2014.11.16 – Luboń – Prymas abp Wojciech Polak, Homilia z okazji zakończenia Roku bł. Edmunda Bojanowskiego

Drodzy Współbracia w Chrystusowym Kapłaństwie,
Kochane Siostry Służebniczki,
Umiłowani w Panu, Siostry i Bracia!

Ostatnie dni i tygodnie przeżywamy w różnych miejscach Polski pod znakiem domykającego się powoli Roku Błogosławionego Edmunda Bojanowskiego. Ogłoszony przez biskupów polskich i rozpoczęty 24 listopada ubiegłego roku, ten czas stał się dla nas wszystkich okazją do szczególnego dziękczynienia za dar osoby błogosławionego Edmunda, a więc za jego życie i powołanie, za szczególne świadectwo świętości, które nam zostawił. Jak wiemy, okazją do przybliżenia sobie postaci tego świętego człowieka, stała się 200. rocznica Jego urodzin. Przyszedł na świat 14 listopada 1814 roku w Grabonogu nieopodal Gostynia. Tutaj natomiast, w tym lubońskim sanktuarium, modlić się możemy dziś przy Jego relikwiach. W 1999 roku został bowiem przez papieża Jana Pawła II ogłoszony błogosławionym. Młodzi z wolontariatu Dobra Wola, których miałem okazję spotkać kiedyś w siedzibie Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie, a których patronem jest właśnie Edmund Bojanowski, mówili mi wówczas, że widzą w Nim dobrego i wyjątkowego człowieka, który potrafił poświęcić nie tylko to, co posiadał, ale przede wszystkim to, kim był dla drugiego człowieka, ofiarując mu po prostu siebie samego. Tak, po dwustu latach od dnia Jego narodzin, odkrywają Go dziś młodzi ludzie, których – jak mówią – inspiruje do czynienia dobra, do pomagania osobom chorym i niepełnosprawnym. Bo ten święty człowiek – powiem to słowami zaczerpniętymi z homilii beatyfikacyjnej wygłoszonej przez Jana Pawła II – zapisał się w pamięci ludzkiej jako serdecznie dobry człowiek, który z miłości do Boga i do człowieka umiał skutecznie jednoczyć różne środowiska wokół dobra.

Siostry i Bracia, Moi Umiłowani!

Postać, która po dwustu latach wciąż inspiruje i fascynuje właśnie zdolnością jednoczenia rożnych ludzi wokół dobra, wokół troski o drugiego człowieka, wokół dzieł, które z taką miłością i gorliwością podejmują założone przez Niego Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej, to niewątpliwie postać szczególna i wyjątkowa. Mówi się o Nim, że jako osoba świecka, daleko wyprzedził swoje czasy. Mówi się o Nim, że jako świadek wiary, patriota i społecznik, na długo przed Soborem Watykańskim II był promotorem apostolatu ludzi świeckich. Mówi się o Nim wreszcie i to, że realizował świętość dostępną dla każdego, świętość dnia powszedniego, urzeczywistnianą wśród trosk, zmagań, doświadczenia słabości, bólu porażki i świadomości nieustannej bliskości Pana. Wczytując się w pozostawione nam Dzienniki, uważnie starałem się prześledzić, w jaki sposób błogosławiony Edmund przeżywał właśnie dzień swoich urodzin, przecież spotykamy się dziś z okazji Jego 200. urodzin. W poszczególnych latach, pod tą urodzinową datą 14 listopada, nie znalazłem jednak jakiś teoretycznych rozważań nad życiem czy utyskiwań nad postępującym, niewątpliwie i w Jego życiu, z roku na rok upływem czasu. Nie było tam również odnotowanych wspomnień o hucznie czy uroczyście obchodzonych urodzinach. Nie było też próżnych marzeń czy rozmyślań nad tym, co przyniesie Mu przyszłość. Natomiast, jak swoisty refren powtarzają się zapisane w Dziennikach dość lakonicznie brzmiące słowa: byłem w kościele i w Instytucie. Niekiedy tylko jeszcze dodaje, że był w kościele i u Komunii świętej. Ten człowiek tak właśnie spędzał swoje urodziny. Ten człowiek – jak pisał o Nim postulator w procesie beatyfikacyjnym kard. Zenon Grocholewski – ukazywał w sposób prosty, bezpretensjonalny realizowanie świętości na co dzień. Mówiąc jeszcze słowami św. Jana Pawła II, można by chyba i tak powiedzieć, że właśnie w Nim, w błogosławionym Edmundzie Bojanowskim, objawiło się dążenie do tej wysokiej miary zwyczajnego życia chrześcijańskiego.

Umiłowani Siostry i Bracia!

