Home DokumentyReferaty, Konferencje, ArtykułyApostolstwo osób konsekrowanych Gorzkowski Edward SJ, Rozważanie na temat osobowości misjonarza

Gorzkowski Edward SJ, Rozważanie na temat osobowości misjonarza

Redakcja
Edward Gorzkowski SJ 

ROZWAŻANIE NA TEMAT OSOBOWOŚCI MISJONARZA

Dni skupiania misjonarzy i rekolekcjonistów, Kraków – Warszawa, styczeń 1980 r., Materiały Komisji ds. Duszpasterstwa KWPZM

 

 

Bliższe określenie tematu

Przedmiotem naszej obecnej wagi będzie nie tyle nasza misjonarska działalność z jej aktywnością, skutecznością, metodami i aparatem pomocniczym, ile podmiot tej działalności – nasza misjonarska osobowość, zarówno w zasiągu naturalnym, jak przede wszystkim nadprzyrodzonym. Chodzić nam będzie o odpowiedź, jakimi my misjonarzami powinniśmy być sami w sobie, w aspekcie postulatów, stawianych nam przez Chrystusa, Kościół, Zakony, do których należymy, przez ludzi korzystających z naszej pracy, oraz przez naszą osobistą odpowiedzialność za wszystko, czego w niej dokonujemy. Materiał bardzo obszerny, niełatwy w całości do ujęcia, choćby w skrócie najbardziej lakonicznym, a do tego w czasie dość skąpym. Dotkniemy zatem w dzisiejszym rozważaniu ledwie kilku istotnie ważnych elementów, wchodzących w skład naszej struktury duchowej.

Powołanie źródłem i fundamentem naszej osobowości

By odpowiedzieć na pytanie, jaką powinna być nasza misjonarska osobowość, musimy sięgnąć do źródła, w którym się poczęła, zrodziła, z którego wyrosła, w którym tkwi wszelki pokarm do jej utrwalania i wydoskonalania. Źródłem tym jest nasze powołanie, a raczej splot powołań: zakonne, kapłańskie, misjonarskie – wszystkie razem wzięte jako jedna całość. Jest to powołanie pochodzące od Chrystusa, uznane i zaaprobowane prze Kościół, kształtowane i kierowane przez naszych zakonnych Przełożonych. Powołania wyjątkowe, zaszczytne, upoważniające nas do rozdawania wartości, których siłami własnymi nikt osiągnąć nie zdoła. „Jako mnie posłał Ojciec, tak ja was posyłam. Nauczajcie, chrzcijcie, wiążcie i rozwiązujcie! Coście darmo wzięli, darmo dawajcie! Wam przekazują klucze Królestwa Niebieskiego. Kto was słucha, mnie słucha”. Należy więc przypatrzeć się temu powołaniu przynajmniej w jego głównych znamionach.

Jako odskocznia i kanwa niech nam posłuży urywek z Ewangelii św. Łukasza, gdzie opisane zostało powołanie pierwszych czterech Apostołów. Było ono bowiem prototypem wszelkich tego rodzaju powołań. Zasięgiem swoim obejmowało także i nas tu obecnych. Nie byliśmy wówczas rzeczywistością, ale istnieliśmy już wtedy w planach i zamiarach Chrystusa.

Nad brzegiem jeziora oporządzali sieci zwyczajni prości rybacy. Bracia Szymon i Andrzej oraz bracia Jakub i Jan, synowie Zebedeusza. Chrystus przechodząc, spojrzał na nich i rzekł: „A wy pójdźcie za mną! Uczynią was rybakami ludzi”. A oni rzuciwszy sieci i ojca Zebedeusza, natychmiast poszli na Nim. I cała historia skończona. Wszystko w niej krótkie, jasne, apodyktyczne. Wszelkie inne szczegóły, do niej dodane, nie zmieniły w niczym jej istotnej treści.

