Karol Meissner OSB
WYCHOWANIE DO DOJRZAŁEJ I ODPOWIEDZIALNEJ MIŁOŚCI. KONFERENCJA PODCZAS DNI SKUPIENIA MISJONARZY I REKOLEKCJONISTÓW ZAKONNYCH
Kraków – Warszawa, styczeń 1984 r.
Materiały Komisji ds. Duszpasterstwa KWPZM 1984 r.
Wypowiedź swoją opracowałem, biorąc pod uwagę pracę kaznodziejską. Będą się w niej znajdowały poza uwagami pewne rady dla rodziców i młodszego pokolenia. Słowem to, co może kaznodziei być pomocne w jego pracy rekolekcyjnej.
Każde wychowanie wymaga celu. Brak jasnej świadomości celu wychowania udaremnia wysiłki wychowawcze. Z drugiej strony nieprzystawalność środków wychowawczych do celu albo niezgodność celu z wymaganiami, które stanąw późniejszym życiu przed wychowywanym człowiekiem, sprowadza wychowanie na bezdroża.
Uważam te uwagi za ważne i na przykładzie naszego wychowania seminaryjnego czy zakonnego przedstawiędoniosłość tego problemu, jeśli chodzi o wychowanie do odpowiedzialnej miłości.
Jeżeli podnoszone są niejednokrotnie zastrzeżenia w stosunku do wychowania seminaryjnego czy zakonnego, to o ile są słuszne dadzą się sprowadzić do tych braków, które wymieniłem. Przeszliśmy wszyscy przez życie seminaryjne, nowicjackie i możemy dostrzec, że np. jeśli celem wychowania w seminarium albo w nowicjacie będzie wychowanie dobrego kleryka lub nowicjusza, to nie jest to równoznaczne z wychowaniem dobrego kapłana czy zakonnika. Odnoszęwrażenie, że w seminariach, zwłaszcza diecezjalnych, jest pewien ideał dobrego alumna i ten dobry alumn potem nie zawsze zdaje dobry egzamin w życiu kapłańskim. Podobnie może być i z nowicjuszem.
W życiu kapłana – jeśli chodzi o nieadekwatność środków – pojawia się często samotność, do której, jak się zdaje, nie zawsze jest on przygotowany w procesie wychowania. Wychowanie w seminarium nie uwzględnia na ogół warunków życia kapłana. Widzimy również w naszym życiu zakonnym: tam gdzie w instytucie zakonnym nowicjusz jest przygotowany np. wyłącznie do wspólnotowego odprawiania ćwiczeń duchownych – pojawia się trudność, jeśli ma on sam na jakichś pracach poza klasztorem podjąć odpowiedzialność za swoje życie duchowe.
Mamy mówić o wychowaniu do miłości. Trzeba zatem mieć jasną świadomość czym jest miłość i tę świadomośćprzekazać w procesie wychowania wychowankowi, przystosowując do tego środki wychowawcze i uwzględniając trudności, przed którymi w obecnej rzeczywistości stanie wychowanek.
O istocie miłości będzie jeszcze w następnej konferencji mówił O. Augustyn. Wydaje mi się rzeczą celową zwrócićuwagę na praktyczną wieloznaczność wyrazu „miłość”, co znacznie utrudnia porozumiewanie się, a co za tym idzie i wychowanie.
Temat zadany mi brzmiał: „Wychowanie do odpowiedzialnej miłości”. Już samo sformułowanie tego tematu ujawnia, że przez miłość można rozumieć postawy nie więżące się z odpowiedzialnością człowieka. Z drugiej strony czy odpowiedzialna miłość jest czymś, z czym się w życiu spotykamy na tyle często, że może się stać taka miłośćzrozumiałym celem zarówno dla wychowawcy jak dla wychowanka?
