilsi, do tej pory żyje. A cóż dopiero, gdy ma tak wspaniałą obronę… Ale to tylko „pro domo sua”, abym wyszedł z tego spotkania z jako taką opinią.

Z wielką uwagą wysłuchałem tych ujęć, które przedstawił nam Ojciec Opat[1]. Wszyscy jednak zdajemy sobie sprawę, że każde ujęcie zawsze musi generalizować. Dlatego też ujmowanie w pewne grupy różnych zjawisk może niekiedy dotknąć jednego lub drugiego człowieka, taką czy inną rodzinę zakonną, gdzie właśnie tego rodzaju zjawiska się nie powtarzają, chociaż mogą być inne. I zazwyczaj są, bo któż z nas jest bez grzechu. Na pewno to, co słyszeliśmy, jest podyktowane głęboką troską o właściwy rozwój życia zakonnego w świecie i w Polsce oraz o wypełnienie zasad podstawowych i zasadniczych, jakie rodziny zakonne mają wobec swoich członków, wobec Kościoła, a także – zadań specjalnych, które mogą powstawać w wyniku sytuacji, jaka się kształtuje.

Sądzę też, że to co powiedział Ojciec Opat, odczytujemy wszyscy jako wyraz głębokiej, rzetelnej, braterskiej troski o wspólne dobro życia zakonnego. Jest znamienne, że wiele ze spostrzeżeń i przejawów sygnalizowanych w referacie, powtarza się w rozmowach z przełożonymi różnych rodzin zakonnych w Polsce. Mam możność dość często rozmawiać z przełożonymi zakonów czy zgromadzeń i spostrzeżenia, które oni czynią, mniej więcej, się powtarzają. Nie jest to więc spostrzeżenie odosobnione, lecz odważne zasygnalizowanie, zebranie w jakąś całość, zapewne niepełną, wszystkich problemów życia duchowieństwa diecezjalnego czy zakonnego.

Niezmienność i trwałość Chrystusowego programu.

Chciałbym, Najmilsi, biorąc pod uwagę tło, które uczynił Ojciec Opat Galiński – przypomnieć prawdę, którą musimy mieć przed oczyma, niezależnie od sytuacji wywołanej przemianami w świecie czy też w naszej Ojczyźnie, w bloku komunistycznym czy też w tak zwanym świecie kapitalistycznym; niezależnie od atmosfery materializmu konsumpcyjnego i produkcjonizmu jako nowego bóstwa, niezależnie od wszystkiego, co można dostrzec we współczesnym świecie dobrego czy złego – pozostanie zawsze  prawdą to naprzód, że Chrystus  znał  przyszłość  swojego  Kościoła i świat nadchodzący, z jego przemianami, wywołanymi konkretnymi uwarunkowaniami. Chrystus – zawsze świadom tego, co o Nim powiedziano proroczo, że On jest „Pater futuri saeculi”, znając przyszłość świata, głosił światu Bobra. Nowinę Ewangelii.

Dzisiaj tak często się powtarza: musimy przystosować się do świata, zamiast mówić: musimy przystosować świat do Ewangelii. Nawet nie pytamy do jakiego świata mamy się przystosować, choć współcześnie tych światów jest wiele i są one między sobą zróżnicowane i skłócone. Do którego więc z nich mielibyśmy się przystosować?

Czy nie jest prostszą rzeczą naśladować postawę kontrowersyjną Chrystusa, wsłuchiwać się w Jego słowa: „Powiedziano starym, a Ja wam powiadam…” (por. Mt 5,21). Jest w nich pewnego rodzaju opozycja wobec rzeczywistości, którą Chrystus zastał i którą chce odważnie odmienić. Dlatego ostrzegając przed światem, chce naszego wpływu na ten świat, pragnie, abyśmy się nie poddawali złu, lecz dobrem podbijali świat. Powie później Apostoł: „Noli vinci a malo, sed vince in bono malum” (Rz 12,20). – To jest pewnik, który zawsze pozostanie niezmienny, niezależnie od sytuacji, jaką możemy przeżywać.

Drogim pewnikiem jest, że Chrystus chciał mieć w Kościele kategorię ludzi powołanych do życia doskonałego; niezależnie od Apostołów i uczniów, których skupiał przy sobie, wychowywał, uczył, posyłał do konkretnych zadań; niezależnie od zespołu niewiast galilejskich, które otaczały pod krzyżem Matkę Najświętszą.

