Home WiadomościZ kraju Lublin: Brat Albert na frontonie kościoła bernadrynów

Lublin: Brat Albert na frontonie kościoła bernadrynów

Redakcja

Spogląda na ludzi śpieszących do swoich obowiązków, spacerujących osiedlowymi uliczkami i szukających chwili wytchnienia. Brat Albert Chmielowski uwieczniony na frontonie kościoła zaprasza do chwili zatrzymania.

Autorem kompozycji malarskiej, która powstała na frontonie naszej świątyni, jest Łukasz Majerowski.

– Ogromnie cieszymy się z tego dzieła – podkreśla o. Bartymeusz Kędzior, proboszcz lubelskiej parafii noszącej wezwanie św. brata Alberta Chmielowskiego.

Kompozycja malarska ukazuje cztery wydarzenia, które uczyniły z Adama Chmielowskiego – świętego Brata Alberta.
Pierwszą szkołą miłości było dla niego powstanie styczniowe. Osiemnastoletni Adam, wychowany w patriotycznej rodzinie, porzuca studia w Instytucie Politechnicznym w Puławach i staje w szeregach powstańców 1863 roku. W bitwie pod Mełchowem zostaje ciężko ranny, jego nogę amputują w polowych warunkach – bez znieczulenia, jak wspominał później, ze szczotką ryżową ściskaną w zębach. Przez całe życie będzie nosił drewnianą protezę. Ten kawałek drewna stanie się dyskretnym, codziennym znakiem, że już raz oddał ciało za sprawę większą od siebie – i że ofiara, raz złożona, nie cofa się. Z młodzieńczego idealizmu, z miłości do ojczyzny, która nie kalkuluje strat, Bóg wyprowadzi później miłość, która nie kalkuluje wobec żadnego człowieka.

Droga do Boga

Po klęsce zrywu i emigracji Adam wybiera drogę sztuki. Pasja malarska prowadzi go przez Warszawę, Monachium, Paryż i Wenecję – przez najlepsze akademie ówczesnej Europy. Maluje, dyskutuje z Witkiewiczem, Chełmońskim, Siemiradzkim, szuka absolutu w pięknie i staje się jednym z najbardziej obiecujących polskich malarzy swojego pokolenia. Sztuka jest dla niego nie ozdobą życia, lecz drogą poznania – próbą uchwycenia tego, co nieuchwytne. To z tego okresu pochodzi jego najsłynniejsze dzieło: Ecce Homo, portret biczowanego Chrystusa w purpurowym płaszczu, z twarzą wyrażającą jednocześnie ból, milczenie i niepojęty majestat. Ten obraz jest punktem zwrotnym całego życia Alberta. Maluje go latami, nie potrafi skończyć, wraca do niego, poprawia, odkłada – bo Twarz, którą próbuje uchwycić, zaczyna mu uciekać z płótna w stronę krakowskich zaułków. Adam stopniowo rozumie, że Chrystus, którego maluje, czeka na niego gdzie indziej, i że dalsze siedzenie przed sztalugą byłoby już ucieczką. Sztuka, która miała być drogą do Boga, sama domaga się porzucenia – bo Bóg okazuje się żywy, a martwe płótno coraz bardziej puste.

Wtedy następuje gest, którego współcześni mu długo nie potrafili pojąć. Pomoc ubogim – dojrzały, uznany malarz porzuca paletę, przywdziewa szary habit tercjarza franciszkańskiego i przenosi się do miejskiej ogrzewalni przy ulicy Skawińskiej w Krakowie. Tam, wśród bezdomnych, alkoholików, ludzi przegranych i odrzuconych, mieszka, je, śpi razem z nimi. Nie z dystansu filantropa, nie jako zwierzchnik instytucji – z bliska, jak brat, który dzieli ten sam siennik i tę samą zupę. Krakowscy mieszczanie nie rozumieją: po co? Przecież mógł malować, mógł uczyć, mógł robić to z dystansu. Ale Albert wie już, że miłość, która zachowuje dystans, nie jest jeszcze miłością. To w tej ogrzewalni, wśród zaduchu, wszy i rozpaczy, rodzi się jego najsłynniejsze zdanie: „Trzeba być dobrym jak chleb, który leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, gdy jest głodny”.

Ostatnim krokiem tej drogi jest założenie zgromadzenia. W 1888 roku Albert zakłada braci albertynów, trzy lata później – siostry albertynki. Dobro przestaje być prywatnym gestem jednego mnicha, staje się regułą, wspólnotą, dziedzictwem, które przetrwa jego śmierć. Albert wie, że nędzy nie pokona się jednym życiem – dlatego musi powstać struktura, która będzie kochać dalej, gdy jego już nie będzie. Pisze regułę surową, prostą, opartą na ubóstwie tak radykalnym, że bracia mają być biedniejsi od tych, którym służą.

Brat Albert umiera w Krakowie w Wigilię 1916 roku, w czasie I wojny światowej, w pokoju przytuliska, które sam zbudował.
Ostatnie słowa, jakie wypowiada do swoich braci, brzmią po prostu: „bądźcie dobrzy”.

Cztery sceny – jedna świętość

Brat Albert nie doszedł do Boga mimo powstania i malarstwa – doszedł przez nie. Heroizm młodości i piękno sztuki nie były etapami do odrzucenia, lecz stopniami tej samej drabiny, po której schodził coraz niżej – aż do najmniejszych.
Każda kolejna scena z muralu jest głębszym „tak” wypowiedzianym Bogu: tak dla ofiary z ciała, tak dla ofiary z talentu, tak dla ofiary z pozycji, tak dla ofiary z samego siebie. To samo „tak”, które wypowiedział Chrystus na krzyżu – rozłożone na całe ludzkie życie.

Święty Jan Paweł II, który jeszcze jako Karol Wojtyła napisał o nim dramat „Brat naszego Boga”, a w 1989 roku ogłosił Go świętym, widział w Albercie wzór tego, co dziś najtrudniejsze: świętości bez rozgłosu, świętości w postaci chleba. Świętości, która nie polega na czynieniu rzeczy nadzwyczajnych, lecz na byciu zwyczajnie obecnym tam, gdzie wszyscy inni już odeszli.

SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda