Krople deszczu delikatnie orzeźwiają nasze twarze, a mgła dodaje miastu tajemniczości. Stoimy na tarasie widokowym na Kahlenbergu, trzysta metrów nad Wiedniem, i mimo szarugi nikt nie chce rezygnować z tak pięknego widoku. Stąd, w słoneczny dzień 1683 roku, Jan III Sobieski patrzył na miasto oblężone przez armię turecką, zanim ruszył z odsieczą. Dziś patrzymy na tę samą panoramę – rozmytą deszczem, ale wciąż robiącą wrażenie – i trudno się nie zastanawiać, ile razy w historii to wzgórze było punktem, z którego coś się zaczynało albo kończyło.
Nas przywiodła tu inna historia. Krakowscy jezuici studiujący filozofię co roku wyjeżdżają na wspólnotową majówkę. W tym roku, ze względu na obowiązki, wyjechaliśmy dopiero w czerwcu. Padło na Wiedeń – miasto, w którym niemal pięćset lat temu swoją krótką, ale niezwykłą drogę do świętości rozpoczynał czternastoletni Stanisław Kostka.
Ulica, na której wszystko się zaczęło
Jesuitengasse. Wąska uliczka w pierwszej dzielnicy Wiednia, dziś pełna kawiarni i turystów, w 1564 roku prowadziła do Kolegium Jezuitów, dokąd przyjechał uczyć się Stanisław razem ze starszym bratem Pawłem. Stoimy pod barokowym kościołem jezuitów – Jesuitenkirche – zbudowanym w XVII wieku, a więc już po śmierci Stanisława, ale w miejscu naznaczonym jego obecnością. Wewnątrz czeka na nas o. Gustav Schörghofer SJ, rektor kościoła, który oprowadza nas po świątyni, opowiadając jej historię tak, jakby mówił o czymś, co wydarzyło się wczoraj.

Stąd ruszamy w stronę centrum, na róg ulic Kurrentgasse i Steindlgasse. W kamienicy, która stoi w tym miejscu, w drugiej połowie XVI wieku mieszkał protestant Kimberker. To u niego, po zamknięciu przez jezuitów konwiktu (dzisiejszego internatu) pod naciskiem władz, zamieszkał młody Stanisław, zmuszony – jak wszyscy chłopcy z kolegium – do szukania prywatnego lokum.
W kaplicy, która dziś nosi jego imię, o. Michael Zacherl SJ, pełniący funkcję rektora, opowiada nam historię, którą znamy z żywotów świętych, ale która inaczej brzmi w miejscu, gdzie faktycznie się wydarzyła. Gdy w 1565 roku Stanisław poważnie zachorował – prawdopodobnie na grypę, osłabiony surowym życiem pełnym postów i nocnych czuwań – Kimberker nie pozwolił katolickiemu księdzu wejść do mieszkania, by udzielić mu sakramentów. Wtedy, jak głosi tradycja, do chorego chłopca przyszła z Komunią Świętą św. Barbara w towarzystwie aniołów. Później miał też widzenie Matki Bożej, składającej mu na ramionach Dzieciątko Jezus i nakazującej wstąpienie do Towarzystwa Jezusowego. O obu wizjach wiemy dziś, bo Stanisław opowiedział o nich swojemu szkolnemu koledze, Stanisławowi Warszewickiemu.
Słuchamy tej historii, stojąc dosłownie kilka metrów od miejsca, w którym się wydarzyła. To robi wrażenie inne niż czytanie jej z książki.
Bruegel, Rafael i spacer po mieście
Wiedeń to jednak nie tylko Stanisław Kostka. Odwiedzamy Kunsthistorisches Museum – Muzeum Historii Sztuki – gdzie przed „Wieżą Babel” Bruegla i „Madonną w zieleni” Rafaela zatrzymujemy się dłużej niż planowaliśmy. Obok wisi Caravaggiowska „Madonna z różańca” – i nagle okazuje się, że nawet wyjazd śladami świętego z XVI wieku nie obejdzie się bez chwili z wielkim malarstwem.
Później po mieście oprowadza nas przewodnik – zwykły spacer, bez pośpiechu, z przystankami na rozmowy o historii, sztuce i architekturze, tak różnych od tych znanych z krakowskich uliczek oraz na pytania o historię Towarzystwa we Wiedniu.
Deszcz na Kahlenbergu
I tak wracamy na wzgórze, od którego zaczęła się ta opowieść. Miejscowy proboszcz, ks. Roman Krekora CR – Polak, który tę parafię prowadzi od kilkunastu lat i zna historię wzgórza lepiej niż niejeden przewodnik – wita nas mimo pogody z wyraźną radością i zaprasza na kawę do kawiarenki na wzgórzu. Deszcz nie odpuszcza, ale panorama Wiednia rozciągająca się w dole i tak zapiera dech.

Szlakiem Generałów
Odwiedziliśmy także Bratysławę. To tu, podczas komunistycznych prześladowań Kościoła w Czechosłowacji, w ukryciu spotykali się jezuici nazywani później „Generałami” – ludzie, którzy za wierność Kościołowi zapłacili latami więzienia, ale których misja – odrodzenie zakonu w kraju, gdzie oficjalnie przestał istnieć – ostatecznie się powiodła.
Idziemy tą samą ulicą, którą kiedyś trzeba było przemierzać z ostrożnością, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Trafiamy przypadkiem na święcenia prezbiteratu – właśnie się odbywają, w tym samym miejscu, gdzie kiedyś wiara musiała się ukrywać. Nikt z nas nie planował tego spotkania. Trudno o lepszy komentarz do tego, czym zakończyła się historia „Generałów”.
Wieczorem – tak jak to bywa na wspólnym wyjeździe, niezależnie od tego, ile świętych po drodze się odwiedziło – jest miejsce na grill i wspólny czas bez przewodników i historycznych dat.
Pieszczany
Ostatnim przystankiem w drodze do Krakowa są Pieszczany – słowackie uzdrowisko położone 86 kilometrów na północ od Bratysławy, gdzie jezuici prowadzą dom rekolekcyjny. To dobre miejsce na koniec naszej pielgrzymki: bez zwiedzania, bez historii do wysłuchania, tylko chwila ciszy przed powrotem do normalnego rytmu studiów.

Wyjeżdżaliśmy śladami kilkunastoletniego chłopca, który pięćset lat temu szukał w tym mieście swojej drogi. Wracamy z czymś więcej niż zdjęciami – z poczuciem, że te same ulice, kaplice i wzgórza wciąż mają coś do powiedzenia, jeśli tylko ktoś jest gotów ich posłuchać, choćby przyszło moknąć na deszczu.
Mateusz Cisewski SJ
(Reportaż napisano przy pomocy Claude, Anthropic)
Za: jezuici.pl