Chrystus, spotykając się z ludźmi, mającymi różne niepokoje, odpowiada im: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co masz, rozdaj ubogim i idź za mną, a będziesz miał skarb w niebie” (por. Mt 19,21). To zalecenie pozostanie prawdą na wieki, nie wymażemy go z nauki Chrystusa. Wiąże się ono z dziejami Kościoła. Raz po raz w sytuacjach trudnych Kościół nawiązuje do tej prawdy, do tego postulatu Chrystusa.

Oczywiście, tego rodzaju powołanie wiąże się zawsze z ofiarą, wyrzeczeniem, krzyżem. I nie zawsze się ono udawało, nawet mimo wpływu jaki Chrystus wywierał na ludzi. Byli tacy, którzy posłuchali Jego rady, byli inni, którzy nie uczynili tego, bo mieli wiele majętności, byli przywiązani do swych bogactw i zasmuceni odeszli. Ale to nie przesądziło o programie Chrystusa.

Chrystus, budując Kościół swój na fundamencie Apostołów i Proroków, niezależnie od nich chciał mieć takich właśnie ludzi w Kościele, ludzi powołanych do życia doskonałego. To pozostanie nadal pewnikiem na przyszłość. W referacie Ojca Opata powiedziane było, że miał to być dla świata jakiś znak. Widzę w tym konieczność ukazywania światu, zwłaszcza współczesnemu, obrazu życia wolnego, niezależnie od ładu materialistycznego, ekonomicznego, konsumpcyjnego, a nawet od ładu politycznego, który ma swoje recepty, swoje imperatywy i chce je nam narzucić. Światu potrzebny jest obraz człowieka wolnego.

Gdybyśmy, Drodzy moi, zapomnieli o tym w Polsce choć na chwilę, Już dawno zaprzepaścilibyśmy sprawę Kościoła wobec fantastycznego wprost nacisku pokus, niekiedy o posmaku demonicznym, z jakimi wszyscy się dziś spotykamy. Wy, w różnych sytuacjach w terenie, my zaś z Biskupem Bronisławem tutaj, na miejscu, aż nadto często przeżywamy różne pokusy, na które musimy spojrzeć przez pryzmat Bożego światła, ażeby się przed nimi uratować.

Człowiek wolny, to człowiek, którego nie da się zniewolniczyć, nie da się zaklasyfikować w różne kategorie kolektywistyczno-diamatyczne. Niedawno miałem w ręku artykuł z prasy francuskiej, w którym zwraca się uwagę na to, że współczesny marksizm polityczny nie jest już marksizmem doktrynalnym. To właśnie ten marksizm wymyślił szereg programów laicyzacji i ateizacji, które są tak dokuczliwe dla współczesnych społeczeństw i w pewnym stopniu udaremniają skuteczność oddziaływania.

Ostatnio na łamach „Argumentów” rozpoczęto na ten temat polemikę. W najnowszym artykule w tym piśmie – „Rubikon laicyzacji” – pana Mysłka, ukazany został nowy kłopot. Otóż wraz z laicyzacją, która na tym etapie chce uniknąć posmaku ateizowania, ukazują się różne fetysze, mogące zagrozić tej recepcie „laicyzowania bez bólu”. Po długim więc i skutecznym wojowaniu dochodzą wreszcie do niesłychanie mądrego wniosku, do stwierdzenia, że jednakże człowiek jest człowiekiem, ma swoją godność. Trzeba więc stanąć w obronie godności ludzkiej, a zwłaszcza w obronie godności kobiety; trzeba bronić praw osobowych człowieka, trzeba humanizować życie. Dochodzą do tego, że właśnie to trzeba czynić, stwierdzają sami, że Kościół od dawna w tym się zajmuje i ma on głębsze uzasadnienie dla swego programu. Im zaś brak uzasadnienia. Tak pisze pan Mysłek.

W innym artykule tego samego pisma, polemizując nieco z tą postawą, poddaje się w wątpliwość, czy państwo nowoczesne, demokratyczne ma prawo do światopoglądu obywatela, czy nie powinno zostawić obywatelowi swobodę i możliwość wyboru. Wylicza się przy tym tak wiele trudności w laicyzowaniu społeczeństwa, że doprawdy łatwiej jest uwierzyć w wodę święconą jak w laicyzację. Jak straszliwie męczą się ci ludzie, którzy chcieliby za wszelką cenę, wbrew naturze, odwrócić człowieka od Stwórcy!