Powołanie wyłączną łaską Chrystusa

Ta właśnie apodyktyczność w opisie Ewangelisty jest pierwszą rzeczą, która zastanawia. Dlaczego w tak ważnym fakcie skąpstwo słowa. Odpowiedź jest tylko jedna. Ponieważ w grę wchodziło tu coś, co było darem całkowicie darmo danym, było łaską, ze strony powołującego, niczym niespowodowaną i nieuwarunkowaną ze strony powołanego. Powołujący dał wówczas i dzisiaj podobnie daje, bo tak chce, i temu, komu chce. Powołany może przyjąć, może odrzucić. Ale jeśli przyjmie, winien sobie uświadomić słowa Chrystusa” „Nie wyście mnie wybrali, lecz ja was wybrałem”. Nie ze względu na wasze osobiste wartości, na wasze jakieś do tego prawa i zasługi. W takiej ewentualności byli i są z pewnością od was lepsi i im jako pierwszym należałoby się to moje wybranie. Ale ani oni, ani wy nie moglibyście dokonać niczego ponad to, co ja za waszym pośrednictwem w sprawie tej, do której was wezwałem, dokonać zapragnę. Dlatego po dokonaniu czegokolwiek w tej dziedzinie powtarzajcie sobie w pełnym zrozumieniu: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy, cośmy mieli spełnić, spełniliśmy”. A gdybyście jeszcze dobitniej chcieli uwydatnić prawdę, tkwiącą w waszym dokonaniu, mówcie za Apostołem narodów: „Jako ludzie niczego nie możemy, ale możemy wszystko w Tym, który nas umacnia, w Jezusie Chrystusie”. Przez powołanie otrzymane od Chrystusa i Apostołowie, i my wszyscy staliśmy się i wciąż się stajamy przedmiotem Jego wyjątkowej, od nas niezależnej łaskawości.

Celem powołania – działalność w sferze nadprzyrodzonej

Drugą rzeczą w scenie powołania Apostołów, przykuwającą naszą uwagą, jest cel, ku któremu zostało skierowane. „Uczynię was rybakami ludzi”. Zwyczajnemu rybołówstwu przeciwstawił Chrystus inny połów, który nawał „łowieniem ludzi”. Gdyby ten inny połów leżał w granicach możliwości ludzkich, przeciwstawienie nie miałoby żadnego uzasadnienia. Powołanie ze strony Chrystusa wydawałoby się zupełnie niepotrzebne. Wystarczyłoby bowiem powołanie ludzi przez ludzi.

Tymczasem Chrystus powołując, a następnie na skutek tego powołania wysyłając Apostołów na cały świat, wyraźnie zaznaczył: „Jak mnie posłał Ojciec, tak ja was posyłam. Weźmijcie przeto Ducha Świętego!”. W rzeczach, dokonywanych przez ludzi ich siłami naturalnymi, interwencja Ducha Św. może być pomocna, ale nie jest absolutnie konieczna. Natomiast nieodzowna jest tam, gdzie dokonanie czegoś przez ludzi jest zupełnie niemożliwe. Ta oczywista prawda znana była już faryzeuszom. Kiedy Chrystus rzekł do paralityka: „Odpuszczają się tobie grzechy twoje”, poczęli sarkać: „On bluźni! Któż może odpuścić grzechy, jeśli nie sam Bóg?”. Łowienie ludzi w pojęciu Chrystusa miało zatem znaczenie czegoś, co przekracza wszelką możliwość ludzką, co w istocie swojej jest nadnaturalne, nadprzyrodzone, jestdziełem, którego dokonywał, dopóki przebywał na ziemi, sam tylko Chrystus, jako Bóg-Człowiek, swoją wszechmocą Boską, posługując się w sprawach, które w tym działaniu musiały być dla ludzi widzialne i uchwytne, swoją naturą ludzką i jej uposażeniem. Kiedy odszedł, nie przestał nadal działać. Swoją ustawiczną obecność i działalność zagwarantował słowami: „A oto ja jestem z wami aż do skończenia świata”. To swoje dzieło zbawcze prowadzi nadal osobiście w sposób niewidoczny. Całe zaś obramowanie tego dzieła w zakresie widzialnym przekazuje Kościołowi, a w nim tym ludziom, których specjalnie na to powołuje. Dając im łaską powołania, włącza ich w orbitę swoich nadprzyrodzonych działań jako swoich widzialnych zastępców, pośredników, jako swoje potrzebne mu narzędzia. Zadaniem głównym przez Niego powołanych jest wespół z Chrystusem zdobywać ludzi dla wartości nadprzyrodzonych, osiągalnych przez nich zarówno w doczesności, jak i w wieczności, a które scharakteryzował św. Paweł krótko, lecz bardzo wymownie: „Oko nie widziało, ucho nie słyszało, w umysł człowieka nie weszło, co Bóg zgotował tym, którzy Go miłują”.

