Home WiadomościZe Świata Misjonarka z Boliwii: ubóstwa tutaj nie da się zrozumieć z perspektywy Polski

Misjonarka z Boliwii: ubóstwa tutaj nie da się zrozumieć z perspektywy Polski

Redakcja

Siostra Małgorzata chciała wyjechać na Wschód, ale trafiła na drugi koniec świata – do Boliwii. Misje okazały się dla niej szkołą zaufania, pokory i odkrywania Boga w codzienności pełnej wyzwań. O ludziach, dla których codzienny posiłek jest luksusem i wiosce, w której nagrodą za ukończenie szkoły jest… łóżko, Karolinie Binek opowiada dominikanka Misjonarka Jezusa i Maryi.

Kiedy po raz pierwszy pojawiła się u Siostry myśl o misjach? To było coś nagłego, czy raczej proces, który dojrzewał w czasie?

– Myśl o misjach pojawiła się u mnie właściwie wtedy, kiedy zaczęłam w ogóle zastanawiać się nad życiem zakonnym czyli podczas studiow. To był taki moment, kiedy zaczęłam sobie zadawać pytania o to, co mam robić w życiu, czego Jezus ode mnie chce, gdzie jest moje miejsce. I pamiętam, że wtedy w mojej głowie pojawiła się bardzo konkretna myśl, że mają to być misje. Nie wiedziałam jeszcze w tamtym czasie zupełnie, co to znaczy, jak to wygląda, z czym to się wiąże. Nie miałam żadnego doświadczenia, żadnego obrazu, żadnych konkretnych informacji. Było tylko jedno słowo: misjonarki. I to słowo zaczęło mnie prowadzić. Zaczęłam szukać zgromadzeń misyjnych, przeglądać różne możliwości, rozeznawać. I tak trafiłam do Zgromadzenia Siostr Dominikanek Misjonarek Jezusa i Maryi, właściwie dlatego, że w nazwie było słowo „misjonarki”. A potem już czułam, że Pan Jezus prowadzi mnie dalej. To była taka bardzo prosta, ale jednocześnie bardzo konkretna droga, która zaczęła się od jednej myśli.

To rozumienie misji zmieniało się w czasie? To, co siostra myślała o misjach na początku, różni się od tego, jak siostra patrzy na misje teraz, już z doświadczeniem misyjnym?

– Tak, moje rozumienie misji przez lata bardzo się zmieniło. Na początku to była taka intuicja, jakieś ogólne wyobrażenie. Potem, kiedy zaczęłam spotykać siostry misjonarki z naszego , które przyjeżdżały do Polski, rozmawiać z nimi, słuchać ich świadectw, to zaczęła się tworzyć w mojej głowie jakaś bardziej konkretna wizja. Zaczęłam rozumieć, jak wygląda życie na misjach, czym zajmują się misjonarze, z jakimi trudnościami się mierzą. Później, kiedy pracowałam jako katechetka w Polsce, to pragnienie misji cały czas było we mnie obecne. Wiedziałam, że jestem jeszcze tutaj, ale jednocześnie zaczęłam działać na rzecz misji, angażować się, poznawać różne organizacje misyjne, spotykać się z misjonarzami. To wszystko bardzo poszerzało moje horyzonty. Misje przestawały być czymś odległym i abstrakcyjnym, a zaczynały być czymś realnym, konkretnym, dotykalnym. To był proces dojrzewania tego powołania.

fot. Archiwum siostry Małgorzaty Giel

A kiedy już siostra dowiedziała się, że pojedzie na misje, od razu było wiadomo, że to będzie Boliwia?

– Nie, absolutnie nie. Ja zawsze miałam w sercu pragnienie wyjazdu na Wschód, bo w naszym zgromadzeniu są misje właśnie w Rosji, na Ukrainie, na Łotwie,( w ogóle w tej części świata, a także w Azji-  to wyrzucic). To było coś, co wydawało mi się bliższe, bardziej realne. Natomiast kiedy nasza Matka Generalna ( matka przyjechała- to wyrzucic i ) zaproponowała mi wyjazd do Boliwii, to było dla mnie ogromne zaskoczenie. Nigdy wcześniej nie myślałam o tym kraju. Ameryka Południowa wydawała mi się bardzo daleka, wręcz nieosiągalna. Miałam takie poczucie, że to na pewno nie dla mnie. A jednak, kiedy pojawiła się ta propozycja, odczytałam ją jako pragnienie Jezusa. I wtedy już nie było wahania. Skoro jestem tam potrzebna, skoro mogę służyć, to po prostu jadę.

