1969.05.12 – Jasna Góra – Do wyższych przełożonych zakonów męskich

Drogi Ks. Biskupie, Przewodniczący Konsulty, Drodzy Ojcowie Prowincjałowie, Ojcze Generale, Ojcowie Opaci, Wszyscy Przełożeni Zakonów Męskich w Polsce.

Ilekroć spotykamy się, zwłaszcza po Soborze, w naszej pracy zawsze czynimy to w światłach, które nam Duch Boży ujawnił na Soborze. A Duch Boży w wielu dokumentach, a zwłaszcza w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele ukazał nam głęboką strukturę organizacyjną Mistycznego Ciała Kościoła, którą Sobór wkomponował obok hierarchii i ludu Bożego życie zakonne, a wszystko przeniknięte tym wspaniałym misterium obecnego w Kościele Chrystusa, który swój Kościół ożywia i uświęca i współobecnej w Misterium Chrystusa i Kościoła – Matki Kościoła. Skierowane to wszystko przez świętość, która staje się obowiązkiem, ku realizacji tych ostatecznych eschatologicznych zadań Kościoła, które realizujemy usque ad consummationem saeculi.

Dlatego też Biskupi, współpracujący z Konsultą, obecni na jej spotkaniach, obradach i pracach, wyrażają tylko prawdę określoną na Soborze. To nie jest desiderat ut unum sint, ale to jest stwierdzenie, że w tej budowli nadprzyrodzonej są jedno. Chociaż ludzkie przyzwyczajenia, a może i indywidualizm ludzki niekiedy utrudnia doskonałe wszczepienie się w tę teologiczną jedność Kościoła, jednakże do nas należy przezwyciężanie tych trudności i pogłębianie tego zjednoczenia na wzór który sam Chrystus w modlitwie swojej w Wieczerniku nam dał, prosząc Ojca, aby wszyscy, których Ojciec dał Synowi, byli jedno „jako Ja , Ojcze, i Ty, jedno jesteśmy. Ja w nich, oni we Mnie, my w Tobie”. Wszyscy. Przedziwna, trudna do pojęcia, do zrozumienia jedność, tak przecież odmiennych elementów, ale ukierunkowanych przez wielką miłość Bożą do wspólnego zadania.

Dlatego też w Kościele, zwłaszcza po Soborze, nie ma i nie może być tego „my” – „wy”. Bo chociaż ta jedność w Kościele zawsze jest wspaniałym ułożeniem rozmaitości, wielości, niemniej jednakże ta wielość tworzy jeden obraz Oblubienicy Chrystusa, Regina in vestitu de aureato circumdata varietate. Stąd też i przedziwny nakaz, który my mamy realizować, by przezwyciężając indywidualizmy, pogłębiać jedność w Kościele i przez tak osiągniętą jedność, która jest miłością, wypełnić zadanie, które nam przypada i w Kościele Powszechnym, a w szczególny sposób w Kościele polskim.

To, co powiedziałem – oczywiście w wymiarach Kościoła Powszechnego – nie traci sprzed oczu naszej realnej sytuacji w Kościele polskim. Mówię to nie w znaczeniu nacjonalistycznym, ale w znaczeniu biblijnym. Tak jak Chrystus myślał, posyłając Apostołów do wszystkich narodów, aby je chrzcili, nauczając.

Jest niewątpliwie w Kościele Powszechnym pełne zrozumienie dla tych właściwości narodowych, etnicznych, dla pewnego folkloru w tej wielkiej Rodzinie ludzkiej. Jest zrozumienie dla pewnej odmienności drogi, która prowadzi poszczególne narody ochrzczone na łono Ojca tą nieco odmienną drogą.

Czynią nam zarzut, zwłaszcza w prasie zagranicznej, że my przestrzegamy tzw. polskiej drogi soborowej. Uważamy, że zarzut ten może powstać tylko dlatego, że się niedostatecznie doczyta tekstów soborowych, gdzie bardzo wyraźnie i wielokrotnie jest powiedziane o tym, że poszczególne Kościoły wchodzące w skład Mistycznego Ciała Chrystusowego realizują Sobór w oparciu o własne środowisko religijne i o dorobek moralny, religijny, chrześcijański, katolicki danego Narodu. W stosunku do tego dorobku trzeba teraz dobierać i środki, odpowiednie środki, które w różnych narodach katolickich są na pewno nieco odmienne, chociaż in genere, istotowo są tymi samymi środkami, którymi posługuje się Bóg w ekonomii zbawiania Rodziny ludzkiej.

Dlatego też każdy, kto dobrze rozumie Sobór, musi zdać sobie sprawę z tego, że chociaż cele nasze w Kościele Bożym są identyczne, chociaż wszyscy realizujemy tę świętość, ostateczne zadania, eschatologiczne, jednak zadania te realizujemy w oparciu o rzeczywistość religijną, którą mamy u siebie, we własnej Ojczyźnie, we własnym kraju.

Ilekroć mówi się o polityce kolonialnej, o czym mamy szczególnie wiele powiedziane w Encyklice „De progressione populorum promovenda”, to zwraca się tam uwagę na to, że poszczególne narody, chociaż byłyby na początku swej drogi rozwojowej, jednakże muszą zachować pełną autonomię, ażeby z niej korzystając, mogły się należycie rozwinąć. I te właściwości, które posiadają, które im Stwórca dał, by mogły należycie i swobodnie rozwinąć, bo w ten sposób powstaje dopiero dorobek tej Rodziny ludzkiej, kulturalny dorobek całej Rodziny ludzkiej.

Tak jest w porządku przyrodzonym. I w porządku nadprzyrodzonym jest podobnie. Nie można bowiem przenosić gotowych już niejako doświadczeń i doznań Narodu, który w życiu chrześcijańskim bierze udział od wieków, na płaszczyznę niekiedy całkowicie dziewiczą, jak to jest w wielu narodach, które zaledwie od pół wieku czy wieku, włączyły się w jakimś skromnym procencie w życie Kościoła. Jest rzeczą szkodliwą przeskoczyć ten okres koniecznego katechumenatu, który niekiedy musi doprowadzić do pełnej dojrzałości, ale to się dzieje powoli.

Również szkodliwą jest rzeczą przenoszenie doświadczeń, niekiedy o posmaku kryzysowym, z jednej społeczności religijnej na inną społeczność religijną. Wtedy niejako zwalnia się, dyspensuje się własną wspólnotą narodową, religijną, od koniecznego wysiłku, który musi podjąć dana wspólnota religijna dla pełni swego rozwoju.

Stąd też i przenoszenie najbardziej ciekawych wzorów i doświadczeń życia religijnego starych narodów chrześcijańskich na życie narodów młodych, czy też początkujących, jest niekiedy bardzo szkodliwe, tak jak solidny pokarm jest szkodliwy dla noworodka.

Oczywiście, to są porównania a omnis comparatio clauditat. Oczywiście, zdaję sobie sprawę i z tego, że dzisiaj się przyspiesza te etapy rozwojowe. I to co kiedyś szło wiekami całymi, wszczepiając się w życie konkretnego narodu, dzisiaj się niezwykle przyspiesza na skutek zbliżania się poszczególnych ludów i narodów, chociażby zapóźnionych, do kultury narodów już zaawansowanych w swym życiu religijnym.

Tutaj zawsze trzeba sobie zdawać sprawę z tego, co tak wspaniale w Encyklice „De progressione populorum promovenda” wskazane, zdawać sobie sprawę z tego, że tak jak dziecko musi przejść swój okres dziecięcy, zanim dojdzie do młodzieńczego i dojrzałości, tak też i w życiu religijnym, początkujących narodów musi być dla dojrzałości, dla ładu wychowawczego, muszą być wszystkie te etapy należycie przeżyte i muszą mieć swoje miejsce.

Z tego, co powiedziałem, można tylko w drodze zastosowania przejść i na odcinek życia zakonnego, gdzie również trzeba się liczyć, i to ciągle podkreślam, nie pierwszy raz o tym mówię, trzeba się liczyć z pewnymi właściwościami każdej rodziny zakonnej, która powstając w konkretnych warunkach ma też i konkretne zadanie z tych warunków wyniesione. Chociaż warunki się zmieniają i zadania się zmieniają, ale duch rodziny zakonnej pozostaje.

To usprawiedliwiałoby w pewnym zakresie, w pewnym wymiarze, że istnieje jakaś polska droga posoborowa, jak musi istnieć i włoska droga posoborowa, i francuska, i holenderska, i hiszpańska, i amerykańska, i jakakolwiek.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Mam przed oczyma te skróty, tę szybkość rozwojową współczesną, uczestnictwo poszczególnych wspólnot religijnych i narodowych w dorobku całego Kościoła Powszechnego i całej kultury ludzkiej. Mam to wszystko przed oczyma. Ale jednocześnie widzę to zróżnicowanie. I ono jest błogosławione. Ono musi być w pewnym stopniu uszanowane. My musimy się włączać właśnie w to środowisko własne, w którym żyjemy, w stosunku do którego mamy odpowiedzialność przez uczestnictwo w zadaniu hierarchii: Nauczajcie wszystkie narody. Nauczajcie swój naród, konkretny swój naród, chrzcząc go. A więc uświęcając go, takim jakim on jest.

To są kapitulne, może niedostatecznie docenione myśli Encykliki. Zresztą przedtem już zawarte w Encyklice „Pacem in terris”. Myśli, które każą uszanować te właściwości i własne zadania wspólnot narodowych, czy religijnych, czy – przez analogię – wspólnot zakonnych.

Dlatego też, Drodzy moi, nie będziemy się lękali tego zarzutu, że Kościół w Polsce idzie swoją własną drogą posoborową i że realizuje Sobór wolniej czy szybciej. Na ten temat można się spierać. Ale realizuje po swojemu. Ma upoważnienie w każdej dziedzinie, i teologicznej, i liturgicznej od Soboru. Musi też sobie zdawać sprawę z zadania, które w tych konkretnych warunkach ma do wypełnienia.

Mając to na uwadze, nie przyjmujemy w ogóle zarzutu, który nas niekiedy spotyka z prasy zagranicznej, że polski Episkopat opóźnia realizację Soboru. Polski Episkopat przede wszystkim chce mieć przed oczyma rzeczywistość religijną polską, za którą on jest odpowiedzialny przed Opatrznością Bożą i przed Kościołem Powszechnym. I taki slogan gładki, operatywnie aktywny, on na nas wpływu żadnego mieć nie może. Do nas należy rozeznać dobrze środowisko religijne polskie. Do nas należy włączyć wartości soborowe w rodzime środowisko religijne i realizować Sobór w Polsce nie po francusku, niemiecku, czy holenderska, tylko – po polsku. Bo my pracujemy dla Narodu polskiego, licząc się ciągle z jego właściwościami.

To jest zagadnienie niedocenione, może na skutek właściwego nam snobizmu, któremu się niekiedy poddajemy, bo wychwalamy zawsze, co obce, a nie doceniamy tego, co rodzime. Byle zarzut, który nam postawią w prasie francuskiej, czy angielskiej, czy holenderskiej, już się nam łatwo czepia i czujemy się nim zdeprymowani. A powinniśmy zachować spokój, bo powinniśmy w sposób właściwy ludziom dojrzałym odpowiadać: My z woli Opatrzności Bożej odpowiadamy za Kościół w Polsce. I nie będą Francuzów obwiniali za stan Kościoła w Polsce, tylko nas. I nam będą czynili zarzuty, że nie znamy naszego środowiska religijnego.

Na ten temat jest tyle zuchwałych sądów, zwłaszcza w tej publicystyce teologicznej, pisanej dzisiaj i w naszej Polsce. Niedawno czytałem taki referat, wygłoszony przez jednego ze świeckich katolików w Klubach Inteligencji Katolickiej, w którym postuluje cały szereg spraw, wziętych po prostu żywcem z literatury francuskiej. I postuluje m.in. takie rzeczy, które albo u nas są realizowane, ale ich nie dostrzegł w Polsce, albo też absolutnie nie mają podkładu rozwojowego dla realizacji. Zwłaszcza to wszystko, co ten młody, prawdopodobnie dobrej woli człowiek, ale niedostatecznie teologicznie pogłębiony, powiedział o stosunku świeckich i hierarchii, wskazuje na to, że on niemalże nie widzi hierarchii w Kościele, widzi tylko świeckich. Owszem, ustanawia swoisty dyktat świeckich dla hierarchii. Zakłada, że do nich to należy hierarchię tak ukierunkować w Polsce, jako gdyby o hierarchii nie mówiło się w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele, a tylko o świeckich. Rezultat właśnie takiego rozumowania spotykam w rozmowach z tego typu ludźmi. Rozmowa bardzo często kończy się stwierdzeniem, na które ja nie zawsze mogę się zdobyć: ja jestem katolikiem! No, mój Boże, czy ja jestem katolikiem? Ale jeżeli ty jesteś katolikiem, to ja jestem twoim biskupem. Bo o ile się z tym pogodzisz, że ja jestem twoim biskupem, o tyle ty jesteś katolikiem. Jeżeli się z tym nie pogodzisz, to oświadczenie twoje jest bez znaczenia.

Taka postawa pochodzi stąd, że ludzie się oczytają tej literatury publicystycznej. Ba, żeby teologicznej, ale publicystyki teologicznej, która zazwyczaj jest taką łatwością gładkiego mówienia bez pogłębienia teologicznego. Stąd ta nieustanna skłonność przerzutów myślowych w naszym środowisku. Często mówimy, i na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, i na Akademii Teologii Katolickiej profesorom: piszcie teologię po polsku. Nie idzie o nacjonalizm teologiczny, tylko piszcie, przestańcie robić przekłady, przestańcie kopiować z obcych artykułów, bo to jest sprzyjanie lenistwu, opieszałości umysłowej, bo to jest potwierdzenie nieproduktywności słowiańskiej, o której tak dużo Francuzi lubią mówić. Przestańcie przekładać, przestańcie wydawać książki li tylko obce. Zacznijcie pisać polskie książki, w oparciu o polskiego czytelnika, o jego rozwój teologiczny i o jego duchowość, duchowość religijną. Starajcie się zrozumieć tę duchowość religijną polskiego człowieka, do którego przemawiacie z ambony, w konfesjonale, od ołtarza itd. A to będzie ta polska droga soborowa, wtedy gdy my zaczniemy Sobór stosować w środowisku polskim rozwojowo, ewolucyjnie, w sposób dojrzały bez jakichś ambicji ubocznych.

Dlaczego to wszystko mówię? Dlatego, Drodzy moi, że rzutując analogicznie możemy to samo odnosić i do życia zakonnego. Nie chciałbym przez to być zrozumianym, jakobym Was, Prowincjałowie, chciał oderwać od waszych Generałów, od waszych Rodzin zakonnych, dlatego że to ja ich najczęściej zapraszam do Polski, i ja ich przekonuję, żeby się nie bali, że ostatecznie z Polski też przyjeżdżają na Sobór ludzie z głową na karku. Jeszcze nie uciekli spod gilotyny. Jeszcze mają, że tak powiem, głowę całą. Kiedyś tak mi tłumaczył jeden z dygnitarzy w Rzymie; temu że Prymas przyjechał do Rzymu, to się nie dziwię, ale że wraca do Polaki, to się mu dziwię. Ja mówię: ja się tobie, bracie, dziwię, że ty biskupowi się dziwisz, że biskup wraca do swojej owczarni, to ja się tobie dziwię. Ale przestańmy się sobie dziwić. Chciejmy się zrozumieć. Ja nie namawiam ciebie, żebyś jechał, do Polski. Twoje zadanie jest tutaj, gdzie ty siedzisz.

Powiedziałem kiedyś kardynałowi chińskiemu, że nie powinien siedzieć w Niemczech, tylko na tym skrawku ziemi chińskiej, która jeszcze została. Pojechał. Nie powiem, pod moim wpływem, ale pojechał. I to jest właściwe miejsce, bo ziarno musi wpaść w ziemię i tam wydać swój owoc, owoc czasu swego.

Potem już przestano mnie zaczepiać o to, że wracam do Polski, bo to jest poza dyskusją, to jest poczucie miejsca. Dlatego też Generałów Rodzin zakonnych zapraszam, żeby przybywali do Polski i rozpoznali dobrze rzeczywistość zakonną swoich rodzin zakonnych na miejscu, żeby nie poprzestawali tylko na relacjach, tylko żeby rozeznali, w jakich warunkach te rodziny zakonne muszą pracować.

Z tego wypływa wniosek dalszy: jeżeli tak rzecz się ma, to po to, ażeby ułatwić również Wam, Najmilsi, Prowincjałom, takie „aggiornamento” soborowe, które by niezależnie od schematów ogólnych – które mogą być ramami dla pracy danej rodziny zakonnej o wymiarze międzynarodowym –  żeby niezależnie od tego było miejsce dla tej polskiej drogi dla danej rodziny zakonnej, pracującej w Polsce i żeby nie było takich decyzji z którymi nieraz się spotykamy w żeńskich wspólnotach zakonnych o charakterze międzynarodowym, że podejmują takie uchwały, które chcą realizować w Polsce i my musimy mówić „nie, my się na to nie zgadzamy”. My się nie zgadzamy na to, żeby nasze siostry zakonne łaziły po kinach, po restauracjach, dlatego że to gdzieś w Ameryce jest dopuszczone, dozwolone i wywalczone przez tamte siostry zakonne. One się do tego nie palą, nie rwą, im to nie jest potrzebne. One mają coś innego, ważniejszego do roboty. Niedawno jeszcze rozmawiałem z taką przełożoną prowincjalną, która przyszła z uchwałami Kapituły Generalnej do mnie i powiada: my nie możemy tych uchwał ogłosić tu, w Polsce, bo nam się rozłoży życie zakonne. Ja mówię: dziecko, zostaw to u mnie, my się naradzimy z Biskupem Dąbrowskim. My coś z tego zmodyfikujemy, zgodnie z polską drogą.

To nie jest, Drodzy moi, próba ograniczania wpływu władz nadrzędnych, ale to jest właśnie to, co jest niezbędne i dla tej polskiej drogi zakonnej, jak istnieje polska droga soborowa. To nie jest jakieś zapóźnienie, uwstecznienie. To jest tylko pracowanie realistyczne w zrozumieniu własnego środowiska, w przezwyciężaniu opieszałości myślowej dociekliwością własną, która tutaj jest konieczna.

Błogosławieństwem dla nas w tej chwili okazało się to, że w swoim czasie przybył do Polski Abp Casaroli, a myśmy go prosili: Bracie, jedź wszędzie i rozmawiaj ze wszystkimi. Nie będziemy ci przeszkadzali. – Czy Prymas chce być świadkiem tych rozmów? – Absolutnie nie chcę. Mam dość rozmów. Więc rozmawiaj sobie sam, ale jedź wszędzie. Był wszędzie, rozmawiał z każdym biskupem bez świadków. Był w każdej diecezji. To dzisiaj się ogromnie przydaje, bo on ma zrozumienie naszej rzeczywistości. A to jest niezbędne dzisiaj w kierownictwie Kościołem Powszechnym, by mieć zrozumienie odmiennej rzeczywistości, nie powiem – lepszej czy gorszej, bardziej postępowej czy mniej, ale odmiennej rzeczywistości religijnej, o której niekiedy wypadnie postanawiać.

Jeżeli, Drodzy moi, to mówię, to właśnie dlatego, że i Wy z tym zagadnieniem jako przełożeni generalni czy prowincjalni się spotkacie. Spotkacie się prawdopodobnie i z tym tzw. kryzysem doktrynalnym w dziedzinie życia zakonnego w świadomości wielu zakonników. Na pewno się z tym spotkacie. Otóż, o co idzie? Idzie o właściwe rozeznanie tego, co się pisze zwłaszcza za granicą. W jakim środowisku to się pisze, z czego to wyrasta, z jakich spostrzeżeń, z jakich doświadczeń? Bo na pewno doświadczenia nasze, rozeznania nasze i przeżycia nasze są nieco inne, i wnioski muszą być inne.

I dlatego też i wasze „aggiornamento” nie musi być jakimś gotowym schematem, który się ustala dla całego świata i per fas et nefas realizuje się we własnym środowisku religijnym. Ono musi być zinterpretowane zgodnie z potrzebami danego środowiska religijnego. Aby uchronić, zwłaszcza Konfratrów w waszych wspólnotach zakonnych, trzeba zachęcać do tego, żeby mniej się zajmowali publicystyką teologiczną, tym plotkarstwem, zbieraniem informacji, żeby nareszcie – jak napisał Kard. Wojtyła do „Tygodnika Powszechnego” – żeby mieli jako główne zadanie, nie informowanie o całym świecie, tylko inicjacje soborowe w danym środowisku, w polskim środowisku. To będzie służba, właściwa służba Kościołowi.

Dlatego też i my nie tyle zajmujmy się zbieraniem całego pokłosia plotek teologicznych, sensacji religijnych, co który biskup gdzie zrobił, w jakim habicie chodzi taka czy inna zakonnica, czy ma Komunię św. przyjmować jak dawniej, czy też koniecznie z ręki, choćby była najbardziej brudna, bo i takie my mamy na gwałt wnioski, o czym później troszkę. To wszystko są rzeczy, które gdzieś tam mogą się dziać, ale u nas ta sprawa musi być, musi wyrastać z naszej ewolucji środowiskowej, z naszych odczuć i doznań i z naszej celowości religijnej. I to musi się odbyć w jakimś wymiarze i to „aggiornamento” soborowe dla rodzin zakonnych, żyjących w Polsce.

Tutaj oczywista, ważną jest zawsze rzeczą i uspokajającą rzeczą, żebyśmy my natchnienie czerpali z eklezjologii, która jest tak wspaniale wypowiedziana w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele. Trzeba by skłonić członków rodzin zakonnych do tego, żeby chcieli te rzeczy w swoim zakresie przemyśleć. Bo za dużo, że tak powiem, opieramy się na materiale wtórnym, na jakichś przeróbkach, odczuciach, resentymentach obcych, a za mało na dokumentach.

Dla nas np. obecnie błogosławiona była inicjatywa duszpasterska, to znaczy pomoc Ojcu św. w duchu „Credo Pawłowego”. To Credo wypowiedzieliśmy tutaj Biskupi polscy na Jasnej Górze. Prosiliśmy, by „Credo Pawłowe” – chociaż dla ludu jeszcze może za trudne – żeby jednakże ono było jakoś przedstawione na odcinku poszczególnych parafii. Ja osobiście musiałem je przeżyć już raz z duchowieństwem Archidiecezji Warszawskiej i przypuszczam, że jako mało pojętny uczeń mam tę łaskę, że będę mógł raz jeszcze to samo przeżyć z duchowieństwem Gnieźnieńskim, które tu przyjedzie w czerwcu na Jasną Górę.

Ale sam zrozumiałem, co to znaczy ta wnikliwość iterum atque iterum kontaktu z tekstem. Gdyby nie ta inicjatywa duszpasterska, prawdopodobnie znakomita większość kapłanów w Polsce by jeszcze tekstu tego ani nie miała w ręku, ani go nie przeczytała, a na pewno by na ten temat naopowiadała dużo, tak jak to ci lub owi podsuną i pozwolą nam wypowiedzieć. My wiemy, jak to byłoby szkodliwe.

Inicjatywa duszpasterska ma olbrzymie znaczenie soborowe w realizacji soborowej. Jak ma olbrzymie znaczenie dla naszego rzeczywistego kontaktu z tym świadkiem wiary, Głową Kościoła widzialnego, Zastępcą Chrystusa, Ojcem Św. Pawłem VI, o którym się tak wiele mówi, a tak mało staramy się Go zrozumieć, wczuć w to, co On mówi Kościołowi, jak On naucza Kościół.

Jeden ze świeckich ludzi powiedział mi parę miesięcy temu: najbardziej pożywnym pokarmem dla mnie, dla moich myśli jest to, co mówi Papież w swoich licznych przemówieniach. Rodzi się pytanie, w jakim zakresie to dla nas, dla kapłanów diecezjalnych czy zakonnych jest to pożywieniem?

Jeżeli jako przykład daję znaczenie takiej inicjatywy duszpasterskiej, jaką przeżywamy przez swoje pielgrzymki i diecezji i rodzin zakonnych w duchu „Credo Pawłowego” na Jasną Górę, to dowód, Najmilsi, że ta inicjatywa duszpasterska zaplanowana przez Konferencję Episkopatu musi być przyjęta w duchu tej celowości, która Episkopatowi przyświeca. Zresztą nie tylko ta, ale i wszystkie inne inicjatywy duszpasterskie zaplanowane przez Konferencję Episkopatu.

Rodziny zakonne muszą nam w tym pomóc. Wiemy, że niektóre rodziny zakonne dużo pomocy Episkopatowi w tej dziedzinie przyniosły i za to jesteśmy bardzo wdzięczni. Ale oczywista wiemy, że nie wszystkie rodziny zakonne. A dla jedności działania jest rzeczą niezbędną, aby to czyniły wszystkie rodziny zakonne.

To, co na co my, Biskupi polscy, zwracamy uwagę, zwłaszcza w naszych seminariach diecezjalnych, może mieć i jakieś znaczenie i dla wyższych seminariów i instytutów zakonnych. Ostrzegamy, ażeby nasi wychowawcy i profesorowie w tych uczelniach, gdzie kształtuje się ludzi dopiero od początku, żeby nie głosili nauki niepewnej, opartej na nauce takiego czy innego autora, dla którego autorytet Kościoła praktycznie nie istnieje.

Jest to zasadniczy postulat wychowawczy. Ponieważ dialog jest modny, więc jest i dialog między biskupem a alumnami. Ja sam taki dialog dopuściłem w Seminarium Metropolitalnym Warszawskim. Po zapoznaniu się z tymi pytaniami, które były postawione w charakterze anonimowym, bez podpisu, żeby ułatwić tzw. dialog, chociaż wiemy, że dialog nie jest anonimowy, tylko jest facio ad facies, osobowość ku osobowości, umysł ku umysłowi, „veritatem facientes in caritate” obydwu stron. Ale dopuśćmy tzw. dialog. Dostrzegamy, że podnoszona w pytaniach problematyka jest raczej po linii peryferii, po linii uczuleń, postulatów nie zawsze dających się do zrealizowania, tych jakichś pogłosów zasłyszanych. Natomiast nie zawsze widać w tym sens całości, poprawnego myślenia teologicznego.

Naprzód trzeba młodzież nauczyć prawd wiary, zanim ona zdolna będzie do tzw. dialogowania. Oni naprzód muszą wiedzieć, czego Kościół uczy, a nie zawsze to wiedzą. Wiemy, z czym przychodzi nasza młodzież po maturze do seminariów diecezjalnych czy instytutów zakonnych. To są bardzo często ludzie, którzy niewiele wiedzą o sakramentach św., o Mszy św. Trzeba przez kilka lat poprowadzić rzetelną pracę, poprzez doświadczenia i wypróbowaną wiedzę, którą się przekaże systematycznie wychowywanej i kształconej młodzieży. A dopiero potem, gdy stworzy się fundamenta fidei, dopiero wtedy można by próbować tzw. dialogu.

Trzeba tłumaczyć młodzieży, że postęp nie polega na nowości, na chwytaniu tego, co nowe. On polega na pogłębianiu naszej umysłowości, naszej credibilitas, naszej osobowości. Zagadnienie tzw. nowoczesności jest mitem, tak jak tyle innych mitów. Ten mit „nowe, nowoczesne” trzeba zastąpić innym „prawdziwe”, pogłębiając prawdę, będącą rzeczywistym postępem, rzeczywistym rozwojem w stosunku do tego, co było. Zawsze jednakże trzeba rozumieć prawdziwy, głęboki sens Kościoła, w którym żyje Chrystus, Pater futuri saeculi. Cała eklezjologia ożywiania i uświęcania, ta eklezjologia, w która wkomponowano mariologię, obecna w misterium Chrystusa i Kościoła, eklezjologia Ludu Bożego – to jest prawdziwy postęp, chociaż odwołuje się do prawd, do terminologii, którą się już posługiwał i Piotr Apostoł i Paweł z Tarsu.

A jednak: to jest postęp, to jest widzenie rzeczywiste. Prawdziwe widzenie Ludu Bożego.

To wytłumaczyć, to wyjaśnić, z tego dopiero wyprowadzać wnioski dla prawdziwie nowoczesnego kształtowania tych umysłowości teologicznych człowieka czasów naszych. Na ten temat, Drodzy moi, nigdy za mało, zawsze trzeba mówić jak najwięcej. Przekonywać młodzież w instytutach zakonnych o konieczności systematycznego kształcenia swej umysłowości, pogłębianej przez wiarę, przez miłość, przez odpowiedni poziom moralny, pogłębiający się poziom moralny.

Bo pod tym względem znowu – ja się z takimi rozmowami spotykam – nieraz tyle hałasu, tyle krzyku, ilekroć ktoś czeka na jakąś dyspensę, uwolnienie od czegoś, bo powiada – Sobór. Bracie, czy tylko to wyczytałeś w Soborze? To w takim razie usiądźmy przeczytam ci jeden rozdział z Soboru. Naprzód to bracie zrób, co jest napisane w I, II czy III rozdziale Konstytucji Dogmatycznej o Kościele. Naprzód to, a potem przyjdź, porozmawiamy dalej o tym, czego ty chcesz.

Ważną jest rzeczą, Najmilsi – może niepotrzebnie to mówię – podtrzymywanie, rozwijanie, pogłębianie postaw wspólnotowych w życiu każdej rodziny zakonnej. Bo to się tak jakoś troszkę rozłazi. Nie zawsze doceniamy niebezpieczeństwo, które tutaj grozi. Ostatecznie, zakon jest rodziną, zatem jest wspólnotą, nie tylko wspólnotą przeszłościową o tradycji, zasługach, ale jest wspólnotą aktualną dziś. To jest zawsze vita communis. Jeżeli dla kleru diecezjalnego posługuje się dzisiaj i w kodeksie i w praktyce, vitam communem, jeżeli my biskupi naciskamy na proboszczów, zwłaszcza w większych parafiach, żeby utrzymywali przynajmniej mensam communem, chociaż to tak trudno jest, zwłaszcza w dużych miastach, żeby utrzymywali wspólnotę pracy przez konferencje cotygodniowe proboszcza z wikariuszami, żeby odbywali spotkania, tak jak się odbywają ciągle spotkania dekanalne, czy też kongregacje dekanalne, czy konferencje dziekanów, w naszej Archidiecezjach co dwa miesiące, czy kongregacje dziekańskie każdego roku dwu, trzydniowe. To wszystko jest wyrazem potrzeby, pogłębiającej się potrzeby, rozwinięcia i pogłębienia ducha wspólnoty.

To samo musi być w życiu zakonnym, żeby zakonnicy nie wyobcowywali się pod lada błahymi pozorami z życia wspólnoty zakonnej.

Pewnie – warunki dzisiejszej pracy; pewnie -różne zadania, pewnie – przenikanie w teren; stwarzają mnóstwo sposobności i okazji do wychodzenia z wspólnoty zakonnej. Ale obok tego musi istnieć wewnętrzne zrozumienie dla każdej osoby, dla każdego indywiduum, znaczenia tej wspólnoty zakonnej. Żeby się ona za bardzo nie rozłaziła. Wychowywanie w tym kierunku.

Ostatnio, na Konferencji Episkopatu Polski przewodniczący krajowy Duszpasterstwa Akademickiego przedstawił mi listę duszpasterzy akademickich obozów wędrownych. I to była rzeczywiście turba magna quam dinumerare nemo potest. Ciekawa rzecz, myślę, niektóre klasztory prawie opustoszeją, bo wszyscy będą wędrowali. Rozumiemy, istnieje pewna kategoria duszpasterzy akademickich i w centrali krajowej i w centralach diecezjalnych, w miastach akademickich. My znamy tę listę, wiemy, kto jest przez władze zakonne do tego upoważniony. Ale obok tego, przecież chyba nie uwierzycie, gdy już w tej chwili jest ponad 200 petycji o pozwolenie na sprawowanie Mszy św. i spowiadanie, że tak powiem, in toto orde Poloniae – nad rzekami, nad wodami, nad lasami, gdziekolwiek, na kamieniu, na drzewie, czy na ziemi. To jest i ciekawe i potrzebne, ale i niebezpieczne. Czy przełożeni zakonni dostatecznie kontrolują tę sprawę? Ten wyraz „kontrola” jest bardzo niepopularny. Ale jeżeli tak się dzieje – a mamy na to dowody – że wędrujący duszpasterz, czy świecki, czy zakonny ksiądz zrzuca plecak, ten plecak okrywa płaszczem i albo nadziewa albę, albo nie, na swoje minii-spodnie i zaczyna odprawiać Mszę św. bez sutanny, niekiedy bez niczego, spowiada założywszy nogę na nogę – gołą, oczywiście – dziewczęta. Dzieją się te rzeczy.

Czy przełożeni zakonni należycie kontrolują to niebezpieczne zjawisko, które potem doprowadzi do tego, że obozy wędrownego duszpasterstwa nabiorą nowego oblicza i nieciekawego zupełnie charakteru?

My stwierdzamy, że duszpasterstwo akademickie bardzo się pogłębiło. My to stwierdzamy, my to widzimy. Zwłaszcza ostatnia pielgrzymka młodzieży akademickiej na Jasną Górę jest takim dowodem pogłębiającego się nurtu w pracy duszpasterskiej wśród młodzieży akademickiej. Ale też i tam właśnie najczęściej spotykamy się z przedziwną skłonnością do laicyzacji. Naprzód się laicyzują oczywiście księża duszpasterze, a niestety – bardzo często właśnie pracujący niekiedy z wielkim poświęceniem, z wielkim trudem – w duszpasterstwie akademickim.

To jest jeden z elementów problemu podtrzymywania, rozwijania postawy wspólnoty w rodzinie zakonnej. Żeby ją sobie cenić. Człowiek wprowadzony w nerwowy nurt pracy codziennej sam odczuwa potrzebę jakiegoś odejścia, zamknięcia się, spokojnego – jeśli nie ma talentu do modlitwy – przynajmniej posiedzenia, żeby ocenił samego siebie. To jest jeden z postulatów, który w szczególny sposób staje przed życiem zakonnym i domaga się należytego ustosunkowania.

Dotknąłem tutaj sprawy laicyzacji stroju, o czym już mówię do znudzenia. Już stali uczestnicy naszych spotkań mogliby powiedzieć jak Janowi: w kółko o tym ciągle gadasz, chociaż to nie jest najważniejsza rzecz, tak jak miłość, jak Jan powiedział: bo wystarczy to uczynić i sufficit. Oczywiście, nie wystarczy, dlatego że nie habit czyni mnicha. Ale, Drodzy moi, to jest postulat tej chwili – już powiedziałem – wyznania wiary. Bo przecież laicyzacja do tego zmierza, żeby jak najprędzej to wszystko poprzebierać, na kelnerów – bo niekiedy wyglądają ci ludzie w okropny sposób, tak poprzebierani. Ludzie potrzebują habitu i sutanny. Oni tego potrzebują. Zapewne, znajdzie się taki lub ów, który się boi sutanny. Ale są i tacy, którzy doznają ulgi, gdy się spotkają z sutanną lub z habitem. No, nareszcie, jeszcze tak źle nie jest. Jeszcze ci ludzie są świadomi, że i to wymaga jakiejś ofiary, jakiegoś nakazania sobie, pewnej dyscypliny zewnętrznej, z którą bardzo często się łączy i dyscyplina wewnętrzna, chociaż nie zawsze.

Chcę na nowo tę sprawę, jako pokorną prośbę zanieść do wyższych przełożonych Zakonów Męskich. To jest pokorna prośba, nie „widzimisię” lub czyjś kaprys, wypływająca ze zrozumienia więzi społecznej, która Kościołowi w widzialny sposób jest potrzebna. Jest potrzebna Ludowi Bożemu. Czuwajcie nad tym, Najmilsi. Jeżeli nie chcecie dopuścić do tego, że Wam opustoszeją klasztory. Może ktoś powiedzieć: drobna rzecz. Ale z tym się łączy jakaś zdolność do ofiary. A nie myślcie, że bez ducha ofiary będziecie umieli przyciągać ludzi, pociągać do siebie ludzi.

Jeżeli nasza młodzież akademicka w pielgrzymce dzisiaj śpiewa że oni chcą nowego życia bez palenia i bez picia, no, mój Boże, oni to odczuwają, oni krzyczą. Sam słuchałem, gdy wędrowała grupa akademicka na Jasną Córę, oni to wyśpiewywali. Myślę sobie, czy oni to u mnie to zauważyli, czy to jest zamówienie dla Prymasa, żeby przestał palić i pić? No, ale to jest też znak czasu. To też jest wołanie. My – poza zdaje się zakonem kapucynów – nie możemy pozyskać innych rodzin zakonnych dla tej pracy trzeźwości, popierania trzeźwości. A to jest przecież problem, olbrzymi problem naszego życia narodowego i moralnego.

Nie chciałbym wchodzić za głęboko w sprawy karności i dyscypliny wewnętrznej, bo, Drodzy moi, na pewno o tym sami będziecie tutaj radzili, program na to wskazuje. Chciałbym wrócić do sprawy tych, „którzy już nie chodzą z nami”. Tych, którzy dla różnych powodów się załamali. Zwłaszcza gdy idzie o księży zakonnych, którzy odeszli, którzy niekiedy – jak mnie osobiście nieraz wyznają – zapewniam Ks. Prymasa, tu nie idzie o kobietę – ale tacy czy inni przełożeni, taki czy inny ich stosunek. Tłumaczę wtedy – bo chce, żeby go przyjąć do diecezji, bo w zakonie wytrzymać nie może – mówię: bracie, a czyś ty słyszał o tym, że wielu księży mówi, że już z Prymasem w diecezji wytrzymać nie mogą? A ty chcesz do tej diecezji przyjść, w której księża mają tak ciężkie życie. Czy to ci naprawdę pomoże? Wracaj, bracie, do twojego przełożonego zakonnego i język z nim wspólny odszukaj. Pomów sobie z nim na tej najwspanialszej płaszczyźnie, na której możecie się zawsze porozumieć – w cierpliwości i miłości.

Muszę, Drodzy moi, sam u siebie boje całe staczać z niektórymi kapłanami zakonnymi, którzy koniecznie chcą pracować pod moim kierunkiem. Mówię im: vade in pace, bo ja też chcę mieć spokój święty. Jeżeli tyś nie wytrzymał w takiej wspólnocie zakonnej, to czy ty wytrzymasz w takiej wielkiej rodzinie diecezjalnej. A przełożony za blisko na mnie patrzy. – Ale przecież ty wiesz, że i Prymas ma wszędzie swoich szpiegów. – A to nieprawda. – No, tak mówią, tak piszą, są anonimy, i są najrozmaitsze „szpiegi”. Przecież o tym dzisiaj się najpowszechniej mówi, ilu to tych szpiegów ja mam na swoim koncie.

Śmieje się taki człowiek, ja też się śmieję, ale – Drodzy moi – musimy bardzo czuwać nad tym. Bo ja rozumiem, że niekiedy tak bywa, że już z takim kochanym darem Bożym w zakonie wytrzymać nie można. Ale nie myślcie, że jeżeli Wy nie możecie wytrzymać, to niech sobie biskup z nim wytrzyma. A co z nim zrobić, jeżeli on jest księdzem? Co w takim razie z nim zrobić?

Nieraz gdy mi doradzają: niech idzie w spokoju, odpowiadam swoim współpracownikom w Kurii: nie, bracia kochani, nasze własne brudy będziemy prali w naszymi domu i nie będziemy obdarzali takim „świadectwem wspaniałym”, jakie się niekiedy czyta, ach, jakie zalety, cnoty, przymioty – tylko do naszej rodziny zakonnej się nie nadaje. Ale w diecezji będzie dobrym duszpasterzem – Niekiedy tak bywa, oczywiście. Ale to nie są argumenty. Chyba trzeba inaczej te problemy rozwiązywać.

Ja trzymam się tego, że jeżeli ksiądz starszy nagle dostał – powołania do zakonu, to mu odradzam: Nie chodź bracie, bo za dużo wnosisz z sobą elementu indywidualistycznego. Pewno nie rozsadzisz zakonu, ale tam dobrze ci nie będzie. I niestety, bardzo często się to sprawdza. Po jakimś czasie taki trzymany za poły przeze mniej, wraca i powiada, że się pomylił. Ale szkoda, że tak późno. I wracają znowu potem. Gdy idzie o starszych kapłanów, nie wydaje mi się by było rzeczą pożyteczną przyjmowanie ich do rodzin zakonnych. A niektórzy doświadczywszy kłopotów życia na parafii, szukają schronu i nadziei na spokojniejsze życie pod opieką zakonu czy zgromadzenia zakonnego. My wiemy, takie powołanie wyrachowane, co ono jest warte, jak małe ma znaczenie.

Więc dlatego też, Drodzy moi, z tym ostrożnie.

Jest jeden problem krańcowy, trudny, bolesny. Gdy ksiądz odszedł od wspólnoty zakonnej i po jakimś czasie przysyła mi Kongregacja dekret zwalniający kapłana od obowiązków wynikających ze święceń kapłańskich. Przysyłają pocztą, no i proszą, ażeby to bardzo dyskretnie wszystko zrobić, ażeby go po cichu zawołać, ażeby dokładnie wszystko wyłożyć, aby jeszcze na niego zadziałać i żeby on nikomu nic nie mówił. Już tłumaczyłem kilkakrotnie, ostatnio taki list dostaliśmy, w którym niecierpliwemu ex-zakonnikowi tłumaczą: poczekaj, załatwiamy sprawę przez pocztę, bardzo uprzejmie. A my wiemy, że zanim ja ten list otworzę, to on już jest przedtem otwarty i tak zaklejony, że żadna siła go w Sekretariacie otworzyć nie może. Trzeba kopertę drzeć raczej, bo nie da się odkleić, tam gdzie się zazwyczaj koperty odkleja. Już jest przeczytany, skopiowany, już „ten denat”, kandydat do małżeństwa, jest wzięty na specjalne spytki i przepracowanie. Rezultat tego jest bardzo bolesny, bardzo przykry.

Niektóre rodziny zakonne tak załatwiają, że posyłają wprost taki wniosek, chyba, że czyni to sam zainteresowany do Kongregacji albo do Kurii Generalnej w Rzymie. Kuria Generalna załatwia to w Kongregacji, a Kongregacja śle oczywiście do Prymasa. A ty sobie rób teraz co chcesz, człowieku Boży, ażeby za wszelką cenę zachować tę tajemnicę, o której już wszyscy wiedzą. A przede wszystkim przyjaciele, przyjaciółki, kandydatki na żonę dla takiego niewiernego kandydata do wierności małżeńskiej.

No, moi Drodzy, tu trzeba coś koniecznie zrobić, żeby tę sprawę – bolesną, a niestety coraz częściej się powtarzającą – inaczej ustawić. Dlatego też jeżeli już dochodzi do takiej ostateczności w jakiejś wspólnocie zakonnej, proszę Was, Bracia, nie posyłajcie tego wprost przez pocztę do waszych przełożonych zakonnych. Miejcie trochę zaufania do Prymasa. Złóżcie to u nas, w Sekretariacie, jeżeli – jak mówię – macie zaufanie. My z odpowiednim listem, który będzie przypominał, jak należy sprawę załatwiać, jaką drogą przesyłać, to sami skierujemy. Bo trzeba uchronić tych ludzi, którzy odeszli, żeby się nie narażali na dodatkowe udręki ze strony władz bezpieczeństwa, administracji wyznaniowej, która na pewno im życia nie ułatwi i to spodziewane szczęście skutecznie zatruje.

Że tak jest, to my wiemy z doświadczeń w Sekretariacie Prymasowskim, bo iluż takich właśnie „uszczęśliwionych” księży potem wnosi o rehabilitację. W tej chwili jest toczone w komisji rehabilitacyjnej kilkanaście spraw o przyjęcie do wiadomości, że już rozwód został przeprowadzony. Niektórzy nazwiska zmieniają, żeby włączyć się z powrotem w kapłaństwo, w pracę kapłańską, która budzi głód i niepokój. Nie zazna pokoju człowiek, aż się włączy w tę wspólnotę, z której wyszedł.

Nie zapomnę swojej rozmowy z Janem XXIII, który już będąc ciężko chory, ostatnia to była rozmowa, powiedział, że koniecznie chciałby coś zrobić dla takich księży, bo – mówił – mają piekło na ziemi i będą mieli piekło potem. I wtedy, ponieważ to była rozmowa bardzo osobista, powiedziałem Ojcu Św.: Z moich doświadczeń wiem – z kontaktów z takimi ludźmi – że jeszcze większa męka się zaczyna potem. Bo to są idealiści, to są przecież indywidualiści, oni są przyzwyczajeni do tego, że ani władzy Boga, ani generała, ani prowincjała, ani biskupa nie uznają. I on uzna władzę nad sobą żony? Jaką siłą? To jest absolutnie niemożliwe. I dlatego też szybko jest wyleczony z swojego szczytnego idealizmu i na gwałt trąbi na odwrót. Ale żona, ale niekiedy dzieci. Co robić z takim panem?

To jest problem wspólny. On się nie może u nas tak upowszechnić, żeby zyskał sobie prawo obywatelstwa. Stąd trzeba niesłychanie delikatnie, ostrożnie to załatwiać. Bracia, nie spieszcie się z tym, żeby komukolwiek doradzać takie rozwiązanie. Owszem, wszystko uczyńcie, co w waszej miłości kapłańskiej i doświadczeniu leży, że wytłumaczyć tym ludziom tę drogę trudną, którą już widzieli Apostołowie, gdy Chrystus mówił o małżeństwie. „Jeśli tak się ma sprawa z żoną, lepiej się nie żenić”. Oni się za późno o tym dowiadują.

Dobrze, że Ojciec św. nie zwlekając, wydał ten piękny dokument o celibacie. Nasza usłużna prasa katolicko-reżimowa już zdołała wytłumaczyć wielu księżom, że to tylko taki „dokumencik” formalny. Nie wypada inaczej mówić, tak jak w „Humanae vitae”. Ale potem przyjdą inne i będą „luzy”. Chciejmy się wybronić przed tym za wszelką cenę i tę psychikę plotki ułatwiającej życie, zwalniającej z wysiłku osobistego, chciejmy pokonać.

Jeszcze jedna prośba, to już na marginesie, kończę już, pewnej koordynacji życia naszego liturgicznego. Wiemy zarówno z Konstytucji dogmatycznej, z Konstytucji o odnowie liturgicznej jak również i z instrukcji danych przez Instytut dla odnowy soborowej, wiemy również z uchwał Konferencji Episkopatów, i polskiego Episkopatu, że pomyślana generalnie odnowa liturgiczna w konkretnych krajach jest zlecona Konferencji Episkopatu. Konferencje Episkopatu powołują Komisje Liturgiczne, które przepracowują pewne wnioski dla Konferencji Episkopatu. Konferencje Episkopatu podejmują uchwały, które wiążą na terenie całej Polski wszystkich biskupów. Chociaż według Konstytucji w diecezji biskup jest liturgiem, głównym liturgiem w swej diecezji, to jednakże on nie może działać na terenie swej diecezji inaczej, jak tylko zgodnie z uchwałą Konferencji Plenarnej Episkopatu. Pod tym względem musimy mieć swoje doświadczenie i swoją ostrożność, byśmy nie poddali się temu obrazoburstwu, nieładowi, dowolności, relatywizmowi, który zapanował w innych krajach. Wydaje nam się, że w pewnym wymiarze przed tym niebezpieczeństwem żeśmy się uchronili.

Ale bywa tak, że przyjeżdża z Rzymu, czy skądkolwiek z zagranicy, jakiś ksiądz zakonny i zaczyna swoje praktyki liturgiczne. Gdy mu mówią księża: u nas tego nie wolno, odpowiada: ja mam pozwolenie od swojego przełożonego generalnego. Rozdaje np. Komunię św. na rękę. Możemy powiedzieć: drobna rzecz. Ale jednak Konferencja Episkopatu na kwestionariusze co sądzi o takiej praktyce, odpowiedziała trzykrotnie: quod non. Mamy swoje po temu powody. W dzisiejszych warunkach wzrastającego życia higienicznego, poczucia higieny, my wiemy, jak ważną jest rzeczą, żeby ta ręka, na której się kładzie Eucharystię, była czysta, żeby nie przeszła przez sto autobusów, pociągów, klamek, rąk itd. Chyba byśmy musieli zacząć od tego, że założylibyśmy naprzód w kościołach odpowiednie lavabo dla wiernych, żeby sobie ręce umyli, zanim przyjdą po Ciało Chrystusowe.

Pewnie, ktoś może powiedzieć: ale i ksiądz może być roznosicielem przez nieumiejętne podawanie Ciała Pańskiego, również różnych chorób. Pewnie i to jest racja, Ale bodajże większe niebezpieczeństwo, zwłaszcza gdy idzie o cześć dla Eucharystii, jest właśnie w tej praktyce, którą postulują niektóre kraje, a kongregacja nie chcąc załatwiać tych postulatów sama, raczej odwołuje się do opinii Episkopatów.

Myśmy odpowiedzieli: nie. Dlatego trzeba ostrzegać księży przyjeżdżających z zagranicy, żeby stosowali się do przepisów, postanowień, uchwał, które wiążą na terenie Polski, zgodnie z uchwałą Konferencji Episkopatu, wszystkich duchownych i diecezjalnych i zakonnych. Żadne przywileje, które posiadają najrozmaitsze rodziny zakonne za granicą, nas na terenie Polski absolutnie nie obchodzą. My nie możemy po tej linii iść. Trzeba się stosować do uchwał Konferencji Episkopatu. Za tymi uchwałami idą Komisje Liturgiczne diecezjalne i one postanawiają, co w danym kraju czynić trzeba.

Prosiłbym Was bardzo, Drodzy Księża Wyżsi Przełożeni Zakonni, byście to w swoich rodzinach zakonnych ogłosili. Byście przypomnieli naszym zawsze miłym gościom z zagranicy, by szanowali nasze zwyczaje i decyzje.

Nie chciałbym nic więcej mówić, bo jeszcze będziecie mieli strasznie dużo do omawiania. Natomiast chciałbym tylko dać wyraz swojej radości z waszej wspólnej pracy, a zwłaszcza z tego, co zostało dokonane podczas ostatniej kadencji Konsulty Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich. Wydaje mi się, że praca się stabilizuje i wydaje mi się, że przekonanie o użyteczności tej pracy dla obrony Zakonów, dla zachowania postawy jednolitej w obronie i pogłębieniu życia zakonnego w Polsce, że ono rośnie. W dużym stopniu jest to zasługa i ostatniej Konsulty, która dzisiaj kończy swoją kadencję, i zwłaszcza przewodniczącego Konsulty, tak gorliwego O. Kazimierza Hołdy a także współpracy i współdziałania całego plenum Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich oraz Komisji, które to plenum wyłoniło.

Ze strony Konferencji Episkopatu chciałbym podziękować za wydelegowanie przez Konferencję Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich swoich członków do różnych Komisji pracujących przy Konferencji Episkopatu Polski. Komisji pracujących przy Konferencji w tej chwili jest bodaj 28. W wielu z tych komisji pracują kapłani zakonni i pracują z wielką korzyścią, z wielkim powodzeniem. Wnoszą pogłębiający się stale wkład i w dziedzinie duszpasterskiej, i w dziedzinie liturgicznej, w pracy dla emigracji, i w dziedzinie powołań kapłańskich czy zakonnych, i w wielu innych dziedzinach wnoszą swój bardzo ważki i dojrzały wkład pracy.

Szczególnie jesteśmy wdzięczni za współpracę kapłanów zakonnych w najrozmaitszych komisjach beatyfikacyjnych, czy też kanonizacyjnych. Bo to jest wkład ogromny i bardzo pracowity. A tych procesów jest w tej chwili prowadzonych ponad 30, a kandydatów czekających na rozpoczęcie procesów jest drugie tyle. Więc praca olbrzymia. My wiemy dokładnie, kończąc niektóre procesy, czy na etapie informacyjnym, czy diecezjalnym, czy apostolskim, jak ta praca jest uciążliwa i nie zawsze możemy liczyć w tej pracy na pomoc duchowieństwa diecezjalnego. Duchowieństwo zakonne daje tutaj swój olbrzymi bardzo kompetentny wkład. Dzięki właśnie tej postawie zdołaliśmy stworzyć stałą Komisję beatyfikacyjną w Rzymie i tutaj będzie się tworzyć w związku z reorganizacją procesów też taką krajową Komisję dla spraw beatyfikacyjnych, do której poprosimy również kapłanów zakonnych i diecezjalnych.

No, et alibi aliorum. I jeszcze o wielu świętych polskich żyjących moglibyśmy tutaj mówić, ale ponieważ wiemy, że najwspanialszą cnotą obok miłości duchowieństwa i diecezjalnego i zakonnego jest pokora dlatego też chciałbym na tym skończyć, resztę pozostawiając Panu Bogu, Biskupowi i waszemu tak energicznemu Przewodniczącemu Konsulty Męskiej. A jeśli powstanie nowa, to niech jej Pan Bóg da wiele łask. Tak sobie myślę, że pewno będzie to stare wino, które zawsze lepiej smakuje, aniżeli młode.

/z magnetofonu, tekst nieautoryzowany/