Powołanie – świadomy i dobrowolny rewanż

Trzecią rzeczą, godną naszego rozpatrzenia, jest reakcja na nie ze strony powołanych. „A oni rzuciwszy sieci, natychmiast poszli za Nim”. Czy musieli? Nie! Chrystus nie prosił, nie przynaglał, nie zmuszał. Po prostu wezwał. Mogli to wezwanie podjąć, mogli je odrzucić. Jeśli poszli i to natychmiast, uczynili to z wolnej i nieprzymuszonej woli, z decyzji podjętej świadomie, bez musu i konieczności, z jednego tylko powodu, bo tak chcieli i tak postanowili. Sami wzięli na siebie pełną odpowiedzialność za wszelkie tego czynu następstwa, za swoją osobistą przydatność, za urabianie i wydoskonalanie narzędzia, jakim sią przez to stali w rękach działającego i zbawiającego Chrystusa. Tym samym zamknęli sobie drogą do jakichkolwiek w przyszłości szemrań, skarg, do odczuwania krzywdy lub zawodu, którego rzekomą przyczyną miałoby stać sią powołanie. „Volenti non fit iniuria”. Stałeś się, człowiecze i jesteś tym, kim być chciałeś i obecnie chcesz.

W zakresie ludzkim twórcy do tworzenia swoich dzieł potrzebują odpowiednich środków i narządzi. Są one z natury swej albo martwe, albo żywe, ale na ogół bezwolne i nieświadome, czym są i do czego służą. Tworzą je ludzie, hodują i dostosowują do wyłącznych swoich zapotrzebowań. A jeśli narzędziami są ludzie dla ludzi, zawsze w jakimś stopniu stają się niewolnikami, zależnymi od swoich władców. Inne natomiast jest postępowanie Chrystusa. Powołując ludzi do swego zbawczego dzieła, powołuje ich jako istoty żywe, na obraz Boży stworzone, rozumne, wolne, świadome, w pełni za siebie odpowiedzialne, same wykuwające w sobie stan swoich wartości i użyteczności – zgodnie z hasłem, jakie im postawił: „Doskonałymi bądźcie, jako Ojciec wasz doskonałym jest”. Przez ofiarowane im powołanie Chrystus niczego z ich ludzkiej wartości i godności nie zabiera, nie umniejsza, nie ogranicza. Szanuje to nasze naturalne uposażenie, dodaje doń tylko swoje ogromne uposażenie nadprzyrodzone. Daje je darmo, bezapelacyjnie, na zawsze i tego, co da, nigdy nie cofa. Nie żąda w zamian żadnej zapłaty … Spodziewa sią tylko jednej od nas rzeczy: naszego dobrowolnego pełnego rewanżu. Liczy na to, że i my damy Mu w tenże sam sposób siebie i wszystko nasze, że dobrowolnie uczynimy z siebie w Jego rękach odpowiednie, wciąż przez nas ulepszane, wierne we wszystkie i posłuszne narzędzie. „Nie będziecie mi niewolnikami, nawet sługami, lecz jedynie moimi przyjaciółmi i braćmi”.

Powołanie – sprawa publiczno-społeczna

Tak pojęte i tak przez nas przyjęte powołanie jest bez wątpienia podstawowym źródłem naszej działalności i naszej osobowości. Zawiera w sobie wszelkie wymagania i wskazówki, jakimi być powinniśmy. I byłby to dla nas czynnik całkowicie wystarczający, gdyby powołanie nasze było sprawą prywatną, wyłącznym stosunkiem między nami i Chrystusem, tymczasem ze wzglądu na swój cel jest to sprawa o charakterze publiczno-społecznym. Oprócz czynnika Chrystusowej łaski występują inne czynniki, którym cała nasza struktura duchowa i wynikająca z niej aktywność są podporządkowane lub przynajmniej w jakieś stopniu od nich uzależnione. Na skutek tego wraz z nami ponoszą za nas pełną odpowiedzialność. Do takich czynników należą władze kościelne, nasi przełożeni zakonni, ludzie, nad którymi pracujemy oraz aktualna sytuacja, w jakiej ci ludzie żyją i w jakiej znajduje się Kościół na danym terenie. Wymogów, jakie te wszystkie czynniki mają prawo nam stawiać w parze z postulatami Chrystusa jako ich uzupełnienie, skoordynowanie i skonkretyzowanie, nie możemy w naszym krótkim rozważaniu bliżej zanalizować. Uważam nawet, że nie jest to aż tak konieczne. W ogólnym bowiem zarysie są nam wszystkim wystarczająco znane. A jeśli ktoś nie jest ich świadom, niech się tylko zaciekawi, a łatwo je pozna. Zawierają je aktualnie wypowiedzi papieża Jana Pawła II /encyklika „Redemptor hominis”, list do biskupów, a szczególnie do kapłanów, różne okolicznościowe homilie i przemówienia/, dyrektywy i rozporządzenia władz zakonnych, opinie duszpasterzy oraz ludu Bożego, z jakimi spotykamy się w związku z naszą pracą, urzędowa wreszcie prasa na temat warunków, w jakich wszyscy żyjemy i pracujemy. Dopiero wszystkie te postulaty, globalnie wzięte, mogą nas uzdolnić do nakreślenia bezbłędnego wzoru prawdziwego Chrystusowego misjonarza. Spróbujmy więc scharakteryzować choć kilka jego zasadniczych przymiotów.

