Home DokumentyReferaty, Konferencje, ArtykułyTeologia życia konsekrowanego Rostworowski Piotr EC, Zakony wobec autorytetu Kościoła

Rostworowski Piotr EC, Zakony wobec autorytetu Kościoła

Redakcja
Piotr Rostworowski EC

ZAKONY WOBEC AUTORYTETU KOŚCIOŁA

Dni Skupienia Mistrzów Nowicjatu i wychowawców kleryków, Kraków, 5-6.II.1969 r., Materiały Komisji ds. Życia Zakonnego KWPZM

 

 

WSTĘP

Temat nasz wymaga sprecyzowania. Można by cały problem stosunku zakonów do autorytetu Kościoła ustawić w płaszczyźnie kanonicznej i mówić o egzempcji, o kompetencjach Ordynariuszy itd. Po tej linii nie pójdziemy. Nam chodzi o głębszą, duchową stronę tego problemu. Co nas tutaj interesuje przede wszystkim, to postawa wewnętrzna, jaką powinniśmy mieć wobec Hierarchii jako chrześcijanie i jako zakonnicy. Chodzi o tę postawę, która wynika w prostej linii z naszej wiary. Wiara nam mówi czym w myśli Bożej jest autorytet Kościoła; chcemy to rozumieć, przyjąć i wyciągnąć wnioski dla siebie. Bez wyrobionej prawidłowej postawy wewnętrznej chrześcijan przepisy kanoniczne a nawet i kary kościelne będą mało skuteczne. Bo prawdziwym żywym prawem w Kościele jest wiara w miłość, a nie przepisy kanoniczne.

Autorytet, władza, posłuszeństwo to zjawiska ogólnoludzkie o znaczeniu uniwersalnym. Na wszystkich szczeblach drabiny społecznej występuje stosunek przełożeństwa i zależności, i nikt rozsądny tego nie kwestionuje. Uważa się za rzecz normalną, że w zakładzie Dyrektor ma głos decydujący, że lekarze szpitalni podporządkowują się Ordynatorowi oddziału, a nauczyciele Kierownikowi szkoły.

Zasadę autorytetu władzy państwowej uznał sam Pan nasz, dając przykład uległości wobec istniejącego ładu prawnego, pokazując przez to, że wyniesienia człowieka do godności Syna Bożego bynajmniej nie jest hasłem do zrzucenia z siebie jarzma zależności od ludzkich autorytetów.

Chrześcijanie dzisiejsi nie odczuwają specjalnych trudności, gdy chodzi o uznanie zasady podporządkowania się władzy świeckiej. Trudność natomiast jest większa, gdyż chodzi o autorytet w łonie samego Kościoła. Bo czyż chrześcijaństwo nie jest doskonałym braterstwem i doskonałą równością w Chrystusie? Czy należy takie pojęcia jak władza, autorytet posłuszeństwo przenosić z dziedziny naturalnych ludzkich stosunków do wnętrza sanktuarium, gdzie jedynym prawem jest miłość? Przecież przełożeństwo w Kościele jest braterską posługą, a nie wyniesieniem nad innych, by nad nimi panować.

Nie ulega wątpliwości, że braterski charakter chrześcijańskiego przełożeństwa należy do jego cech najistotniejszych, jak również i jego charakter służby /diakonia/. Sobór te właśnie cechy podkreśla, ponieważ one w okresie przedsoborowym nie były dostatecznie zrozumiane i praktykowane w Kościele. Konieczne więc było ich dowartościowanie. Dziś jednak chodzi już o to, by to dowartościowanie nie spowodowało zagubienia innej chrześcijańskiej wartości: chrześcijańskiego pojęcia autorytetu. Bowiem cechą ludzkiego umysłu jest, że na ogół nie myśli precyzyjne, ale raczej kierunkowo: chwyta on dominujące tendencje jakiejś doktryny łatwiej niż sprecyzowane pojęcia i dokładnie wyważone twierdzenia, łatwo na przykład rozumieć, że dzisiejsza ewolucja idzie w kierunku wolności dzieci Bożych i oddala nas od legalizmu, natomiast znacznie trudniej mu jest określić granice takiego przesunięcia akcentu, aby nie stało się ono błędem i szkodą dla Ludu Bożego. Ta właściwość myślenia kierunkowego, która jest charakterystyczna dla ludzkiego umysłu, powoduje, że skłonny on jest do przechodzenia z jednej krańcowości w drugą. Zaakcentowanie jednych autentycznych wartości łatwo prowadzi do zagubienia drugich, nie mniej autentycznych, ale pozostawionych w cieniu.

Dlatego Lud Boży potrzebuje ciągłej opieki Magisterium Kościoła. Rola jego jest podobna do roli pilota, który po przechyleniu się samolotu na jedno skrzydło i po poprawce, która trochę nadmiernie przechyliła go na drugie, doprowadza aparat do pozycji równowagi.

ej równowagi władnie szukamy i w tym celu chcemy lepiej zrozumieć prawdziwy sens autorytetu w Kościele. Sobór kieruje nas ku źródłom Pisma świętego, więc i my tam będziemy szukać myśli Bożej. Pismo święte, które samo jest autorytetem, pełne jest nauki o autorytecie. Teologia autorytetu z natury rzeczy wiąże się ściśle z teologią posłuszeństwa.

MISTERIUM POSŁUSZEŃSTWA

Św. Paweł w rozdz. 5 Listu do Rzymian widzi całe dzieje ludzkości w perspektywie nieposłuszeństwa i posłuszeństwa: „Albowiem jak przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wszyscy stali się grzesznikami, tak przez posłuszeństwo jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi” /Rz 5,19/. Próba, jakiej poddani zostali nasi pierwsi Rodzice, dotyczyła uznania autorytetu Boga i poddania się Mu. Była to próba posłuszeństwa, upadek nastąpił na skutek odrzucenia tego autorytetu. Człowiek sięgnął po autonomię moralną. Spożył owoc z drzewa „wiadomości złego i dobrego”, co najprawdopodobniej znaczy, że chciał on sam stanowić prawa moralne i decydować o tym, co jest dobre, a co złe. Nieposłuszeństwo i bunt pierwszego człowieka zepchnęły cały rodzaj ludzki w przepaść, z której wydźwignął go Chrystus przez swoje posłuszeństwo i swoją pokorę. To, co było nieuleczalnie skrzywione przez dążenie naszych pierwszych Rodziców do niezależności, zostało wyprostowane i uratowane przez pokorę i posłuszeństwo Syna Bożego. W Nim cała ludzkość w jedno zebrana wyprostowała swoje drogi w jednym jedynym akcie Jego krzyżowego posłuszeństwa. Całe to misterium posłuszeństwa ma się dopełnić w ciągu dziejów. Wszystko ma być poddane Synowi, Syn zaś ma wszystko rzucić do stóp Ojca. Akt tego poddania wszystkiego Ojcu jest już obecny i uobecniany na naszych ołtarzach przez Eucharystię. Wszystko ma wejść w ten akt adorującej i posłusznej miłości Syna do Ojca, wszystko ma się dać ogarnąć przez nieskończoną moc tego Aktu, „aby Bóg był wszystkim we wszystkich” /p. 1 Kor. 15,24-28/.

Można całe dzieje ludzkości ująć jako stopniowe wprowadzenie człowieka w to Misterium posłuszeństwa Syna Bożego. Celem całej tej pedagogii Bożej jest Królestwo Boże, czyli doskonałe poddanie Bogu wszystkiego.

Początki tej pedagogii posłuszeństwa widzimy w Starym Testamencie. Ojcem Narodu Wybranego, narodu, który miał być posłuszny Jahwe, który miał stanowić pierwociny ludzkości posłusznej Bogu, jest Abraham, mąż prostej heroicznej wiary i prostego heroicznego posłuszeństwa. Od niego zaczyna się nowa droga ludzkości, zaczyna się wybawienie od trucizny nieposłuszeństwa i buntu, wybawienie od fałszywej wężowej pseudo wolności. Od Abraham człowiek znowu bierze na swe ramiona słodkie jarzmo Pańskie. Lud Boży w Starym Testamencie był prowadzony przez Jahwe, poddany był autorytetowi wysłanników Jahwe, którzy mu przewodzili. Dojście do Ziemi Obiecanej uzależnione było od ciągłego posłuszeństwa. Posłuszeństwo to opierało się na wierze w specjalne wybranie i łaskę przywódców, bo sam Lud ani nie znał drogi, ani nie rozumiał celowości poszczególnych zarządzeń. Wiemy jak krnąbrnym był ten Lud i jak często się buntował przeciwko autorytetowi Mojżesza i Aarona. Jahwe zaś widział w tym bunt przeciwko sobie i sam karał zbuntowanych. Później głównymi przedstawicielami autorytetu Bożego i organami Jego woli dla Ludu byli Prorocy, którym jako takim należał się szacunek i posłuszeństwo nawet od królów izraelskich. Można powiedzieć, że w Starym Testamencie na każdym kroku spotykamy się z autorytetem Boga przemawiającego przez ludzi i przez nich prowadzącego swój Lud.

Ten ideał posłuszeństwa w stosunku do Jahwe głęboko zakorzeniony był w sercach najlepszych synów Narodu. Cząstkę wybraną tego narodu, „Resztę” Izraela, w której autentyczny duch Ludu Bożego znajduje swe najpełniejsze wcielenie, stanowią „biedni Jahwe” /anawim/. Byli to ludzie pochodzący przeważnie z niższych warstw społecznych, małoznaczący, ubodzy i pokorni, którzy ślepo zaufali Jahwe i Jego obietnicom na przekór wszystkiemu. Ideałem ich było umiłowanie i wypełnienie woli Jahwe. Stanowili oni prawdziwy duchowy kościec narodu. Oni to potrafili „znieść” Boga, wytrzymać Jego niezrozumiałe drogi. Przerażające kataklizmy dziejowe, jakim poddany był Naród Wybrany, a które zdawały się w niwecz obracać samo nawet Przymierze, spadały na ich pochylone głowy, oni zaś poddawali się Bogu i ufali. Szczytową personifikacją tego ducha „biednych Jahwe” był Sługa Jahwe z księgi Izajasza, uosobienie heroicznej wiary i posłuszeństwa, najważniejszy starotestamentalny zarys postaci Chrystusa.

A gdy Stary Testament przechodzi w Nowy, znajduje na samym jego progu, jako wyraz najdoskonalszy ludzkiej postawy wszystkich czasów, postać służebnicy Pańskiej, która przyjmuje wolę Boga z ust Jego wysłannika i całkowicie się tej woli poddaje w najgłębszej pokorze i całkowitym posłuszeństwie.

Ten zaś, który stał się dla nas jedyną Drogą i Życiem sam, Jezus Chrystus, „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać Sługi, stawszy się podobnym do ludzi … uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – a śmierci krzyżowej” /Fil 2,7-8/.

Cała historia zbawienia objawia nam więc drogę człowieka na ziemi jako drogę posłuszeństwa kierowaną przez samego Boga. Historia Starego i Nowego Testamentu jest historią współżycia i współdziałania człowieka z Bogiem. Tam zaś, gdzie jest współżycie i współdziałanie, tam koniecznie musi być zestrojenie się dwóch działających. Gdy zaś partnerem jest Bóg, to oczywiście to zestrojenie się musi polegać na dostrojeniu się człowieka do Boga, a więc na całkowitym posłuszeństwie, które idzie aż do najtajniejszej głębi życia duchowego człowieka. Wszystko w nim musi być poddane a przez to oddane.

Jeżeli pedagogika Boża w obydwu Testamentach prowadzi człowieka do całkowitej kapitalizacji pychy i egoizmu w doskonałym posłuszeństwie, to pedagogia węża ma kierunek przeciwny. Wąż zaczyna od podważania autorytetu, od rozniecania pragnienia tej iluzorycznej wielkości i wolności, która człowiek tak często jeszcze dzisiaj spodziewa się osiągnąć przez zrzucenie z siebie jarzma uległości. Tragedia ta wciąż się powtarza, bo i Wąż jest zawsze ten sam i jego tendencja do wielkości, do zrzucenia jarzma, do nieposłuszeństwa i buntu jest rdzenna i niezmienna. We wszystkich epokach, w tym właśnie kierunku działa Wąż i po tym można go zawsze rozpoznać. Dla niego, według jego „mądrości” uległość jest przeciwna godności człowieka i szkodliwa dla jego osobowości. Gdy tego rodzaju doktryny i tendencje występują silnie, jest to zawsze znak jego obecności i jego działania. Tu również znajduje się punkt najgłębszego zranienia człowieka.

Świadomość tego nakazuje w dzisiejszych czasach ostrożność i czujność, gdyż kierunek współczesnej ewolucji dotyka z bardzo bliska dziedzin najgłębiej zranionych w ludzkiej naturze przez dotknięcie Anioła ciemności. Wychowawcy musza mieć jasne rozeznanie, aby zawsze umieli odróżnić u młodych przejawy prawdziwej Chrystusowej wolności, która chętnie przyjmuje obowiązek słuchania i służenia, od zaprawionej jadem Wężowym pseudo wolności, zwykle krzykliwej i pełnej pretensji, której owocem jest zrzucenie jarzma i wypowiedzenie posłuszeństwa. Zdolność takiego rozeznania jest dla dzisiejszych wychowawców szczególnie doniosła, aby z jednej strony przesadny lęk przed złem nie skłonił ich do tłumienia wszelkich nowych myśli i inicjatyw, a z drugiej strony, aby naiwny optymizm nie porwał ich i nie rzucił na błędne drogi. W ciężkiej próbie, jaką przechodzi współczesne chrześcijaństwo, rola pokory i posłuszeństwa wydaje się być równie kluczowa i decydująca jak była w zaraniu dziejów ludzkości, w dniu pierwszej próby. Faktem znamiennym, choć może niedostatecznie dostrzeżonym przez współczesnych, jest to, że Jan XXIII, którego Bóg uczynił inspiratorem i symbolem współczesnego ruchu odnowy, papież wolności dzieci Bożych, przyjął za dewizę swego pontyfikatu słowa: „obedientia et pax”. Jego uderzająca wszystkich wolność opierała się na niezwykle wymagającej ascezie pokory i posłuszeństwa. Bez takiego głębokiego i solidnego fundamentu budowla wolności byłaby krucha i zagrożona. Można w tym dostrzec znak Bożej dla naszych trudnych czasów …

JEDYNY AUTORYTET W NOWYM TESTAMENCIE – ZMARTWYCHWSTAŁY KYRIOS

Problem autorytetu Hierarchii Kościoła Stawia się w Nowym Testamencie inaczej niż w Starym. Prolog listu do Hebrajczyków przeciwstawia nowy porządek staremu w tym, że w Starym Testamencie Bóg przemawiał do Ludu swego przez wielu Proroków, podczas gdy w Nowym przemówił raz na zawsze przez Swego Syna. Z tego wynika, że w Nowym Testamencie jeden tylko jest Pośrednik, a – co za tym idzie – jeden jest tylko przedstawiciel autorytetu Bożego – Jezus Chrystus. Ongiś ludzie byli prorokami, kapłanami, pasterzami, teraz jest tylko Chrystus. Chrześcijanin nie zna innego nauczyciela, nie zna innego pana poza Nim. Ale jeśli tak jest, to na czym opiera się autorytet Hierarchii? Otóż właśnie w tym jest cała wielkość Hierarchii Nowego Przymierza, że Kościołem rządzi sam Chrystus przez Ducha Świętego. Ponieważ Nowy Testament jest zapoczątkowaną realizacją Królestwa Bożego, owo Boże królowanie objawia się w nim o wiele pełniej niż w Starym Testamencie. W nowej ekonomii Chrystus Żywy, Zmartwychwstały Pan jest Głową Ciała Kościoła. Aby więc znaleźć właściwy stosunek do autorytetu w Kościele, musimy przez wiarę odnaleźć coś z tego Pawłowego zachwytu dla Majestatu Tego, którego on z emfazą i głębokim przeżyciem nazywa „ho Kyrios”. Rzeczywiście owa „Maiestas Christi:, owa chwała i moc Zmartwychwstałego Pana, takiego jakim widział Go Paweł w drodze do Damaszku, jakim widział Go Jan w apokaliptycznej wizji „Króla królów i Pana panujących”, jest obecna w Kościele i w jakiś szczególny sposób konkretyzuje się i uprzystępnia w Papieżu, w Biskupach, w ludziach, którzy są organami władzy kościelnej, do których odnoszą się słowa Pana: „Kto was słucha, mnie słucha” /Łk 10,16/. W Nowym Przymierzu władza duchowna przewyższa więc władzę duchowną starotestamentalną, ale jednocześnie jest od niej pokorniejsza: przewyższa ją, bo teraz rządzi sam Pan, jest zaś od niej pokorniejsza, bo tylko Pan ma tu znaczenie, ten zaś, który sadzi i który podlewa, niczym są /p. 1 Kor 3,7/.