Przez miłość rozumie się bardzo często zespół uczuć o różnym nasileniu, różnym zabarwieniu, różnym ukierunkowaniu. Mogą te uczucia wyrażać się w zachwycie, pokrewnym przeżyciom estetycznym. Mogą rodzićpragnienia posiadania przedmiotu budzącego uczucia. Mogą, przeciwnie, obejmować uczucia oblatywne, afekty oblatywne, jak nam to mówi psychologia, tj. uczucia skłaniające do oddania się, poniesienia pewnych świadczeń na rzecz przedmiotu umiłowanego. Ale to są zawsze tylko uczucia, emocje, które są zmienne, które nie muszą sięcechować trwałością. Powiedzmy zupełnie jasno: takie uczucia bardzo różnorodne, a również mocno fascynujące, absorbujące człowieka, są w powszechnym rozumieniu nazywane miłością. Z tym się trzeba liczyć w pracy kaznodziejskiej.
Pewnego razu po jakiejś konferencji o miłości podeszła do mnie pewna osoba i chciała mi dać radę. Mówi: – Niech Ojciec będzie ostrożny, mówiąc o miłości Pana Boga do ludzi i w ogóle podejmując temat miłości, Ojciec musi sięliczyć z tym, że w dzisiejszym języku miłość to jest właściwie wyraz nieprzyzwoity. To jest jakaś racja.
W jednej z książek wybitnego psychiatry angielskiego znalazłem takie zdanie. Mówił on o stosunku lekarza do pacjenta psychiatrycznego i opisując wysiłek lekarza dla zrozumienia pacjenta, nie tylko dla oceny przejawów jego schorzenia /jego zdaniem wszystkie przejawy u chorego psychicznie stoją na usługach zaburzonej zdolności komunikowania sięchorego ze środowiskiem. Chory chce przez swoje objawy chorobowe powiedzieć. Lekarz musi zrozumieć, co on chce powiedzieć przez te swoje objawy, a nie tylko stwierdzić istnienie samych objawów/. Mówi, że ten wysiłek można by nazwać miłością, gdyby nie to, że jest to najbardziej sprostytuowany wyraz we współczesnym języku.
I z tym trzeba się liczyć. Powiedzenie: „Pan Bóg kocha cię jak własny ojciec”, prawdziwe w sobie, może trafiać na pustkę w przeżyciach dziecka, które np. nie zna ojca, czy żyło w konfliktach z ojcem, a nawet może budzićskojarzenia negatywne w związku z doświadczeniami życia rodzinnego.
Ma się ukazać książka, zdaje się, że PAX chce wydać taką książkę psychologa, pedagoga chyba niemieckiego czy szwajcarskiego: „Wiara i doświadczenie”. Tezą tej książki, zresztą z wielkim znawstwem napisanej, jest to, że wiara religijna jest budowana na doświadczeniach o charakterze społecznym, na doświadczeniach w życiu rodzinnym. Może zbyt radykalnie autor ujmuje tam problem mówiąc, że dziecko, które nie zaznało miłości w życiu rodzinnym, nie będzie mogło uwierzyć w Boga jako miłość. Nie sposób odmówić pewnej dozy słuszności tego rodzaju stwierdzeniom, których może tak radykalnie nie trzeba pojmować, tylko będzie miało trudność i to na pewno, dziecko wychowane bez miłości będzie miało trudność w odniesieniu się do Boga jako miłości. Podobnie i dziecko wychowane w środowisku rodziny rozbitej będzie miało trudność w założeniu rodziny prawidłowej, normalnej, dobrej.
Z najwyższą trwogą patrzę teraz na młode małżeństwo, w którym dziewczyna pochodzi z rozbitego małżeństwa, a chłopak jest nieślubnym dzieckiem i wychowany był przez samodzielną matkę. Przyszłość tego małżeństwa budzi bardzo wielkie moje zaniepokojenie. Byłbym spokojniejszy, gdyby się nie pobierali. Mam błogosławić to małżeństwo i jestem w wewnętrznym konflikcie.