Silna, ugruntowana wiara w świat Boży i nadprzyrodzony

Przede wszystkim powinniśmy być mężami silnej, ugruntowanej i aktywnej wiary. Żyjemy bowiem w czasach wzmagającego się ateizmu, indyferentyzmu, religijnej obojętności. Na skutek powszechnego materializowania człowieka i jego życia ludzkiego, jeśli zupełnie nie pozbywają się wiary i religii, to coraz częściej traktują te sprawy jako marginesowe, jako coś, co tkwi jeszcze w ich tradycji, ale straciło dla nich głębsze życiowe znaczenie. Temu dążeniu do kompletnej laicyzacji, zgodnie z naszym powołaniem, mamy przeciwstawiać siebie i naszą misjonarską działalność. „A ty utwierdzony w wierze, utwierdzaj braci twoich!”. By ten obowiązek spełnić, musimy być sami w wierze i jej sprawach dobrze i wszechstronnie utwierdzeni. „Z pustego nikt nie naleje”. Musimy stanowczo i zdecydowanie odpowiedzieć na pytanie, które w szczególniejszy dzisiaj sposób stawia nam Chrystus, Kościół, aktualna ludzkość. „Czy naprawdę wierzycie w to, co mówicie i czynicie?”. Jeśli tak, pokażcie to nam nie tylko w waszej zewnętrznej urzędowej postawie. Pokażcie to jako nieodłączny rys waszej struktury wewnętrznej, waszego najgłębszego przekonania, jako skutecznie działający motyw na wasze codzienne zwyczajne postępowanie. Bądźcie dla nas żywym obrazem Chrystusa, który wskazując na siebie, wołał do wszystkich: „Jam jest droga, prawda i życie. Kto idzie za mną, nie chodzi w ciemności!”. Bądźcie według św. Jakuba Apostoła owymi „sprawiedliwymi, dla których jedynym źródłem ich życia i wartości była wiara”. W przeciwnym razie staniecie się podobni faryzeuszom, przed którymi przestrzegał Chrystus: „Wszystko, cokolwiek wam powiedzą, czyście, ale ich samych nie naśladujcie!”. Nie dopuśćcie do tego, byście i wy, którzy macie być „solą ziemi i światłością świata”, stali się w jakimkolwiek stopniu „grobami pobielanymi”, błyszczącymi na zewnątrz pozorami nadprzyrodzoności, w rzeczy samej stanowiącymi zmurszały budulec do niczego nieprzydatny.

Świadomość i przekonanie o nadprzyrodzoności naszego powołania

Drugim znamieniem naszej osobowości winna być pełna świadomość i głębokie przekonanie o nadprzyrodzonym charakterze naszego misjonarskiego powołania. „Jako mnie posłał Ojciec, tak ja was posyłam”. Właściwym autorem wszystkiego, czyn jesteśmy i czego dokonujemy, jest Chrystus. Całej naszej misjonarskiej rzeczywistości. On nadaje swoją nadprzyrodzoną wartość i skuteczność. On jest w niej jedynym i najwyższym autorytetem, Jego imieniem wszystko jest w niej nacechowane. Cokolwiek my jako ludzie wnosimy w dzieło Chrystusowego zbawienia, o tyle ma znaczenie, o ile jest Chrystusowi oddane i zjednoczone z Jego Boskim działaniem. I dlatego w całej tej naszej rzeczywistości wszystko winniśmy realizować tak, jak to czynił Apostoł narodów: „Żyję ja, już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus”. Naszej doskonałości wewnętrznej i naszej pracy nie wolno nam ustawiać na samych wartościach ludzkich takich, jak wrodzone talenty, zdobyta wiedza, mądrość, wykształcenie, dyplomy, doświadczenie i rutyna, bo wszystko to bez łączności z Chrystusem nie na wiele by się nam przydało. Naszą strukturą duchową i wszelką płynącą z niej aktywność winniśmy budować na skale, którą dla nas jest i zawsze być musi wyłącznie Chrystus zbawiciel świata. Współpracując z Chrystusem, jesteśmy tylko Jego reprezentantami, pośrednikami, narzędziami. Narządzie to św. Paweł określił jako cymbały brzęczące, ale nie takie, na których wygrywa sią kuranty w sposób niekiedy hałaśliwy, nawet sensacyjny zwyczajny ludzki grajek. Ma to być instrument, na którym swobodnie i bez żadnych przeszkód z naszej strony wygrywać potrafi swoje boskie nadprzyrodzone arie jedyny artysta świata – Chrystus Bóg-człowiek. Główną intencją w całym naszym życiu winno być hasło: „Non nobis, Domine, sed nomini Tuo da gloriam”. Bez takiego uświadomienia i przekonania bylibyśmy przewodnikami, prowadzącymi innych ku światłu, którym sami nie jesteśmy, a poza sobą także go nie spostrzegamy. Typowe ewangeliczne panny, które mając lampy, uważały, że mają wszystko, tymczasem brak im było jednego: oliwy, bez której żadna lampa świecić nie będzie.