Jak wyglądały przygotowania do wyjazdu? Czy trzeba było się jakoś szczególnie przygotować do życia w tak innym kraju?

– Tak, miałam to szczęście, że zostałam wysłana do Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Spędziłam tam dziewięć miesięcy. To był bardzo intensywny czas. Uczyłam się języka hiszpańskiego, mieliśmy różne wykłady z misjologii, poznawaliśmy specyfikę różnych kontynentów, kultur, religii. Bardzo ważne było to, że wykładowcami byli ludzie, którzy mieli doświadczenie misyjne. Oni nie głosili tylko teorii, ale dzielili się swoim życiem. Dzięki temu mogłam zobaczyć misje z ich perspektywy. Oczywiście poznawałam też Amerykę Południową, ale wszystko to było jeszcze takie „na sucho”. I mimo że bardzo dużo się dowiedziałam, to jednak patrzyłam na to przez pryzmat Polski, przez swoje doświadczenia. Dopiero na miejscu okazało się, jak bardzo rzeczywistość różni się od wyobrażeń.

fot. Archiwum siostry Małgorzaty Giel

Pamięta Siostra moment zderzenia z tą rzeczywistością? Co najbardziej Siostrę zaskoczyło?

– Bardzo dobrze to pamiętam. Jedną z rzeczy, która mnie zaskoczyła najbardziej, był klimat. Wiedziałam, że to teren wysokogórski, że to prawie 4000 metrów nad poziomem morza gdzie polozone jest Oruro w ktorym mamy placowke, więc wyobrażałam sobie góry, zimno, może nawet śnieg. A kiedy przyjechałam, zobaczyłam płaskowyż – altiplano. Nie było gór w takim sensie, jak sobie wyobrażałam. A do tego w dzień było bardzo gorąco, słońce było tak mocne, że aż paliło skórę. Zupełnie nie tak to sobie wyobrażałam. Dopiero wieczorami robiło się zimno. To było pierwsze takie mocne doświadczenie, że moje wyobrażenia zupełnie nie przystają do rzeczywistości.

Jeśli chodzi o życie religijne – różni się ono od tego, które znamy w Polsce? Msza w Boliwii wygląda inaczej niż msza u nas?

– Różni się bardzo. Msze są tutaj bardzo żywe, dynamiczne, pełne śpiewu, radości, klaskania. Ludzie są bardzo zaangażowani emocjonalnie. Jest dużo entuzjazmu. Z drugiej strony jednak religijność często ma charakter bardziej taki „intencjonalny”. Ludzie przychodzą na mszę, bo czegoś potrzebują, mają konkretną intencję, proszą o coś. Rzadziej spotyka się podejście, że ktoś przychodzi po prostu, żeby być z Bogiem. Widać też wpływy dawnych wierzeń, kult różnych bóstw, który gdzieś się jeszcze przenika z chrześcijaństwem. To tworzy dość specyficzną formę pobożności.

Jak wygląd Siostry codzienność na misjach? Czym od początku pobytu w Boliwii się Siostra zajmuje?

– Na początku zajmowałam się głównie katechezą dzieci i młodzieży oraz pracą w parafii, w zakrystii, w sekretariacie. Natomiast od pół roku moje zadania bardzo się zmieniły. Zostałam poproszona przez biskupa o prowadzenie jadłodajni dla osób starszych w miejscowości Toledo, oddalonej o 40 kilometrów od Oruro. Moim zadaniem jest zapewnienie im codziennego posiłku. To są osoby powyżej 60 roku życia, często bardzo ubogie. Dodatkowo, ponieważ ksiądz wyjechał na studia, zajmuję się też parafią, a więc przygotowuję liturgię, prowadzę spotkania z dziećmi i młodzieżą, organizuję różne działania duszpasterskie. To jest bardzo dużo obowiązków, ale też ogromna odpowiedzialność i doświadczenie.

fot. Archiwum siostry Małgorzaty Giel

Życie w wiosce bardzo różni się od życia w mieście?

– Jest duża różnica. Na wiosce ludzie są bardziej zakorzenieni w tradycjach, także tych pogańskich. Widać tam więcej takich praktyk jak składanie ofiar czy różne obrzędy związane z dawnymi wierzeniami. Ludzie są też bardziej „twardzi”, jak sami mówią, czyli „duros”. To znaczy, że są bardzo uparci, zdecydowani, niełatwo zmieniają zdanie. Trzeba naprawdę dużo cierpliwości, żeby zdobyć ich zaufanie i pokazać, że to, co się robi, jest dla ich dobra.

Siostra już zdobyła to zaufanie? W jaki sposób buduje Siostra relacje z tamtejszymi mieszkańcami?

– Przede wszystkim przez zwyczajne bycie. Rozmowy, żarty, dystans do siebie. Staram się pokazać, że jestem normalnym człowiekiem, że jestem z nimi, że chcę być częścią ich życia. Bardzo pomaga to, że sama pochodzę ze wsi. Kiedy im o tym mówię, od razu czują większą bliskość. Często też to ja inicjuję kontakt, zaczepiam ludzi, rozmawiam z nimi. Z czasem oni też się otwierają.

Wspominała Siostra o jadłodajni dla ubogich. W regionach Boliwii, w których Siostra pracuje, jest duże ubóstwo?

– Bardzo duże. Szczególnie na wioskach. Wiele osób żyje z dnia na dzień. To, co zarobią jednego dnia, wystarcza tylko na ten dzień. Nie mają możliwości oszczędzania. Starsi ludzie często żyją tylko z bardzo niskiej renty, która starcza na podstawowe opłaty i leki. Na jedzenie już często nie wystarcza. Dlatego dla wielu osób posiłek w jadłodajni to jedyny posiłek w ciągu dnia. Ludzie śpią na materacach na ziemi, nie mają łóżek. Domy W domach często nie ma podlogi jest zwykla ziemia mają ziemne podłogi. To jest poziom ubóstwa, który trudno sobie wyobrazić z perspektywy Polski. Pamiętam sytuację, że zdziwiłam się, kiedy usłyszałam, że po ukonczeniu za ukończenie szkoły uczniowie otrzymują łóżko. U nas byłoby to dziwne, tymczasem na wioskach na altiplano w Boliwii jest normalne, a łóżko jest dla absolwentów wielką radością, bo najczęściej wcześniej po prostu wcale go nie mieli.

W takich realiach zdarza się, że przychodzi do Siostry kryzys?

– Tak, i to jest coś naturalnego. Najtrudniejsze jest poczucie bezradności, że nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim. Widzimy ogrom potrzeb, a nasze możliwości są ograniczone. To rodzi taki kryzys niemocy. Ale jednocześnie to też uczy pokory.

Jak misje wpłynęły na Siostry wiarę? Dziś wygląda ona inaczej niż przed wyjazdem?

– Bardzo ją pogłębiły. Szczególnie jeśli chodzi o zaufanie Bożej opatrzności. Tutaj bardzo wyraźnie widać, że ja mogę zrobić tylko pewien krok, a resztę robi Bóg. Doświadczam tego codziennie w małych rzeczach, w spotkaniach, w sytuacjach, które się rozwiązują. To bardzo buduje wiarę.

Często ma Siostra możliwość powrotu do Polski i spotkania się z bliskimi?

– Raz na dwa lata, na dwa miesiące. Ale dzięki internetowi mam stały kontakt z rodziną i z siostrami zw wsolnoty wspólnotą , więc ta odległość nie jest już tak trudna jak kiedyś.

Dlaczego, Siostry zdaniem, warto modlić się za misje i je wspierać?

– Bo nasze życie ma sens wtedy, kiedy się nim dzielimy. My w Polsce mamy bardzo dużo, często nawet tego nie zauważamy. Misje uczą wdzięczności i pokazują, jak wiele możemy dać innym, nawet, jeśli czasem wydaje nam się, że to tylko mała rzecz czy drobna pomoc. Dla kogoś innego może okazać się czymś naprawdę wyjątkowym.

Za: www.misyjne.pl

SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda