1978.11.23 – Jasna Góra – Cuda Boże przez Maryję. Przemówienie do Ojców Paulinów

Drogi Ojcze Generale, Ojcze Przeorze, Ojcowie i Bracia Zakonu Paulinów!

Słowa, które w swej dobroci skierował do mnie Ojciec Generał, są przedmiotem częstych moich rozważań na temat tajemnicy Jasnej Góry w dziejach Kościoła świętego w Polsce, a dziś coraz bardziej w dziejach Kościoła powszechnego. Wiemy, że z woli Bożej Maryja była i jest obecna w dziejach Kościoła. Ale po wyborze Ojca świętego Jana Pawła I, a później – Jana Pawła II, niemal naocznie można było się przekonać, że Matka Najświętsza wypełnia zadanie wyznaczone Jej przez Syna w Kościele powszechnym i w Kościele polskim.

Zwycięstwo Maryi Jasnogórskiej przez ofiarę Kościoła

Kto przeżył ostatnie dwa konklawe – a ja przeżyłem już cztery, co daje mi możność porównania – ten dobrze rozumie, że Matka Najświętsza chce jakby wyjść ze swego sanktuarium na Jasnej Górze. Tak jak powędrowała w kopii Obrazu Jasnogórskiego na całą Polskę – tak obecnie chce wyjść na teren szerszy – Kościoła powszechnego. Dlatego miało miejsce to tajemnicze i przedziwne zdarzenie, że właśnie w uroczystość Matki Bożej Jasnogórskiej został powołany do służby Kościołowi Jan Paweł I. Można sobie wyobrazić wielką radość, która ogarnęła kardynałów. Wszyscy wtedy myśleliśmy podobnie. Od razu, w czasie pierwszego homagium, w dniu 26 sierpnia, powiedziałem Ojcu świętemu, że to jest wymowne, iż jego wybór ma miejsce właśnie wtedy, ,gdy Polska klęczy na Jasnej Górze w swoje patronalne święto – Matki Bożej Częstochowskiej. Dodałem, że gorąco pragnął być na Jasnej Górze papież Paweł VI, ale niestety, nie doszło do tego. Ufamy, że w zamiarach Głowy Kościoła leży, aby obecnie wspólnie z Narodem polskim modlić się na Jasnej Górze za Kościół powszechny. Gdy za kilka chwil; kardynał Wojtyła podchodził w kolejności do Papieża z homagium, Jan Paweł I powiedział: „Wiem, że jestem wybrany w znaku Matki Bożej Częstochowskiej, w Jej patronalne święto”.

Było to jakieś szczególne misterium i dało mi podstawę do myślenia o proroczej wizji Prymasa Polski, Augusta kardynała Hlonda. Widział on zwycięstwo, które nadejdzie poprzez ciężką walkę i trud. Mówił o nim: „Walczcie i pracujcie pod opieką Maryi. Zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwycięstwo Matki Najświętszej”. Wiemy, że kardynał Hlond odznaczał się głęboką czcią do Pani Jasnogórskiej, był z Nią związany osobiście. Słowa jego doszły do mnie dość późno, jednakże były dla mnie zobowiązujące. Nieraz o tym mówiłem i do Wspólnoty Paulińskiej, i w wielu moich przemówieniach.

Wymowa tej tajemnicy była dla mnie siłą wiążącą najbardziej wtedy, gdy wybrany w święto Maryi Częstochowskiej Papież został tak rychło odwołany przez Pana Życia, Ojca Niebieskiego. To pogłębiło jeszcze moje rozważania. Widocznie Bóg chce, aby do Maryi iść przez wielkie cierpienie. Widocznie trzeba przy Niej być nie tylko osobiście, własnym ciałem i duszą, ale pełnią gotowości na każdą ofiarę. I to nawet na ofiarę z człowieka, w tak wymowny sposób powołanego do służby Kościołowi, człowieka tak głębokiej i żywej wiary. Może Pan Bóg chciał przez to powiedzieć całemu światu i zebranym na konklawe kardynałom: Wy pełnicie swoje zadanie. Wybraliście Głowę Kościoła i radujecie się z waszego wyboru. Powołujecie się na Matkę Najświętszą, Panią Jasnogórską. Ale Ja, który wam dałem łaskę potrzebną do wypełnienia tego zadania i przez Ducha Świętego czuwałem, aby było ono rzetelnie wykonane, Ja również mówię wam otwarcie i zdecydowanie, że zwycięstwo Matki Chrystusowej podobne jest do zwycięstwa mojego Syna na Kalwarii – jest to zwycięstwo przez krzyż. Jednak gdy Chrystus odszedł, Maryja została i czuwała w chwili trudnej dla dopiero co urodzonego na krzyżu Kościoła. Ona jako Matka zawsze zostaje. Taka jest wola Boża. Gdy Sobór Watykański Drugi powtarzał uporczywie naukę o obecności Maryi w misterium Chrystusa i Kościoła, chciał niejako przez to powiedzieć, że jest Ona obecna nawet wtedy, gdy w niejednej duszy zamiera wrażliwość na Bożego Syna. Ona pozostaje, bo Matka nie odchodzi nawet z Kalwarii.

Odszedł więc papież Jan Paweł I, ale nie odeszła Matka Najświętsza. Pozostała pod krzyżem osieroconego Kościoła – i to pod tak bardzo ciężkim krzyżem! Wszyscy mieliśmy poczucie niemal krzywdy, że człowiekowi, powołanemu w tak rzetelny i zgodny z prawem sposób, nie dane było wykonać tego, co mógłby zdziałać dla Kościoła. Musiał odejść. Schyliwszy głowę przed wolą Najwyższego, przystąpiliśmy ponownie do wypełnienia zadania, wyznaczonego kardynałom przez Konstytucję „De eligendo Summo Pontifice”.

Maryja w nowym Wieczerniku 

Atmosfera, która panowała na drugim konklawe, była jednakże odmienna. O ile podczas pierwszego konklawe wszystko wydawało nam się zwykle, naturalne, ludzkie – byliśmy bowiem przekonani, że działamy zgodnie z prawem, wypełniamy jego nakazy, jesteśmy jak gdyby w siodle naszych, tzn. Kolegium Kardynalskiego zadań – to na drugim konklawe spokornieliśmy. Nie mieliśmy już pewności siebie, choć mogłoby się wydawać, że to zwykła rzecz: umarł Papież, niedługo będzie następny. Wszystkie ludzkie wyrachowania upadły. Załamało się też przekonanie, że papież musi być wybrany według tradycji, spośród synów Narodu italskiego, oraz że wystarczy dobrze, zgodne z prawem kanonicznym głosować, aby zadanie wypełnić.

Zastanawialiśmy się nad tym, dlaczego w znowelizowanej Konstytucji mówi się: jeśli po trzech dniach nie ma wyników głosowania, należy modlić się, a po całodziennej modlitwie przystąpić znowu do glosowania. Wydawało się nam to zbyt teoretyczne. Tymczasem okazało się, że trzeba było dużo się modlić.

Drugie konklawe było bardziej przeniknięte modlitwą oraz świadomością naszej ludzkiej nieudolności i Bożej obecności, a także Bożego działania. Postanowiliśmy szukać wśród synów Kościoła takiego człowieka, który żyje duchem nadprzyrodzonym. Możemy pytać: któż nim nie żyje? – A jednakże szukaliśmy takiego, który w szczególny sposób jest oddany Bogu.

Rozmowy prowadzone w kuluarach, poza Kaplicą Sykstyńską, również wskazywały na to, że jesteśmy ostrożniejsi, pokorniejsi i jak gdyby chcemy dać Bogu więcej miejsca w naszym poprawnym, kanonicznym działaniu. Siedząc w Kaplicy Sykstyńskiej, gdy głosowania ponawiały się, upatrywałem sobie ośrodek centralny dla mojej uwagi – Matkę Najświętszą na wielkim fresku Michała Anioła, tulącą się pokornie do boku swego, zda się, rozgniewanego Syna. Ona tam jest! To mi przypominało słowa Augusta kardynała Hlonda: „Zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwycięstwo Matki Najświętszej”. Wiedziałem, że kardynałowie się modlą. I modlą się też do Matki Najświętszej. Wypytywali zresztą o Jasną Górę, co się tam teraz dzieje? Odpowiedziałem: w tych dniach, gdy wiele sanktuariów układa się niejako do snu zimowego, bo sezon pielgrzymkowy mija, Jasna Góra ożywia się od przybywających nieustannie delegacji parafialnych, które dziękują Bogu za sześciowiecze szczególnej obecności i działania Matki Najświętszej w tym miejscu. Ludzie tam klęczą pokonując ogromne trudności, przezwyciężając samych siebie, narażając się na słotę i zimno. Nic to dla nich nie znaczy, bo większa ponad to wszystko jest miłość ludu polskiego do Matki Chrystusowej.

Nieraz miałem możność mówić o tym kardynałom na konklawe. Wszyscy czuliśmy, że rychła śmierć wybranego niedawno Papieża jest jakimś misterium Bożym, które poucza nas, że Bóg żąda od nas czegoś więcej, niż tylko poprawności jurydycznej. Żąda od nas wszystkich głębokiego, nadprzyrodzonego sensu naszego posługiwania i świadomości, że potrzebna jest nam pomoc Matki Chrystusowej, Oblubienicy Ducha Świętego, obecnej w misterium Chrystusa i Kościoła.

Jakże łatwo było wtedy przenieść się myślą i sercem na Jasną Górę i włączyć się w wasze prace i modlitwy, Drodzy Ojcowie i Bracia, oraz w modlitwę ludu Bożego, który wspólnie z duchowieństwem tak ochotnie przyjmuje trudne zadania i rozumie ich sens. Miałem jeszcze jeden, dodatkowy tytuł łączności w modlitwie – trudne warunki klimatyczne, w jakich odbywa się Nawiedzenie kopii Obrazu Pani Jasnogórskiej w archidiecezji gnieźnieńskiej. Nie wiem, czy któraś diecezja miała tak trudne warunki klimatyczne jak właśnie Gniezno. Strumienie wody – jak gdyby wody chrzcielnej – lały się nieustannie na rozmodlone rzesze ludzi, przyjmujących kopie Obrazu. Było to dla mnie jakimś zobowiązaniem.

Wziąłem na konklawe mnóstwo obrazków Matki Bożej Częstochowskiej. Byłem zdumiony, z jaką ufnością i wewnętrzną potrzebą kardynałowie przyjmowali je, jak bardzo się z nich cieszyli. Z moich rozmów z kardynałem Wojtyłą również wiedziałem, że i on bardzo się modli, tak jak ma to w zwyczaju. Wiecie sami, jak gorąco i serdecznie jest związany z Matką Chrystusową, z Jasną Górą, jak chętnie tu przybywał. A gdy przybył, dawał przykład uległości, posłuszeństwa i modlitwy. I, to nam obu wydawało się, że w konklawe uczestniczyła również Pani Jasnogórska…

Co się potem działo, trudno o tym mówić. Ale ja, uczestnik czwartego już z rzędu konklawe w moim życiu, nie widziałem czegoś podobnego na poprzednich. Nie widziałem tak żywej, głębokiej i nadprzyrodzonej radości po wyborze Papieża! Wiedzieliśmy, że jest to zwycięstwo, ale przez cierpienie i mękę, przez próbę wiary. Trzeba było po prostu chować się po kątach, aby uniknąć przejawów entuzjazmu, jaki zapanował wtedy na konklawe. Trzeba było wytrzymać wiele powiedzeń, zda się aż może żenujących: Wam się to przecież należy! Wyście tyle wycierpieli, tak bardzo byliście upokarzani, tak bardzo Wami pomiatano. I dziś jeszcze tak wiele cierpicie. Wam się to wyróżnienie należy.

A my wspominaliśmy sobie wierny lud polski, klęczący w tym samym czasie tutaj, na Jasnej Górze, i waszą ciężką pracę, Ojcowie i Bracia. Była ona dla Was okazją, daną Wam przez dobrotliwego Ojca Niebieskiego, abyście mogli okazać jeszcze większą miłość, płynącą z oczyszczenia w cierpieniu, przez które przeszliście; abyście mogli dać dowód jeszcze większej gorliwości i zapału, jeszcze pełniejszego oddania się waszemu zaszczytnemu i wyjątkowemu powołaniu, w trudzie, zda się ponad siły, który spadł na wasz Zakon i na Sanktuarium Jasnogórskie. Trud ten trwa do dziś dnia i trwać będzie prawdopodobnie aż do dni wielkiego zwycięstwa, które przyjdzie w roku 1982.

Nie mogłem się wtedy powstrzymać i nie poddać ciężarowi tych myśli. Musiałem je wypowiedzieć i uczyniłem to w moim liście do Ojca Generała. Wtedy zrobiło mi się lżej. Tym bardziej, iż uwierzyłem, że i Wy tak myślicie, że i Wam nieobce są tajemnicze. niemal prorocze słowa śp. Augusta kardynała Hlonda: „Walczcie pod opieką Matki Najświętszej”. I walczcie, Drodzy moi! Bóg dał Wam bowiem przedziwną łaskę. Do waszego zwykłego powołania zakonnego, jakie bywa w wielu rodzinach zakonnych, zechciał dodać Wam jako powołanie szczególne – służbę „Niewieście obleczonej w słońce”. Tak się nam Ona jawi i jest naszą otuchą w niezwykłym trudzie Kościoła świętego w Polsce, w którym zwycięża Pani Jasnogórska. Stąd promieniuje, niejako ze swojego Królestwa, na cały świat. Staje się znana i oczekiwana wszędzie, na wszystkich kontynentach.

Gdy w wolnych chwilach na konklawe, przy stole, podczas posiłków czy na korytarzach rozmawialiśmy z kardynałami różnych ras i narodów, oni chcąc powiedzieć, że coś o Polsce wiedzą, niemal zawsze nawiązywali do Jasnej Góry. Ci, którzy tutaj byli, nie mogli się dość tym faktem nacieszyć. Mało było dla nich tego, co już przeżyli. Chcieli i chcą ponownie tu wrócić.

Wyszła więc Pani i Królowa nasza z granic swej Ojczyzny i jest prawdziwie w misterium Chrystusa i Kościoła jako „Signum magnum in caelo”, jako „Mulier amicta sole”, jako najsilniej przemawiająca do ludów i narodów.

Rzecz znamienna, że wśród uczestników konklawe dwom grupom ludzi – kardynałom amerykańskim i afrykańskim – najbardziej zapadła w serca i myśli potęga stojącej pod krzyżem Matki i nadzieja na Nią. Powoli można było obserwować zmianę sposobu myślenia. Już nie tyle mówiono: Narodowi się to należy, bo wiele ucierpiał, co raczej: Ona jest wśród Was, Ona jest z Wami. To Ona zwyciężyła. – I rzeczywiście, to było Jej zwycięstwo. Przyszło ono przez cierpienie, jakie poniósł wybrany w Jej święto papież Jan Paweł I. Nie zdążył wypełnić zadań swoich poprzedników – Jana XXIII i Pawła VI, które chciał podjąć, łącząc je symbolicznie w swoim podwójnym imieniu.

Tuż przed konklawe prasa światowa usiłowała podać nazwiska ewentualnych kandydatów na przyszłego papieża. Wymieniono kilku, ale wśród nich zabrakło W ybranego. Tak było wśród synów starego Patriarchy: gdy Prorok szukał pomazańca Pańskiego, znalazł go wreszcie – właśnie tego niewymienionego, najmłodszego, zdawałoby się najbardziej niepozornego, wziętego od owiec, specjalnie nie wyróżniającego się niczym. Ale Bóg szeptał swojemu Prorokowi: nie patrz na względy ludzkie, myśl inaczej. Myśl tak, jak Ja. I namaścił Prorok tego, którego Bóg wybrał.

To, co się stało, było dziwne nawet dla mnie, pomimo że byłem, wśród dwóch innych, najstarszym uczestnikiem ponawiających się konklawe – może nie tyle wiekiem, bo byli starsi ode mnie, ile doświadczeniem konklawisty. Ja, który myślałem, że powinien być wybrany dla Rzymu, dla Italii, jako jej Prymas – Italczyk, bo Naród ma prawo mieć swojego brata na Stolicy Piotrowej; ja, który dobierałem argumenty, że właśnie tak być powinno, nie przypuszczałem, że stanie się inaczej. Dlatego cokolwiek się stało, Bóg to uczynił – „Et mirabile est in oculis nostris”.

Uwierzcie, że było to dzieło Boga, dzieło Chrystusa w Duchu Świętym i Oblubienicy Ducha Świętego – Matki Chrystusowej! Wszyscy tak to zrozumieli. Nikogo nie zdumiał wybór cudzoziemca, nawet Polaka. Wszystkich uradował. I to tak wielką radością, że nie można się było obronić od jej oznak. Ilu kardynałów, starych ludzi, płakało z radości! A łzy są chyba najlepszym interpretatorem uczuć…

Gdy podszedłem do Jana Pawła II z pierwszym homagium, usta nasze niemal jednocześnie otworzyły się imieniem Matki Bożej Jasnogórskiej: To Jej dzieło! Wierzyliśmy w to mocno i wierzymy nadal.

Służmy ludowi Bożemu z uczuciem wdzięczności za ogrom łask Bożych

Umiłowani Ojcowie i Bracia! Jako wasz konfrater gorąco pragnąłem Wam to powiedzieć. Było to potrzebą mojego serca. Dlatego jestem wdzięczny za to, że stworzyliście mi tę sposobność. Bo w tym jest chwała Pani Jasnogórskiej, której Wy służycie.

Składacie mi życzenia z powodu 30-lecia prymasostwa. A ja, w duszy sobie powtarzam: moje trzydziestolecie zaczęło się właśnie tutaj, gdy sam, opierając się jeszcze powołaniu na biskupa lubelskiego, tutaj przybyłem po konsekrację. Wasi Ojcowie i Bracia usłużyli mi w tym dniu, tak dla mnie ciężkim. Świadek tej konsekracji, nieżyjąca już dziś moja druga matka, która mnie wychowała, powiedziała do mnie w momencie, gdy poszedłem, aby ucałować jej ręce: Jak oni ciebie umęczyli! – Odpowiedziałem: To dopiero początek. Proszę o modlitwę, abym wszystko inne zdołał wytrzymać.

Później przyszło drugie doświadczenie, gdy musiałem pozostawić Lublin, pójść do Gniezna i Warszawy. Już wtedy wiedziałem, że muszę iść z Nią – z Maryją, że jeśli mam wszystkiemu podołać, muszę związać się z Nią jeszcze ściślej i bardziej osobiście.

Jeżeli w moim posługiwaniu widzicie takie moce czy inne osiągnięcia, wiedzcie, że jest to Jej zwycięstwo. I to, że dziś na tronie papieskim zasiada Papież wzięty z Jej Królestwa, miłośnik Pani Jasnogórskiej, to także Jej łaska! Może to właśnie miał na myśli kardynał Hlond, gdy umierającymi już oczyma widział zwycięstwo Maryi, które przyjdzie przez cierpienie, mękę i modlitwę. I przyszło! Nie mówimy, że jest ono największe, bo ,Bóg nie zna granic dla swoich łask, choć czujemy się ich niegodni. Lecz chociażbyśmy poczuwali się do największych win: i ja, i Wy, i my wszyscy w Polsce, jednak pamiętajmy, że Bóg nasze winy gasi łaskami. Podobnie jak było z winą pierwszego Adama, która przywołała dar przyjścia Bożego Syna – drugiego Adama, tak jest i z naszymi upadkami. Cokolwiek przypisywalibyśmy sobie jako wygnańcy synowie Ewy, to darem dla nas – niezwykłym Darem – jest właśnie Ona, druga Ewa, której służymy.

Jeżeli dziś uważacie ,za potrzebę serca powiedzieć mi coś na pociechę, po trzydziestu latach mojej służby Kościołowi, a w Kościele – Matce Jezusa Chrystusa, to wiedzcie, że ja tak myślę: cokolwiek Bóg pozwolił mi zrobić – wybronić Kościół, ocalić jego jedność, nie dopuścić do rozkładu, uratować zakony – to jest dzieło Matki Najświętszej, owoc całkowitego zaufania Jej. Tak wierzę. A ponieważ i Wy tak wierzycie, pozostaje nam jedno: w dalszej służbie Ojczyźnie naszej w Kościele, w Polsce, na Jasnej Górze, okazywać uczucie wdzięczności. Przez wdzięczność będziemy potęgowali naszą wierność, sumienność, cierpliwość, rzetelność oraz ducha pokuty za nasze nieudolności, za to, że nie umiemy Jej służyć tak, jak ,.,tego wymaga lud, podążający tutaj każdego dnia i gromadzący się w istnym „oblężeniu Jasnej Góry”.

Wspólnie z kardynałem Wojtyłą rozważaliśmy przepis Konstytucji „De eligendo Summo Pontifice”: Jeżeli wybrany czuje się niegodnym i nie przygotowanym, niech wie, że Bóg, który stawia wymagania; On pierwszy podsunie swoje ramię z pomocą. – Słowa te były dla kardynała Wojtyły duchowym podniesieniem. I Wam to również powtórzę: jeżeli Bóg stawia wymagania i przysyła do Was wszystkie dzieci Narodu, wiedzcie, że nie odmówi łaski. A więc walczcie, pracujcie pod opieką Maryi. I pamiętajcie, że zwycięstwo, gdy przyjdzie – może jeszcze w innym wymiarze – będzie to zwycięstwo Tej, której jesteście niewolnikami i pomocnikami.

Te konfraterskie słowa, które kieruję do Was, wdzięczny za waszą modlitwę w mojej także intencji, zamknę błogosławieństwem, którego z serca udzielę.