Ubogacenie ludzi w dobra nadprzyrodzone

Trzecią cechą naszej osobowości i działalności winna być szczera, rzetelna staranność, by to, co ludziom mamy dawać, było dla nich nie tylko jakąś namiastką o zabarwianiu religijnym, lecz prawdziwym ich dowartościowaniem i ubogaceniem w dobra nadprzyrodzone, Kiedy na pustkowiu Apostołowie prosili Chrystusa, by rozpuścił słuchające Go tłumy, ponieważ są głodne, odpowiedział krótko: „To wy ich nakarmcie!”. A że w zakresie ludzkim nie mogli tego uskutecznić, nakarmił wszystkich w sposób sobie tylko właściwy: cudownie rozmnożonym chlebem. Był to czyn wielkiego miłosierdzia, ale zarazem pełen symboliki. Doskonale bowiem określa i ilustruje istotny cel naszej misjonarskiej roboty. Ludziom dzisiejszym, zafascynowanym wiedzą, która płynie z ludzkiego rozumu i doświadczenia i w której zgodnie z adagium Chrystusa: „Co pomoże człowiekowi, choćby cały świat zyskał, a na duszy swojej szkodę poniósł?” świadomie lub podświadomie zaczynają się już dusić, mamy podawać pokarm, płynący wyłącznie z odwiecznej mądrości Boga, objawiony nam przez Chrystusa, strzeżony i głoszony przez nauczycielski urząd Kościoła. Powinniśmy dołożyć wszelkich starań, by to, co dajemy naszym słuchaczom, było autentycznym pokarmem z nieba, dobrze przez nas samych poznanym i zrozumianym. Musimy w tym względzie naśladować owego ojca z przypowieści Chrystusa, który zgłodniałym dzieciom dał prawdziwy chleb, a nie węża. Czy w pracy naszej zawsze tak postępujemy? „Niech mowa wasza będzie: tak, tak – nie, nie!”. Bo cokolwiek ponadto mówicie, zastanówcie się, czy nie pochodzi to często, jeśli nie wprost od złego, to przynajmniej od człowieka z natury próżnego, pyszałkowatego, szukającego swego własnego uznania i doczesnych korzyści? Czy zamiast Chleba nie podajemy dzisiejszym ludziom, obałamuconym mądrością ludzką i dlatego tęskniącym za tym, co jest jedynie prawdą Bożą, skłębionego węża, wijącego sią w splotach ludzkich kombinacji i dociekań, choćby nawet nosiły pozór naukowych rozpraw filozoficzno-teologicznych, ale głoszonych w autorytecie ludzkich tylko mędrców, a nie w autorytecie Chrystusa?

Nie ulega kwestii, że w całym naszym misjonarskim nauczaniu i działaniu, dobrze i roztropnie użyte, może i powinno być pomocą nasze jak najbardziej wszechstronne wykształcenie ludzkie, ale ostatecznym źródłem wszystkiego musi być Chrystus. „To ja, Chrystus, daję wam klucze królestwa niebieskiego … Idźcie na cały świat i nauczajcie, ucząc ich tego, co ja wam przekazałem”. Musimy więc w pierwszym rzędzie być biegłymi znawcami prawa i zasad w zakresie Chrystusowej wiary i Obyczajów. Pamiętajmy, że nigdy nie wiemy dokładnie, kto nas słucha i z jakimi kłopotami, z zaufania do nas się zwróci. Musimy być takimi pośrednikami Chrystusa, którzy gotowi są podnieść, wyprostować każdą nadłamaną ludzką trzcinę mocą Tego, który uzdrawiał i uzdrawia wszystkich. Nie wolno nam sprawiać zawodu tym, którzy się do nas garną i nas potrzebują. To nasz obowiązek i nasze posłannictwo.

Gotowość do podjęcia wszelkich następstw i obowiązków

Czwartym przymiotem naszej osobowości misjonarskiej winna być zdecydowana gotowość, pełna ofiary i poświęcenia, do podjęcia wszelkich następstw i obowiązków, wynikających z naszego posłannictwa. „A oni rzuciwszy sieci, natychmiast poszli za Nim”. Nie tylko do Kany Galilejskiej, na Górę Przemienienia, do Jeruzalem, kiedy przy gromkim „Hosanna” wjeżdżał triumfalnie. Z niemniejszą ochotą chodzili tam, gdzie „ptactwo miało swoje gniazda, liszki swoje nory, tylko Syn Człowieczy nie miał, gdzieby głowę skłonił”. Towarzyszyli Mu w Jego żmudnej i pracowitej wędrówce, radośnie przyjmowanemu, ale także odrzucanemu, podejrzewanemu, prześladowanemu. Nie odstąpili Go, kiedy został pojmany, skazany, stracony na krzyżu. Wprawdzie, słabi jeszcze podówczas i lękliwi, nie wszyscy na Kalwarii stanęli jawnie przy Jego boku, to jednak z ukrycia śledzili Go, trwając przy Nim wiernie aż do końca. Gdy po zmartwychwstaniu licząc na ich dalszą nieugiętą wierność, uczynił ich spadkobiercami swego dzieła, wzmocnieni Duchem Świętym rozeszli się na cały świat z odwagą i męstwem, różnie przyjmowani i traktowani, borykający się z wielu trudnościami i niebezpieczeństwami, gotowi zawsze do wszelkich poświęceń, a kiedy nadszedł czas, z radością oddali w ofierze swoje życie za Chrystusa i Jego dzieło. Tak postępowali Apostołowie, takimi również byli wszyscy prawdziwi współpracownicy Chrystusa. Takimi też winni być wszyscy dzisiejsi misjonarze: ludźmi twardymi, mocnymi, odważnymi, aktywnymi, gotowymi na wszystko, czego zażąda od nas nasze posłannictwo. Chwyciwszy za pług Chrystusowej orki, nie wolno nam nie tylko się cofać, ale nawet oglądać się wstecz. Musimy w życiu naszym realizować to, co Chrystus powiedział o sobie: „Potrzeba było, by Syn człowieczy cierpiał i tak wszedł do chwały swojej … Weź zatem i ty swój krzyż na ramiona i pójdź, naśladuj mnie!”. Naszym hasłem powinno stać się adagiumChrystusowe: „Zelus domus Tuae, Domine, comedit me”. Musimy nieustannie urabiać siebie wewnętrznie, wydoskonalać naszą strukturą duchową, zewlekać z siebie starego człowieka, zamieniając się w „człowieka nowego”, oddanego całkowicie Bogu, altruistycznego, prawdziwie świętego. Nasza osobista świętość to chyba najważniejszy postulat, jaki w stosunku do nas stawia dzisiejsza rzeczywistość.

Osobista świętość misjonarza

Istotna wewnętrzna świętość człowieka jest właściwie we wszystkich ta sama. Życie w łasce uświęcającej, zjednoczenie z Bogiem, wierne we wszystkim spełnianie Jego woli. Jednakże w skutkach, przejawianych na zewnątrz, świętość może przybierać różne formy zależnie od różnych sytuacji życiowych, usposobień, charakterów. Chrystus w kazaniu na górze wymienił osiem odmian takiej właśnie zewnętrznej świętości. Która, z nich winnaby najbardziej odpowiadać misjonarzom? Zapytany o to przez nas, podówczas słuchaczy teologii, I. Jan Urban TJ, przedwojenny pisarz-publicysta, odpowiedział krótko” „Wszystkie”. Odpowiedzi tej nie można nie przyznać słuszności. Praca misjonarza jest publiczna, wszystkim dostępna. Biorą w niej udział ludzie, różnie zaangażowani w przejawianiu swej świętości. Wszystkim misjonarz winien dać, czego potrzebują i wszystkim świecić swoim własnym przykładem.

