Od profesora do wędrownego kaznodziei – świadectwo br. Raniero Cantalamessy OFMCap

Chciałem podzielić się tym, że z profesora uniwersyteckiego stałem się kaznodzieją wędrownym. Jak wiecie, rozpocząłem moje życie kapucyńskie nie jako kaznodzieja. Oczywiście przepowiadałem w niedzielę jak każdy inny kapłan. W 1986 r. zostałem wezwany do tego, żeby wejść w szczególne działanie Ducha Świętego, żeby On poprowadził mnie w moim życiu.

 
Przypominam sobie pewną scenę, która została mi w pamięci – obraz tego, w jaki sposób Jezus mi to uświadomił. Byłem w Stanach Zjednoczonych i przechadzałem się po parku i Jezus mówił do mnie jakimś wewnętrznym obrazem, nie zewnętrznym, nie było żadnych objawień. Widziałem siebie jako człowieka, który siedzi na bryczce i prowadzi konie. Więc decydowałem, dokąd koń ma jechać, pociągałem za lejce i w pewnym momencie tak jakby Jezus usiadł koło mnie i mówił do mnie, z ogromnym szacunkiem: „Czy mógłbyś oddać mi te lejce w moje ręce?". Zrozumiałem, że było to coś bardzo istotnego. Zrozumiałem, że sam nie mogę kierować swoim życiem, że muszę oddać te „lejce" mojej karocy w ręce Pana Boga. Bóg powierza swojego Ducha tym, którzy powierzają się Jemu. Wspólnota Odnowy w Duchu Świętym modliła się nade mną, otrzymałem wtedy słowa mówiące o posłannictwie. Nic nadzwyczajnego nie przeżyłem. Następnego dnia ruszyłem do wspólnoty w Washington, gdzie miałem być przez trzy miesiące i w samolocie zrozumiałem, że coś się stało. Otwierałem brewiarz i modliłem się psalmami i wydawały mi się one całkiem nowe. To nowe przyjście Ducha Świętego właśnie sprawiło, że słowo Boże, które przedtem też czytałem, zaczęło nabierać zupełnie nowego życia.

Przyjechałem do Washington i czułem się jakoś szczególnie wezwany do tego, żeby iść modlić się do kaplicy, naprawdę czułem potrzebę głębokiej modlitwy. Można powiedzieć, że to były dwa miesiące miodowe. Wróciłem do Włoch, z powrotem na uczelnię jako profesor i któregoś dnia, kiedy znajdowałem się w mojej celi zakonnej w Mediolanie… Dzielę się z wami wydarzeniami, które zmieniły moje życie, komu jak komu, ale wam, moim współbraciom, mogę to powiedzieć. …więc wszedłem do swojej celi i znowu Jezus zaczął przemawiać do mnie w sposób bardzo prosty, ale niezapomniany. Ja klęczałem, mając oczy zamknięte, i zauważyłem – zauważyłem sercem – Jezusa, który przechodził przed moimi oczami. Był to Jezus, ten, który po chrzcie w Jordanie, napełniony Duchem Świętym, szedł, żeby rozpocząć publiczną działalność i przechodząc przede mną – usłyszałem to w sercu, ale było to bardzo wyraźne – „Jeżeli chcesz mi pomóc w przepowiadaniu królestwa, zostaw wszystko i chodź za mną. Jako kapucynowi, wydawało mi się, że zostawiłem już wszystko, tymczasem okazuje się, że nie.

„Zostaw nauczanie, zostaw obowiązek dyrektora, stań się kaznodzieją wędrownym w stylu twojego Ojca serafickiego, Franciszka". I po tej modlitwie wszystko właściwie zostawiłem. Oczywiście poszedłem do generała Paschalisa Rywalskiego. Powiedział mi to, co każdy prowincjał by powiedział: „Poczekajmy jeden rok". Po roku wróciłem do niego z powrotem i on po modlitwie rzekł: „Tak, wiesz, jesteśmy obydwaj szaleńcami, ty i ja, ale idź". Po roku odprawiłem rekolekcje, później zawołał mnie Rywalski, mówił, że „Ojciec Święty mianował cię kaznodzieją apostolskim, czy masz poważne motywy żeby się wykręcić z tego?". Szukałem jakiegoś motywu i nie znalazłem żadnego, żeby się wykręcić i powiedzieć „nie". W taki sposób właśnie zacząłem pierwsze kazania w czasie Wielkiego Postu, i od trzydziestu dwóch lat już tę posługę pełnię. W międzyczasie Pan Bóg otwierał przede mną różne drogi i jedna z rzeczy, która jest bardzo piękna, to to, że ostatnio coraz częściej zapraszają mnie bracia protestanci. Musimy starać się razem dzielić to, co nas jednoczy, to, co jest wspólne dla nas. Dziękuję wam.

Międzynarodowa Kapituła Namiotów -"Panie, przymnóż nam wiary!"
Kraków, 7 września 2011 r.

Za: www.kapucyni.pl