Miłość o charakterze uczuciowym, jest skoncentrowana na podmiocie czującym. Rzecz jasna trwa tylko tak długo jak długo trwają te uczucia. Dobro ukochanej osoby jest upatrywane ubocznie, w związku z tym, co czuje podmiot. W tym sensie jest to miłość „interesowna”. Choćby było w niej wiele uczuć oblatywnych, chęci oddania, o jakich mówiliśmy. Mówiąc, że miłość jest darem, czy oddaniem – możemy wchodzić w atmosferę uczuć oblatywnych. Dziewczyna z miłości dla chłopaka oddaje mu się i uważa, że to jest właśnie miłość.
W przeciwieństwie do miłości uczuciowej mamy miłość – postawę, a więc pewną gotowość do działania, którego przedmiotem staje się dobro drugiej osoby. Nie wyklucza to, rzecz jasna, współistnienia uczuć, ale nie utożsamia się z nimi i nie jest od nich zależna. Trzeba zwracać na to uwagę młodym, że nie można ślubować uczuć. Jeżeli młodzi przy ślubie mówią: „ślubuję miłość”, to nie można mówić tutaj o uczuciach. Nad uczuciami nie ma człowiek takiej władzy, żeby je mógł ślubować. Przedmiotem ślubu może być tylko czyn. A więc: ślubuję ci troskę o twoje dobro … to jest ślub, który może być podjęty. Dlatego w kaznodziejskiej naszej pracy trzeba stawiać pytanie młodym. Mówicie, że siękochacie.
Rozumiem, ale czy stajecie się przez to lepsi? Czy twoja dziewczyna staje się lepszą przez twoją miłość? Czy chłopak staje się lepszym przez twoją miłość?
Jakich zabiegów wychowawczych trzeba na to, żeby ukierunkować ten sposób pojmowania miłości we właściwym kierunku świadczy książka ks. Henryka Łuczaka, salezjanina „Wychowanie do miłości”. Długoletnie doświadczenie ukazuje ten trud dochodzenia do wspólnego języka, żeby ten wychowanek zaczął myśleć według hierarchii wartości, a nie według hierarchii odczuć.
Wydaje mi się, że pomocną sprawą w uczeniu wychowanka myślenia według pewnych kategorii jest podejmowanie tematów związanych żywo z żywymi uczuciami, ale uczuciami, które mają odniesienie do obiektywnych wartości. Taką wartością jest na przykład dziecko. Mówi chłopiec czy dziewczyna, że „śpię z dziewczyną”, czy „śpię z chłopakiem, ale myślę, że to nie jest nic złego”. Albo: „to, co nas łączy jest takie piękne, że Pan Bóg nie ma nic przeciwko temu”. Ja wtedy stawiam pytanie z punktu widzenia dziecka: – Czy gdyby twoje dziecko powiedziało ci o tym, że kocha chłopaka, kocha dziewczynę i wobec tego … Czy mógłbyś z ręką na sercu powiedzieć temu dziecku: – Dziecko, na zbawienie mojej duszy, przysięgam ci, to jest dobra droga, prostą drogą idziesz do Pana Boga, stajesz sięlepszym człowiekiem? Nie spotkałem nikogo, kto mógłby tak powiedzieć. Nawet broniąc zasadności etycznej swego postępowania, nikt nie mógłby tego postępowania dać jako zasadę postępowania dla swojego dziecka. Co to znaczy? Znaczy, że gdzieś w głębi jednak tkwi prawdziwe wartościowanie tej dziedziny. Jednocześnie dokonujemy ważnej rzeczy, kształtując widzenie dziecka w perspektywie miłości mężczyzny i kobiety. Wydaje mi się, że to jest bardzo ważna rzecz.
Inne pytania: – Czy myślisz, że twoje dzieci byłyby szczęśliwe, mając takich rodziców, widząc jak wy się kochacie? – Czy mógłbyś waszą miłość dać jako wzór dla waszych dzieci?
Inne tego rodzaju pytanie: – Czy chciałbyś, żeby twoja córka była podobna do twojej dziewczyny? – Czy chciałbyś,żeby twój syn był podobny do twojego chłopaka?