Nie jestem, oczywiście, w stanie nakreślić całego bogactwa duchowej sylwetki i postaci błogosławionego Edmunda. I pewnie nie po temu dziś ani czas ani miejsce, choćby tylko dlatego, że ten miniony edmundowy rok, miał także na celu i to, aby nam wszystkim tę postać właśnie przybliżyć. Spójrzmy więc tylko na źródło, z którego wypływało to wszystko, kim tak naprawdę był i co w życiu swym uczynił błogosławiony Edmund Bojanowski. Był niewątpliwie mistrzem trudnej sztuki przyjmowania woli Bożej. Był człowiekiem, który potrafił, i to niekiedy w sytuacjach po ludzku trudnych i bolesnych, dopatrzyć się i odczytywać ukryte działanie Opatrzności Bożej. Był człowiekiem, który niewątpliwie zawierzył Bogu. Ale był także człowiekiem, który w tej dzisiejszej, usłyszanej przed chwilą, Mateuszowej Ewangelii o talentach, mógłby swobodnie przeglądać się jak w przysłowiowym lustrze. Tak, to On był i jest owym sługą dobrym i wiernym, który, gdy otrzymał pięć talentów, zaraz poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. W życiu i powołaniu błogosławionego Edmunda, jak na dłoni, dokładnie widać, że potrafił otrzymanymi od Boga tak rozlicznymi darami i talentami służyć innym, pomnażać je i czynić z nich użytek dla innych, zwłaszcza dla dzieci, dla ludzi chorych i ubogich. Albowiem ta właśnie, usłyszana i przez nas wszystkich dziś Ewangelia o talentach – jak to niejednokrotnie przypominał św. Jan Paweł II –  podkreśla z naciskiem, że każdy talent jest wezwaniem i zobowiązaniem do pracy nad sobą samym i pracy dla innych. Jest ona nieustannym przypomnieniem, że praca nad sobą, ma swoje korzenie w sakramencie chrztu świętego, w tym obdarowaniu nas przez Boga łaską przyjaźni i miłości. Z tego sakramentu – uczył nas św. Jan Paweł II – który uczynił nas dziećmi Bożymi, otrzymaliśmy te dary, które stanowią autentyczne bogactwo wewnętrzne życia w Chrystusie. I ten sakrament naszego zjednoczenia z Chrystusem i Kościołem wzywa nas wciąż do współpracy z łaską, do odważnej odpowiedzi, do podjęcia wyzwań i zadań, które Bóg stawia na naszej drodze. Albowiem chrześcijanin, który zamyka w sobie, który ukrywa to wszystko, czym obdarzył go Pan – przypomina zdecydowanie papież Franciszek – nie jest chrześcijaninem. I dodaje jeszcze, że przecież żyjemy w czasie działania, w czasie, w którym należy sprawić, by zaowocowały dary Boże, nie dla nas samych, lecz dla Niego, dla Pana, dla Kościoła, dla innych. Jest to bowiem czas, teraz jest czas, w którym zawsze trzeba się starać, by wzrastało dobro w świecie. Nie wolno nam i nie można zamykać się więc w sobie, zakopując otrzymane talenty. Czyż taka postawa nie jest bowiem – jak mówi sam Chrystus – objawem zła i gnuśności, które zaległy już w ludzkich duszach i sercach. Zrodził je strach i lęk. Zrodziła obawa i fałszywe wyobrażenie o Tym, który jest dawcą łaski. Zrodziła je pycha i przesadna troska o siebie, a może wręcz i kalkulacja, że ryzykując, że pomnażając, że służąc, że oddając siebie i swoje zdolności w posłudze dla innych, w ostatecznym rozrachunku nie wyjdzie się przecież na swoje. Chrześcijanin, który zamyka w sobie, który ukrywa to wszystko, czym obdarzył go Pan, tak naprawdę nie jest jednak już chrześcijaninem. Bo to właśnie wtedy – jak mówi papież Franciszek – w takiej sytuacji rozwija się psychologia grobu, która stopniowo zamienia chrześcijan w muzealne mumie. Snuje się bowiem w ich umyśle i sercu jakiś słodkawy smutek bez nadziei, który opanowuje serce jako najtęższy z eliksirów złego ducha.

Drodzy w Chrystusie Panu!

Czy święci są po to, żeby nas zawstydzić – pytał kiedyś św. Jan Paweł II – i odpowiadał, że są i po to, bo potrzebny jest nam także taki zbawienny wstyd. U stóp relikwii błogosławionego Edmunda w Jego lubońskim sanktuarium, uroczyście kończymy Rok Edmunda Bojanowskiego. Kończymy ten święty czas, wsłuchując się jeszcze raz w Chrystusową przypowieść o talentach. Co może chciałby więc i nam, w jej kontekście, powiedzieć jeszcze ten święty człowiek? Wielu przytacza Jego słowa wypowiedziane przed śmiercią do Sióstr, że prostotę zalecam i wzajemną miłość, a resztę Duch Święty was nauczy. Innym przypomni się Jego troska o wychowanie dzieci, a nawet swoista pieczołowitość, z jaką podchodził i jaką zalecał w tym właśnie dziele kształtowania człowieka, które propagował i włączał do niego innych. A nam może niech pozostanie wciąż w pamięci ów sługa dobry i wierny, który przecież wszedł do radości swego Pana. Niech staje przed nami ten chrześcijanin, który nie zamknął w sobie, nie ukrył to wszystko, czym obdarzył go Pan, ale odważnie szedł i puszczał w obrót, i zyskiwał drugie tyle. Bo ten wielkopolski ziemianin – mówił tak o Nim św. Jan Paweł II – obdarowany przez Boga licznymi talentami i szczególną głębią życia duchowego, mimo wątłego zdrowia, z wytrwałością, z roztropnością, z hojnością serca, tak wiele uczynił dla innych. I dla nas dziś czyni, za Apostołem Pawłem powtarzając: jesteście synami światłości i synami dnia (…) czuwajmy i czyńmy dobro, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg. Amen.