Wobec takich przejawów męki ludzkiej, tym bardziej ważną jest rzeczą to, co postulował Chrystus. Chciał On mieć w swoim Kościele ludni powołanych do życia doskonałego, którzy ukazaliby światu obraz życia wolnego, niezależnego od ładu materialnego. Wiąże się z tym wolność od nadmiaru rzeczy, które są sztucznymi potrzebami, narzucanymi współczesnemu człowiekowi. Nadmiar rzeczy jest wynikiem systemu ciągłej produkcji, która zarówno w systemie kapitalistycznym jak i komunistycznym, musi się liczyć z tymi samymi prawami ekonomicznymi. Każdy bowiem warsztat produkcyjny, bez względu na charakter produkcji, czy będzie produkował zapałki czy tanki, musi mieć proces ciągły wytwarzania, który się zaczyna od zaangażowania kapitału w produkcję i następnie odzyskania go z powrotem, aby go uruchomić w nowej serii produkcji. To jest prawo ekonomiczne, przed którym się nie wybroni także system produkcji kolektywistycznej, gdyż i on musi tworzyć, produkować rzeczy, a w następstwie tego – wmawiać ludziom sztuczne potrzeby, że właśnie to powinni mieć.

Kiedyś, w czasie wizytacji, gdy wszedłem do pokoju młodego wikariusza, wydało mi się, że jestem raczej w pracowni nowoczesnego alchemika, w jaskini Twardowskiego czy kogoś w tym rodzaju, aniżeli w mieszkaniu księdza. Sufit i ściany obwieszone były jakimiś aparatami, narzędziami, retortami, na wszystkie strony przeciągnięte jakieś druty, połączenia. Książek nie widziałem. Zapytałem: „Co ksiądz tutaj robi?” – „To wszystko jest mi potrzebne, aby oddziaływać na młodzież” – odpowiedział. Gdy później miał być przeniesiony na inną placówkę, największym jego zmartwieniem było jedno, jak to wszystko rozmontuje, zapakuje, przewiezie i znowu zmontuje. Był niewolnikiem rzeczy. – Nie tylko u młodego wikariusza, ale i u młodego zakonnika można często zaobserwować pewne przejawy zniewolniczenia przez rzeczy.

Człowiek wolny – to taki, który jest również wolny od nadmiaru wrażeń. Zostało to dostatecznie naświetlone przez Ojca Opata. Z wąskiej obserwacji na terenie jednego domu mogę powiedzieć, że kiedyś częściej widziałem jego domowników w kaplicy niż dzisiaj. Dzisiaj część wolnego czasu muszą odsiedzieć przed telewizorem. Nieraz się z nich śmieję, zachęcam, aby raczej przeszli się po ogrodzie. W odpowiedzi słyszę: „Ależ to ciekawe, to wszystko jest pouczające”.

Powstaje nowy stan zniewolniczenia – nadmiarem wrażeń. Osłabia on nie tylko życie religijne i człowieka, ale także jego formację intelektualną, a nawet sprawność służenia ludziom. – Przyjechałem kiedyś do parafii pewnego księdza. Był wieczór. Na plebanii głucho. Wreszcie znalazł się jakiś człowiek, więc pytam: „Czy jest tu gdzieś w pobliżu ksiądz proboszcz?” – „A jest – odpowiedział – ale teraz to ksiądz słucha radia i nic już więcej nie słyszy prócz tej muzyki”. – Po godzinie dobijania się do drzwi, wreszcie dostaliśmy się do niego. A gdyby tak ktoś chciał zawezwać księdza do człowieka umierającego, to co wtedy?

Oto świat, który sobie sami stwarzamy, zniewolniczając się coraz bardziej. Dlatego też, jak słusznie postulował Ojciec Opat, muszą się ukazać w chrześcijaństwie jacyś nowi filozofowie, wolni od „tego świata”, od jego pychy i zniewolniczenia. Kościół i duchownych uratować może tylko jakiś nowy szaleniec Boży, nowy święty Franciszek, Wincenty a Paulo, który by rzucił Bogu całe swoje życie, bez zastrzeżeń i pokazał, że można być wolnym w dzisiejszym świecie.

Podkreślamy więc, że pozostanie pewnikiem i dziś, iż Chrystus chciał mieć w Kościele kategorię ludzi powołanych do życia doskonałego. I tacy ludzie muszą w Kościele być! Kościół Soborowy też chce mieć takich ludzi. Tak często młode pokolenie powołuje się dzisiaj na Sobór i w imię Soboru dopuszcza się wielu przekroczeń, udziela sobie dyspens, pragnie wolnego życia. Tymczasem faktem jest, że Kościół Soborowy chciał wyeksponować życie zakonne i na nowo je nobilitować. Przecież w Konstytucji Dogmatycznej jest specjalny rozdział o życiu zakonnym. Wystarczy się na to tylko powołać. Jeśli więc ktoś apeluje do Soboru, trzeba mu za pokutę zbawienną nakazać: przeczytaj sobie właśnie ten rozdział z Konstytucji dogmatycznej o Kościele, gdzie jest mowa o życiu zakonnym, inkorporowanym przez Sobór w nadprzyrodzony organizm Kościoła, by mógł on sprawnie funkcjonować i wypełnić wszystkie swoje zadania. – Sobór musi być dokładnie odczytywany we wszystkim i w tym, co mówi o życiu zakonnym.

Specyfika zakonności rodzin zakonnych.

Chciałbym teraz przejść do części drugiej: specyfika zakonności rodzin zakonnych. Jeśli chodzi o ten temat, jestem trochę „kontestatorem”, ale w innym kierunku. Rozmawiając nieraz o zakonach z Biskupem Dąbrowskim, jestem zaniepokojony schematyzmem odnowy soborowej w zakonach, że robi się to wszystko nagle, w tym samym czasie i na określony termin – do tego dnia odnowa musi być zakończona.

Historia życia zakonnego daje nam zupełnie inne przykłady. My wiemy, że na przestrzeni wieków w różnych rodzinach zakonnych dokonywała się tak zwana odnowa. Doświadczyły tego już nieraz stare zakony. W życiu niejednej rodziny zakonnej następowała odnowa, często podyktowana specjalną sytuacją w Kościele. Znają przecież taką odnowę cystersi, benedyktyni, dominikanie. Najbardziej głośna ze wszystkich, najbardziej ryzykowna, a zarazem najbardziej owocna była odnowa zakonu karmelitańskiego, dokonana przez kobietę, którą Kościół nazwał dziś Doktorem Kościoła.

Działo się to na przestrzeni wielu lat, a nawet wieków. Nie jest rzeczą możliwą, aby miało się dokonać w ciągu kilku lat, i to wszędzie. Byłoby to rozwiązanie schematyczne, załatwienie sprawy czysto biurokratyczne, aby tylko z ulgą stwierdzić: „my już mamy za sobą odnowę soborową, jesteśmy już po kapitule generalnej, mamy nowe konstytucje, statuty”. – Ale, rzecz wiadoma, że te tak łatwo nie pójdzie, bo to nie jest sprawa zapisania papieru, tylko przemiany wewnętrznej ludzi, a to jest proces powolniejszy, niekiedy bardzo niewygodny, a nawet niebezpieczny. Wiemy, że reformatorzy zakonów stawali często wobec perspektywy utraty życia.

Mając to wszystko na uwadze, powinniśmy wystrzegać się schematyzmu. Trzeba się liczyć z tym, że rodziny zakonne nie powstały od razu, każda z nich ma swój czas narodzin i rozwoju. Dlatego może być dziś problemem – jak mówił Ojciec Opat – czy zrównania „zglajszaltowanie” zakonów nie jest zbyt niebezpieczne dla życia zakonnego.

U nas w Polsce sytuacja jest nieco odmienna. Był w Kościele polskim okres przełomowy – ucieczki zakonów pod opiekę diecezji dla ratowania bytu rodziny zakonnej. Wszyscy byliśmy zaniepokojeni tym, co czyniono z zakonami w Jugosławii, Czechach czy na Węgrzech. Lękaliśmy się tego w Polsce. Rozmowy moje najpierw z Biskupem Choromańskim, a później z Biskupem Dąbrowskim na temat sytuacji zakonów, kończyły się wnioskiem: trzeba obmyśleć sposób ratowania wspólnot zakonnych. Dlatego wydało nam się, że trzeba namówić przełożonych zakonnych, aby obejmowali parafie. Na terenie samej tylko Archidiecezji Warszawskiej ilość parafii zakonnych bardzo wzrosła w porównaniu do roku 1939.

Dzisiaj jednak, zachowując stan parafii przekazanych zakonom i przez nich obsługiwanych, uważając nadal stan ten jako konieczny – można by już myśleć w pracy wewnętrznej zakonów o powolnym nawrocie do specyfiki zakonnej, aby nie zagubić własnego celu.

Pewna kategoria zgromadzeń zakonnych zostanie nadal w pracy duszpasterskiej, bo daje to jakieś doświadczenie, przez kontakt z ludźmi. A przecież zakonnicy, nawet kontemplacyjni powołani są nie tylko dla siebie, ale po to, aby ludziom odsłaniać Boże smaki, czerpane z  życia zakonnego. Gdy zaś idzie o zakony, które powstały dla zadań specjalnych, podyktowanych potrzebami Kościoła, kto wie, czy nie należałoby podjąć pewnego wysiłku, aby wracały one do zadań własnych, zakwestionowanych swego czasu przez sytuację polityczną. Nigdy jednak nie będzie to robione w formie dawnej, zawsze będzie to coś nowego.

Już kiedyś na ten temat mówiłem, ale to, co powiedział Ojciec Opat, skłania mnie, abym jeszcze raz do tej sprawy powrócił. Pozwólcie, że posłużę się przykładami. Weźmy np. zakony franciszkańskie i to wszystkie; są między nimi różne rodziny, ale wszystkie czerpią z duchowości swojego Patriarchy, świętego Franciszka z Asyżu, Zakony franciszkańskie zawsze były w specjalny sposób zobowiązane do ubóstwa. Ubóstwo, wyzbywające się dóbr, obowiązuje ich nadal w całej pełni. Podobnie – ubóstwo mieszkaniowe. Dawniej mówiło się „cela zakonna”, dzisiaj nie zawsze można by ją tak nazwać. A przecież obowiązuje ubóstwo.

Zakony franciszkańskie zawsze były wrażliwe na obowiązek niesienia pomocy biednym, aby usprawnić się w dziedzinie dobroczynności, powoływały nawet trzecie zakony. Były one jak gdyby wydłużonymi, wszędzie obecnymi ramionami franciszkańskiej rodziny zakonnej, aby lepiej sprawować opiekę nad biednymi i łatwiej wyzbywać się tego, co się gromadzi dzięki zaufaniu, jakie ludzie mają do zakonników. Zresztą ludzie często dają dlatego, żeby to łatwiej poszło do tych, których, na pewno zakonnicy bliżej znają.

Nie chciałbym dotykać sprawy, o której już mówił Ojciec Referent, ale jeszcze jeden problem – ubóstwo ubraniowe. Mam szereg spostrzeżeń z tej dziedziny. Potwierdzają je również wizytatorzy. Mówią, że szafy zakonników – odnosi się to do wszystkich, nie tylko do zakonów franciszkańskich – są przepełnione garniturami. Niechby był jeden na jakieś specjalne okoliczności, sytuacje, chociaż trudno jest właściwie wskazać kiedy taka sytuacja może powstać – ale po co więcej? W pewnym protokole powizytacyjnym zapisane: „w szafie zakonnika znaleziono sześć garniturów, kilkadziesiąt krawatów…”. A przecież to wszystko jest „patrimonium pauperum”, nie jemu się to należy, to wszystko powinno iść do biednych i głodnych, w duchu nauki św. Jana Chryzostoma, czy św. Bazylego, który poddawał w wątpliwość tytuł posiadania trzeciej sukni, nie jest ona twoja, lecz nagiego. To, co mówię w tej chwili, obejmuję też samego siebie, nie tylko moich słuchaczy.

Zagadnienie ubóstwa ubraniowego jest w Polsce bardzo aktualne. Mówi się, że w Warszawie już prawie się nie widzi księży, chyba, że na Miodowej, bo tam muszą przyjść w sutannie, ale zdarza się rozmaicie. Pamiętajmy, że zakonnik w habicie, idący ulicą, jest świadectwem obecności zakonu w naszym świecie. Niedawno był u mnie kardynał Bengsch. Przyjechał do Polski w krótkim ubiorze, ale potem ubrał się w sutannę i już z Poznania do Gniezna i Częstochowy jechał in splendore.

Nieraz gdy rozmawiam z księdzem, który się laicyzuje, odpowiada mi: „A zakonnicy?” – „Patrz na siebie – mówię. – Ty wiesz, mój drogi, czego ja wymagam od siebie. U nas w Polsce habit, sutanna to nie tylko ubiór. To jest świadectwo dawane Chrystusowi”. – I tak musimy na to patrzeć i przyzwyczajać do tego ludzi.

Następne zagadnienie, dotyczące wszystkich rodzin zakonnych – to zachowanie ubóstwa pożywek, wszelkiego rodzaju. Młody ksiądz, który objął niedawno nową parafię, opowiadał mi o swoich kłopotach. Mówił: „Mam pod oknem staw, chciałbym go oczyścić, ale boję się ludzi”. – Dlaczego? – „Bo na dnie stawu leży kilkaset próżnych butelek. Osuszając staw, muszę wydobyć utopione tam butelki. Ale co powiedzą ludzie?” – A jak wygląda niejeden strych na plebanii czy w domu zakonnym?

W tej chwili walka z alkoholizmem i nikotynizmem staje się obowiązkiem społecznym. Weźmy do ręki prasę, czytajmy ją. Jeżeli ludzie świeccy, ulegając nawet tym nałogom, uważają że czas coś robić, to w pierwszym rzędzie wysiłek ten muszą podjąć zakony zobowiązane do ubóstwa. Ileż jest w naszych miastach nędzy! A przecież wszystko, co wydaje się na tego rodzaju zbędne rzeczy może się przydać na zaspokojenie najpierwszych potrzeb wielu biednych ludzi.

Dlatego jestem szczególnie wdzięczny Zakonowi Ojców Kapucynów, że podjął walkę z alkoholizmem i skutecznie ją prowadzi. Kapucyni są niemal głównymi promotorami tej pracy. Można do niej zachęcić wszystkie rodziny zakonne, dla których ubóstwo jest niezwykle doniosłym środkiem wyrzeczenia się siebie i służenia bliźnim.

Inny przykład specyfiki zakonnej: W Polsce zaczyna się odnawiać akcja misyjna. Mamy już stały Sekretariat, jest Komisja Misyjna Episkopatu, należą do niej także przełożeni zakonni. Słowem, co dotychczas było w zaniku, dziś zaczyna się ożywiać. Wielkie zasługi w tej dziedzinie mają tutaj Ojcowie Werbiści, którzy bodaj najwięcej w Polsce na tym etapie zrobili, zwłaszcza jeśli chodzi o misje zagraniczne. Wracamy do pięknych tradycji akademickich kół misyjnych, staramy się zainteresować akcją misyjną młodzież. Zdaje się, że jest to taka specyfika zakonna, którą dzisiaj można uratować.

Następny przykład: zakony nauczające, tego typu co Jezuici czy Dominikanie, wyrosły właściwie z tych zadań „praedicatores”. Ich więc w szczególny sposób zobowiązuje wierność nauce Kościoła, zwłaszcza na takich placówkach jak Katolicki Uniwersytet Lubelski czy też Akademia Teologii Katolickiej. Naucza tam wielu zakonników, którzy często popisują się swoją „postępowością”. Bardzo często, niestety, przychodzą na wykłady po cywilnemu, zwłaszcza na ATK, przeciwko czemu ja protestuję. Żeby chociaż w koloratce. Czy taki przykład chcą dać młodym księżom, których posyłamy na te uczelnie? Czy nie pamiętają o tym, że niejako z samej specyfiki swej duchowości powinni znaleźć się tam w należytym ubiorze? Dlaczego młody ksiądz-student, patrzący na swego wykładowcę, nie ma go widzieć w habicie?

Dzisiaj rano przeglądałem prace wydaną małą poligrafią o moim profesorze, Ojcu Janie Rocie (O. Rot), z Wydziału Prawa Kanonicznego. Przyznam się, że patrząc na niego przez cztery lata, obserwując jego styl życiowy, nabrałem ogromnego szacunku do habitu, który nosił. Był jezuitą. Dlaczego dzisiaj studenci na Akademii Teologii Katolickiej czy też na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim nie mają widzieć profesora-zakonnika w jego habicie?

Zdaje się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby to szczególnie zakony wyspecjalizowały się w dziedzinie kaznodziejstwa i nauczania, a przez to służyły nam walną pomocą.

Dalszy przykład: zakony opiekuńcze, a więc takie, które wyrosły ze współczucia dla dzieci opuszczonych czy młodzieży. Może nie zawsze da się robić to w takim zakresie, w jakim ongiś robił ksiądz Jan Bosko. Ale i w dzisiejszych warunkach jest młodzież opuszczona, nawet chuligańska, wypaczona, chodząca swoimi drogami. Wiele w tej dziedzinie zdziałały już niektóre zakony, zwłaszcza Salezjanie, ale bardzo często praca ta ma wymiary pupilarne, ogarnia tylko pewną kategorię młodzieży, a mnóstwo młodych ludzi pozostaje poza jej zasięgiem i wpływami.

Wracając wczoraj z uroczystości w Niepokalanowie, zatrzymaliśmy się na sygnale, na drodze stała gromadka podkasanych dziewcząt i chwiejących się chłopaków. Zauważyli mnie. Odkręciłem w aucie szybę, aby lepiej się im przyjrzeć. Dziewczyny zaczęły się chować, zwłaszcza, że były za krótko ubrane, ale chłopcy nie krępowali się niczym. Przywitaliśmy się serdecznie. Gdybym miał możność, poszedłbym do nich i pogadał z nimi. – Takich sytuacji jest bardzo dużo, powinno się je wykorzystać. Potrzebne są tej tak bardzo opuszczonej, zaniedbanej i nie najgorszej młodzieży – swoiste „coenacoli”.

To, co powiedziałem o ratowaniu specyfiki właściwej danym rodzinom zakonnym, uczyniłem tylko w formie przykładowej, chociaż wymieniałem nazwy czcigodnych instytucji zakonnych; oczywiście, że ta lub inna moja uwaga, propozycja, czy ukazanie nowych możliwości pracy, odnosi się nie tylko do jednej rodziny zakonnej, ale i do innych.

Międzynarodowość zakonów a zadania zakonów w Polsce

Ostatnie zagadnienie, którego chciałbym dotknąć – to międzynarodowość zakonów a zadania zakonów w Polsce. Jest pewnego rodzaju, pozorna oczywiście, sprzeczność. Zakony mają na ogół charakter ponadnarodowy, nie międzynarodowy. Chociaż mają charakter uniwersalny, wpisują się swoją konkretną pracą w środowisko narodowe. Ma to bardzo doniosłe znaczenie i nie można o tym zapominać. Rodziny zakonne przekazują na nasz polski teren wiele wartości, które wypracowano w innych krajach. W archiwum katedralnym gnieźnieńskim czy też w bibliotece seminaryjnej we Włocławku, większość księgozbioru pochodzi z domów zakonnych. Najstarsze rękopisy pochodzą spod pióra zakonników. Rozrzucone po różnych klasztorach, później skonfiskowanych, stanowią tylko część uratowanych dóbr kulturalnych. Są one świadectwem, że zakony mają zasługę kontaktowania nas z zagranicą i przenoszenia stamtąd na teren polski wielu wypracowanych już wartości.

Jednak pamiętajmy, że trzeba czynić to umiejętnie, trzeba dokonywać wyboru i liczyć się ze środowiskiem narodowym, zwłaszcza gdy idzie o zaprowadzenie nowych zwyczajów. Dużo zastrzeżeń mamy na odcinku życia liturgicznego. Ponieważ normowanie odnowy liturgicznej należy w każdym kraju do Konferencji Episkopatu, a nie do przełożonych zakonnych, dlatego też przełożeni na terenie swoich domów zakonnych, a zwłaszcza parafii, muszą się stosować do uchwał Konferencji Episkopatu. Nie mogą w tej dziedzinie niczego zmieniać, nie mogą się tłumaczyć: my mamy własne instrukcje, mamy pozwolenia od naszych przełożonych zakonnych z zagranicy. – Przełożeni zakonni zagraniczni nie mają władzy w dziedzinie liturgicznej na terenie Polski, jak zresztą i w innych krajach. Władzę ma tylko Konferencja Episkopatu. Nawet biskup w diecezji nie może wydawać instrukcji, poza granicami uchwały Konferencji Episkopatu.

Zdecydowaliśmy na przykład, że w Polsce nie będzie się udzielać Komunii św. na rękę. Niestety, w wielu domach zakonnych a nawet parafiach robi się tak, wbrew wyraźnej uchwale Konferencji Episkopatu. Powiedzieliśmy też, że nie będziemy w Polsce zaprowadzali zwyczaju „pax-u”. Tymczasem tu i ówdzie, w sposób niekiedy bardzo groteskowy zaczęto praktykować to, nawet na ternie Warszawy: „Przekażcie sobie znak pokoju” – „Dzień dobry, dzień dobry” – to wygląda humorystycznie, a niekiedy może wyglądać na zaczepkę. Jest to jeszcze możliwe w jakiejś kaplicy domowej, prywatnej, ale nie w kościele.

Był u nas przez kilka dni Annibale Bugnini. Brał udział w liturgii Wielkiego Czwartku i Piątku w Warszawie. Na uroczystości Wielkosobotnie i Rezurekcję pojechał do Gdańska, a potem znowu powrócił do Warszawy. Opowiadając mi swoje wrażenia, powiedział: „Dopiero tutaj w Polsce zrozumieliśmy, że wy w odnowie liturgicznej poszliście dalej, chociaż robiliście to wolniej, bardziej systematycznie i wychowawczo, aniżeli my. Wasi ludzie naprawdę się modlą. Wszyscy, nie tylko elita, ale masa bierze udział w liturgii”. Za granicą najtrudniej pojąć tak zwane duszpasterstwo masowe, gdyż pod wpływem Francuzów walczono o duszpasterstwo elitarne. Jak kto nie ma masy, to ogranicza się do elity, ale trudno, żebyśmy masę przepędzili i prowadzili jakąś elitarną formę oddziaływania, bo my, dzięki Bogu, ludzi mamy.

Arcybiskup Bugnini był również w Bydgoszczy, u Księży Misjonarzy, w bazylice św. Wincentego. Widząc zatłoczony kościół, kilkanaście tysięcy ludzi, powiedział: „Bójcie się Boga, skąd wy tych ludzi bierzecie?” – „Nie my ich bierzemy, tylko Bóg ich daje, Bóg ich prowadzi. Ale trzeba pamiętać, że tu księża pracują. My, na szczęście, nie mamy czasu na pisanie mądrych artykułów, ale pracujemy duszpastersko”. – Musiał uznać, że nawet taka instytucja paraliturgiczna jak Grób Chrystusa czy rezurekcja mają swój sens. – „Myśmy dopiero tutaj zrozumieli” – powiedział. Dzięki Bogu. Trzeba więc szanować i nie rozstawać się z tym, dlatego że gdzie indziej tak czynią. Niech sobie robią co chcą. My musimy ratować nasze wartości. Życie religijne – to nie znaczy tylko tradycja, schemat, ale życie religijne to wypracowanie pewnych wartości. Jeżeli więc chcemy przenosić coś na nasz teren polski, to nigdy tego, co gorsze – zwłaszcza w dziedzinie duszpasterskiej.

Tak samo, jeżeli idzie o zadania środowiskowe w Narodzie polskim. My mamy sytuację odmienną. U nas nadal trwa walka z Bogiem, nadal jest ona programem. Chociaż ludzie się zmieniają, to system trwa. Jesteśmy o tym bardzo boleśnie przekonywani, zwłaszcza w okresie Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy, podczas tragicznych zajść w Iwowej pod Mińskiem, w Zbroszy Dużej pod Grójcem, w Brudzewicach pod Zawierciem czy na terenie Nowej Huty, gdzie za wszelką cenę usiłowano rozwalić nędzny baraczek, chociaż dążą tam tłumy ludzi i modlą się, klęcząc w błocie. Dlatego, Drodzy moi, u nas obrona Boga, obrona ludzi wierzących, obrona pozycji Kościoła, parafii, zakonu, domu zakonnego, rodziny zakonnej – jest nadal nakazem i obowiązkiem sumienia. W to trzeba się wpisać. Obok założeń, wskazujących na uniwersalistyczny charakter rodziny zakonnej jest sytuacja miejscowa, krajowa i z nią musimy się liczyć, bo za nią jesteśmy odpowiedzialni.

Oto sprawy, które narzucają się nam w wyniku pracy codziennej. Łączą się one z waszą pracą, którą bardzo cenimy i jesteśmy za nią wdzięczni. Zawsze mamy przed oczyma to, że rodziny zakonne niosą ogromną pomoc w pracy wśród Ludu Bożego w Polsce. Nie tylko wtedy gdy pracują w konkretnych parafiach sobie powierzonych, ale przez wielką pracę rekolekcyjną i misyjną, przez pracę spowiedników i tyle najrozmaitszych form pomocy. Wszystko to jest dowodem waszej zasługi i waszej konieczności w życiu religijnym w Polsce. Za to składamy Wam serdeczne podziękowanie.

Pod koniec obrad Konferencji znajduje się punkt: wybór nowej Konsulty i jej przewodniczącego. Oczywiście, nie przesądzam o wyniku tych wyborów i nie chcę uprawiać jakiejkolwiek propagandy, ale myślę że wolno mi w tej chwili dać wyraz swojego głębokiego uznania dla naszego kochanego Ojca Hołdy, dotychczasowego przewodniczącego Konsulty, za wszystko, co uczynił dla sprawnego i spokojnego funkcjonowania Konsulty i Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich i całego życia zakonnego. Za tę pomoc, której i my od Ojca Hołdy doznaliśmy, w naszej trosce o ratowanie życia zakonnego w Polsce – serdecznie dziękujemy. Niech go Pan Bóg nadal zdrowiem obdarza. On się tu będzie zaraz usprawiedliwiał, że jest ciężko chory, ale jest za młody na to, aby był ciężko chory. Powinien wszystko robić, aby był zdrów, aby Panu Bogu się opłacił wkład nadprzyrodzonego kapitału, który w jego życie osobiste zainwestował.

/Tekst autoryzowany/


[1] O. Opat Placyd Galiński mówił podczas Zebrania plenarnego o „współczesnych zagrożeniach życia zakonnego”.