W wielu wypadkach można przez wprowadzenie tej wartości jaką jest dziecko, a więc człowiek, któremu przekazano życie, myślę, że może stać się to dziecko wartością wiążącą się z uczuciami, ale mającą odniesienie obiektywne do świata wartości, jaki kształtuje, jaki jest konstytuowany przez osobę ludzką.
Ze względu na wieloznaczność miłości, na to rozumienie miłości tylko jako zespołu uczuć, można by ewentualnie postawię taką uwagę, żeby bardziej się troszczyć o kształtowanie właściwych postaw niż mówić o miłości.
I druga uwaga, że trzeba budzić czujność w stosunku do uczuć, a zwłaszcza działania pod ich wpływem.
Św. Tomasz zauważa, że nad całą dziedziną uczuć nie mamy „dominium absolutum” lecz tylko „dominium politicum”. Doskonale wiemy jak bardzo trzeba z naszymi uczuciami „politykować”, żeby im nie ulegać. Przysłowie mówi: „Serce nie sługa, nie zna co to pany”. Ascetyka nam mówi, że od pewnych pokus trzeba uciekać po prostu, dlatego, że z chwilą, kiedy się uczucia już rozbudzą – znacznie trudniej jest dać sobie z nimi radę.
W oddziaływaniu wychowawczym trzeba zwrócić uwagę na drugiego człowieka, bo to jest również wartość naczelna, która ma ukierunkowywać nasze działanie, naszą miłość. Teza tak bliska Ojcu świętemu, została sformułowana przez niego w jednym z jego pism jeszcze jako myśliciela, że prawo daru jest wpisane w osobę ludzką. Rozwija kard. Wojtyła w ten sposób tezę Soboru Watykańskiego II, w myśl której człowiek jest istotą, która odnajduje w pełni samąsiebie tylko przez bezinteresowny dar z siebie samej.
Wydaje mi się, że kształtowanie tych postaw jest bardzo ważne, zarówno wtedy, kiedy mówimy o miłości do Pana Boga, jak i kiedy mówimy o miłości do ludzi. Zwróćmy uwagę jak najczęściej – przypuszczam – stawiany jest problem Mszy świętej niedzielnej. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że na katechizację uczęszcza bardzo wiele dzieci, na Mszę świętą niedzielną uczęszcza mniej dzieci niż na katechizację. To jest powszechna obserwacja katechetów i duszpasterzy. Dlaczego? Dlatego, że na katechizacji sprawdzamy obecność, na katechizację wysyłają rodzice. Natomiast Msza święta jest ujmowana tylko w perspektywie obowiązku, to jest obowiązek niedzielnej Mszy świętej.
Pamiętam kiedyś – wielki kościół, gdzie miałem rekolekcje. Była Msza święta młodzieżowa. W tym ogromnym kościele grubo ponad tysiąc młodzieży z dużego miasta wojewódzkiego. Ksiądz na ambonie mówi: – Zebraliśmy się tu wszyscy, żeby spełnić nasz obowiązek niedzielny. To jest prawda, ale to inaczej, bo znika nam zupełnie kwestia kultu, kwestia miłości Pana Boga ponad wszystko, kwestia ofiary – „Módlcie się, aby moją i waszą ofiarę …”. Słowem to wszystko, co jest treścią miłości, jako troski o dobro, jako życzliwości, jako oddania się. To wszystko jest zupełnie pominięte w tym ujęciu: „Zgromadziliśmy się, aby wypełnić nasz obowiązek”. Msza święta istotnie jest obowiązkiem. To jest zdanie prawdziwe, ale tak nie całkowicie, że nie jest w stanie wytworzyć pewnej postawy. Chyba, żebyśmy byli zdania, że Kant ze swoją etyką obowiązku ma słuszność, że jest moralne tylko to, co jest podjęte w imię obowiązku. Wydaje mi się, że nasza etyka, miłości pokazuje nam inaczej, że dobrem jest oddanie się dobru ze względu na dobro. To jest ten czyn prawdziwie dobry.