W takim rozumieniu władzy kościelnej leży zasadnicza różnica, która dzieli katolicyzm od protestantyzmu. Katolicyzm idzie śmiało aż do ostatnich konsekwencji Wcielenia i dlatego nie boi się w człowieku posłanym rozpoznać samego Pana we własnej osobie i zawołać: „Tu Rex gloriae, Christe!”. Protestantyzm nie idzie tak daleko, nie przyjmuje tajemnicy Wcielenia tak całkowicie i z takim męstwem wiary i dlatego wciąż oddziela Chrystusa od człowieka, boi się człowieka, aby mu nie zakrył Chrystusa, by go nie oddzielił od Chrystusa i z tego powodu ani prawd wiary nie chce przyjąć od autorytetu Kościoła, ani nie uklęknie przed człowiekiem, aby otrzymać Chrystusowe przebaczenie. Boi się całej prawdy Eucharystii, boi się Matki Jezusa, boi się Świętych i ich relikwii. Protestantyzm boi się człowieka, bo nie uwierzył do końca w Boga-Człowieka, nie uwierzył do końca w to, że Bóg człowieka naprawdę wziął całkowicie w Chrystusie i dopóki w to nie uwierzy w całej pełni, nie znajdzie tej radosnej, zwycięskiej prostoty katolicyzmu, dla którego to wszystko Chrystus, Jego uobecnienie, Jego działanie, spotkanie z Nim. Nawet Reguła Taizé, chociaż tak bardzo ewangeliczna, nie ośmiela się jeszcze wymówić słowa „posłuszeństwo” w stosunku do przełożonego, nie dostrzega w nim Chrystusa. Janowe kryterium rozeznania Ducha Bożego i ducha, który nie jest z Boga ma tu pełne zastosowanie: „Po tym poznajecie Ducha Bożego: każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł cieleśnie, jest z Boga. Wszelki zaś duch, który nie uznaje Jezusa, nie jest z Boga” /1 J 4,2-3/. Widzimy, że są różne stopnie uznania Jezusa w Jego cielesnym przyjściu i różne stopnie nieuznawania Go. Kryterium podane przez Jana ma znaczenie uniwersalne.

Zrozumienie, że autorytet w Kościele jest autorytetem samego Chrystusa jest nieodzowne dla jego prawidłowego funkcjonowania nie tylko od strony uległości podwładnych, ale i od strony rządzących. Kluczem do znalezienia właściwej postawy Biskupa jest głębokie rozumienie przez niego samego, że tylko Chrystus rządzi w Kościele i tylko On ma prawo do posłuszeństwa wiernych. Ta myśl uchroni go od pychy i osobistych roszczeń, uświadomi go o potrzebie przeżycia swej konkretnej, żywej zależności od Pana we wszystkim, co postanawia, a z drugiej strony umocni go i da mu odwagę do sprawowania władzy tą świadomością, że otrzymał i ma naprawdę moc i władzę Chrystusową „in aedificationem et non in destructionem” /2 Kor 13,l0/.

Jedynie na tej podstawia wiary mogą się ułożył właściwe stosunki między przełożonymi a podwładnymi, które polegają na tym, że podwładni podnoszą autorytet władzy, a władza ze swej strony jest pełna troski o skromność i braterskość więcej niż o autorytet. Znakiem stosunków niezdrowych jest natomiast sytuacja, w której podwładni podkreślają równość, braterstwo, wolność i służebny charakter władzy, zaś władza nastawiona jest na obronę swego autorytetu.

Straszak „tryumfalizmu” zasłonił nam dziś jaśniejące chwałą Oblicze Zmartwychwstałego Pana, tajemniczo obecnego i działającego przez tych, którzy reprezentują Jego autorytet w Kościele; a przecież ten autentycznie chrześcijański „tryumfalizm” był bardzo żywy w pierwotnym Kościele i jakoś umiano go łączył organicznie z koncepcją braterskiego i pełnego pokory autorytetu, oddanego na służbę bratniej wspólnoty. My jednak tej bosko-ludzkiej równowagi tajemnicy Wcielenia nie potrafiliśmy utrzymał. Albo podkreślaliśmy nadprzyrodzoną godność władzy, ale wtedy gubiliśmy ducha równości, braterstwa i służby i faktycznie często panoszył się człowiek bez Chrystusa i powstawał „tryumfalizm” fałszywy, albo – chcąc tego uniknął – wysuwamy na plan pierwszy braterstwo i służbę, ale wówczas, przy dzisiejszym naturalizmie, często niewiele zostaje z nadprzyrodzoności, a w końcu i z samego autorytetu.

Niektórzy zapisują na konto postępu to, że ludzie dzisiejsi bardziej są uwrażliwieni na wartość moralną osoby przełożonego niż na urząd, który ten przełożony pełni, a więc wrażliwi są na autorytet osobowości bardziej niż na autorytet posłannictwa. Mówi się, że nie jest ważne czy jestem księdzem czy biskupem, ale ważne jest tylko to czym ty jesteś jako człowiek, jakim jesteś człowiekiem. Wychowankowie często pod tym kątem patrzą na wychowawców. Zapewne, na Sądzie Bożym, urząd najwyższy nie kwalifikuje sam przez się do nagrody niebieskiej, a raczej zwiększa odpowiedzialność. Zdrowe jest również żądanie, by człowiek na stanowisku był naprawdę tym, czym ma być. Ale postawa taka nie może być przyjęta bez zastrzeżeń przez chrześcijanina, bo cechy ludzkie nie powinny być dla nas ważniejsze niż posłuszeństwo Boże w stosunku do nas, niż działający Chrystus. Św. Paweł inaczej myśli. W liście do Galatów, opisując swoją podróż do Jerozolimy dla skontaktowania się z Apostołami wyraźnie zaznacza, że ważny był dla niego jedynie ich autorytet apostolski, osobiste zaś ich sprawy nie interesowały ich wcale /p. Gal 2,6/. My zaś skłonni jesteśmy podchodzić do zagadnienia w sposób odwrotny. Jest tu pewne zagubienie nadprzyrodzoności, zagubienie elementu boskiego. Utraciliśmy smak wina Chrystusowego a pożądamy wody. Człowiek, który widziany w Chrystusie byłby dla nas nosicielem życia, oddalony od Chrystusa i widziany sam w sobie ożywić nas nie może. Bez Chrystusa człowiekiem można się udławić. Ta sama tendencja szukania więcej człowieka niż Boga i tego, co ludzkie więcej niż tego co boskie, występuje na przykład w dzisiejszej hagiografii, w egzegezie Pisma Świętego, w potocznym wartościowaniu, które często wyżej ceni zwyczajna ludzką moralność i dobroć niż wiarę i miłość nadprzyrodzoną itd. …

AUTORYTET, BRATERSTWO, SŁUŻBA

Mówiliśmy, że chrześcijańska koncepcja autorytetu ma jakby dwa zasadnicze aspekty: aspekt władzy i aspekt braterskiej równości, miłości i posługiwania. Obydwa te aspekty odnajdujemy w Chrystusie. W czasie Ostatniej Wieczerzy, chcąc uczniom swoim przekazać swoją myśl o władzy w Kościele, który właśnie powołał do istnienia, wstał od stołu i przepasawszy się, począł umywać nogi swoich uczniów. Ten obraz Boga-Syna klęczącego przed człowiekiem pozostał na wieki w pamięci Kościoła jako najbardziej wzruszający a zarazem obowiązujący wzór tego, czym ma być przełożeństwo w Kościele. Wyjaśniając uczniom sens swojej pokornej posługi, zaznacza jednak Chrystus wyraźnie swój autorytet mówiąc: „Wy mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem” /J 13,13/. Po Zmartwychwstaniu, rozsyłając Apostołów do wszystkich narodów z dobrą nowiną zbawienia, mówi: „Dana mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi” /Mt 28,18/.

Obydwa te aspekty odnajdujemy i u św. Pawła. Jego sposób postępowania z braćmi możemy odnaleźć w różnych miejscach jego listów, ale może najpełniej się nam odsłania pod tym względem w swoim pożegnalnym przemówieniu w Milecie /Dz 20,14-21/ i w I liście do Tesaloniczan. Oto, co pisze w tym liście: „Jako Apostołowie Chrystusa mogliśmy być dla was ciężarem, my jednak stanęliśmy pośród was pełni skromności, jak matka troskliwie opiekująca się dziećmi swymi. Będąc tak pełni życzliwości dla was, chcieliśmy wam dać nie tylko naukę Bożą, lecz nadto dusze nasze, tak bardzo drogimi staliście się dla nas. Pamiętacie przecież, bracia, naszą pracę i trud. Pracowaliśmy dniem i nocą, abyśmy nikomu z was nie byli ciężarem. Tak to wśród was głosiliśmy naukę Bożą” /1 Tes 2,7-9/. Ale ten braterski i pokorny Apostoł, cały oddany posłudze, umie się upomnieć o swój autorytet, kiedy to jest potrzebne. Gdy przemądrzali Koryntianie zaczęli kwestionować autorytet Apostoła, Paweł zareagował z mocą. W II liście do Koryntian, w rozdziale 10 tak pisze: „Ja was proszę, abym nie musiał odwołać się do tej surowości, na jaką zamierzam się zdobyć względem niektórych, co sądzą, że postępujemy wedle ciała. Chociaż bowiem w ciele pozostajemy, nie prowadzimy walki według ciała, gdyż oręż bojowania naszego nie jest z ciała, lecz posiada moc burzenia dla Boga twierdz warownych. Unicestwiamy ukryte knowania i wszelką wyniosłość przeciwna poznania Boga i wszelki umysł poddajemy w posłuszeństwie Chrystusowi, z gotowością ukarania każdego nieposłuszeństwa, kiedy już wasze posłuszeństwo stanie się doskonałe” /2 Kor 10,2-6/. W dalszym ciągu tegoż listu autorytet swój wyraźnie wiąże z obecnym w nim i działającym przez niego Chrystusem: „Zapowiedziałem to już i teraz zapowiadam …, że gdy znów przyjdę, nie będę oszczędzał. Usiłujecie bowiem doświadczyć Chrystusa, który przeze mnie przemawia, a nie jest słaby wobec was …, chociaż bowiem został ukrzyżowany na skutek słabości, to jednak żyje dzięki mocy Bożej. I my także … żyć będziemy w Nim przez Boża mocą względem was” /2 Kor 13,2-4/.

W naszych czasach jednostronne podkreślenie idei braterstwa, równości, wolności itd. … postawiło przełożeństwo w Kościele w niełatwej sytuacji. Niekiedy odnosi się wrażenie, że samo już użycie władzy, zwłaszcza jeżeli jest ono połączone z pewną surowością, choćby uzasadniony, a nawet tylko z pewną stanowczością, jest przez wielu rozumiane jako nadużycie władzy i przyjęte z oburzeniem jakby chodziło o naruszenie praw wolnej osobowości dziecka Bożego.

Współczesne odkrycie społeczności i braterstwa to z pewnością wielkie odkrycie. Ale odkrycie to, po wiekach indywidualizmu, powoduje takie olśnienie, że – jak to głęboko zauważył francuski filozof Lacroix – prowadzi do pewnego zaniku ojcostwa w Kościele. A ponieważ właśnie ojcostwo jest tym elementem odgórnym, od Boga idącym i uobecniającym ojcostwo Boga, taka społeczność braterska, która broni się przed ojcostwem, łatwo stać się może społecznością naturalistyczną i ateistyczną. Lacroix ostrzega. A jednak w chrystianizmie jest autentyczne duchowe ojcostwo, podobnie jak tylko w Chrystusie jest uniwersalne braterstwo, bo to jest dar Jego i tylko Jego. Gdzie indziej może być przełożony, przewodniczący, kolega czy towarzysz, ale nie brat ani tym bardziej ojciec. Tylko chrześcijaństwo daje śmiałość potrzebom do przyjęcia takiego tytułu. Terror sloganów takich, jak „paternalizm” na pewno okaleczył chrześcijańskie rozumienie ojcostwa tak istotne w rodzinnym klimacie chrystianizmu i tak psychologicznie potrzebne ludzkiej duszy. W Liturgii Kościoła istnieje nawet specjalny obrzęd, który ma na celu udzielenie pełni duchowego ojcostwa, a jest nim Benedykcja Opata. Przełożeni są dziś trochę sterroryzowani sloganami i już nie śmią tego tytułu używać. Zastępują go tytułem „brat” albo „starszy” albo „odpowiedzialny”, by podkreślić przede wszystkim równość, której dzisiejsi ludzie odczuwają szczególny głód. Przeciw chrześcijańskiemu ojcostwu duchownemu cytuje się Mat 23,9: „Nikogo tu na ziemi nie nazywajcie ojcem. Jeden bowiem jest Ojciec wasz – Ten w Niebie”. Atoli dobrze rozumiane ojcostwo chrześcijańskie nie jest innym ojcostwem obok ojcostwa Boga, ale jest tym właśnie ojcostwem po w pewien sposób uobecnionym, tak jak kapłaństwo o nie jest innym kapłaństwem, różnym od Chrystusowego, ale udziałem e nim i uobecnieniem jego. Tak też rozumieli Apostołowie, którzy nie wahali się nazywać się ojcami i rewindykować praw ojcowskich. Św. Paweł tak pisze: „Nie dla zawstydzenia was to piszę, lecz by was napomnieć jako moje najdroższe dzieci. Choćbyście mieli bowiem dziesiątki tysięcy wychowawców w Chrystusie, nie macie wielu ojców; ja to właśnie przez Ewangelię zrodziłem was w Chrystusie Jezusie” /1 Kor 4,14-15/. A do Galatów tak pisze: „Dzieci moje, oto ponownie w bólach was rodzę, aż Chrystus ukształtuje się w was” /Gal 4,19/. Tymoteusza nazywa Paweł swoim synem. Zaś Apostoł Jan, zwracając się do swoich uczniów, używa zwrotu „dziateczki”.

Podkreśla się dziś samodzielność, odpowiedzialność, dorosłość chrześcijan. Wszystko jest dobre i dlatego zasadniczy kierunek obecnych przemian cieszy nas. Kościół woli ryzyko nadużycia wolności niż ryzyka nadużycia władzy i autorytetu. Kościół nie chce utrzymywać swoich dzieci w stanie niedorozwoju i infantylizmu, ale Kościół jednocześnie przypomina, że Ewangelia mimo wszystko o dorosłości nie mówi, uczy nas natomiast, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie dojdziemy do Królestwa; a Ewangelia jest zawsze na czasie. Jeśli więc mówi się dziś wiele o dorosłości w Kościele, musi to być taka dorosłość, która się temu dziecięctwu nie sprzeciwia.

Poważnym niebezpieczeństwem dla autorytetu w Kościele jest „sloganizacja” ruchu odnowy. Różne wygodne dla wyrażenia pewnych tendencji słowa stają się sloganami. Są one szkodliwe najpierw przez to, że żywą, twórczą myśl zamykają i ujarzmiają, powodując jej przedwczesne zesztywnienie i skostnienie, co jest przeciwieństwem autentycznego postępu, który wymaga myśli giętkiej i żywej. Następnie wprowadzają atmosferę terroru intelektualnego i niewoli, bowiem słabe umysły, które za wszelką cenę chcą zasłużyć na miano postępowych, a których nie stać na krytyczną postawę wobec własnej współczesności, poddają się niewoli tych sloganów. A przecież nie każda „postępowość” jest oznaką żywotności, bo z prądem i zdechłe ryby płyną. Gdy moda jest na wolność i na samodzielność, głosić ją będą niezawodnie duchy najbardziej nawet niewolnicze i niesamodzielne. Tak już jest na tym świecie. Nadmierny kult „postępowości” i używanie związanych z nią sloganów łączy się z nietolerancją względem myśli naprawdę wolnej i niezależnej. Slogany wprowadzają niebezpieczeństwo chaosu myśli, bo zawierają jakieś jądro prawdy, ale niczego nie precyzują, nie określają, nie ustawiają i dlatego ich ślepy dynamizm niszczy po drodze wiele autentycznie chrześcijańskich wartości. Szczególnie dużo takich sloganów dotyczy dzisiaj autorytetu i ustosunkowania się do niego /feudalizm, tryumfalizm, paternalizm, kolegializm, dialog, infantylizm/. Trzeba czuwać nad umysłami naszych zakonników, aby w dążeniu do postępowości nie stali się niewolnikami sloganów a przez to kalekami w myśleniu.

MIŁOŚĆ I KOMUNIA

W dotychczasowych naszym rozważaniu przyglądaliśmy się autorytetowi w jego relacji z posłuszeństwem. W tej perspektywie ukazał się on sam jako prawo do uległości. Teraz musimy pogłębić nasze rozważanie i w tym celu wróćmy znowu do opisu Księgi Rodzaju.

Zauważmy, że już od samego zarania dziejów ludzkości autorytet Boga ukazany jest nam jako autorytet miłości. Bóg chce pełni życia dla człowieka, chce go uchronić od śmierci. Taki jest sens rajskiego zakazu i tak też nasi pierwsi Rodzice go rozumieli. Od samego początku Objawienia, Bóg się ukazuje jako Bóg miłości i życia. Bóg, który chce pełnego rozwoju człowieka. Ten sam Bóg, który na początku błogosławił dwojgu ludziom, mówiąc do nich: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną”, miał powiedzieć później: „Przyszedłem, aby życie mieli i mieli je w obfitości” /J 10,10/. Od samego początku stosunek człowieka do Boga miał być synowski, miał być pełnym zaufaniem do dobroci i życzliwości Boga i miał być zjednoczeniem z Nim w miłości. Nie chodziło tu przede wszystkim o to, by człowiek wypełniał nakazy Boże, ale o to, by był z Nim, by był Jego domownikiem, by się z Nim zsolidaryzował, tak aby sprawy Jego uważał za własne i by nigdy nie odszedł od Niego. Zauważmy, że taktyka wężowa dąży przede wszystkim do zburzenia tego właśnie stosunku. Wężowi nie chodziło tylko o to, by człowiek przekroczył Boży zakaz. On celuje głębiej. Pierwszą jego intencją jest zburzyć komunię człowieka z Bogiem przez podważanie zaufania, przez wsączanie zwątpienia w miłość i życzliwość Boga. Ewa rzeczywiście wierzy, że Bóg z miłości i w trosce o życie człowieka zakazał mu pożywać z tego drzewa. Wąż chce zburzyć tę dziecięcą wiarę. Według jego interpretacji zakazu, który wsącza w umysł Ewy, został on wydany bynajmniej nie w trosce o człowieka i jego życie, ale nieżyczliwy Bóg chciał się w ten sposób przed człowiekiem zabezpieczyć i zahamować jego rozwój, w którym widział własne zagrożenie.

Przez przyjęcie tej wężowej interpelacji człowiek zburzył w sobie prawdziwy obraz Boga miłości i życia i już do niego nie mógł powrócić. Zamiast komunii w miłości i dziecięcym zaufaniu do Boga pozostała mu postawa nieufności, lęku i zabezpieczenia się przed Bogiem. Taka jest postawa duchowa Adama bezpośrednio po upadku, gdy chowa się przed Bogiem w gęstwinie ogrodu /Rdz 3,8/, taką postawę wobec Boga przekazał swej skażonej potomności. Czyż na dnie cierpień świętego męża Joba nie dostrzegamy tej właśnie niemożności odnalezienia prawdziwego obrazu Boga miłości? Job nie może sobie dać rady z obsesyjnym obrazem Boga wrogiego, który zazdrośnie pilnuje, by człowiek nie wyszedł poza swoje ciasne granice. To zafałszowanie obrazu Boga w sercu człowieka stanowi najgłębszą ranę jako Wąż w owej chwili zadał całej ludzkości. Gdy człowiek dopuścił do siebie myśl, że Bóg może stać na przeszkodzie, na drodze jego osobistego rozwoju, w tym samym momencie obraz dobrego Boga, Boga, który jest Ojcem człowieka, znikł z jego duszy. Zerwana została komunia miłości i zaufania, to rdzenne poczucie wspólnoty z Bogiem, jakie człowiek miał od początku, i człowiek zapragnął być sam, zapragnął stać się czymś poza Bogiem i niezależnie od Boga.

Czyż nie ta sama doktryna zawarta jest w cudownej przypowieści o synu marnotrawnym, który zerwał komunię z Ojcem, aby dobra swe posiadać niezależnie, aby samodzielnie się rozwijać i stać się kimś? Wiemy kim się faktycznie stał! Starszy zaś jego brat rozumie uległość, ale też nie rozumie komunii, nie rozumie, że nagroda jego posłuszeństwa jest sama jedność z ojcem. On chciałby mieć coś ponadto dla siebie.

Jak widzimy więc, opis pierwszych dni rodzaju ludzkiego zawiera już w zarysie całą chrześcijańską koncepcję autorytetu. Chodzi tu o coś wiele większego niż gotowość ugięcia swej woli wobec rozkazu. Chodzi o głębokie poczucie jedności i wspólnoty z Hierarchią, chodzi o miłość, o zaufanie, o solidarność w działaniu i w tym kontekście także o uległość i posłuszeństwo. To wszystko składa się na oddanie tej niewyrażalnej rzeczywistości, którą nazywamy komunią /koinonia/ z Hierarchią. Płytka kazuistyka posłuszeństwa spłyciła nasze koncepcje chrześcijańskie. Nadmiernie skoncentrowana uwaga na problemie rozkazu i jego wypełniania odsunęły na dalszy plan to, co jest najważniejsze: nadprzyrodzony synowski stosunek miłości, czci i uległości do tych, w których Chrystus uobecnił się dla mnie jako Głowa społeczności odkupionej. Gdy taki będzie stosunek, to wewnętrzne posłuszeństwo zawsze będzie i to posłuszeństwo duchowe w miłości znajdzie sobie zawsze dosyć światła, by konkretne problemy zgodnie z tym duchem rozwiązać bez niepotrzebnej kazuistyki.

Uczucie miłości i uległości, jakie prawdziwy chrześcijanin ma w stosunku do swego Biskupa, nie opiera się na nieomylności Biskupa, której Biskup nie posiada, chociaż ma szczególną pomoc Ducha Świętego do nauczania Ludu Bożego i rządzenia nim. Nie o to tu jednak chodzi w pierwszym rzędzie. W jakim stopniu Biskupa zna wolę Bożą, na to pytanie nikt nie potrafi odpowiedzieć. Co natomiast jest zupełnie pewne to to, że on Chrystusa Zmartwychwstałego w sposób rzeczywisty dla nas uobecnia, i że w tej roli nikt go zastąpić nie może. To jest pewne i to wystarcza, by chrześcijanina przekonać, że wola Boża jest, byśmy byli zjednoczeni z nim. Dlatego Biskup jest przedmiotem szczególnej miłości wiernych i ta miłość się nie myli. Ku Biskupowi prowadzi wierzącego głód komunii z żyjącym Chrystusem i pragnienie poddania się Jemu, Jego Osobie przede wszystkim konkretnymi wyrazami Jego woli. Tu nie może być żadnej wątpliwości co do woli Bożej.

Dlatego stosunek wiernych do autorytetu Kościoła nie powinien być ustawiany tylko na płaszczyźnie uległości i posłuszeństwa. Trzeba koniecznie ożywić ten stosunek miłości i komunii, który w ciągu wieków nadmiernie zeszedł w cień, a bez którego dzisiejszy człowiek odczuwa wielką trudność w przyjęciu posłuszeństwa.

Biskup jest „centrum unitatis”, „centrum charitatis”, bez którego nie ma jedności Mistycznego Ciała. Biskupi stanowią punkty węzłowe chrześcijańskiej jedności, która jest w miłości. Ta prawda musi znaleźć swój wyraz w stosunku chrześcijan do władzy w Kościele. Komunia jest darem Hierarchii, według słów św. Jana: „Cośmy widzieli i słyszeli, to i wam oznajmiamy, abyście i wy mieli wspólnotę /koinonia/ z nami. My zaś mamy wspólnotę z Ojcem i z Synem Jego Jezusem Chrystusem” /1 J 1,3/. Ale jest ona jednocześnie darem Ludu Bożego, darem miłości, która umacnia Hierarchię, napełnia szczęściem i mocą jej posługiwanie. Ta jedność niweczy wpływy szatana, zabezpiecza społeczność przed błędem i grzechem.

Aby wychować chrześcijan do tej żywej Komunii z hierarchią w Duchu Świętym, w miłości i zjednoczeniu, trzeba większą uwagę zwrócić na wychowanie tej postawy wewnętrznej, która język łaciński nazywa „pietas filialis”, duch synowskiej czci pełnej miłości, życzliwości i lojalności. Prawo Pasterzy Kościoła do większej miłości ze strony Ludu Bożego podkreśla Św. Paweł w liście do Tesaloniczan: „Prosimy was, bracia, abyście uznawali tych, którzy wśród was pracują, przewodzą wam i w Panu was upominają, abyście ich otaczali większą miłością ze względu na ich pracę” /1 Tes 5,12/. Chętne posłuszeństwo ze strony Chrześcijan przynosi Pasterzom radość, a ta radość czyni ich zdolniejszymi do wypełniania trudnego pasterskiego zadania. Przeciwnie zaś taka postawa gminy w stosunku do przełożonych, która zasmuca ich, odbiera im siłę i światło radości, obraca się na szkodę samej gminy. Prawdę tę wypowiada list do Hebrajczyków: „Bądźcie posłuszni waszym przełożonym i bądźcie im ulegli, ponieważ oni czuwają nad duszami waszymi i muszą zdać sprawę z tego. Niech to czynią z radością, a nie z lękiem, bo to nie byłoby dla was korzystne” /Hebr 13,17/.Ta prawda zasługuje na mocne podkreślenie, że przypływ dobroci, miłosierdzia, miłości, dobrej woli ze strony podwładnych staje się nośnikiem łaski Ducha Świętego, która intensyfikuje światło miłości w duchu Pasterzy i czyni ich zdolniejszymi do rządzenia w Duchu Świętym ku radości całej wspólnoty. Od chrześcijan więc i od ich stosunku do autorytetu w Kościele zależy w dużej mierze łaska, z jaka będą kierowani przez swoich zwierzchników.

W świetle tej komunii rozumiemy prawdziwie głębszy sens karności kościelnej. Bo w katolickim rozumieniu komunia w miłości nie jest do pomyślenia bez jednoznacznego daru woli w chętnym posłuszeństwie okazanym tym ludziom, którzy są węzłami jedności w Mistycznym ciele. Miłość katolicka to więc z istoty swej miłość karna, miłość budująca Ciało Kościoła i jego jedność przez wiązadła posłuszeństwa. Z tego wynika, że karność kościelna – wbrew temu, co niektórzy zdaja się o niej myśleć – to nie jest zwykła dyscyplina porządkowa w rodzaju regulaminu seminaryjnego, ale to organiczny przejaw i wyraz wewnętrznej komunii i zarazem prawdziwa więź jedności Mistycznego Ciała Chrystusa. Jest rzeczą ogromnej wagi, by członkowie Kościoła sobie jasno uświadomili, że podważanie karności kościelnej dosięga samej jedności Kościoła. Jest rzeczą charakterystyczną, że wrogowie Kościoła często lepiej rozumieją wagę karności kościelnej niż wierni, a nawet niż różni kapłani, którzy w klimacie „posoborowej wolności” naruszają lekkomyślnie karność kościelną, zdają się sobie nie uświadamiać jakie zasadnicze wartości faktycznie wchodzą tu w grę.

W obecnej sytuacji Kościoła trzeba zwrócić baczną uwagę na występujące tu i ówdzie wśród chrześcijan postawę nieufności i jakby samoobrony przed działaniem władzy hierarchicznej Kościoła, niechęci do jej interwencji, jakoby zagrażała ona wolności i rozwojowi człowieka. Postawa ta zbytnio przypomina tę, która Wąż sugerował Ewie, by nie zasługiwała na szczególną czujność Kościoła. Pozwólmy chrystusowi działać przez tych, których On sam wybrał i zaufajmy temu działaniu.

DIALOG

Podkreśla się dziś słusznie, że stosunek posłuszeństwa nie wyklucza, ale przeciwnie, wymaga dialogu. W świetle tego, cośmy powiedzieli o komunii ta prawda jest jeszcze bardziej oczywista. Ale z tej doktryny wynikają również pewne postulaty pod adresem dialogu, warunkujące jego owocność i celowość. Są dialogi, które oddalają ludzi od siebie, są dialogi, które nie prowadzą do niczego. Dialog Joba ze swymi przyjaciółmi jest tu nader pouczającym przykładem. Dialog opiera się zawsze na życzliwości i na afirmacji partnera. Nawet ten dialog, który Kościół prowadzi z ludźmi innych wierzeń opiera się na swoistej komunii, która jest żywe uczucie ludzkiej wspólnoty i płynąca stąd sympatia. Dialog wewnątrz Kościoła musi być wyrazem tej wspólnoty, jaka mamy w Chrystusie i musi dążyć świadomie do umocnienia tej wspólnoty. Dzisiejszy chrześcijanin słusznie upatruje w dialogu wewnętrznym niezastąpione narzędzie postępu w życiu Kościoła. Zawsze jednak trzeba pamiętać, że najbardziej istotny postęp w Kościele to wzrost miłości, to umocnienie komunii i – co z tym się ściśle łączy – także wzrost posłuszeństwa i karności. Dialog jako narzędzie postępu winien ku temu prowadzić, nie powinien tych wartości nadrzędnych w chrześcijaństwie narażać na szwank, bo tego zła nie da się innym dobrem osiągalnym na drodze dialogu skomponować.

Chrześcijański dialog wewnątrzkościelny stawia wymagania obydwu dialogującym stronom, przede wszystkim wymagania miłości i towarzyszącego jej zawsze szacunku dla osoby i myśli partnera.

Od Hierarchii dialog żąda, by miała zawsze uszy otwarte ku słuchaniu i umysł życzliwy ku przyjmowaniu, bo inaczej autorytet zaciąży na dialogu i kontakt się zerwie. Władza, która nie chce słyszeć żadnej krytyki, która uznaje tylko potakujących, taka władza naraża się na podwójne niebezpieczeństwo. Pierwsze to niebezpieczeństwo błędu. Dowódca, który na froncie nie chce słuchać przykrych meldunków patroli o prawdziwej sytuacji, o skuteczności czy nieskuteczności własnych poczynań, o ruchach sił nieprzyjacielskich itd. …, naraża się na to, że jego rozkazy nie będą odpowiadały potrzebom sytuacji rzeczywistej i że w skutek tego poniesie klęskę. Podobnie stać się może i na froncie apostolskiego boju. Dlatego Hierarchia winna ludzi dojrzałych delikatnie zachęcać do szczerych wypowiedzi i z nimi się liczyć. Natomiast rozbudzenie krytyki masowej wewnątrz Kościoła prowadzi zawsze do naruszenia nadprzyrodzonego, synowskiego stanowiska do Hierarchii oraz wzrostu naturalizmu. Tu trzeba koniecznie uwzględnić inne struktury społeczności Kościoła w stosunku do każdej innej społeczności ludzkiej. W Kościele rządzi Chrystus i dlatego stosunek do rządzących w jakiś sposób Jego osobiście dotyczy, przeto nigdy nie może być bez pewnego klimatu religijnej czci. Zwykłe prawa socjologiczne tu nie wystarczają. Jest tu coś więcej, co nakazuje szczególną delikatność, a delikatności tej nie da się utrzymać w masowej dyskusji. Niebezpieczeństwo dezinformacji jest niebezpieczeństwem groźnym dla każdej władzy, a więc i władzy kościelnej. W jednej z chińskich dynastii ustanowiono prawo, że doradca cesarski ma obowiązek mówienia zawsze prawdy cesarzowi, nawet gdyby miał z tego powodu ponieść śmierć. Chciano zapobiec tej sytuacji, w której grono pochlebców szczelnie otacza osobę panującego odcinając go od społeczeństwa i od prawdy.

Drugim niebezpieczeństwem wynikającym z niedopuszczającej dialogu postawy Hierarchii jest „blokada krążenia” w żywym organizmie Kościoła, która powoduje marnowanie się wielu łask danych chrześcijanom przez Ducha Świętego dla ożywienia wiary, pełniejszego poznania Ewangelii, dla mobilizacji sił do czynnej miłości, dla powiększenia naszej wspólnej radości w Panu. Zaduszenie tych źródeł przez postawę negatywną w stosunku do dialogu może prowadzić do zaniku życia, do bezsilności, smutku i martwoty w Kościele. W takiej sytuacji utrzymane są pozory jedności przez karność czysto zewnętrzną, ale duchowa jedność rozpada się. Niedopuszczenie konstruktywnej, synowskiej krytyki z reguły prowadzi do rozwoju destrukcyjnej negatywnej krytyki kuluarowej, która bardzo szkodzi miłości i psuje dusze ludzkie.

Dialog nie jest jednak formułą magiczną, która wszystkie problemy rozwiązuje, sama nie stawiając żadnego problemu. Wiemy, że jest i ryzyko dialogu i możliwość ujemnych skutków dialogu. Są też ludzie, z którymi trudno o dialog owocny, ponieważ dopóki się im nie przyzna całkowitej słuszności, uważają że faktycznie dialogu nie było.

Gdy dialog prowadzi się z Hierarchią, trzeba bardzo uważać, aby w gorącym dążeniu do reformy w Kościele nie naruszyć samych jego fundamentów, na których się wszystko opiera. U podstaw wewnątrzkościelnego dialogu jest więc znowu komunia, żywe poczucie wspólnoty z Biskupem i świadomość, że nasza jedność w Chrystusie, wyrażająca się miłością i posłuszeństwem, jest wartością nadrzędną i nienaruszalną. Miłość synowska zawsze rodzi szacunek i życzliwość dla ojcowskiego autorytetu i nigdy nie zapomina o nadprzyrodzonym jego charakterze.

Tam, gdzie jest miłość prawdziwie synowska i to głęboko chrześcijańskie poczucie jedności i solidarności, tam krytyka przestaje być niebezpieczna, a staje się pożyteczna i konstruktywna. W takim klimacie nie ma miejsca na ten rodzaj krytyki jakby „z zewnątrz”, bez osobistego zaangażowania, bez poczucia osobistej odpowiedzialności i obowiązku niesienia pomocy. W Kościół i jego strukturę trzeba całkowicie wejść, trzeba weń wejść razem „z głową”, a nie żeby ta głowa pozostawała na zewnątrz i z tej pozycji krytykowała. Kamienie muszą wejść całkowicie w mur, bo jeśli będzie coś na zewnątrz wystawało, to w budowli może kawałek odpaść, gdy przyjdzie nam mur równać. Gdy będzie taka nasza postawa, to wykluczona będzie krytyka zarozumiała i w reformatorskim tonie.

Bardzo ważne jest również, by wierni dobrze rozumieli strukturę Kościoła, by uświadamiali sobie, że Kościół jest hierarchicznie zorganizowanym Królestwem, zaś nigdy nie może być i nie będzie „klubem dyskusyjnym” dla inteligencji katolickiej.

Sobór zwraca uwagę na charyzmaty członków Ludu Bożego. Te charyzmaty muszą być brane w rachubę przez Przełożonych, bo rządzenie nie może być nigdy arbitralne, ale musi się liczyć z realiami, zwłaszcza jeżeli te realia wskazują na kierunek działania Ducha Bożego w łonie wspólnoty. Rządzenie bowiem Ludem Bożym jest też jakimś posłuszeństwem Hierarchii wobec Ducha, który działa w łonie tajemniczej wspólnoty Kościoła a nawet i poza jego granicami widzialnymi. A więc posłuszeństwo jest na wszystkich szczeblach społeczności kościelnej. Można powiedzieć, że ono jest szczególną cechą Ludu Bożego, że Kościół jest Tajemnicą Posłuszeństwa. Grozi nam dziś nieposłuszeństwo niedoceniania tej fundamentalnej chrześcijańskiej wartości.

Szacunek Kościoła dla darów poszczególnych członków Ludu Bożego wyraził się między innymi i w tej trosce, aby w Zakonach każdy z członków miał możność swobodnie się wypowiadać w sprawie odnowy. Kościół chciał, aby dar łaski, który w każdym jest, mógł wnieść swoją cząstkę światła ku wspólnemu dobru. Realizm wymaga jednak wzięcia pod uwagę, że w człowieku są nie tylko Boże dary i nie tylko one dochodzą do głosu, gdy się człowiek wypowiada. Nieraz w takich kwestionariuszach zakonnych wypowiadają się rozmaite tendencje, które trudno przypisać łasce Bożej. Mogą to być ludzkie pragnienia i zachcianki, którym daje się pierwszeństwo nad autentycznymi wartościami zakonnymi. Stąd widzimy jak głęboki i trudny problem stawia przed nami „dialog zbawienia”, który mamy prowadzić. Każdy członek, aby mógł przemawiać z charyzmatu, który otrzymał od Boga, musi się oczyścić od wszelkiego subiektywizmu i wszelkiej namiętności. Dopiero gdy te wszystkie zmętnienia w sobie wyklaruje, aby stać się posłusznym duchowi, a także gdy dobrze zrozumie wartości, za których zachowanie i przekaz jest odpowiedzialny, dopiero wówczas będzie mógł wnieść we wspólnotę to, co z woli Bożej dla niej posiada. A więc dialog jest bardzo potrzebny, ale nie upraszczajmy problemu. Nie jest to środek tak łatwy w zastosowaniu jak się może wydawać. Wymagania, które stawia, są duże, ale trzeba usiłować je spełnić, jeśli się nie chce, by dialog był tylko czczą gadaniną albo nawet przyczyną prawdziwych szkód, ale by stał się prawdziwym budowaniem in Christo Jesu.

SPECYFICZNE POŁOŻENIE ZAKONÓW WOBEC PROBLEMU AUTORYTETU W KOŚCIELE

Wszystko to, cośmy powiedzieli powyżej o stosunku chrześcijan do autorytetu Hierarchii w Kościele stosuje się oczywiście i do zakonników. Tutaj interesuje nas to, co w tej materii jest specyficznie zakonne.

Nie będziemy tu mówić o stosunku zakonników do własnych przełożonych zakonnych, chociaż nie ulega wątpliwości, że przełożeni zakonni reprezentują autorytet Kościoła. Chodzi nam tu jednak o Biskupów i o stosunek do nich. Sobór w zasadzie zachowuje dotychczasową, opartą na tzw. egzempcji, względną niezależność zakonów w stosunku do Episkopatu, chociaż uprawnienia Episkopatu nieco rozszerza. Jednocześnie jednak Sobór kładzie nacisk na ducha synostwa, na szacunek i gotowość do służenia Biskupom pomocą w ich apostolskim zadaniu. Wyraźnie Sobór pragnie, by stosunek nasz do Biskupów nie opierał się jedynie na kanonicznych rozgraniczeniach kompetencji, ale by był głęboko ożywiony duchem miłości chętnej do wypełniania woli tych, na których ciąży główna odpowiedzialność za Ewangelię Chrystusa.

Egzempcja jest uznaniem charyzmatycznego charakteru powołania zakonnego w Kościele. Kościół uznał powołanie zakonne za dzieło Ducha Świętego dla dobra całego Kościoła i dlatego szanuje i chroni, oddają je pod specjalną opiekę Ojca całego chrześcijaństwa. Biskupi powinni szanować specyfikę poszczególnych zakonów i dlatego nie powinni żądać od nich form współpracy z diecezją, które by nie były zgodne z tą specyfiką. Mamy tu konkretny przykład tego posłuszeństwa Hierarchii wobec charyzmatu jako znaku woli Ducha Świętego. Celem egzempcji nie jest jednak swoboda zakonów i wolność pewnych obowiązków, ale wierność własnemu powołaniu. Kościół pragnie tej wierności powołaniu zakonnemu, widzi w niej wielkie dobro dla całego Ludu Bożego i dlatego tę wierność zabezpiecza egzempcją. Używanie przywileju egzempcji bez rzetelnego wysiłku w kierunku wierności swemu powołaniu jest – moralnie rzecz biorąc – pewnym nadużyciem, bo użyciem niezgodnym z intencją Kościoła, który egzempcję dla ochrony wierności ustanowił.

Różność form życia zakonnego, wprowadzając pewne ograniczenia w dziedzinie rodzaju pomocy, jakiej Hierarchia może się spodziewać od poszczególnych zakonów, nie wprowadza ograniczenia w miłości, ale przeciwnie miłości służy. Każdy zakon im bardziej jest sobą, im bardziej wierny jest swojej specyficznej łasce, tym mocniej tkwi w organizmie Kościoła, tym głębiej wrasta w Kościół i tym owocniej Kościołowi służy. Zdrowie i zwartość całego żywego organizmu uzależnione jest od tego, by każdy organ spełniał dobrze swoją własną specyficzną funkcję. Zachowanie zdrowia wymaga uszanowania tego ładu, który samo życie stwarza. Ład Ducha Świętego jest ładem miłości i nierozsądne byłoby powołanie się na miłość dla jego burzenia.

Ostatecznie nic w Kościele nie rozwiązuje się na płaszczyźnie samego tylko prawa, ale prawdziwe rozwiązania są w duchu i w miłości.

Na koniec, w oparciu o doktrynę rozdziału 5 Konstytucji Soborowej „Lumen Gentium” postarajmy się uzyskać jeszcze głębsze spojrzenie na charyzmatyczną role zakonów w Kościele, by wyciągnąć z niej odpowiednie wnioski. Ów rozdział Konstytucji, mówiący o powszechnym powołaniu do świętości, po wymienieniu różnych form świętości chrześcijańskiej, wśród których kapłaństwo i biskupstwo, przechodzi następnie do form o znaczeniu szczególnie charyzmatycznym i wyjaśnia dwie: męczeństwo i życie według rad ewangelicznych, a więc w pierwszym rzędzie życia zakonnego.

Takie ujęcie musi zastanowić. Oto Sobór oddziela życie zakonne od różnych innych form świętości chrześcijańskiej i łączy je z męczeństwem. Sobór mówi, że ku wielkiej radości Matki-Kościoła wyniszczenie Chrystusa jest wyraźniej ukazane dzięki tym, którzy żyją według rad ewangelicznych. A więc szczególnym charyzmatem życia zakonnego w Kościele jest stać na straży tego wyniszczenia Chrystusa, uobecniać je i przypominać, czuwać nad tym, by nigdy pokora i posłuszeństwo Chrystusowe nie poszły w zapomnienie, by nigdy ich nie usiłowano wyeliminować z życia chrześcijan lub zastąpić innymi metodami dążenia do doskonałości, które by omijały Jego Krzyż.

Nie możemy nigdy o tym zapomnieć, że zakony narodziły się z ogromnego zrywu wyrzeczenia się i dla szerokich kręgów ludzi świeckich pojęcie zakonnika nadal związane jest z zżyciem oddanym modlitwie i zaparciu się siebie. Wstyd przyznać, że nierzadko prosta intuicja wiary chrześcijańskiej ludu jaśniej i prawdziwiej widzi życie zakonne aniżeli my sami, którzy nosimy habit zakonny może od wielu lat.

Ewangeliczna myśl zaparcia się siebie, pokory i posłuszeństwa, która reprezentują zakony, jest absolutną odwrotnością kierunku nadanego ludzkości przez szatana, kierunku wielkości, niezależności i buntu. Stąd widzimy, że powołanie zakonne jest najbardziej radykalną reakcją Ludu Bożego przeciw szatanowi i kierunkowi jego wpływów w świecie, a więc jest to w szczególny sposób odpowiedź Ducha Świętego i Jego łaski na ingerencję sił piekielnych w świat i w ludzkość. Zakonnik jest z charyzmatu „anty-szatanem” tzn. tym, który przyjął dla siebie taki kierunek życia, który godzi w samą głowę Węża, inspiratora pychy i nieposłuszeństwa.

Jeśli taka jest charyzmatyczna rola zakonów w Kościele, iż od jej wypełnienia zależy w dużej mierze zwycięstwo Ludu Bożego nad wpływami szatana w świecie, to rozumiemy jak ważną jest rzeczą, by same zakony były wierne temu kierunkowi życia ku Chrystusowemu wyniszczeniu.

W tym świetle rozumiemy również inne zjawisko naszych czasów, a mianowicie to, że zakony, które odchodzą od tradycyjnej ascezy wyrzeczenia i szukają jakichś bardziej „pozytywnych” i „rozwojowych” /jak mówią/ kierunków ascezy, przestają jakoś widzieć, czym są i ogarnia je poczucie zatracenia swego miejsca w Kościele. Nierzadko spotkać dziś można objawy pewnego wewnętrznego niepokoju, kompleks niższości wobec kleru diecezjalnego czy świeckich. Czymże jest kompleks niższości, jeżeli nie typowym uczuciem kogoś, kto zeszedł ze swej własnej drogi i zgubił siebie, kto z powodu niewierności własnemu powołaniu przestał rozumieć, kim właściwie jest. U ludzi natomiast, którzy są na swojej drodze, którzy maja świadomość zasadniczej wierności swemu powołaniu, nie znajdziemy kompleksu niższości, choćby ich powołanie było skromne i maluczkie. Ale zakonnicy szukają dziś często Bóg wie czego, zamiast szukać tego kierunku, który jest ich specjalnym charyzmatem dla dobra całego Kościoła, tego ideału, który cieszy Lud Boży uobecnieniem „Chrystusowego wyniszczenia”.

Mówiliśmy, że w Starym Testamencie kościec duchowy Ludu Bożego stanowili „anawim”, ubodzy Jahwe, ci maluczcy, których ideał życiowy stanowił przygotowanie i jakby daleki zarys postawy pokornego i aż do śmierci krzyżowej posłusznego Sługi Jahwe – Jezusa z Nazaretu. Ta linia duchowa „anawim” przeszła do Ludu Bożego Nowego Przymierza i tu właśnie zakony odnajdują swój głęboki teologiczny, historyczny i charyzmatyczny sens. Jest rzeczą charakterystyczną i zastanawiającą, że ten zakon, który w dzisiejszym Kościele może najwyraźniej stanowi przedłużenie żywej tradycji „anawim”. Zakon Małych Braci i Małych Sióstr, czuje się w dzisiejszym świecie spokojnie na swoim miejscu i robi wrażenie, że jest wolny od tych niepokojów i kompleksów, jakie spotykamy gdzie indziej.

W końcu jest rzeczą zrozumiałą, iż, jeśli przyjmiemy, że pokora i posłuszeństwo są charyzmatyczną specjalnością zakonnego stanu w łonie Kościoła, to ta wieka i ożywcza prawda nie może być bez wpływu na postawę uległości zakonów w stosunku do Hierarchii.

Archiwum KWPZM

SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda