Tematem obecnego roku duszpasterskiego w Polsce jest hasło Uczniowie – misjonarze. Po Roku Jubileuszowym 2025, który przeżywaliśmy jako Pielgrzymi Nadziei przychodzi czas budowania pogłębionej więzi z Chrystusem i dawania świadectwa Jego Ewangelii. Tylko ten, kto wsłuchuje się w głos Chrystusa i jest z Nim w głębokiej więzi, może dawać o Nim świadectwo. I odwrotnie – nie można być w osobowej relacji z Chrystusem, nie świadcząc o Nim. Stając się uczniami Chrystusa, stajemy w gotowości do bycia Jego misjonarzami.
Uczeń to przede wszystkim ten, kto słucha i stara się być obok swego mistrza, przyjmując jego sposób myślenia i jego sposób życia. I tu najważniejsza jest postawa słuchania. Misjonarz zaś to świadek, to ten, który dzieli się z innymi spotkaniem ze swoim nauczycielem i pragnie innych do niego pociągnąć.
Jedną z ewangelicznych scen, ukazującą postawę ucznia – misjonarza jest fragment o uzdrowieniu paralityka, którego przynosi do Jezusa czterech mężczyzn (zob. Mk 2,1-12). Owi czterej, którzy postanowili przynieść sparaliżowanego człowieka do Jezusa, musieli posiadać głębokie doświadczenie spotkania z Nim. Ich wiara i determinacja sprawiły, że pomimo wszelkich trudności, znaleźli sposób, by przez sufit spuścić w sam środek przed Jezusa, sparaliżowanego człowieka. Tylko doświadczenie bycia uczniem i przekonanie o sprawczości Mistrza pozwalało im wierzyć w to, że Jezus jest w stanie uzdrowić człowieka sparaliżowanego. I tak się stało. W tym kontekście możemy pozwolić sobie, by w „owych czterech” widzieć czterech ewangelistów, którzy, jako uczniowie Jezusa, stali się Jego misjonarzami – misjonarzami słowa Bożego.
Chrystus, odpuszczając grzechy człowiekowi sparaliżowanemu, powiedział: «wstań, weź swoje nosze i idź». Ten wstał, wziął swoje nosze i poszedł – odzyskał siły, by podjąć dalszą drogę życia. Ewangelia przyjęta z wiarą zawsze prowadzi do spotkania z Jezusem, który uzdrawia.
Z kolei inna perykopa biblijna, w której poznajemy historię powołania celnika Mateusza (zob. Łk 5,27-32), pokazuje, jak spotkanie z Jezusem może w jednej chwili zmienić ludzkie życie. Lewi-Mateusz na wezwanie Jezusa: «pójdź za Mną», zostawia wszystko (nie tylko majątek, ale także całą historię życia) i podejmuje decyzję, by pójść za tym, który go powołał. Staje się uczniem Jezusa i świadkiem przemieniającej mocy Jego słowa. Jego świadectwo wyboru Jezusa jest obrazem radykalizmu ewangelicznego.
Podobnie wielu założycieli wspólnot zakonnych, staje przed nami jako uczniowie – misjonarze Chrystusa. Doświadczyli oni w swoim życiu głębokiej przemiany wewnętrznej i podjęli drogę nawrócenia. Wszyscy przyjęli wezwanie Chrystusa i zaufali Jego słowu, bez względu na przeciwności świadczyli o Chrystusie wszędzie, gdzie ich posyłał.
Mając przed oczami tak nakreślony obraz ucznia – misjonarza stawiamy sobie pytanie: jak w dzisiejszym świecie być prawdziwym uczniem-misjonarzem Chrystusa i jak głosić Dobrą Nowinę?
Warto tu pokusić się o krótką charakterystykę dzisiejszego świata, pełnego wielu kontrastów i sprzeczności. W pierwszej kolejności zwróćmy uwagę na:
- współczesny hedonizm i z nim związaną kulturę tymczasowości – zatopienia w doczesności;
- fałszywe zasady moralne, gdy pod płaszczem dobra próbuje się przemycić potężne pokłady zła, systematycznie degradujące życie człowieka;
- wyśmiewanie pobożności, wyrażające się w lekceważącym stosunku do wiary i wartości z nią związanych;
- skandalizację życia publicznego, której przejawem jest niszczenie i podważanie autorytetów w dziedzinie moralności i religijności.
