1977.05.11- Warszawa – Współczesne zadania ewangelizacji. Do wyższych przełożonych zakonów męskich

Witam całym sercem Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich w Polsce!

Drodzy Moi!

Bardzo się cieszę, że tym razem wasze spotkanie i praca odbywa się w murach jednego z najstarszych klasztorów Stolicy, w miejscu, które zostało pieczołowicie wypracowane. Zanim założono tu klasztor, wykupywano poszczególne działki, aby być w środku miasta, wśród ludzi. Taki bowiem przychodził czas w Kościele Chrystusowym. Po najrozmaitszych wzniosłych, pustelniczych wspólnotach, po augustiańskich próbach życia, po benedyktyńskiej izolacji, z woli Ducha Świętego nadszedł czas, aby zakonnicy zeszli z nad rzek, z samotnych dolin i gór, i zamieszkali wśród ludzi, by przepowiadać Ewangelię.

Dwaj bracia swej epoki – Franciszek i Dominik – byli pierwszymi, którzy postanowili być jak najbliżej ludzi. Dlatego też Dominikanie, właśnie tu, w centrum Starego Miasta, zaczęli szukać sobie miejsca. Otaczamy tę świątynię, klasztor i jego mieszkańców głębokim szacunkiem, z uwagi na ich odwieczną, długotrwałą pracę na tym miejscu. Wprawdzie przerywaną, ale dzięki Bogu z powrotem podejmowaną.

Może nie wypada w klasztorze dominikańskim zabierać Wam czasu na słowa, ale jak Wy, Drodzy Gospodarze, jesteście „Domini-canes”, tak i ja trochę nim jestem. Chociaż nie noszę białego habitu, jednakże w tym samym duchu służymy Słowu Bożemu, słusznie uważając, że ewangelizacja jest najważniejszym zadaniem naszego życia i pracy. Od tego właśnie chciałbym zacząć tych kilka swoich myśli, którymi radbym się podzielić z Wyższymi Przełożonymi Zakonów Męskich.

Prostota języka ewangelicznego

Za kilka miesięcy w Rzymie zbierze się ponownie Synod Biskupów świata. Poruszano już różne zagadnienia. Tym razem tematem będzie  katechizacja. Jest to sprawa niesłychanie doniosła dla życia i pracy Kościoła nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.

Synod nie ma dobrych warunków bytowania w zespole instytucji posoborowych. Jeszcze się z nim nie oswojono. Nie pogodzono się też jeszcze z jego pracą, nie zawsze przecież wydajną i skuteczną, chociaż zawsze sumienną. Istnieją i dziś dążności, aby ta nowa forma pracy posoborowej, która zdaniem wielu, nie zaspakaja oczekiwań świata, powoli poszła w zapomnienie.

Pamiętam wrażenie, jakie odniosłem z pracy ostatniego Synodu. Mówiono bardzo wiele, mówiono rozmaicie, szukano zrozumienia sytuacji i naświetleń, a dawano je dość obficie. Trudno więc było dojść do jakiejś syntezy panoramicznej. Wydawało się, że jest to niemożliwe. Rozbieżność naświetleń i sytuacji uniemożliwiała zredagowanie jakiegoś wspólnego komunikatu czy deklaracji.

Jeden z uczestników Synodu powiedział, że właściwie odchodzimy z niczym. Wiele czasu straciliśmy i nie dajemy niczego, co mogłoby posłużyć jako program dla dalszej pracy Kościoła. Bardzo mi się to sformułowanie nie spodobało, dlatego odruchowo poprosiłem wtedy o głos. A był wówczas na sali Ojciec Święty. Powiedziałem, że Synod nie jest od podejmowania uchwał i decyzji, bo to należy do Soborów, obradujących pod zwierzchnictwem Papieża. Jakkolwiek i tutaj obecny jest Papież, nie oczekuje on od nas decyzji. Do nas należy konsultować. Jesteśmy tylko konsultantami. Do nas należy informować o tym, co jest w terenie. I zdaje się, że materiał tej konsultacji jest bardzo obfity, bo charakteryzuje zarówno sytuację na różnych kontynentach, jak i w samej Europie, która też jest bardzo zróżnicowana. – Dane mi było uzupełnić naświetlenia, które czyniono pod kątem Europy Zachodniej, niemalże nie dostrzegając Europy Wschodniej, do której referent europejski nie miał dostępu. Byłem zdania, że zebrany podczas Synodu materiał, dotyczący sytuacji i pracy Kościoła w świecie, jest tak obszerny i cenny, że Ojciec Święty może być zadowolony, iż tyle informacji otrzymał, tym więcej, że starannie się przysłuchiwał przemówieniom biskupów i nie opuścił bodaj ani jednego zebrania. Ale wcale nie było łatwo wysiedzieć na tylu sesjach. Chyba trudniej niż Wam, Bracia, obecnie. Podkreśliłem więc w swej wypowiedzi, że do nas, uczestników Synodu, należy jedno: zebrać materiały i oddać Ojcu Świętemu. A co Papież z tym materiałem zrobi, to już Jego sprawa.

Ponieważ było to zdjęcie ciężaru z Prezydium Synodu, a więc „placuit omnibus”. I chociaż nie słynę z tego, że często zabieram głos na Synodzie, tym razem zyskałem sobie powszechne uznanie. Ludzie lubią składać swoje kłopoty na zwierzchników, na Władzę, wtedy ich uznają, gdy mogą im przekazać swoje ciężary, Dobrze to wiecie z własnego, Najmilsi, doświadczenia. Natomiast, gdy przełożony przekazuje część ciężarów do udźwignięcia swoim nawet najbardziej ukochanym podwładnym, wtedy mniej im się to podoba, choćby byli najmilszymi braćmi.

Po uzyskaniu więc „placuit omnibus” mówiono już, że Synod się udał, że miał on jednak pewne znaczenie i osiągnięcia.

Tak było na ostatnim Synodzie. Obecnie – jak wiemy z rozmów prowadzonych z uczestnikami obrad Sekretariatu Synodu – niesłychanie trudno było przedstawić odpowiedni schemat Ojcu Świętemu. Ostatecznie został on już zatwierdzony przez Ojca Świętego, jakkolwiek uważa się, że temat jest zbyt rozległy. Istotnie, katechizacja w świecie współczesnym, jest problemem obszernym i ogromnie zróżnicowanym.

A jednak coraz bardziej dochodzimy do wniosku, że z pośród zadań, które Chrystus wyznaczył swojemu Kościołowi: „Ite, docete, baptizantes eos”, to „docete” jest zadaniem najważniejszym. Może nie zawsze dojdzie do tego „baptizantes eos”, ale nie trzeba rezygnować z posłannictwa: „ite, docete”. Może nam się wydawać, że nasze ziarno ewangeliczne rzucamy w ciernie, podle drogi. Rzadko dostrzegamy, że pada ono także na ziemię, wyborną. Nieraz nas to zraża, że tyle przepowiadamy – jak nigdy dotychczas w dziejach Kościoła – a jednak świat brnie dalej w laicyzację, w sekularyzm, a może nawet w ateizację. Co więcej, w kołach niektórych ośrodków europejskich uważa się, że dziś Kościół nie jest światu potrzebny.

To jest pokusa! Nigdy Kościół – i ten młody, niemal dziecięcy, z pierwszych wieków, i ten średniowieczny – nie miał warunków sprzyjających dla swej misji. Jeśli ludzie ukrzyżowali Słowo Życia, to cóż dziwnego, że krzyżują Słowo, które my wypowiadamy – to „Verbum Domini”, tak obficie po Soborze przekazywane przez nas ludowi Bożemu.

Wydaje się nam, że jednym z najważniejszych problemów obowiązku nauczania i wyznawania Chrystusa przed ludźmi, jest uproszczenie języka. Słuszny jest wysiłek teologów i fakultetów teologicznych, aby naszych Konfratrów przygotować jak najlepiej do pracy duszpasterskiej, przez pogłębioną teologię; dziś ciągle mówi się o pogłębianiu różnych dziedzin wiedzy. Jednak ci ludzie z pogłębioną teologią – a przyjmijmy, że również z pogłębionym życiem wewnętrznym – muszą stanąć niekiedy przed swoim słuchaczami jako dzieci. Muszą mówić do nich językiem dziecięcym – choć nie „DZIECINNYM”. W miarę bowiem jak nowoczesna ekonomia i „produkcjonizm” potęgują rabunek czasu, tym bardziej ludzie nie są zdolni do skupienia się, gdy do nich przemawiamy. Wiadomo, jak trudno skoncentrować uwagę dzisiejszego człowieka, tak bardzo zapędzonego, wpadającego i wypadającego w nieustannym pośpiechu. Nieraz widzę, że po pierwszych zdaniach kazania, które zaledwie zaczynam, ludzie wychodzą z kościoła. Ratują się jak mogą.

Współczesny człowiek niema po prostu umiejętności słuchania. A często, pomimo najlepszej chęci i woli, nie ma czasu na słuchanie Słowa Bożego. Stąd – wbrew temu co czynię, mówiąc długo – współczesny człowiek musi słyszeć rzeczy zwięzłe i bardzo lapidarne, dobierające bardziej przez serce, niż przez intelekt.

Nie boję się zarzutu, który tak już do mnie przyrósł, iż nie pozbędę się go przez całe życie, że jestem tradycjonalistą. Wzmocnię nawet to powiedzenie – tak, jestem tradycjonalistą, jestem człowiekiem „tradycyjnym”, zatrzymanym na pewnym biegu historii, nie dającym się już ruszyć. Wydaje mi się jednak, że nie tylko ja jestem taki. Więcej jest takich ludzi, którzy potrzebują stabilizacji teologicznej, moralnej i liturgicznej. I chociaż nie wszystkie formy protestu przeciwko temu „perpetuum mobile” należy poważnie rozważać, to jednak pewna forma stabilizacji jest konieczna. Jeżeli na jakim odcinku trzeba się jej domagać, to właśnie na odcinku nauczania Prawdy, katechizowania, bo sam Chrystus mówi o stabilizacji słowa: „Verbum Domini manet in aeternum” – „Mowa Pańska trwa na wieki” – „Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą” /Mt 24,35/.

Dlatego też trzeba wydobywać z Ewangelii to, co pochodzi nie tyle z ujęć historyka, ile ze słów samego Jezusa Chrystusa. To jest najistotniejsze, to mamy przekazywać ludziom w granicach wytrzymałości współczesnego człowieka i jego możliwości czasowych.

Nauczanie z ambony musi być jak najbardziej skrypturystyczne, musi być głoszone słowami Jezusa Chrystusa. Podobna zasada obowiązuje także w katechizacji, pomimo, że obecnie wychodzą udoskonalone katechizmy, ułatwiające kontakt z dzieckiem. Są one owocem nawiązywania do umysłowości i możliwości odbiorczych słuchacza. Jednak to wszystko nie jest jeszcze tym, co jest najbardziej potrzebne współczesnemu człowiekowi.

Ciągle słyszymy o pogłębieniu teologicznym. Kogóż jednak ono dotyczy? Pewnej, niewielkiej grupy inteligencji, mającej wyższe wykształcenie, jeżeli ona dostarczy nam swej dobrej woli i jeśli nurt spraw nie porwie jej i nie poniesie swoimi drogami.

Trzeba by więc przemyśleć zagadnienie nauczania w sposób niezwykle prosty, zasadniczy, ale głęboki, biblijny i teologiczny, zawsze na miarę możliwości i pojemności słuchaczy; zarówno dzieci i młodzieży, jak inteligencji oraz ogółu wiernych. My ciągle prze-racjonalizujemy. Te same zarzuty kierowane są pod adresem wychowania naszych alumnów, ludzie oczekują od nas czegoś znacznie prostszego, bardziej strawnego, na co są przygotowani, co zdolni są przyjąć, tak jakby słuchali Chrystusa. On tylko w Wieczerniku do swoich Uczniów mówi długo, ale do słuchaczy na górze, na łączce, nad jeziorem, mówił krótko „verbis et factis”. I dlatego szły za Nim rzesze.

Wydaje mi się, Drodzy Moi, że to będzie jeden z doniosłych problemów, który poruszony będzie na zbliżającym się Synodzie, chociaż zasadniczy temat dotyczy katechizacji. Ale właśnie katechizacji współczesnego człowieka – katechizacji dzieci i młodzieży, które przeciążone są materiałem podawanym w szkole podczas dziewięciu nieraz godzin lekcyjnych dziennie. Nie pamiętam, abyśmy za moich szkolnych czasów w Warszawie, na ul. Hortensji 2, u „Górskiego”, mieli kiedyś więcej niż pięć godzin dziennie. Nie zdarzyło się, a nawet jednego dnia, bodaj w czwartek, mieliśmy cztery godziny. I to też nużyło młode psychiki, przyzwyczajone do chodzenia własnymi drogami.

Obecnie wszyscy są przeraźliwie zmęczeni. Nieraz widzimy robotników, a nawet kobiety, zasypiające w ławkach w Kościele. Ja często to widzę, nie wyłączając mojego ostatniego przemówienia w Niepokalanowie. Nikt nie jest chyba temu winien i nie ja nawet, tylko ta otoka bytowania, w jakiej współczesny człowiek się znajduje. Musimy to uwzględniać, chociaż jest to sprawa bardzo trudna, bo trzeba powiedzieć dużo, a wytrzymałość ludzi jest tak skromna.

A więc, zagadnienie ewangelizacji i to bardzo uproszczonej! Nie znaczy to, że zachwalamy tutaj jakieś nieróbstwo i ułatwienie sobie życia, Nie! Mówić do ludzi w sposób prosty jest trudniej, aniżeli w sposób bardzo skomplikowany, uczony. My jesteśmy doktorami zakonnymi – nie powiem; faryzeuszami, ale doktorami – jesteśmy przyzwyczajeni do długich wywodów na katedrach seminariów, do uczonych referatów, sympozjonów. Ostatnio jest ich bardzo dużo. Przyjeżdżają ludzie napompowani wiedzą po same uszy, i każdy z nich chce nas pozyskać tylko dla tego, czego on uczy. Specjalizacja i ekskluzywizm dość często idą w parze, podczas gdy uniwersalizm nauczania, umiejętność syntetyzowania, całościowania, jeszcze do nas nie dociera. Myślę, że gdybyśmy do tego doszli, bylibyśmy bliżsi systemu nauczania Chrystusowego.

Tematyka nauczania

Inny problem, który wiąże się z ewangelizacją, to tematyka naszego nauczania. Nieraz słyszymy np. takie oceny naszych przemówień. Dobrze mówił! Ale im dał! Nieraz to słyszę również o sobie. Nie wtedy jestem pochwalony za kazanie, gdy zdawało się mi, że mądrze powiedziałem, tylko wtedy, gdy „wygarnąłem”. Komu? A no, „im”…. Kto są ci „oni”? Któż tego nie wie? Wtedy kazanie jest dobre, chociażbym o Chrystusie nic nie powiedział, ale „do nich” przemawiałem.

Jest w naszym stylu pracy nauczycielskiej troszkę upolitycznienia. Jest to upolitycznienie aluzyjne. Problematyka współczesności, którą czasem poruszamy, nie zawsze jednak wyrasta ze środowiska dramatu, zmaterializowania, nie zawsze jest wynikiem filozofii materialistycznej, czy ateizmu. Wyrasta ona z pogranicza, na którym człowiek się męczy, w skutek tego, że „ustrój jest dobry”, ale „wytrzymać w nim jest trudno”. I trzeba człowieka ratować,, aby w tym „dobrym ustroju”, pełnym sukcesów, nie dostał bzika – jak to często się zdarza niemal wszystkim: i rządzącym i rządzonym.

Ale to jest zarazem dla nas pokusa, bo uważamy, że trzeba o tym mówić. Istotnie, nieraz trzeba zabrać głos w tych sprawach. Nasi bracia z Urzędu do Spraw Wyznań, gdy jakiś ksiądz tłumaczy się: Czego chcecie ode mnie? Ja powtarzam tylko to, co Prymas Polski mówi – odpowiadają: Prymas może, ale ksiądz nie. – Korzystam więc z tej licencji. Powiedział mi ongiś wybitny sekretarz, dziś na urlopie: my wolimy, że Ksiądz Prymas wszystko powie, bo my chcemy usłyszeć, co myśli. – Bardzo byłem tym wzruszony. Nieraz więc mówię, ale proszę Was, Bracia – nie naśladujcie mnie!

Pewne rzeczy powiemy Wam i dzisiaj, zwłaszcza te, które dotyczą sytuacji Kościoła. Będzie nawet wygłoszony specjalny referat na temat: Stosunki: Kościół – Państwo, przez osobę kompetentną, po uszy siedzącą w temacie. To mnie zwalnia od mówienia o tych sprawach. Ale ogólnie rzecz ujmując, poza problemami natury zasadniczej, jest mnóstwo przykrych „drobiazgów” na skutek administracyjnej dokuczliwości, przed którymi księża, zakony i diecezje wybraniają się jak mogą. To jest konieczność, ale i pokusa, bo im więcej czasu poświęcamy na obronę przed dokuczliwą rzeczywistością, tym mniej mamy czasu na Chrystusa.

I niektórzy rozgrzeszają się od mówienia o Chrystusie, przez co pogłębia się niewiedza, ignorancja, która nawet w kołach inteligenci katolickiej jest przerażająca. Stąd łatwa laicyzacja i tak zwany sekularyzm życia, którym się ludzie usprawiedliwiają, tłumacząc, że to jest współczesny prąd, za którym idą wszyscy. A jednak nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo ten prąd jest szkodliwy.

Drodzy Moi! Ogromnie trudno jest mówić o laicyzacji. Nie zawsze się to podoba. Nieraz wydaje się, że jest już to taki „konik”, z którego nie można zejść. A jednak to zjawisko rzeczywiście istnieje. A może i my w naszej osobistej postawie i w naszym nauczaniu, za mało odwołujemy się do sił nadprzyrodzonych, za mało mamy świadomości, że w Kościele Bożym działa jedynie żyjący w nim Jezus Chrystus, który ożywia wszystko? Współczesnemu człowiekowi więcej trzeba mówić o Trójcy Świętej, o dziele zbawczym Chrystusa, o Ojcostwie Boga, o tym, że On jest Miłością, ludziom otwierają się oczy i serca, gdy dowiadują, się, że w męce codzienności, przez którą przechodzą, jest Ktoś, kto ich miłuje, że w Kościele Chrystusowym nie najważniejsze są takie czy inne formy zewnętrzne i instytucje, nie takie czy inne rzekome nasze pociągnięcia, lecz świadomość, że Chrystus „wczoraj, dziś i jutro” ten sam, trwa na wieki. W Nim żyje Kościół i dzisiaj.

Pytają mnie nieraz nasi zagraniczni goście; Jak to się stało, że Wy żyjecie? Dlaczego wybroniliście się? Czemu to przypisać? – Podziwiają nas! Chcą wywiadów. Spotykam się z tą pokusą bardzo często. Ostatni wywiad jakiego udzieliłem – niestety, jakiemuś francuskiemu „Conte’owi”, był krótki, bo ten pan zapytał od razu, jak pięścią w oczy. Czy marksizm się zmienia? – Wszystko się zmienia – odpowiedziałem. – A czemu Polska przypisuje to, że obroniła się przed komunizmem, że Kościół się uratował? Może to zasługa millenijnej tradycji, Kościoła w Polsce? – Francja jest starsza – odpowiedziałem. I na tym wywiad się skończył, bo co dużo mówić.

Niewątpliwie jest zdziwienie, gdy odpowiada się wprost na to pytanie, dlaczego? Dlatego, że Polska wierzy, że my się modlimy, że duchowieństwo pracuje. To wszystko. A im wydaje się to bardzo mało postępowe. Nie ma tu ani socjologii, ani innych mądrości współczesnego świata – mówi Wam to stary socjolog, „nawrócony” – a jednak Kościół się trzyma. Pewnie, że odpowiedź na to pytanie jest trudna, ale musi być zdecydowana. Skuteczność pracy Kościoła na tym polega, że my nie dajemy się wciągnąć na manowce upolitycznienia. Pewnie, musimy mówić i o tych sprawach, ale na ambonie jak najmniej na te tematy. Zostawmy to Memoriałom Episkopatu, które piszemy do Rządu. Jeden z nich dotyczy przemian biologicznych, które zachodzą w Polsce. Przyniosłem Wam, abyście wzięli sobie do przeczytania.

My piszemy, nie opuszczamy żadnej sposobności. Mówią nam: piszcie dla historii. Nie, dla obrony życia! Można z tych memoriałów korzystać, ale nie w swoim imieniu, lepiej osłaniać się biskupami, że to wyczytałem np. w ostatnim memoriale Episkopatu do Rządu. W każdym ustroju, zwłaszcza religijnym, musi być „kozioł ofiarny”, na którego składa się – już od czasów Mojżesza jesteśmy o tym przekonani – swoje własne winy, szukając osobistego bezpieczeństwa. Na ambonie jak najmniej o partii, a jak najwięcej o Jezusie Chrystusie, o Ewangelii, o zasadach, które Chrystus zostawił na wszystkie czasy: na wczoraj, dziś i jutro. „Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą”. Uchronimy się wtedy od prze-politycznienia naszego nauczania i naszej pracy duszpasterskiej. Wtedy też będziemy daleko od niebezpieczeństwa laicyzacji i tak modnego dzisiaj sekularyzmu, o którym się mówi, że jest gorszym niebezpieczeństwem nawet, aniżeli ateizacja.

Zagadnienie religijności wsi i środowiska robotniczego

Z zagadnień, które wysuwają się dzisiaj na czoło, wymienić trzeba zagadnienie religijności i moralności wsi i środowiska robotniczego. Mogłoby się wydawać, że to jest pogranicze ekonomii, polityki i religii. Ale tak nie jest. W nauczaniu Chrystusa spotykamy bardzo dużo motywów zaczerpniętych z życia i pracy rolników. Wystarczy czytać Ewangelię. Musimy mieć wrażliwość na człowieka, który żyje w konkretnym terenie i który musi wyżyć z kawałka ziemi.

Dziś, wbrew ostrzeżeniom urbanistów, wieś się wyludnia, niekiedy nie tylko na skutek ewolucji ekonomicznej, ale i akcji zaprogramowanej. Jest to dla Kościoła bardzo niebezpieczne, ponieważ miasta nie mają świątyń, a ludność wiejska odpływa do miast i kościoły na wsiach często są puste. A może przyjść sytuacja taka, jak na początku za czasów rzymskich – pogaństwo. Na wsi nie ma ludzi, odpłynęli do miast, gdzie nie sposób jest ich obsłużyć należycie. Miasta stają się ośrodkiem niekontrolowanej, zmasowanej zbrodni i przestępstw. Jest to ogromne niebezpieczeństwo.

Niewątpliwie, Chrystus nauczał i w Jerozolimie i w innych miastach, ale jednakże krążył uporczywie po łąkach i polach, po górach, nad Jordanem, i tam szukał ludzi. Jan Chrzciciel od tego zaczął, iż cała Jerozolima wyszła do niego, a nie On poszedł do Jerozolimy. Chrystus też tylko na święta przybywał do Jerozolimy, a nauczał w terenie.

Wzgląd narodowy, obrona naszej Ojczyzny wymaga, aby teren jej nie był opustoszały. Na ten temat Episkopat Polski też wystosował odpowiednie memoriały do Władz państwowych, krytycznie oceniające pierwszą i drugą zaprojektowaną reformę rolną, postulując raczej spotęgowanie opieki nad wsią. Dla nas duszpasterzy – chociaż Wy, Bracia, przeważnie pracujecie w miastach, ale macie swoich konfratrów w terenie – dla nas wszystkich jest rzeczą niezmiernie ważną, aby nie tylko miasto było chrześcijańskie, na ile to jest możliwe, ale by i wieś nie przestała być chrześcijańska. Episkopat Polski bardzo żywo się tym zajmuje. Mamy pewne osiągnięcia na płaszczyźnie odgórnej, nasze memoriały dały jakieś rezultaty. Ale czy trwałe, zobaczymy, zwłaszcza że gdy jedne metody zbyt jaskrawe zawodzą, przykrywa się inne, bardziej ukryte, tajne. Pozostaje na wsiach mnóstwo ludzi biednych, chorych i starych. Wczoraj czytałem w jednym z pism warszawskich wywiad na temat ludzi starych i ich warunków bytowania na wsi. Niekiedy sytuacja jest tragiczna, zwłaszcza gdy młodzież pracuje w Mieście, a starzy rodzica zostają bez opieki, niezdolni już do pracy rolnej.

Takich problemów, które wymagają od nas szczególnego uwrażliwienia, jest bardzo dużo. Wiemy, że Święty Franciszek po swoim nawróceniu poszedł w teren, na wieś, do ludzi i tam ich odszukiwał, tam odnawiał im kościółki, i tam wśród nich siedział i nauczał. Kto wie, czy nie wypadnie Wam tak postąpić, jak swego czasu czynili Franciszkanie i Dominikanie. A później raz po raz powstawał jakiś zakon, aby nauczać w „spoganiałym” terenie.

Równie wielkim problemem jest dzisiaj nierozwiązana od strony moralno-społecznej, tak zwana kwestia robotnicza. Mówię o tym dość często z ambony, czyniąc takie lub inne aluzje, albo po prostu wykładając katolicką naukę społeczną, bo taka nauka istnieje, chociaż niektórzy katolicy „postępowi” usiłowali nas przekonać, że jest inaczej. Musimy być świadomi, że dzisiaj nadzieje na rozwiązanie problemu proletaryzmu przez marksizm maleje. Ujawnia się pełna nieudolność tej doktryny i okazuje się, że marksizm właściwie odbudowuje kapitalizm, uzależniając człowieka od systemu produkcji, a więc ponownie zniewolniczając go. W takiej sytuacji tym bardziej należy ukazywać katolicko-społeczne zasady moralne, włączając je w całokształt moralności chrześcijańskiej. Istotnie tak jest, jak niekiedy formułuję to krótko i zwięźle – że ustrój mamy demokratyczny, ale organizację pracy – nadal kapitalistyczną.

Niedawno na Konferencji Episkopatu na Jasnej Górze – jest o tym mowa w Komunikacie – musieliśmy zająć się listem Księdza Biskupa Katowickiego, który przedstawia nam warunki zatrudnienia górników, na Śląsku. Właściwie praca jest ciągła, przez trzy tygodnie bez przerwy, a czasami i cztery; bo gdy sobota jest wolna, to zajmuje się też i czwartą niedzielę. Ksiądz Biskup wystosował więc odpowiednie pismo do Pierwszego Sekretarza Partii. Wielu Biskupów ze swej strony również śle podobne listy w obronie robotników, którzy tracą siły i zdrowie, na skutek przeciążenia ciągłą pracą, bez wypoczynku, bez możności służby Bogu. A nadto ludzie ci dopingowani są bodźcami ekonomicznymi, które skłaniają ich do pracy ponad siły tak, iż niektórzy przedwcześnie umierają, albo zapadają na ciężkie choroby z wycieńczenia. Wśród młodych górników często zdarzał się zawał serca i inne choroby zawodowe. Musieliśmy się więc i tym zająć. Upominaliśmy się i upominamy nieustannie o to, aby nie niszczał człowiek wskutek złej organizacji pracy, w której materia – jak mówił już Pius XI – wychodzi uszlachetniona, a człowiek umniejszony.

Jest to problem moralny, a zarazem jakieś przeoczenie w naszym nauczaniu. Pewnie, ogromnie trudno jest dzisiaj mówić zwłaszcza o sumienności pracy, bo ludzie mogą nas posądzić, że my też jesteśmy „naganiaczami”. To prawda. Ale z drugiej strony, trzeba znaleźć sposób, aby otoczyć tych ludzi większą jeszcze wrażliwością i troską.

Wyobraźmy sobie rodzinę, która jest przedmiotem szczególnego zainteresowania duszpasterstwa. Mąż w pracy, żona w pracy, albo w kolejce po zakupy, dzieci w szkole. Wszyscy wracają potem do domu, w domu – na skutek trudnych warunków aprowizacji – nic nie przygotowane do jedzenia. My siadamy do stołu, nieraz kręcimy nosem na to lub owo co nam podali, narzekamy. Zwłaszcza, gdy nie musimy – co we wspólnym życiu często się zdarza – zabiegać o kawałek chleba czy mięsa, bo nam podadzą, a jak nie dadzą, to biada przełożonym, bo musi być. A pomyślmy o tych ludziach. Przychodzi mąż z pracy i nie myśli o tym, że żona też wróci zmęczona. I wtedy awantura.

Nie daj Boże, abyśmy jeszcze przez nieumiejętność nauczania przyczyniali się do spotęgowania tej męki. Jakże oględnie i ostrożnie trzeba chodzić wokół współczesnego człowieka, aby nie przysparzać mu udręk, bo wszyscy są dziś nad miarę zmęczeni. Jakże aktualne jest obecnie wezwanie Chrystusa: :Pójdźcie do Mnie wszyscy, którzy pracujecie i obciążeni jesteście” ponad miarę. Ktoś musi być na tych ludzi wrażliwy, gdzieś musi być atmosfera zrozumienia i pociechy. Wyjdźmy więc na spotkanie tym ludziom w naszych świątyniach parafialnych, rektorskich i w kaplicach zakonnych.

Episkopat Polski powie: Nie wiążemy się z taką czy inną formą obrony robotników, z takim czy innym komitetem – jak nieraz to czynimy. Ale mamy sumienia wrażliwe na ludzi, bo z zasady do nas należy – po czerwcu, czy przed grudniem – stanąć w obronie uciśnionych, udręczonych i znaleźć dla nich pociechę w Ewangelii i w nauczaniu Kościoła.

Powiecie o mnie: Zaczął dobrze, a schodzi na manowce. Ostrzegał przed upolitycznieniem, a teraz, co czyni? „Medice, cura te ipsum”. Istotnie, tak pod pewnym względem jest, ale może dlatego, że te dziedziny należały zawsze do Kościoła. Studiujcie historię katolicyzmu społecznego. Na pewnym odcinku może trochę przeoczyliśmy tę dziedzinę, mówiąc. Teraz Rząd jest od tego. Skończyły się ustroje liberalistyczne, dzisiaj mamy ustroje społeczne. A w nich człowiekiem zajmuje się rząd i partie i związki zawodowe. Po co jeszcze my? – Wszyscy się zajmują, a więc i my, zwłaszcza, że nie wszystkim to wychodzi. Ale nam musi wyjść – w Imię Jezusa Chrystusa. My musimy być przy tych ludziach. To jest niezwykle doniosłe zadanie, które stoi przed nami, przed naszym nauczaniem.

Potrzeba wrażliwości na człowieka

Jako temat waszych narad postawiliście sobie zagadnienie istoty i sposobów ustawicznej formacji. Do tej formacji chciejmy dołączyć, Najmilsi, wielką wrażliwość na człowieka współczesnego. Złudzeniem jest, że ten człowiek nie potrzebuje opieki kapłana. Za dużo ma „opiekunów”, aby mógł z nimi wszystkimi wytrzymać. Niech więc przyjdzie opiekun z prawdziwego zdarzenia, w Imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, który nasze ciężary wziął na swoje barki i niesie je. Niech ludzie poczują w nas, kapłanach, zakonnikach a także w domach zakonnych i świątyniach, bezpieczne miejsce schronienia dla siebie. Musimy zrewidować nasz styl kontaktu z ludźmi. Nieraz to mówimy kapłanom na zebraniach duszpasterskich, na konferencjach dekanalnych i na kongregacjach dziekanów. Jest znowu taka sytuacja, że my mamy niemal te same obowiązki jakie przed laty ukazał biskup Imanuel Ketteler w swojej książce: „Die Arbeiter Frage”. Ta sprawa pozostała aktualna nadal. Nikt jej nie rozwiązał, chociaż sytuacje ekonomiczne i społeczne bardzo się zmieniły. Stąd nasza kapłańska wrażliwość na ludzkie potrzeby musi być szczególna – na wzór Chrystusa i Jego Matki. Chrystus przyjął postać Sługi, Jego Matka – postać Służebnicy Pańskiej. Maryja w swoim „Magnificat” dała nam wspaniały program wrażliwości religijnej, moralnej, społecznej, a nawet ekonomicznej.

Dzisiaj jest dzień świętego Jakuba Apostoła. Wspominamy jego List. Mało napisał, ale wystarczy to, co napisał. To jest potężniejsze, aniżeli „Manifest Komunistyczny” Marksa. Potężniejsze i prawdziwsze, bo wzięte z życia.

Drodzy Moi! Gdybyśmy chcieli to z całą mocą przyjąć i głosić, zasłużylibyśmy sobie na wielką wdzięczność ludzi, których naprawdę dzisiaj nikt już nie broni. Nie może bronić, bo albo się boi, albo nie umie, albo też nie rozumie lub nie chce. Kościół musi wrócić na ten teren – „Evangelizare pauperibus misit me” – mówił Chrystus – „sanare aegrotos et contritos corde”. To do nas należy.

Wiemy, że w większości wspólnoty zakonne wyrosły ze współczucia dla ludzi biednych. Jeden po drugim, niemal każdy zakon czy zgromadzenie zakonne w swojej historii może się wykazać tymi szlachetnymi uczuciami. W naszej Ojczyźnie jest to szczególnie aktualne. I jeżeli to, Drodzy Moi, chciałbym Wam zostawić z tego naszego spotkania, to właśnie to. Tak bardzo mnie tutaj wychwalaliście – a wszystkiemu winien ten „nieznośny” Przewodniczący Konsulty Wyższych Przełożonych Zakonnych, że teraz wracając do domu, będę musiał bardzo pokornie opuścić głowę, bym nie przejął się tym, co tutaj usłyszałem.

Ja wiem, że mam swoje wady, i coraz lepiej je widzę, bo człowiek nabywa roztropności życiowej. A roztropność jest cnotą ludzi starych, więc troszkę jej mam. Otóż, nie dam się tak łatwo wyprowadzić ze swojego stylu, chociaż wiem, że Ojciec Prowincjał kieruje się najlepszym sercem, pragnąć dodać mi otuchy. Bóg Ci zapłać, Bracie, za to. Ja mam dość i wiary i ufności. Wierzę mocno, że „portae inferi non prevalebunt”.

Wydaje mi się, Najmilsi – mogę się mylić – że dla życia zakonnego mam pełne zrozumienie, i że razem z Biskupem Dąbrowskim mocno obstawaliśmy w obronie życia zakonnego w Polsce. Dobry Bóg, przy waszej pomocy, przy waszej postawie, pełnej wierności powołaniu zakonnemu, pozwolił to uczynić, iż życie zakonne zostało w Polsce wybronione. Dziwią się nawet na Watykanie i w Kongregacji Religiosorum, jak to się stało. Zapraszamy ich: Przyjedźcie do na, Bracia, to my Wam pokażemy, jak to się stało i kto to zrobił. Nie zawsze nas rozumieją. Zwłaszcza trudno jest uchwycić głęboki sens wspólnej pracy, chociażby na takich spotkaniach jak to. Oto wyżsi przełożeni poświęcają swój czas, którego nie mają za wiele, aby być razem, razem się modlić, wspólnie rozważać sprawy życia zakonnego. To dla wielu jest nie do zrozumienia. Ale dzięki Bogu u nas jest to zupełnie zrozumiałe i konieczne. Nie ma na to rady. Ponosimy nieraz osobiste ofiary, aby ratować całość życia zakonnego w Polsce o Tej sprawie od początku, od 30 lat, jak jestem biskupem, służę. I gdy Pan Bóg tego ode mnie zażąda, dalej będę służył.

Przypomina mi się list, jaki niedawno otrzymałem od Ślązaczki. Pisze ona tak, w swoim stylu: „Dobrzeście ta zrobili, Prymasiku, żeśta tej watykańskiej emerytury nie przyjęli”. Ja bym ją przyjął, tylko zdaje się, że jest ona za wygodna i nieraz trzeba będzie sobie jeszcze powiedzieć? „non recuso laborem”. Jeśli jeszcze coś Bóg pozwoli zrobić dla chwały Kościoła i dla pomocy pracownikom jego Winnicy, to jestem gotów służyć nadal.

Dziękuję Wam, Najmilsi, za mnóstwo przejawów zrozumienia tej drogi, którą, prowadzi Episkopat. Ja coraz częściej to słyszę, nawet od najbardziej zagorzałych przeciwników, którzy mówią dzisiaj: Przekonaliśmy się, że Prymas wybrał dobrą drogę. To nie ja wybrałem tę drogę, to Dobry Bóg ją wskazał. Czy ona jest najlepsza, czy nie mogła być lepsza, tego nie wiem. Na pewno mogłaby być doskonalsza. Ale tylko Bóg działa wszystko dobrze. A my działamy tak jak nas na to stać, jak Bóg przez swą łaskę dopuści. I Was, Kochani Bracia, nie trzeba zachęcać, abyście trwali „fortes in fide”, a Dobry Bóg nadal będzie przez Was zwyciężał.

Na zakończenie chciałbym poinformować, że tekst, który tutaj leży na stole, można zabrać do domu. Dotyczy ona zagrożeń biologicznych i moralnych Narodu Polskiego. Jest to materiał Konferencji Episkopatu Polski z 21 stycznia, wysłany do Prezesa Rady Ministrów. Chciałbym, aby on był znany. Można posługiwać się nim w kazaniach. Odpowiedzi, jak i na wiele innych memoriałów, nie otrzymaliśmy, poza jedną: „dobrze napisaliście, Rząd to weźmie pod uwagę”. Jednakże i Wy weźcie to pod uwagę. Byłoby dobrze, aby Konsulta Wyższych Przełożonych Zakonnych postarała się w Sekretariacie Episkopatu o dosłanie Wam i innych memoriałów, aby duchowieństwo zakonne orientowało się, w jakim kierunku idzie praca Episkopatu Polski.