Rozważmy więc, a raczej przypomnijmy sobie, jakimi mamy być w świetle przynajmniej niektórych Chrystusowych błogosławieństw.

  1. Winniśmy być ubogimi w duchu, dalecy od chciwości, opanowani w zdobywaniu wartości ziemskich, zwłaszcza materialnych. Nie wolno nam w tych rzeczach okazywać jakiegokolwiek przywiązania osobistego, w pracy naszej nie wolno stosować metody handlowej: towar za towar, nie wolno nam nigdy targować się w tej sprawie z księżmi, a tym bardziej z ludźmi. Trzymajmy się zasady: „Coście darmo wzięli, darmo dawajcie!”. Nie bądźmy również zbyt natarczywymi żebrakami! „Szukajmy najpierw Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości”, a to, co według zapewnienia Chrystusa ma nam być przydatne, zostawiajmy dobrowolnej hojności wiernych i czuwającej nad nami Opatrzności Bożej.
  2. Winniśmy być pokorni i cisi. Nie pokorą, która obezwładnia, lecz która mobilizuje nas do najwyższej dynamiki i aktywności. Nie wmawiajmy w siebie, że nic nie znaczymy. Przeciwnie – w poczuciu, że naprawdę możemy i powinniśmy, dawajmy Chrystusowi i ludziom wszystko, na co nas tylko stać. Odrzućmy jedynie nieuzasadnioną chełpliwość oraz faryzejskie przekonanie, jakoby wszystko od nas zależało. Nie budujmy niczego na własnych walorach, ale w Chrystusie, który nas umacnia. Jemu też zostawmy we wszystkim ostateczną ocenę. Natomiast uwagi ludzkie o nas i o naszej działalności, zwłaszcza negatywne, przyjmujmy chętnie i spokojnie jako zwierciadło, w którym możemy ujrzeć naszą prawdziwą rzeczywistość. Nie entuzjazmujmy się, gdy nas chwalą, nie smućmy się, gdy nas ganią. Starajmy się tylko, by Chrystus był z nas zadowolony.
  3. Winniśmy być zawsze czystego serca, a przez to wpatrzeni tylko w Boga i Jego sprawy. Jest to dziedzina naszego życia, w której najtrudniej, ale i najbardziej możemy okazać, czy jesteśmy naprawdę wewnętrznie święci. Wymaga od nas dużego opanowania, nieprzerwanej czujności, stanowczości, zdecydowania, głębokiej ascezy, modlitewnego oparcia się o ramię Chrystusa. Walcząc z pokusami, tak musimy postępować, by nawet cień jakiejkolwiek zmazy nie padł na naszą kapłańską i zakonną osobowość. „Bądźmy czyści jak gołębie, a zarazem roztropni w tym i przebiegli jak węże”. W kontakcie z ludźmi i światem dzisiejszym zachowujmy wielką ostrożność. Nie dajmy pochłonąć się nurtowi, który w tej dziedzinie usiłuje usunąć wszelkie hamulce, otworzyć wszystkie wrota do swobodnego i nieograniczonego wyżywania się. Coraz częściej spotykamy ludzi, którzy na nasze niedopatrzenia i słabości patrzą z pobłażliwą serdecznością i tolerancją, tłumacząc nas przy tym, że zachowania całkowitej czystości jest przeciwne naturze, że i nam jako ludziom coś się tutaj należy. Nie łudźmy się! Schlebiają nam, póki nas nie uwiodą. A kiedy upadniemy, pierwsi uderzą nas kamieniem wzgardy i potępienia.
  4. Winniśmy być miłosierni. Nie znaczy to, że mamy być na wszystko pobłażliwi. Wszelkie zło musimy tępić bezwzględnie, jak to czynił Chrystus, przepędzając kupujących z krużganków świątyni. Tym zaś, którzy zło popełniają, gdy skruszani proszą o przebaczenie, nieśmy jak Chrystus Boże miłosierdzie. „Nikt cię, niewiasto, nie potępił? I ja cię nie potępię. Idź, tylko nie grzesz więcej”. Surowi dla siebie samych, miejmy dla innych zawsze dużo wyrozumiałości. „Ojcze, przebacz im! Oni nie wiedzą, co czynią”. Ktokolwiek do nas się zwróci, okazujmy mu należny szacunek, braterską życzliwość oraz chęć niesienia pomocy, jaka leży w naszej możliwości. Każdy bowiem człowiek jest owcą Chrystusa, w jakiś sposób zawikłaną w sidła doczesności. Starajmy się ją odwikłać i przykazać z powrotem na łono Chrystusowej owczarni. W obcowanie z ludźmi bądźmy altruistyczni, którzy chętnie dają, niczego w zamian ale żądając.
  5. Winniśmy być krzewicielami pokoju. Pozdrowieniem Chrystusa w spotkaniu z ludźmi było: „Pokój wam!” I nie było to tylko słowo grzecznościowe. Gdziekolwiek się zjawiał, usuwał z życia ludzkiego wszelkie zaniepokojenie, zamieszanie, udrękę, ból i cierpienie. Dla wszystkich starał się być prawdziwym samarytaninem, lekarzem, nawet cudotwórcą. Wpajał w ludzi przekonanie, że największym skarbem była i zawsze być musi realizacja hymnu anielskiego: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”. Pokój z sobą, pokój z ludźmi, pokój z Bogiem. Z powołania naszego misjonarskiego mamy Chrystusa we wszystkim naśladować, a więc czynić, co On czynił. We wszystkich naszych pracach winniśmy być twórcami pokoju. Nie wolno nam niczego burzyć, rozdwajać, rozdzielać, przygniatać i przygnębiać. Winniśmy wszystko i wszystkich jednoczyć i zespalać, wlewać w ich serca i umysły otuchę, ufność i nadzieją, przekonywać, że mimo naszej słabości i upadków nie tracimy niczego z naszej godności i naszej siły żywotnej. Czego nie możemy sami, możemy we wspólnej jedności i zgodzie i w łączności z Chrystusem. „Gdzie dwóch albo trzech zgromadzi się w imię moje, tam ja jestem pośród nich … Nie trapcie się, jam zwyciężył świat!”.
  6. Winniśmy być przygotowani na wszelkie trudnością wyrzeczenia, cierpienia, prześladowania. Kto chce być uczniem moim, niech weźmie krzyż na ramiona i pójdzie za Mną Ukrzyżowanym … Potrzeba jest, by Syn Człowieczy cierpiał i tak wszedł do chwały swojej … Mnie prześladowali i was prześladować będą. Oto droga, po której jako misjonarze winniśmy wiernie kroczyć i z którą musimy się pogodzić. Spotykają nas na niej rzeczy dla nas przyjemne: osobiste zadowolenie, poczucie użyteczności i na ogół wszystko, co nam jest potrzebne. Ale mogą spaść na nas i nieraz spadają rzeczy przykre: różna wyrzeczenia, ofiary, cierpienia, brak uznania, prześladowania. Nie mogą nas zaskakiwać. Jeśli przychodzą, przychodzą lako rzeczy dla nas normalne, nieuniknione. Musimy zatem być na nie przygotowani, musimy je przyjmować spokojnie, z godnością. O. Jan Beyzym, misjonarz trędowatych na Madagaskarze, pod koniec swoich studiów tak o sobie napisał: „Przeczytałem wiele książek, wiele tomów, ale z żadną z ich stronic nie zawarłem przyjaźni, bo żadna nie była przesiąknięta Krwią Chrystusa”. Kiedy już był na swoim posterunku, przestrzegano go, by był ogromnie ostrożny, bo czeka go straszliwa choroba i śmierć. Z uśmiecham odpowiadał: „Po to właśnie przyjechałem”. Postawa, którą mieć powinni wszyscy misjonarze Chrystusa. Ale to wymaga od nas wielkiej wewnętrznej osobistej świętości.
  7. Winniśmy być mężami nieustannej modlitwy. „Trzeba się zawsze modlić i nigdy nie ustawać … Pernoctabat in oratione”. Dobra modlitwa była i zawsze pozostanie nieodzownym warunkiem naszego wewnętrznego urobienia i naszej osobistej świętości. W naszym życiu misjonarskim winna obejmować wszystkie nasze myśli, słowa i czyny. Z modlitwy wypływać powinna cała nasza działalność, a ta odwrotnie powinna nas skłaniać do coraz żarliwszej modlitwy, rowowy z Chrystusem, zjednoczenia z Bogiem.

„Weź, Panie, całą moją duszę! Weź rozum, wolę i serce! Weź wszystko, co posiadam! Zostaw mi tylko swoją łaskę, a przeze mnie daj łaskę tym, którzy jej nie mają! O jedno Cię proszę: spraw, bym z radością pełnił Twoją świętą wolę”.

ARCHIWUM KWPZM

SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda