Home WiadomościZ kraju Kasper Mariusz Kaproń OFM: Eucharystia nie jest na sprzedaż, czyli o sensie intencji mszalnych i niebezpieczeństwie zawłaszczenia Misterium – głos liturgisty.

Kasper Mariusz Kaproń OFM: Eucharystia nie jest na sprzedaż, czyli o sensie intencji mszalnych i niebezpieczeństwie zawłaszczenia Misterium – głos liturgisty.

Redakcja

W jednej z parafii, w której przyszło mi pracować, spotkałem się z praktyką odprawiania kilkunastu Mszy świętych dziennie przez jednego kapłana. Każda z nich miała swoją intencję, każda była związana z prośbą konkretnego człowieka, każda odpowiadała na czyjeś religijne oczekiwanie. Można oczywiście powiedzieć, że świadczyło to o wielkiej pobożności wiernych i niezwykłej gotowości kapłana do służby. Pozostaje jednak pytanie znacznie ważniejsze: czy w tym wszystkim nie zagubiliśmy czegoś z samej natury Eucharystii? Czy przypadkiem nie zaczęliśmy traktować jej jako religijnej czynności, którą można wielokrotnie wykonywać, zamawiać, opłacać i niejako przypisywać do konkretnych osób?

Problem intencji mszalnych wydaje się na pierwszy rzut oka zagadnieniem czysto duszpasterskim, ewentualnie kanonicznym. W rzeczywistości dotyka samego serca teologii Eucharystii. Sposób, w jaki mówimy o zamawianiu Mszy świętych, zdradza bowiem często nasze rozumienie Kościoła, kapłaństwa, ofiary Chrystusa, a ostatecznie również relacji człowieka z Bogiem.

Zacznijmy od prawdy fundamentalnej, którą przypomniał Sobór Watykański II. Liturgia jest wykonywaniem kapłańskiego urzędu Jezusa Chrystusa, w którym uświęcenie człowieka dokonuje się przez znaki widzialne, a całe Mistyczne Ciało Chrystusa, Głowa wraz ze swoimi członkami, sprawuje pełny kult publiczny (por. Sacrosanctum Concilium, 7). Nie jest więc liturgia czynnością kapłana, do której pozostali wierni zostają jedynie dopuszczeni jako obserwatorzy. Podmiotem celebracji jest Chrystus i zjednoczony z Nim Kościół. Kapłan przewodniczy zgromadzeniu i działa sakramentalnie in persona Christi Capitis, ale nie staje się przez to właścicielem sprawowanego Misterium.

Ta podstawowa prawda pozwala nam zrozumieć, dlaczego Eucharystia nigdy nie jest wydarzeniem prywatnym. Nawet wtedy, gdy celebruje ją kapłan bez udziału zgromadzenia wiernych, pozostaje ona czynnością Chrystusa i Kościoła. Sobór wyraźnie przypomina, że czynności liturgiczne nie są czynnościami prywatnymi, lecz celebracjami Kościoła, który jest sakramentem jedności (por. Sacrosanctum Concilium, 26). Każda celebracja należy do całego Ciała Chrystusa, objawia je i na nie oddziałuje.

Warto w tym miejscu doprecyzować pewną kwestię językową, która ma niemałe znaczenie teologiczne. W potocznym języku mówimy, że kapłan odprawił tysiąc, dwa tysiące czy pięć tysięcy Mszy świętych. Oczywiście rozumiemy, co chcemy przez to powiedzieć. Chodzi o liczbę celebracji eucharystycznych, którym przewodniczył. Nie możemy jednak zapominać, że z perspektywy teologicznej nie istnieje tysiąc czy dwa tysiące różnych ofiar Chrystusa. Istnieje jedna, jedyna i doskonała Ofiara, złożona raz na zawsze na krzyżu, antycypowana już podczas Ostatniej Wieczerzy i uobecniana w każdej celebracji Eucharystii.

Autor Listu do Hebrajczyków z niezwykłą stanowczością podkreśla, że Chrystus złożył jedną ofiarę za grzechy, skuteczną na zawsze (por. Hbr 10,10–14). Nasza celebracja nie dodaje do tej ofiary niczego, czego miałoby jej brakować. Nie pomnaża jej wartości ani nie powtarza zbawczego wydarzenia Kalwarii. Jest sakramentalnym uobecnieniem tej samej Ofiary, w której Kościół nieustannie uczestniczy.

Dlatego można powiedzieć, że istnieje wielość celebracji eucharystycznych, ale jedność Ofiary, którą one uobecniają. Nie należy jednak przeciwstawiać sobie w sposób absolutny jednej Mszy i wielu Mszy, ponieważ każda konkretna celebracja jest rzeczywistym wydarzeniem sakramentalnym, a nie jedynie wspomnieniem czegoś, co dokonało się w przeszłości. Precyzja teologiczna wymaga zatem rozróżnienia pomiędzy jedynością zbawczej Ofiary Chrystusa a wielością jej sakramentalnych celebracji w życiu Kościoła. Ta jedność Ofiary wyjaśnia również powszechny charakter każdej Eucharystii.

Wystarczy uważnie wsłuchać się w teksty modlitw eucharystycznych, aby przekonać się, jak dalekie jest ich spojrzenie od naszego zwyczajowego rozumienia intencji mszalnej. W każdej celebracji Kościół modli się w jedności z papieżem i miejscowym biskupem, obejmując swoją modlitwą pasterzy oraz cały Lud Boży. Nie chodzi tutaj o zwykłe wymienienie osób pełniących określone funkcje. Jest to wyznanie wiary w Kościół, który przekracza granice konkretnej parafii, diecezji, narodu czy wspólnoty zakonnej.

W tej samej modlitwie przywołujemy pamięć Najświętszej Maryi Panny i świętych. Nie czynimy tego jedynie po to, aby uczcić wielkich bohaterów przeszłości. Eucharystia jest bowiem uczestnictwem w liturgii niebieskiej. Kościół pielgrzymujący na ziemi jednoczy się z tymi, którzy już osiągnęli pełnię życia w Bogu. Dlatego śpiewamy „Święty, Święty, Święty” razem z aniołami i wszystkimi zastępami niebieskimi. Nasze zgromadzenie, choćby liczyło zaledwie kilka osób, zostaje włączone w uwielbienie, które przekracza granice czasu i przestrzeni.

W Eucharystii obecny jest również Kościół tych, którzy odeszli z tego świata i potrzebują jeszcze oczyszczenia. Modlimy się za zmarłych, ponieważ wierzymy w rzeczywistą więź łączącą wszystkich członków Ciała Chrystusa. Ale warto zauważyć, że modlitwy eucharystyczne nie ograniczają tej pamięci do kilku wymienionych imion.

W Trzeciej Modlitwie Eucharystycznej prosimy Boga, aby pamiętał o naszych zmarłych braciach i siostrach oraz o wszystkich, którzy odeszli z tego świata w Jego łasce. W Czwartej Modlitwie Eucharystycznej powierzamy Bożemu miłosierdziu także wszystkich zmarłych, których wiara była znana jedynie Bogu. To niezwykle piękne sformułowanie. Kościół nie wyznacza granic Bożemu miłosierdziu według listy osób, za które ktoś zamówił Mszę świętą.

Każda Eucharystia jest zatem sprawowana w komunii całego Kościoła: pielgrzymującego na ziemi, oczyszczającego się i już uczestniczącego w chwale nieba. Nie istnieje Msza święta wyłącznie „za moją mamę”, „za mojego ojca”, „za mojego dobroczyńcę”, jeśli miałoby to oznaczać, że pozostali zmarli zostają wyłączeni z owoców Ofiary Chrystusa. Możemy w szczególny sposób polecać Bogu konkretną osobę, ale nigdy nie czynimy tego poza wspólnotą całego Kościoła.

Właśnie tutaj dochodzimy do zasadniczego pytania: jaki sens ma zatem składanie intencji mszalnych?

Praktyka ta ma wielowiekową tradycję i głębokie uzasadnienie duchowe. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy zaczynamy interpretować ją w kategoriach niemal handlowych. Ktoś przychodzi do kancelarii parafialnej, podaje imię zmarłego, przekazuje określoną sumę pieniędzy i wychodzi z przekonaniem, że zamówił dla niego Mszę świętą. Niekiedy towarzyszy temu jeszcze przekonanie, że im więcej takich Mszy zostanie zamówionych, tym większa będzie skuteczność pomocy udzielonej zmarłemu. Zdarza się nawet, że liczba zamówionych celebracji staje się swoistą miarą miłości do osoby zmarłej.

Tymczasem Eucharystia nie działa według logiki ilościowej. Nie jest mechanizmem, w którym każda kolejna celebracja dodaje określoną porcję łaski do duchowego rachunku konkretnego człowieka. Nie możemy wyobrażać sobie czyśćca jako miejsca, w którym liczba opłaconych Mszy świętych skraca pobyt o odpowiednią liczbę dni czy lat. Taki sposób myślenia zniekształca zarówno naukę o Eucharystii, jak i katolickie rozumienie oczyszczenia po śmierci.

Owoce Ofiary Chrystusa są niewyczerpane, ponieważ ich źródłem jest Jego doskonała miłość i zbawcze oddanie Ojcu. Kościół wierzy w szczególną wartość modlitwy eucharystycznej za konkretnych żyjących i zmarłych, ale nie posiada żadnego mechanizmu pozwalającego obliczyć, w jaki sposób Bóg udziela im swojej łaski. Tym bardziej nie może takiego mechanizmu tworzyć wysokość ofiary pieniężnej ani liczba zamówionych celebracji.

Nie oznacza to jednak, że składanie intencji mszalnych jest pozbawione sensu. Przeciwnie, jego najgłębszy sens odsłania się wtedy, gdy spojrzymy na nie z perspektywy uczestnictwa wiernych w Ofierze Chrystusa. Sobór Watykański II przypomina, że wierni mają uczestniczyć w Eucharystii świadomie, pobożnie i czynnie, ucząc się składać Bogu niepokalaną Hostię nie tylko przez ręce kapłana, ale także razem z nim, a przez to ofiarowywać samych siebie (por.Sacrosanctum Concilium, 48).

Właśnie owo ofiarowanie siebie stanowi klucz do zrozumienia intencji mszalnej. Kiedy proszę o sprawowanie Eucharystii w określonej intencji, wyrażam pragnienie szczególnego złączenia mojej osobistej modlitwy, mojej miłości, mojego cierpienia, wdzięczności czy troski z jedyną Ofiarą Chrystusa. Nie nabywam prawa do Eucharystii. Nie kupuję określonej ilości łaski. Pragnę raczej włączyć w zbawcze oddanie Chrystusa coś z mojego własnego życia.

Tradycyjnie to pragnienie bywa wyrażane poprzez ofiarę pieniężną. I tutaj warto odzyskać właściwe znaczenie słowa „ofiara”. Pieniądze, które przekazuję, nie stanowią ceny Mszy świętej. Mogą natomiast wyrażać coś bardzo konkretnego: owoc mojej pracy, wyrzeczenie, rezygnację z jakiegoś dobra, solidarność z kapłanem i wspólnotą Kościoła. To, co posiadam, jest przecież w pewnym sensie częścią mojego życia. Pracowałem, aby to zdobyć. Poświęciłem temu swój czas i wysiłek. Teraz chcę się tym podzielić.

Tak rozumiana ofiara pieniężna staje się zewnętrznym znakiem wewnętrznego zaangażowania. Nie jest zapłatą za czynność sakralną, lecz dobrowolnym darem związanym z moim uczestnictwem w życiu Kościoła.

Nie należy przy tym utożsamiać osobistego udziału w Eucharystii wyłącznie z przekazaniem pieniędzy. Człowiek ubogi, który nie ma niczego, co mógłby ofiarować materialnie, nie jest przez to mniej zdolny do pełnego uczestnictwa w Ofierze Chrystusa. Być może właśnie jego modlitwa, cierpienie, trud codziennego życia i ufność pokładana w Bogu wyrażają znacznie głębsze oddanie niż hojna ofiara kogoś, dla kogo przekazana suma nie stanowi żadnego wyrzeczenia.

W tym miejscu warto postawić pytanie o osobiste zaangażowanie człowieka, który składa intencję mszalną. Jeżeli Eucharystia jest wydarzeniem, w którym wierny zostaje zaproszony do zjednoczenia własnego życia z Ofiarą Chrystusa, to złożenie intencji powinno być wyrazem jego wiary i modlitwy. Naturalnym dopełnieniem tego gestu jest osobiste uczestnictwo w celebracji, podczas której może on powierzyć Bogu swoje troski, wdzięczność i pamięć o bliskich. Tymczasem nierzadko cała praktyka sprowadza się do przekazania pieniędzy w kancelarii parafialnej i odnotowania terminu w kalendarzu. W ten sposób to, co powinno być wyrazem osobistej wiary, łatwo przekształca się w usługę religijną wykonywaną przez kogoś innego.

Nie oznacza to jednak, że fizyczna obecność podczas celebracji stanowi warunek sensowności złożonej intencji. Szczególnie wymownym przykładem jest praktyka przekazywania intencji mszalnych kapłanom pracującym na misjach. W takim przypadku moja ofiara staje się wyrazem solidarności z Kościołem głoszącym Ewangelię w odległych częściach świata. Wspieram misjonarza w jego codziennej posłudze, pomagam mu docierać do ubogich i dzielić z nimi ich trudne warunki życia. Nie kupuję Mszy świętej, którą ktoś odprawi za mnie tysiące kilometrów od mojego domu. Poprzez swój dar uczestniczę w misyjnym posłannictwie Kościoła, biorąc odpowiedzialność za wspólnoty, których być może nigdy osobiście nie poznam. Moja nieobecność podczas konkretnej celebracji nie przekreśla więc osobistego charakteru tego zaangażowania. Istotne jest bowiem to, że składana intencja wypływa z wiary i pragnienia uczestnictwa w życiu Kościoła, a nie z przekonania, że za przekazane pieniądze ktoś wykona w moim imieniu określoną czynność religijną.

Ostatecznie nie chodzi zatem o samą obecność lub nieobecność podczas celebracji, lecz o sposób rozumienia własnego udziału w Eucharystii. Intencja mszalna nie jest zapłatą za mszę świętą i zleceniem modlitwy kapłanowi, który miałby zastąpić mnie w mojej relacji z Bogiem. Jest wyrazem mojego włączenia się w modlitwę całego Kościoła, niezależnie od tego, czy uczestniczę w konkretnej celebracji osobiście, czy też poprzez swój dar wspieram jego życie i misję. Kapłan nie modli się zamiast Kościoła. Przewodniczy modlitwie Kościoła.

W tym świetle lepiej rozumiemy również przepisy Kodeksu Prawa Kanonicznego dotyczące przyjmowania ofiar mszalnych. Dla wielu osób mogą się one wydawać przejawem przesadnej biurokracji kościelnej. Dlaczego kapłan nie może swobodnie przyjmować dowolnej liczby intencji? Dlaczego istnieją ograniczenia dotyczące liczby celebracji w ciągu dnia? Dlaczego prawo tak szczegółowo reguluje sposób przyjmowania i rozliczania ofiar?

Odpowiedź staje się zrozumiała dopiero wtedy, gdy dostrzeżemy niebezpieczeństwo, przed którym Kościół usiłuje chronić Eucharystię. Kan. 945 § 1 dopuszcza przyjmowanie ofiary, aby kapłan sprawował Mszę świętą w określonej intencji. Jednocześnie § 2 tego samego kanonu usilnie zaleca, aby kapłani sprawowali Mszę świętą w intencjach wiernych, zwłaszcza ubogich, także bez otrzymania jakiejkolwiek ofiary. Jeszcze bardziej wymowny jest kan. 947, który nakazuje bezwzględnie usuwać nawet pozory handlu lub transakcji przy okazji składania ofiar mszalnych.

Nie chodzi tutaj o drugorzędną kwestię dyscyplinarną. Prawo chroni fundamentalną prawdę teologiczną: Eucharystia nie jest towarem, a kapłan nie jest dostawcą usług religijnych.

Kodeks przypomina także, że kapłan może zatrzymać dla siebie tylko jedną ofiarę mszalną dziennie, z wyjątkiem przewidzianym prawem, oraz określa zasady postępowania w przypadku sprawowania większej liczby celebracji (por. kan. 951). Z kolei kan. 905 ogranicza możliwość wielokrotnego celebrowania Eucharystii w ciągu jednego dnia, dopuszczając wyjątki ze względu na rzeczywiste potrzeby duszpasterskie i zgodnie z kompetencją ordynariusza.

Warto przy tym odróżnić dwie kwestie, które często bywają mylone. Jedna dotyczy liczby celebracji, którym kapłan może przewodniczyć w ciągu dnia. Druga odnosi się do zobowiązań wynikających z przyjęcia ofiar na określone intencje. Nie są to przepisy tożsame, choć łączy je troska o to, aby sprawowanie Eucharystii nie zostało podporządkowane logice finansowej.

Z punktu widzenia teologii liturgii szczególnie niepokojąca jest sytuacja, w której kapłan celebruje kilkanaście Mszy świętych dziennie, uzasadniając to wyłącznie liczbą przyjętych intencji. Warto zapytać, co dzieje się wówczas z samym rozumieniem celebracji. Czy Eucharystia pozostaje wydarzeniem, w którym człowiek staje wobec Misterium paschalnego Chrystusa? Czy istnieje jeszcze przestrzeń na przygotowanie, modlitwę, skupienie, dziękczynienie i rzeczywiste uczestnictwo? Czy kapłan nie zaczyna stopniowo traktować jej jako czynności, którą trzeba sprawnie wykonać, aby przejść do następnej?

Nie twierdzę, że wielokrotna celebracja automatycznie oznacza brak wiary czy pobożności. Znam sytuacje duszpasterskie, w których kapłani podejmują ogromny wysiłek, aby zapewnić wiernym możliwość uczestnictwa w Eucharystii. Są miejsca, gdzie jeden prezbiter musi obsłużyć wiele oddalonych wspólnot, pokonując dziesiątki, a nawet setki kilometrów. Takie okoliczności wymagają roztropnego rozeznania i mogą uzasadniać przewidziane prawem wyjątki.

Czym innym jest jednak rzeczywista potrzeba duszpasterska, a czym innym mnożenie celebracji wynikające z liczby przyjętych ofiar. Nie każda prośba o Mszę świętą wymaga przecież organizowania odrębnej celebracji. Szczególne polecenie Bogu konkretnej osoby czy sprawy nie zmienia Eucharystii w wydarzenie należące wyłącznie do niej. Trzeba jednocześnie respektować zobowiązania wynikające z przyjętych intencji oraz normy regulujące ich ewentualne łączenie. W żadnym przypadku nie wolno jednak czynić z mnożenia celebracji sposobu na zwiększanie dochodów.

Szczególnie wymowna jest w tym kontekście dawna tradycja Kościoła, w której wierni przynosili na Eucharystię dary przeznaczone zarówno do sprawowania świętych Misteriów, jak i na potrzeby wspólnoty oraz ubogich. Ofiara miała charakter głęboko eklezjalny. To, co człowiek przynosił, wyrażało jego uczestnictwo w życiu Ciała Chrystusa i odpowiedzialność za innych.

Z biegiem wieków praktyka składania ofiar związanych z konkretnymi intencjami nabrała bardziej indywidualnego charakteru. Nie oznacza to, że sama tradycja jest błędna. Trzeba jednak dostrzec ryzyko jej oderwania od pierwotnego kontekstu eucharystycznego. Gdy zanika świadomość wspólnotowego charakteru celebracji, pozostaje niekiedy jedynie relacja między osobą zamawiającą Mszę świętą a kapłanem zobowiązanym do jej odprawienia. Eucharystia zaczyna przypominać prywatną usługę, choć w rzeczywistości pozostaje sakramentem jedności całego Kościoła.

Można tutaj dostrzec jeszcze jeden problem, znacznie szerszy od samej praktyki intencji mszalnych. Jest nim pokusa sprowadzenia liturgii do poprawnie wykonanej czynności religijnej.

Przez wiele stuleci refleksja teologiczna nad sakramentami rozwijała się również w kategoriach prawnych, poszukując odpowiedzi na pytania dotyczące ich ważności, godziwości, materii, formy i intencji szafarza. Wszystkie te rozróżnienia mają swoje znaczenie i nie należy ich lekceważyć. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy stają się one jedynym sposobem rozumienia sakramentalnej rzeczywistości.

Można przecież wyobrazić sobie kapłana, który poprawnie wypowiada wszystkie przewidziane formuły, zachowuje wymagane gesty, używa właściwej materii i wypełnia wszystkie zobowiązania wynikające z przyjętych intencji. Z punktu widzenia przepisów wszystko może wydawać się uporządkowane. Czy oznacza to jednak, że taka celebracja rzeczywiście kształtuje jego życie, pogłębia wiarę i prowadzi do coraz pełniejszego zjednoczenia z Chrystusem?

Liturgia nie jest technologią wytwarzania łaski. Sakramenty nie są mechanicznymi operacjami, których skuteczność można mierzyć liczbą wykonanych czynności. Katolicka nauka o sakramentalnej skuteczności ex opere operato nie oznacza przecież działania magicznego ani nie znosi potrzeby wiary, dyspozycji i osobistego uczestnictwa człowieka w otrzymywanym darze.

Właśnie dlatego tak ważne jest ponowne odkrycie mistagogicznego wymiaru Eucharystii. Nie wystarczy nauczyć wiernych, jak zamówić intencję mszalną, ile wynosi zwyczajowa ofiara i w jakim terminie zostanie odprawiona Msza święta. Trzeba pomóc im zrozumieć, czym jest sama Eucharystia i co oznacza uczestnictwo w jedynej Ofierze Chrystusa.

Człowiek, który przychodzi prosić o Mszę świętą za zmarłą matkę, przynosi przecież coś więcej niż pieniądze i zapisane na kartce imię. Przynosi swoją pamięć, wdzięczność, ból rozstania, być może także niewypowiedziane poczucie winy, że nie zdążył czegoś powiedzieć albo zrobić. Przynosi historię relacji, która nie kończy się wraz ze śmiercią. Kościół przyjmuje to wszystko i włącza w modlitwę Chrystusa skierowaną do Ojca.

Jakże ubogie staje się to doświadczenie, kiedy sprowadzimy je do kancelaryjnego zapisu: data, godzina, nazwisko, kwota.

Właśnie tutaj otwiera się ogromne zadanie duszpasterskie. Nie chodzi o zniesienie intencji mszalnych ani o podważanie pobożności ludzi, którzy przez całe życie zamawiali Msze święte za swoich bliskich. Chodzi o oczyszczenie tej praktyki i przywrócenie jej właściwego znaczenia. Wierni powinni wiedzieć, że ich dar nie jest zapłatą za łaskę. Powinni rozumieć, że Eucharystia sprawowana w określonej intencji nie przestaje być modlitwą całego Kościoła. Powinni odkryć, że największym darem, jaki mogą przynieść, jest ich własne życie złączone z Ofiarą Chrystusa.

Równie ważna jest formacja samych kapłanów. Warto zapytać, czy sposób organizowania życia parafialnego nie utrwala niekiedy błędnego przekonania, że podstawowym zadaniem prezbitera jest odprawianie możliwie największej liczby Mszy świętych. Czy rzeczywiście miarą jego gorliwości ma być liczba celebracji zapisanych w kalendarzu? Czy nie powinniśmy raczej pytać, w jaki sposób przewodniczy Eucharystii, jak przygotowuje do niej wiernych, jak głosi słowo Boże i czy sam pozwala, aby sprawowane Misterium przemieniało jego życie?

Papież Franciszek w liście apostolskim Desiderio desideravi przypomniał, że liturgia nie jest przede wszystkim przedmiotem naszego poznania, lecz miejscem spotkania z Chrystusem, który pragnie naszej obecności i włącza nas w swoją Paschę. Formacja liturgiczna nie może więc ograniczać się do opanowania przepisów czy techniki celebracji. Ma prowadzić do odkrycia, że to Chrystus jest pierwszym działającym w liturgii, a my zostajemy dopuszczeni do uczestnictwa w Jego zbawczym dziele.

To spojrzenie pozwala również właściwie ocenić problem intencji mszalnych. Nie należy ich odrzucać, ale nie wolno pozwolić, aby przesłoniły samą Eucharystię. Szczególna intencja ma swoje miejsce wewnątrz wielkiej modlitwy Kościoła, a nie ponad nią. Ofiara pieniężna może być pięknym wyrazem wiary i miłości, ale nigdy nie staje się ceną zbawienia. Kapłan może przyjąć zobowiązanie do sprawowania Eucharystii w określonej intencji, lecz nie może rozporządzać jej owocami tak, jakby należały do niego. Ostatecznie chodzi zatem o przywrócenie właściwej hierarchii.

Najpierw jest Chrystus i Jego jedyna Ofiara. Następnie Kościół, który zostaje w tę Ofiarę włączony. Dopiero w tym wielkim misterium komunii znajduje swoje miejsce moja osobista modlitwa, moje cierpienie, moja wdzięczność i pamięć o tych, których kocham.

Być może należałoby zatem częściej pytać nie o to, ile Mszy świętych zamówiliśmy za naszych zmarłych, ale w jaki sposób sami uczestniczymy w Eucharystii. Czy przynosimy na ołtarz własne życie? Czy uczymy się przebaczać? Czy potrafimy dzielić się z ubogimi? Czy pozwalamy, aby Ofiara Chrystusa przemieniała nasze relacje z innymi ludźmi?

Święty Augustyn, rozwijając swoją eklezjologię eucharystyczną, przypominał wiernym, że na ołtarzu rozpoznają misterium tego, czym sami są jako Ciało Chrystusa (por. Sermo 272). Eucharystia nie jest bowiem rzeczywistością zewnętrzną wobec naszego życia. W niej Kościół uczy się stawać tym, co otrzymuje.

Możemy sprawować Eucharystię każdego dnia, ale nie możemy uczynić jej naszą własnością. Możemy składać ofiary w określonych intencjach, ale nie możemy kupować Bożej łaski. Możemy polecać Bogu naszych bliskich, ale nie możemy zamknąć powszechnej modlitwy Kościoła w granicach własnych rodzinnych potrzeb.

W Eucharystii zawsze otrzymujemy więcej, niż potrafimy ofiarować. I zawsze zostajemy włączeni w rzeczywistość większą od naszych osobistych intencji.

Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi, ile Mszy świętych kapłan odprawił ani ile intencji wierny zamówił. Znacznie ważniejsze jest to, czy uczestnicząc w jedynej Ofierze Chrystusa, pozwoliliśmy, aby Jego sposób ofiarowania siebie Ojcu stawał się również naszym sposobem życia.

Bo Eucharystia nie została nam dana po to, abyśmy mogli pomnażać religijne czynności. Została nam dana, abyśmy coraz pełniej stawali się Ciałem Chrystusa.

SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda