Blog Ojca Leona Knabita OSB: Dotyk ręki Świętego Papieża

Podczas pielgrzymki Ojca Świętego do Polski w roku 1997 miałem szczęście uczestniczyć jak „normalny” wierny w papieskich Mszach świętych w Zakopanem pod Krokwią i na krakowskich Błoniach. Podzielam zdanie tych, którzy uważają, że ta pielgrzymka miała nastrój porównywalny z pierwszą pielgrzymką z 1979 roku. Same tylko rzesze ludzi, spokojne i radosne, wędrujące na miejsce spotkania z Następcą Piotra na długo przed rozpoczęciem nabożeństwa – szczególnie w Krakowie, gdzie padł chyba rekord liczebności wiernych – były czymś niezwyczajnym w dzisiejszej rzeczywistości. Żywe reakcje na wszystko, co się działo przy ołtarzu, duch modlitwy wspólnotowej, śpiewy i milczenie, wzajemna życzliwość w sektorach – to wszystko składało się na bardzo głębokie przeżycie. Miałem wielką nadzieję, że będzie ono owocowało i „po Papieżu”, kiedy niezwykły Gość wróci do Watykanu.

A jednak było mi trochę za mało. Myślałem więc, jak by tu dotrzeć gdzieś bliżej. Zatelefonowałem do księdza prałata Jana Dziaska, proboszcza parafii św. Królowej Jadwigi na krakowskiej Krowodrzy. Ojciec Święty miał odwiedzić tę parafię 9 czerwca. Zapytałem, czy byłoby tam dla mnie jakieś przedostatnie miejsce podczas pobytu Papieża. Ksiądz Proboszcz orzekł, że miejsce – ostatnie, jak zaznaczył – się znajdzie, jeśli dotrę tam do godziny dziewiątej rano. Ojciec Święty miał przybyć o dwunastej. Oczywiście, we wskazanym dniu byłem na miejscu już przed wpół do dziewiątej. Znajomy ksiądz, który – jak się potem okazało – był tam liturgicznym komentatorem, przeprowadził mnie przez posterunki policyjne. Potem cywilni funkcjonariusze wpuścili mnie na plebanię. Po przedstawieniu sprawy przez księdza prałata zaakceptowali mój pobyt na terenie tak pilnie strzeżonym. Siadłem więc najpierw do konfesjonału w kościele prawie już wypełnionym parafianami i wiernymi z różnych stron Krakowa i Polski. Mszę świętą przed przybyciem Ojca Świętego odprawiał metropolita lwowski, ksiądz arcybiskup Marian Jaworski. Ludzi spowiadających się było bardzo wielu. Obawiałem się, że z konfesjonału nie wyjdę wcześniej, jak po zakończeniu uroczystości. Na szczęście przyjazd Papieża się opóźnił, kolejka penitentów się skończyła i mogłem wyjść do zakrystii. Tam zaproponowałem Księdzu Proboszczowi, że wobec przedłużającego się oczekiwania mogę przedstawić uczestnikom spotkania choćby wątek benedyktyński w życiu świętej Królowej Jadwigi oraz znane mi wydarzenia z życia parafii pod jej wezwaniem. Byłem bowiem z tą wspólnotą związany od wielu lat przez modlitwę i posługi duszpasterskie.

Moja oferta została przyjęta i od tej pory dzieliłem miejsce przy pulpicie komentatora z księdzem Rapaczem. Ojciec Święty przybył z ponadgodzinnym opóźnieniem. W świątyni, do której powstania tak bardzo się przyczynił, był witany z nadzwyczajnym entuzjazmem. Szedł powoli, prawą stroną przejścia, witając się z tymi, którzy stali najbliżej. Gdy wreszcie uklęknął, by się pomodlić przed Najświętszym Sakramentem, rozejrzał się najpierw i zobaczywszy mnie przy pulpicie, przesłał ręką pozdrowienie. Co za radość! Przemówienie Ojca Świętego, podkreślające rolę parafii, przypominające trudności, z jakimi borykały się nowo powstające kościoły i ośrodki duszpasterskie w minionym okresie, było bardzo często przerywane oklaskami. Kiedy zaś na zakończenie Papież improwizując mówił o wpływie związku królowej Jadwigi z krowoderskimi zuchami na przyspieszenie kanonizacji, a jeszcze dodał o pobycie – przed godziną – w szpitalu, gdzie Mu powiedziano, że „się nie nadaje” („Tylko sobie odnotowali imię i nazwisko, i teraz tym imieniem będą się cały czas posługiwać”), atmosfera stała się jeszcze bardziej rodzinna i swobodna.

Trzeba się jednak było żegnać, bo czekał już następny punkt programu. Podprowadzono więc najpierw do Ojca Świętego parę starszych i niepełnosprawnych osób. Jan Paweł słuchał ich uważnie i chwilę rozmawiał, a potem powoli, wśród śpiewów i okrzyków zaczął się kierować ku wyjściu. Wykorzystałem moment, podszedłem tak trochę z tyłu do Ojca Świętego i ucałowałem Jego prawą rękę. Potem najstosowniej było uklęknąć – postawa burmistrza Zakopanego okazała się zaraźliwa. A wtedy Jan Paweł II położył rękę na mojej głowie i trzymał ją tak przez pewien czas. Nie jest wykluczone, że coś powiedziałem, a może i Ojciec Święty coś powiedział, ale zupełnie tego nie pamiętam. Uświadomiłem sobie, że spoczywała na mojej głowie ręka kapłana przy chrzcie świętym, ręka biskupa przy bierzmowaniu i przy święceniach, i wreszcie ręka Papieża jako umocnienie na to wszystko, co mnie jeszcze czeka, zanim spocznie na mnie ręka Dobrego Ojca.

Ojciec Święty wracał teraz drugą stroną przejścia, żegnany przez rozradowanych i płaczących ludzi. Do mnie podszedł dziennikarz:

– O czym rozmawialiście z Papieżem? Czułem się tak, jakbym budził się ze snu.
– O czym? Naprawdę trudno mi powiedzieć. Nie pamiętam. 

Bo czy ważne były słowa?

Wasz brat Leon

Czytaj blog Ojca Leona Knabita na www.ps-po.pl