Konsekwencją zatopienia w doczesności jest powolne odchodzenie od Boga, i Jego słowa. Materializm zatrzymuje człowieka na tym, co zewnętrzne i powierzchowne. Skutkuje stylem życia bez trwałych zobowiązań i decyzji na całe życie. Taki człowiek, zatopiony w doczesności – w świecie materialnym i wirtualnym, rzadko kiedy podejmuje głębszą refleksję na temat życia, wiary, i wieczności. We wszystkim, co robi goni za szczęściem, ale nie wie, że myli go z zadowoleniem i chwilową przyjemnością. Wszystko, co przekracza doczesność i wiąże się z Bogiem, z wiarą czy życiem wiecznym zostaje spychane na plan dalszy i jest sukcesywnie eliminowane z codzienności. Religijność staje się rzeczywistością okazjonalną, a praktykowanie wiary zastąpione innymi formami pseudoreligijności.
Z kolei fałszywe zasady moralne prowadzą do zamętu w dziedzinie moralności. Aborcja nazywana terminacją ciąży czy eutanazja, jako terminacja cierpienia, traktowane są jako wyraz ludzkiej wolności. To, co jeszcze niedawno uważano za coś nie do przyjęcia, dziś staje się wyznacznikiem postępu ludzkości, zaś odwieczne prawdy moralne są degradowane i ośmieszane.
Opisane przejawy skandalizacji życia publicznego są znakiem działania zła w świecie a ich celem jest pozbawienie społeczeństwa autorytetów, zwłaszcza w dziedzinie moralności: papieża, biskupów, kapłanów, osób konsekrowanych. W konsekwencji podważa się autorytet samych rodziców, którzy jako pierwsi mają przekazywać dziecku zasady moralnego życia. Społeczeństwo bez autorytetów staje się wspólnotą pozbawianą wartości. Kreowani co jakiś czas idole tego świata, są bardzo często przykładem tak zwanego życia „na fali” opartego na chwilowym zadowoleniu i popularności. A choć życie wielu z nich kończy się tragicznie, przedstawiani są jako ikony stylu i szczęścia. W konsekwencji mamy coraz więcej osób rozczarowanych, doświadczających osamotnienia i beznadziejności. Wzrasta też liczna samobójstw, zawłaszcza wśród młodych ludzi, którzy nie widzą sensu swego życia.
Przyjrzyjmy się w tym miejscu Przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Mamy w niej przedstawiony obraz człowieka schodzącego z Jerozolimy do Jerycha. Jerozolima to miasto położone na górze, Jerycho natomiast położone jest poniżej poziomu morza, w depresji. Człowiek udający się do Jerycha zostaje napadnięty, pobity i na wpółżywy zostawiony przy drodze. Przechodzi tamtędy kolejno kapłan i lewita. Każdy z nich mija leżącego człowieka, nie udzielając mu jakiejkolwiek pomocy. Być może spotkanie z takim człowiekiem, bliżej nieokreślonym uczyniłoby ich w świetle prawa nieczystymi, zatem woleli przejść obok. Jedynie przechodzący tamtędy Samarytanin, który przez mieszkańców Jerozolimy traktowany był często pogardliwie, udzielił pomocy potrzebującemu: zatrzymał się, zaopatrzył, zawiózł do gospody i zatroszczył się o jego przyszłość.
Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie jest dziś dla nas obrazem człowieka, który idąc przez życie, traci swoją godność i wartość oraz bogactwo więzi z Bogiem i bliskimi mu osobami. Może to być także wspólnota wiary, rodzina, miejsce realizacji powołania… Wspomniana wyżej „kultura chwili” i obietnica pozornego szczęścia są jak owi rabusie z Przypowieści. W pewnym momencie swojego życia człowiek spostrzega, że goniąc za bogactwem Jerycha stracił prawdziwe skarby, które nosił w swoim sercu. Jak wiele osób dziś doświadcza osamotnienia, beznadziejności, smutku i przygnębienia. Początek złudnych obietnic, którym uwierzyli, był piękny, ale rzeczywistość okazała się bardzo brutalna.
Na tym tle sytuuje się życie i powołanie osób konsekrowanych, których podstawową misją jest niesienie uzdrawiającej miłości Bożej. Aby się to stało, trzeba jasno widzieć perspektywę swojego powołania i swoją tożsamość, której źródłem jest więź z Panem Jezusem. Nieodzowna jest także świadomość celu ostatecznego życia. W ten sposób wiemy po co i dla kogo żyjemy. Być miłością w sercu Kościoła – jak mawiała św. Teresa z Lisieux. Mieć przed oczami perspektywę współczesnego świata, widzieć zagrożenia i realizować misję, do której jest się wezwanym. Innymi słowy być w tym świecie, ale nie być z tego świata (por. J 17,14-16). Osiągnięcie tego celu wymaga stałej i systematycznej refleksji nad swoim życiem. Potrzeba swego rodzaju „zatrzymania się w drodze” – nie w sensie biernym – ale po to, by zobaczyć, jak zmienił się „krajobraz świata” wokół nas i jakie wobec tego trzeba nam podjąć działania. Duch Święty poprzez różne wydarzenia, także poprzez zmniejszającą się liczbę powołań, wzywa osoby konsekrowane, by „podniosły głowę” i zobaczyły znaki, które im dla daje dla właściwego wybrania kierunku dalszej drogi.
Wobec zmieniającej się dynamicznie rzeczywistości, życie konsekrowane potrzebuje na nowo odkryć swoją tożsamość w Kościele i świecie. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo zatrzymania otrzymanego charyzmatu tylko dla siebie. Każdy charyzmat jest dany i zadany dla dobra wspólnoty Kościoła. Tym bardziej więc powinny o tym pamiętać osoby konsekrowane. Duch Święty obdarzając je takim a nie innym charyzmatem pragnie, aby przez miłość, rozwijali go i nim służyli w konkretnej rzeczywistości. A ta, jak już wspomniano zmienia się bardzo dynamicznie. Potrzeba więc nieustannego rozeznawania i otwierania się na nowe wyzwania. W przeciwnym wypadku osoba czy wspólnoty życia konsekrowanego wejdą w proces stagnacji, która będzie sprzyjać charyzmatycznemu starzeniu się.
Jeśli wspólnoty życia konsekrowanego nie podejmą dziś pogłębionej refleksji nad istotą swojego powołania, mentalność tego świata zacznie coraz bardziej przenikać do ich życia. Powtórzmy więc to raz jeszcze. Trzeba się zatrzymać, by usłyszeć, gdzie i jak iść dalej. Nieustanne nastawienie na prowadzenie tych samych dzieł (bo tak było zawsze) to uleganie pokusie charyzmatycznego archaizmu. Ta pokusa jest bardzo niebezpieczna. Jeśli jej nie rozpoznamy, pod płaszczem dobroczynności będzie prowadzić do stopniowego osłabienia sił zarówno fizycznych, psychicznych, jak i duchowych. Prowadzone dzieła, zwłaszcza związane z posługą miłosierdzia pochłaniają wiele sił i nakładów także materialnych. Okazuje się, że instytucje świeckie doskonale potrafią wypełnić to zadanie, często na dużo lepszym poziomie. We wspólnotach zakonnych jest coraz więcej osób zmęczonych i schorowanych. Brak nam też radości bycia razem. Wydaje się, że wiele osób konsekrowanych utraciło świadomość istoty swojej konsekracji. Również źle rozumiane posłuszeństwo oraz brak wzajemnego słuchania rodzi wiele napięć i kryzysów. Także w dziedzinie ubóstwa pojawia się pokusa zabezpieczeń na przyszłość… bo nie wiadomo jak to będzie.
Jaka jest więc dziś perspektywa życia zakonnego? Pewnie wiele wspólnot zaniknie, nie sprosta biegowi czasu. Brak rozeznania, deficyt Bożych relacji we wspólnotach, niechęć do wzajemnej współodpowiedzialności z pewnością nie przyczynią się do nowych powołań, a i te, jeśli będą, to czy wytrzymają próbę czasu?
Nie chodzi tu o kreślenie smutnej perspektywy życia konsekrowanego ponieważ jest wiele osób, które, pokonując wiele przeciwności, zwłaszcza tych płynących z wnętrza ich wspólnot, żyją pełnią charyzmatu, w radości i entuzjazmie powołania. Wspólnoty, które przez modlitwę i wzajemne dzielenie się wiarą, podejmą drogę wspólnego rozeznawania (nie tylko przełożeni), z pewnością będą w stanie oprzeć się zagrożeniom współczesnej kultury. Potrzeba dzisiaj mocnego wstrząsu duchowego, by odpowiedzieć sobie na pytanie dla kogo żyję i jak żyję. Wspólnota – zgromadzenie zakonne, to przestrzeń życia osób, które Bogu ślubowały miłość. Chodzi więc o to, by te osoby odkryły na nowo piękno wiary, powołania i potrafiły innych zachwycić entuzjazmem życia.
Potrzeba dziś zrozumienia i podjęcia misji współdzielonej, której istotą jest współodpowiedzialność za życie brata i siostry, za życie mojej wspólnoty, za życie Kościoła. Jeśli staniemy się współodpowiedzialni za siebie nawzajem, nie będzie problemów z osamotnieniem we wspólnocie. A osoby zakonne, które poza wspólnotą podejmują różne dzieła w Kościele i dla Kościoła, nie będą traktowane jak… „pracujące nie dla nas”. Czyż w wielu przypadkach tak właśnie nie jest? Jakże często nie potrafimy cieszyć się bratem i siostrą, których radość i entuzjazm życia pociąga innych do Chrystusa; jakże często nie potrafimy zrozumieć, że brat czy siostra posługujący „na zewnątrz” wspólnoty współdzielili jej misję w zdobywaniu dusz dla Królestwa Niebieskiego. Chodzi zatem o właściwie rozumiany „indywidualizm”, czyli osobiste obdarowanie każdego. To, że jestem w takim a nie innym zgromadzeniu zakonnym, nie oznacza, że mam być taki sam, jak wszyscy inni. Trzeba, byśmy posługując w duchu wspólnoty zakonnej, do której należymy rozwijali swoje osobiste obdarowanie, w ten sposób współdzielimy misję wspólnoty, a ona współdzieli misję Kościoła. Tak rozumiany „indywidualizm” jest darem dla Kościoła i rozwija wspólnotę (por. Vita Consecrata 4).
Wspomniany wyżej wstrząs duchowy dotyczy poważnej refleksji nad przeżywaniem powołania we wspólnotach zakonnych, instytutach świeckich oraz indywidualnych formach życia konsekrowanego.
Potrzeba wrócić do Wieczernika i wspólnie wołać o Ducha Świętego, aby nauczył nas w jedności, mówić różnymi językami, tak, jak On nam pozwala mówić (zob. Dz 2,1-4). Nie jest to łatwe, bo wymaga odejścia od utartych schematów i przyzwyczajeń, które kiedyś były dobrym rozwiązaniem, ale dziś wymagają odwagi nowego spojrzenia. Czyż Założyciele naszych wspólnot nie podejmowali Bożego ryzyka, krocząc drogą swojego powołania? «Dlatego każdy (…), kto stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare» (Mt 13,51). Prośmy Ducha Świętego o dar męstwa w rozeznawaniu i podejmowaniu nowych wyzwań, do których nas wzywa.
Jak zatem, jako osoby konsekrowane, mamy głosić dziś Ewangelię? Jak być dobrym uczniem – misjonarzem?
Odpowiedź znajdujemy w scenie biblijnej opisującej drogę uczniów Jezusa do Emaus (zob. Łk 24,13-35). Jezus dołączył do uczniów w drodze. Drodze, która jawi się, jako pokusa ucieczki od trudnej rzeczywistości. On idzie, słucha a potem pyta: «o czym to rozmawiacie»? Jak ważne jest wyjście do człowieka i uczestnictwo w jego drodze. Wsłuchać się w serce współczesnego świata, by potem wyjaśniać i doprowadzić do prawdziwego spotkania w wierze. Czy mamy czas, by wyjść i słuchać innych? Lubimy mówić, a jeszcze częściej pouczać. Dziś potrzeba uczniów – misjonarzy, którzy słuchają wysłuchają… tęsknot, pragnień, rozczarowań i lęków ludzkiego serca. We wstępie tych rozważań wskazaliśmy na przestrzenie działania zła w świecie. One bardzo mocno wpływają na życie człowieka. Ten człowiek chce być dzisiaj wysłuchany. Ten człowiek potrzebuje, by ktoś pomógł mu spojrzeć na wszystko w świetle słowa Bożego. Często też nie wie jak bardzo go potrzebuje.
Jako osoby konsekrowane, uczniowie – misjonarze Chrystusa mamy być solą ziemi i światłem świata. Ktoś kiedyś zapytał, w jaki sposób ludzie by nas rozpoznali, gdyby zabrano nam dar mowy i nie pozwolono zakładać habitów? Warto sobie to przemyśleć osobiście i wspólnotowo.
Uczniowie uciekający do Emaus, po spotkaniu i rozmowie z Jezusem wracają pełni entuzjazmu tam, skąd uciekali. Stają się świadkami uzdrawiającej mocy słowa Bożego.
Podsumowanie
Życie konsekrowane jest darem Ducha Świętego dla Kościoła i takim pozostanie do końca świata. Od poszczególnych osób zależy jego żywotność i to te osoby przyczyniają się do odnowienia poszczególnych wspólnot, a więc i całego Kościoła. Trudności nie powinny jednak zniechęcać. Należy raczej zdobyć się na nowy wysiłek, ponieważ Kościół potrzebuje duchowego i apostolskiego wkładu, jaki może wnieść odnowione i pełne świeżych energii życie konsekrowane (Vita Consecrata, 13).. Módlmy się o prawdziwych świadków, uczniów – misjonarzy podążających za Chrystusem drogą rad ewangelicznych.