Wydaje mi się, że trzeba zwracać uwagę na takie teksty jak np. te, które przeczytam w tej chwili z listów św. Pawła.
W Liście do Rzymian w rozdziale 15 pisze św. Paweł: „A my, którzy jesteśmy mocni w wierze, powinniśmy znosićsłabości tych, którzy są słabi, a nie szukać tylko tego; co dla nas dogodne. Niech każdy ż was stara się o to, co dla bliźniego dogodne, dla jego dobra, dla zbudowania. Przecież i Chrystus nie szukał tego, co było dogodne dla Niego”.
Podobną tematykę podejmuje św. Paweł w Liście do Koryntian w rozdziale 10: „Niech nikt nie szuka własnego dobra, lecz dobra bliźniego”. I w zakończeniu: „podobnie jak ja, który się staram przypodobać wszystkim, nie szukając własnej korzyści, lecz dobra wielu, aby byli zbawieni”.
Musi to być jakaś bliska myśl św. Pawłowi, skoro wraca do niej jeszcze w Liście do Filipian, pisząc: „Niech każdy ma na oku nie tylko własne sprawy, ale też i drugich”. Rodzice rozumiejąc przez wychowanie w miłości to, że będą robili wszystko dla dzieci, że dzieciom będzie lepiej. Niech mają lepiej niż my. Myślę, że w naszym wychowaniu zakonnym chyba też jest to samo ujęcie miłości. Chcielibyśmy np. żeby nasi nowicjusze mieli lepsze warunki, bliższe temu, co jest we współczesnym świecie itd. To jest zrozumiała postawa. Ja to rozumiem. Ale z drugiej strony jest niebezpieczeństwo polegające na tym, że dziecko, które jest powszechnym biorcą, tym biorcą powszechnym zostanie. Jak często nam się stare matki – na wsi zwłaszcza – skarżą, że one w domu już są niepotrzebne, bo nie mogąpracować. Były dobre tylko do kiedy pracowały. Dzieci ich nie szanują. Ale skąd się to wzięło? „Ja wszystko dla tych dzieci robiłam, a one teraz …”. Właśnie. Wszystko było dla dzieci robione, poza jedną rzeczą, poza tym, że nie nauczono tego dziecka, od wczesnego dzieciństwa, że ojciec i matka jest też człowiekiem. Wydaje mi się, że to czwarte przykazanie, które jest po trzech przykazaniach czci Boga, jest jakieś niesłychanie istotne dla postawy miłości, dla uznania człowieczeństwa drugiego człowieka. – „Czcij ojca swego i matkę swoją” – Tymczasem mamy w rodzinach naszych bardzo często „czcij dziecko”, a nie czcij ojca i matkę. Przy czym to „czcij dziecko” czasem prowadzi do potwornych sytuacji, w których jedno dziecko jest czczone, bo musi mieć wszystko, a drugie jest zabijane. Ostatecznie tych przerwań ciąży stale jest bardzo wiele i praktycznie rzecz biorąc większość dzieci w Polsce ma za rodziców ludzi, którzy wyrzucili za burtę życia ich rodzeństwo w imię miłości do tych, dzieci, które żyją. Bo „mam już troje i nie mogę mieć więcej, bo jak wychowam tych troje …”.
Czy w życiu zakonnym jesteśmy też przygotowani w należyty sposób, żeby tak rozumieć miłość jako bezinteresowny dar z siebie samego? Św. Teresa od Dzieciątka Jezus mówiła: „Odkąd przestałam myśleć o sobie, zyskałam spokój”. Doświadczony duszpasterz tłumaczy kandydatom do małżeństwa: – Jak zacznie się coś w waszym życiu małżeńskim psuć, zastanówcie się w czym zaczęliście szukać siebie.
Jest jeszcze jedna uwaga, którą chciałbym zrobić. Doświadczenie życia dobrych małżeństw, dobrych zakonników, dobrych zakonnic, dobrych kapłanów prowadzi do stwierdzenia jednej rzeczy, że nie ma prawdziwej miłości bez – przepraszam, że użyję tego słowa niewdzięcznego – bez ofiary, bez podjęcia jakiegoś trudu. Bez tego, co się w starej ascezie nazywało krzyżem, a o czym my chyba niechętnie mówimy. Chcielibyśmy naukę Pana Jezusa „osłodzić”, jeśli mi tak wolno powiedzieć. Tymczasem cóż ja na to poradzę, że „wąska jest droga” i – ciasna brama”, która prowadzi do żywota.
Kiedy pracowałem w komisji przygotowującej materiały do Synodu Biskupów omawiającego sprawy rodziny, w uwagach duszpasterskich umieszczone zostały takie słowa, że nie może być rodzina chrześcijańską, jeśli w jej życiu nie znajdzie się coś – quedam austeritas et simplicitas. Chodziło o pokazanie tego, że nie muszę mieć tego wszystkiego, co mógłbym. Tak próbowałem sformułować tę pewną konieczność wyrzeczenia, która jest koniecznościąnie tylko w naszym życiu zakonnym, a myślę, że i z tym są też pewne trudności w naszej rzeczywistości, ale i w życiu każdego chrześcijanina. Taka jest chyba Ewangelia. Temat jest niewdzięczny, bo o umartwieniu nie lubimy mówić i słuchać. Przepraszam, że to mówię, ale co ja na to poradzę, kiedy taka jest rzeczywistość.
Nie możemy tej młodzieży stawiać chrześcijaństwa tylko pełnego pogody i beztroski, zabawy w życie. Chociaż troszkęmi smutno, że w naszej akcji powołaniowej robimy fotografie kleryczków grających w piłkę siatkową i wołających: „Chodź z nami za Panem Jezusem”. Jest to prawda, że jest w życiu naszym radość i ta gra w siatkówkę jest wyrazem radości, jaka jest udziałem człowieka, który naprawdę pokochał. Ale niech mi powie ten oblat siedzący gdzieś tam w Indonezji, czy nie byłoby znacznie bardziej pociągającą rzeczą pokazać trudy. Podziwiam tutaj św. Benedykta, który 1500 lat temu każe mówić nowicjuszowi – przepowiadać mu wszystko, co ciężkie, przez co się idzie do Pana Boga. Jest w tym jakaś prawość, apel o wielkoduszność do tego, aby chcieć rzeczy trudnych, bo są trudne.
Wydaje mi się, że coś tego również powinno być w kształtowaniu nowożeńców, małżeństw. Żeby oni chcieli podjąćdrogę miłości, która jest drogą wymagającą od człowieka ofiary. Mówię to z całą nieśmiałością, świadom, że dotykam bardzo psychologicznie trudnego, chociaż rzeczowo słusznego i byłbym wdzięczny, żeby nie robić znowu z naszego życia chrześcijańskiego tylko katorgi, bo to nie o to chodzi. Ale nie sposób pomyśleć naszego życia bez ofiary. Całkowity dar z siebie samego – co to znaczy? To znaczy zapomnienie o sobie. Nie da rady. To jest może dla naszych uczuć czasem trudne, ale nie ma dobrego małżeństwa, które by nie miało tej świadomości.
Powiedziała mi jakaś starsza osoba, która bardzo dobrze przeżyła swoje małżeństwo, kiedy pytałem, co mówićludziom, chcąc kształtować ich postawę do dobrego małżeństwa – powiedziała: – Szczęście w małżeństwie podobne jest do skarbonki. Tym jest go więcej, im się w nie więcej wkłada. Jak oboje chcą brać, to szczęścia nie będzie. To bardzo mądre stwierdzenie, praktycznie pokazujące konieczność budowania tego, co może być nazywane prawdziwąmiłością.
Tekst spisany z taśmy magnetofonowej
Archiwum KWPZM
